1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Felieton
  4. >
  5. Małe jest ważne

Małe jest ważne

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kiedy ktoś mówi: „wszystko mi jedno”, staje się dla mnie osobą podejrzaną.

Dziś o małym przedmiocie wielkiej miłości. Dla mnie. Ale widzi mi się, że dla wielu z was także. Szybko, palce w górę: kto ma ukochany kubek? A widzisz? Masz. Fajnie.

Był taki czas, żeśmy się bali, że będzie wojna. Zadzwoniła do mnie znajoma z histerią, że oni już podchodzą pod Warszawę. Nie dałam się porwać panice, ale… Właśnie chciałam sobie zrobić herbatę przed tym telefonem. Wróciłam do szafki z kubkami i zamarłam na dłuższą chwilę… A gdyby wojna rozszalała się naprawdę? Co będzie z robieniem sobie herbaty? Co z moją szafką i kubkami? Wojna to opuszczanie, tracenie domów, nie wspominając już o zagrożeniu życia. Ze starych wojen wiem, że trzeba mieć na nogach wygodne, mocne buty, a na grzbiecie coś ciepłego, ale lekkiego, ze sobą chlebak z nożem, cebulą, smalcem, herbatą, a jeśli się ma, to klejnoty, ale ja nie mam. I kubek. Metalowy. Aha! I zapałki. To brzmi jak przebranie na zabawę surwiwalową. Ale skąd mamy wiedzieć, co potrzeba na nową wojnę? Mówiło się: białe prześcieradło na plecy i czołgać się w stronę cmentarza. To po co wtedy kubek?

Czy wy o tym czasem myślicie, kiedy siedzicie w fotelu z herbatą? Kubek grzeje dłonie. Można dodać cytrynę, mleko, sok malinowy, imbirowy i inne cuda. Mój ukochany pije około dziesięciu herbat dziennie, a mój kumpel – kawę z mlekiem i miodem. Prosiłam lubego, żeby mi ofiarował taki mały talerzyk w kwiatki swoich dziadków. Ogromnie lubię w kwiaty, szczególnie w róże. A on, że mowy nie ma, bo to już ostatni z Bolkowa, gdzie dziadkowie przetrwali kilka lat po wojnie w dawnym domu niemieckiego burmistrza i że to jest talerzyk historyczny. I tak burmistrz Bolkowa wszedł w moje życie. On zostawiał swoją całą porcelanę, uciekając w drugą stronę niż ta, z której uciekali warszawiacy lub ci z kresów, także zostawiając wszystko po sobie. Cud, że tyle tego zostało. Często więcej rzeczy niż ludzi.

Wynalazłam superkubas, litrowy, wyobrażacie sobie, na Kole (targu staroci w Warszawie). Cudo, w kwiaty oczywiście. Ciekawe, po kim on. Ciekawe, kto w nim będzie pił, jeszcze po mnie, jeśli się uchowa.

Dużo ludzi lubi duże kubki. Kiedy się tacy ze sobą spotkają, następuje miły moment rozpoznania swojego człowieka. O, ja to najchętniej w wielkim piję. Żeby na długo starczyło. Ja tak samo. Najlepiej w takim wielkości nocnika. O właśnie.

Ofiarowujemy sobie kubki. To fajny prezent. I bezpieczny, bo ogólnoludzki i jednocześnie osobisty. I jak bezpieczne wydaje się (i jest) życie, w którym deliberujemy, kogo obdarzyć kubkiem z jego fotografią. Życie, w którym do przeszłości przeszły grube fajanse z brązowym szlaczkiem z barów mlecznych. Wtedy kupowało się natychmiast coś, co było ładne, bo to okazja. Długo mnie trzymała ta pazerność, a i teraz lubi się odezwać. Minimalizm stał się modny, ale co by robił rynek bez gadżeciarzy?

Prowadzę warsztaty na Starym Mieście. Zaniosłam tam jeden z moich solidnych kubeczków. Lubię, że jest na nim kartka: „kubek Kasi”. Kiedy odwiedzam redakcje, studia, gabinety, zawsze mi się podoba i wciąga przez chwilę moment robienia mi kawy czy ziółek, bo oglądam wtedy kolekcję przeróżnych kubasków i dopytuję: „Czy mogę dostać w tym dużym pomarańczowym?”. „Nie, bo to szefowej”. „A w tym zielonym z angielskim polowaniem?” „Nie, bo to naszego fotografika”. „A ten, ach, w różyczki?” „Tego ci użyczę na chwilę, bo to mój”. „Jak miło, dziękuję”.

Bardzo lubię, żeby mój gość rozejrzał się w moim bogactwie i zażyczył sobie: „ja proszę w tym!”. Kiedy ktoś mówi: „wszystko mi jedno”, staje się dla mnie osobą podejrzaną i od razu jest o tym informowany, czy to znajomek, czy klient. Bo jak sobie radzisz z wyborami w dużych sprawach, kiedy w małych nie potrafisz, lub, co gorsza, nie chcesz wiedzieć, czego chcesz? Nie lekceważmy małych radości. Wtedy będą przychodzić do nas coraz większe.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Lepsi i gorsi. Dlaczego jesteśmy tak podzieleni? Skąd w nas tyle pogardy?

Topdog i Underdog. Jeden jest duży, drugi mały, jeden jest lepszy, drugi gorszy – ale obaj żyją w tym samym organizmie i w tym samym społeczeństwie. (Ilustracja: iStock)
Topdog i Underdog. Jeden jest duży, drugi mały, jeden jest lepszy, drugi gorszy – ale obaj żyją w tym samym organizmie i w tym samym społeczeństwie. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jeden jest duży, drugi mały, jeden jest lepszy, drugi gorszy – ale obaj żyją w tym samym organizmie i w tym samym społeczeństwie. O tym, co się dzieje, kiedy jedna część gardzi drugą, a druga gardzi pierwszą i sobą samą – rozmawiamy z psychoterapeutką Katarzyną Miller.

Mówiłyśmy już o wielu odmianach kryzysu, nie poruszałyśmy jeszcze tematu długotrwałego kryzysu, a z takim mamy teraz do czynienia. Co się z nami dzieje, kiedy jest nie tylko źle, ale wręcz gorzej? Załamujemy się czy wkurzamy? A może obojętniejemy? Cóż, jeden się zbuntuje, a drugi się załamie. Jeżeli ktoś jest odporny psychicznie, czyli ma umiejętność wewnętrznego odradzania się – to po jakimś czasie podłamania wreszcie się podniesie, a jeśli wtedy znów coś w niego uderzy, to już się wkurzy. Ktoś mniej odporny psychicznie powie: „Boże, jeszcze to?!” i się złamie na pół. Ludzie reagują bardzo różnie na kryzysy i przeciwności życiowe. Podobnie jak na tzw. szczęśliwe trafy. Niektórzy, jak im się coś bardzo uda, kompletnie nie wiedzą, co z tym zrobić.

I pewnie aby zrozumieć przyczynę tych reakcji, trzeba by się cofnąć do dzieciństwa i najwcześniejszych doświadczeń? Pewnie, jak zwykle, ale powiem ci, że mi się już nie chce. Skoro mówimy o kryzysie światowym, to wolałabym się na przykład odwołać do naszej historii jako narodu, do punktów, od których się odbijamy, i tych, w które wpadamy. Jako nacja mamy bowiem w sobie zarówno buńczuczność, śmiałość i odnawialność, jak i martyrologię, która jest stanem, gdzie energia kieruje się przeciwko nam, czyli jesteśmy ofiarami historii, i w związku z tym mamy prawo pewnych rzeczy nie umieć czy nie chcieć, no bo nas tak skrzywdzono w przeszłości. To taka częsta ludzka postawa typu „czego chcieć od kaleki, skoro mu nogi odcięło?”. Tylko że jedni siadają na wózku i uczą się tańczyć walca albo grać w piłkę ręczną, a inni nawet na wózku siąść nie chcą. Jako kraj jesteśmy złożeni z różnych, czasem skrajnych postaw, ale na pewno mamy jakiś wspólny rys.

Ale czy rys narodowy można by przenieść na przypadek indywidualnego człowieka? Albo na odwrót: czy sytuację psychiczną jednostki można by uogólnić do narodu?

Jako naród jesteśmy teraz bardzo podzieleni. I to do tego stopnia, że nie znajdujemy w sobie zrozumienia dla tych, co myślą inaczej. Pogardzamy sobą nawzajem. Bardzo lubię pracować procedurą gestaltowską, która się nazywa Topdog i Underdog, czyli lepszy i gorszy. Otóż w każdym człowieku znajduje się taka część, która sobie radzi, którą się można pochwalić, bo jest pozbierana, zorganizowana i odnosi sukcesy. W środku, w ukryciu jest druga część – ta mało zadowolona z siebie i z życia, nieszczęśliwa. Jedna jest duża, druga jest mała, jedna jest lepsza, a druga gorsza. Topdog nie chce mieć najczęściej nic wspólnego z Underdogiem, bo się go wstydzi i uważa, że bez niego byłoby mu lepiej. Underdog z kolei myśli: „Masz mnie w dupie, a ja tu siedzę w komórce i płaczę. Nikt mi nie pomaga, nikt mnie nie szanuje”. Jeżeli rozdźwięk między tymi dwiema częściami nie zostanie zobaczony i rozwiązany (a rozwiązaniem jest zacząć siebie wzajemnie zauważać i czerpać z siebie), dochodzi do prawdziwego rozłamu. Underdog, wbrew pozorom, jest ważniejszy w tym sensie, że to jest ta pierwotna część (bliska pojęciu  Wewnętrznego  Dziecka w Analizie Transakcyjnej). Bez niej nie możemy żyć. Jeżeli ktoś bardzo zainwestował w Topdoga i bardzo nie chce zauważyć Underdoga, to proces budowania wzajemnego porozumienia będzie trwał bardzo długo.

Sądzisz, że w naszym kraju dzieje się teraz właśnie coś takiego? Właśnie! Ta część z nas, która poradziła sobie lepiej z różnymi historycznymi sytuacjami i wybiła się na dobrobyt i uznanie społeczne, uważa się za lepszą. W dodatku może się za taką uważać, bo obok egzystują gorsi – a tylko dzięki gorszym można być lepszymi. Tak zwanej elicie bardzo trudno przyznać, że nie byłaby elitą, gdyby nie istniały doły społeczne.

Jak daleko zaszły te podziały? Moim zdaniem bardzo daleko. Podczas niedawnych demonstracji krzyczano „wypierdalać!”, co mnie się strasznie podobało. Bo wreszcie grzeczne dziewczynki przestały być grzeczne i uważam, że powinny zacząć mówić mocnym głosem, żeby były usłyszane, ale to „wypierdalać” powinno być skierowane wobec pewnych postaw, nie ludzi. Wobec chamstwa, braku szacunku oraz nieumiejętności słuchania.

Chcesz powiedzieć, że podział w Polsce nie jest wcale polityczny? Wszystko jest polityką, kochana. Ale też wszystko jest psychologią. I socjologią. I biochemią.

Miałam na myśli to, że podział nie przebiega między lewicą a prawicą, tylko między tymi, którzy pogardzają, i tymi, którzy są pogardzani. Zgadza się. I trzeba dodać jeszcze, że ci, którzy są pogardzani, pogardzają samymi sobą. I tego nienawidzą. I za to mają też za złe tym, którym się bardziej udaje – bo oni nie muszą siebie samych tak traktować. Dlatego to jest jeszcze głębsze.

Podczas październikowych demonstracji część osób wyszło na ulicę nie przeciwko pewnym politykom, a przeciwko właśnie takiemu traktowaniu innych, nieliczeniu się z ich zdaniem. Ostatnio mówiłaś, że jesteśmy zdradzani całe życie. Niektórzy poczuli się więc zdradzeni po raz kolejny, oszukani, użyci. I mają tego dość. Jak to się mówi: przelało się. Za dużo rzeczy się już nazbierało. Oczywiście nie każda żona ciemiężona przez partnera zabija go, ale bardzo wiele – tak. To stan, który można określić jako „nie wytrzymam”, „za dużo”. I wtedy to idzie albo w stronę autodestrukcji, albo destrukcji wobec kogoś lub czegoś. Może też iść w obie strony i wtedy robi się już coś strasznego. W ogóle gdy pojawia się destrukcja, to ona pociąga kolejną. Użycie skrajnej destrukcji pozostawia nas właściwie z pustymi rękami.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Topdoga i Underdoga. Jeden bez drugiego nie może istnieć? Społeczeństwo jest jednym organizmem, który potrzebuje obu części, w dodatku jedna powinna trochę pójść w dół, a druga trochę w górę. I obie powinny się ze sobą dogadać. Na pewno nie może istnieć sama lepsza strona, u jednostki to bardzo dobrze widać, w społeczeństwie – nie od razu. Całość jest pełnią, bo ma lewą i prawą stronę, dzień i noc, jasność i ciemność – i nie wiemy dokładnie, w którym momencie jedno w drugie przechodzi. Więc jeżeli społeczny Topdog myśli, że poradzi sobie bez Underdoga, to źle myśli. I coraz gorzej sobie radzi. Coraz bardziej mu czegoś brakuje, ale nie wie, czego. Oczywiście brakuje mu szacunku dla tego gorszego.

Brakuje nam do siebie szacunku? Szacunku, myślenia filozoficznego, ale też duchowego, rozumienia istnienia tego świata. A świat to połączenie przeciwności, skrajności, jin i jang. Można się żreć z kimś, kto jest inny, a można się od niego czegoś dowiadywać i odnajdować w sobie inne odpowiedzi. Ale to wymaga spojrzenia na siebie z boku. Dystansu, dojrzałości. A tego też nam brak. Jako naród spotkaliśmy się na chwilę w momencie, w którym wygraliśmy z komunizmem – pojawiło się poczucie wspólnoty, bo mieliśmy wspólnego wroga. A kiedy nie mamy wroga, stajemy się wrogami dla samych siebie.

Takim wrogiem nie jest dla nas pandemia? Ale na razie się w niej nie łączymy. Choć jednocześnie nie boimy się w jej trakcie wychodzić na demonstracje. Mamy na tyle dosyć, że się nie wahamy wystawić na ryzyko. Im bardziej krzyczą o ryzyku, tym bardziej my mówimy: jest coś ważniejszego.

Niedawno w jednej z reklam postawiono takie pytanie: Co jest ważniejszego od zdrowia nas samych i naszych dzieci? No i okazało się, że jest. Bo po co ludzie wyszli na ulicę? Żeby walczyć o niepodległość osobistą, o to, by liczono się z ich zdaniem oraz nie podejmowano decyzji o nich bez nich – i to się okazało dla nich ważniejsze od zdrowia. To ludzi złączyło, jednak inne rzeczy znów podzieliły.

Ale mówisz, by odwołać się do historii... Teraz musimy zrobić uczciwą diagnozę – zobaczyć, jak bardzo jesteśmy rozwarstwieni, jak jedni zapomnieli o drugich i jak bardzo ci zapomnieni mają tego dosyć. Bo dotarło do nich, że stanowią siłę, ale destrukcyjną – zamiast siły rozwiązującej. Prosisz o przykład z historii – spójrzmy na socjalizm, który miał wiele wad, ale dbał o pewne rzeczy na takim poziomie, by ludziom nie opłacało się ich tracić. Poza tym wszyscy byli w nim bardzo zrównani. Myśmy wraz z nowym polskim kapitalizmem wylali dziecko z kąpielą, bo wyżyny społeczne się rozwinęły, a doły zostały tam, gdzie były, i mają gorzej niż kiedyś.

Jest szansa na zasypanie tej przepaści? Jeżeli prawica posługuje się biedą po to, żeby załatwić lewicę, a lewica wciąga się w walkę z prawicą, zamiast przypomnieć sobie, że zostawiła biednych – to na jakim poziomie rozwiązywania jesteśmy? Znów to powtórzę: żeby sobie z czymś poradzić, musimy najpierw zrobić diagnozę i zobaczyć, na co nas stać. Zorientować się, jakimi dysponujemy możliwościami na ten moment, żeby nie zaogniać sytuacji – i powoli zacząć działać. Topdog i Underdog mają siebie zobaczyć i powoli zacząć się nawzajem wspierać, bo współistnieją w tym samym organizmie. Mogą się ze sobą nie zgadzać, ale muszą siebie widzieć i słuchać. Poza tym gdyby każdy człowiek wiedział, że ma w sobie agresję i potencjał do nienawiści, to nie mówiłby, że tamci są be, a ja jestem cacy. Nie chodzi o to, by siebie potępić, tylko aby siebie poznać. A my głównie potępiamy – siebie albo drugą stronę. Trzeba przywrócić dyskurs społeczny. Słuchajmy siebie, słuchajmy innych. Nie potępiajmy, jednak też nie usprawiedliwiajmy się w kółko. I wiedzmy, że czasami zamiast walczyć można się po prostu nie podporządkować.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Kultura

Katarzyna Miller zapowiada swój muzyczny debiut

Katarzyna Miller piosenki nie tylko wykonuje, ale jest również autorką ich tekstów oraz melodii. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Katarzyna Miller piosenki nie tylko wykonuje, ale jest również autorką ich tekstów oraz melodii. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Dziesiątki książek, setki wierszy oraz limeryków, niezliczona ilość felietonów. A wszystko to przy stale rosnącym zainteresowaniu fanów. Katarzyna Miller zaskakuje po raz kolejny! Już 5 marca 2021 r. premierę będzie miał jej debiutancki album muzyczny Choćby tylko na chwilę.

Dziesiątki książek, setki wierszy oraz limeryków, niezliczona ilość felietonów. A wszystko to przy stale rosnącym zainteresowaniu fanów. Katarzyna Miller zaskakuje po raz kolejny! Już 5 marca 2021 r. premierę będzie miał jej debiutancki album muzyczny Choćby tylko na chwilę.

Na płycie wydanej nakładem wydawnictwa MTJ słuchacze znajdą tanga, kilka piosenek lirycznych i sentymentalnych, utwory z latynoskim rytmem, blues oraz jedną piosenkę z gatunku, który sama artystka nazywa „psychokiczem”.

Muzyka jest teraz moją frajdą. Z kolei płyta „Choćby tylko na chwilę” jest dla mnie nagrodąza to, że się nie starzeję, tylko się rozwijam. Że pozwoliłam sobie na muzykę. - Kasia Miller
Każdy z utworów przedstawia „małą ludzką historię” ukoronowaną pointą. Coś dla siebie znajdą na płycie Katarzyny Miller zarówno ci, którzy cenią wyraziste rytmy, jak i ci, którzy lubią się rozmarzyć.
Tylko dla czytelniczek miesięczników „Zwierciadło” i „SENS” specjalny kod do pobrania utworu Spokój.  Szczegóły w wydaniach marcowych.
Jak mówi artystka: Ta płyta jest dowodem, nie tylko dla mnie, ale i dla innych, że „śpiewać każdy może”. Przez całe życie możemy być twórczy. Nie warto się ograniczać. Warto sobie pozwalać i korzystać ze wszystkich zasobów, jakie się tylko ma.

Na uwagę zasługuje fakt, że Katarzyna Miller piosenki nie tylko wykonuje, ale jest również autorką ich tekstów oraz melodii.

Poprosiłam poleconą mi firmę muzyczną Live Art Group o przygotowanie płyty na bazie moich kompozycji i tekstów. W projekcie brał udział Maciej Szulc, który jest szefem artystycznym (ponadto towarzyszy mi w jednym duecie), Wojtek Stec oraz wielu wspaniałych muzyków. Managerem całości projektu jest Jerzy Bryczek z życzliwą współpracą i wsparciem mojej agentki Magdy Chorębały. Bardzo mi się z nimi cudnie pracuje. Wierzą we mnie, uskrzydlają mnie i dobrze się razem bawimy kontynuuje ulubiona felietonistka czytelniczek Zwierciadła.

https://www.youtube.com/watch?v=-Cj-6Np-kPc&feature=youtu.be

Katarzyna Miller to najsłynniejsza polska psycholożka. Charyzmatyczna, odważna, dowcipna i pogodna, ale też szczera do bólu. Psychoterapeutka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej a prywatnie wielka miłośniczka sztuki we wszelkich jej formach.

Premiera debiutanckiej płyty Katarzyny Miller będzie miała miejsce 5 marca 2021 r. (Fot. materiały prasowe) Premiera debiutanckiej płyty Katarzyny Miller będzie miała miejsce 5 marca 2021 r. (Fot. materiały prasowe)

  1. Seks

Seks po ślubie, czyli… co noc? Rozmowa z Katarzyną Miller

Dziś wiele par żyje ze sobą przed ślubem. Warto jednak pomyśleć też o tym, co będzie się działo w naszej sypialni po założeniu obrączek lub zamieszkaniu razem, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. (Fot. iStock)
Dziś wiele par żyje ze sobą przed ślubem. Warto jednak pomyśleć też o tym, co będzie się działo w naszej sypialni po założeniu obrączek lub zamieszkaniu razem, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dziś, kiedy wiele par żyje ze sobą przed ślubem, to temat lekceważony. No bo skoro już razem sypiamy, to czy warto myśleć o tym, co będzie się działo w naszej sypialni, kiedy założymy obrączki? Albo kiedy zamieszkamy razem, połączeni kredytem, kotem albo potomstwem? Warto, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. Jeśli zawczasu zastanowimy się nad tym, jakie mamy oczekiwania, może uda się nam znaleźć część wspólną. To łatwiejsze, gdy rozumiemy, że czasem coś, co nie ma nic wspólnego z seksem ani z naszym uczuciem do partnera, psuje nam radość seksu z nim – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Dziś, kiedy wiele par żyje ze sobą przed ślubem, to temat lekceważony. No bo skoro już razem sypiamy, to czy warto myśleć o tym, co będzie się działo w naszej sypialni, kiedy założymy obrączki? Albo kiedy zamieszkamy razem, połączeni kredytem, kotem albo potomstwem? Warto, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. Jeśli zawczasu zastanowimy się nad tym, jakie mamy oczekiwania, może uda się nam znaleźć część wspólną. To łatwiejsze, gdy rozumiemy, że czasem coś, co nie ma nic wspólnego z seksem ani z naszym uczuciem do partnera, psuje nam radość seksu z nim – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

W książce „Dlaczego kobiety uprawiają seks” Cindy M. Meston i David Buss piszą, że mężczyźni: bo lubią, a kobiety mają 237 innych powodów. Trudno więc, by nasze oczekiwania były zgodne. A gdybyśmy w sypialni nie przeżywali rozczarowań, nie byłoby tych małych frustracji, które zatruwają życie tak na co dzień… Zacznę od anegdoty. Tuż przed zawarciem małżeństwa z zakrystii wypada pan młody. Radosny, pospiesznie zapina spodnie. „Coś ty taki zadowolony? – pyta go drużba – za chwilę tracisz wolność!”. „Ty nie wiesz, z kim ja się żenię! To kobieta moich marzeń. Właśnie zrobiła mi najwspanialszą laskę. Teraz będzie tak co noc!”. Po chwili z zakrystii wychodzi panna młoda, także szczęśliwa. Ją z kolei o powód radości pyta druhna. „Przed chwilą zrobiłam ostatnią laskę w życiu!” – odpowiada panna młoda.

Jeśli jednak jest tak jak w tym dowcipie, to nie tylko nasze oczekiwania, ale i upodobania różnią się i to zdecydowanie. Na pewno. Chłopaki po prostu myślą, że będą mieli to, co chcą, czyli seks w domu ze swoją kobietą, która jest zawsze pod ręką. Dziewczyny jednak zdecydowanie rzadziej marzą, że wreszcie będą miały przy sobie co noc kochanka. W Polsce nadal nie wolno kobietom mieć takich pragnień. I ogromna część nie myśli o tym, że po ślubie będzie mieć co noc seks. Myśli za to i marzy o tym, że wyjdzie wreszcie z domu rodzinnego i będzie mieć swój własny dom.

Dom, ale niekoniecznie z sypialnią? Sypialnia też ma być w tym wymarzonym domu, ale nie jest tym najważniejszym pomieszczeniem. A jeśli jest, to na pewno nie z powodu seksu. Kobiety więcej uwagi poświęcają urządzaniu jej niż temu, co by tam się mogło zadziać. Ja tę potrzebę, która pcha kobiety do ślubu, nazywam potrzebą gniazdowania. Przez analogię do ptaków, które w okresie godowym budują gniazda. Ludzie też mają potrzebę, by sobie uwić miłe gniazdko. Oczywiście, kobiety cieszą się, że w tym gniazdu jest ich samczyk luby, który będzie im wyśpiewywał miłosne trele. Cieszą się, że ktoś je pragnie, że ktoś je pokochał. I to są te ich całe fantazje.

Seksu w nich co kot napłakał? Co napłakał, bo ten samczyk luby ma je tylko pieścić i komplementować. Kochać fizycznie, owszem, czasem, ale bez szału, bo też seks nie jest celem życia kobiet. Oczywiście, nie jest też celem życia mężczyzn, choć oni akurat lubią tak o sobie myśleć, jednak nie wszyscy i nie zawsze. Mężczyźni też potrzebują czuć się chciani i kochani. I jeśli któryś jest źle traktowany przez swoją kobietę, to on często ucieka wtedy w romans, w świat prostytucji, pornografii, a najczęściej masturbacji. Znam pięknych mężczyzn, którzy wiążą się z szarymi myszami. Dlaczego? Bo czują się przez nie kochani, doceniani. Przy nich są bezpieczni, nie muszą bać się wielkiej namiętności i zazdrości. A więc te obsesje, motywacje i cele seksualne mężczyzn są mocno podrasowane w naszej kulturze.

Zdziwiłam się, bo z badań wynika, że tylko dla 61 proc. mężczyzn (i 31 proc. kobiet) ważne jest, by druga połowa była sexy. No właśnie, bo mężczyźni potrafią znacznie bardziej świadomie niż kobiety rozróżnić materiał na żonę i na kochankę... A wracając do sypialni i seksu: on jest często ważny dla kobiet, które mają frajdę z seksu, a to często te, które jako nastolatki odkryły masturbację. One też wiedzą, czego chcą, i nie dadzą się zbyć. Nie są uzależnione od mężczyzny, nie muszą mu się całe oddawać i czekać tylko na to, co dostaną. Oczywiście, masturbację można odkryć i później, a orgazm z kolejnym partnerem, jeśli się nie udało z pierwszym.

W „Dlaczego kobiety uprawiają seks” przeczytałam, że my chcemy czuć się pożądane i atrakcyjne. To sedno naszej seksualności. Nie superorgazmy. A w „Dlaczego mężczyźni pragną seksu, a kobiety potrzebują miłości” Allana i Barbary Pease, znalazłam kolejną różnicę, zdaniem autorów mężczyźni chcą mnóstwo seksu, a kobiety seksu na wyłączność… Mężczyźni chcą seksu na podniesienie swojej męskości, bo im się od dziecka mówi, że prawdziwy mężczyzna wciąż go chce. Kobiety chcą seksu dla potwierdzenia tego, że dla tego oto mężczyzny są kimś jedynym. Zgadzam się więc z tym, że kobiety chcą być upragnione, a dzieje się tak z powodu, o którym wciąż mówimy: wiele kobiet wynosi z domu rodzinnego ogromną dziurę w poczuciu ważności. W tych domach są tylko tym kimś, kto ma „przynieść, wynieść, pozamiatać”. Są oczywiście królewny, które były słoneczkiem tatusia, i one biorą od mężczyzn to, co chcą i potrzebują, biorą też przyjemność seksualną, bo wiedzą, że im się należy to, co najlepsze, i że mogą to mieć. Ale takich kobiet jest niewiele. Ogromna większość to te, które nazywam wygnanymi z raju. One miały tatusia do pewnego momentu, a potem już nie. Taki tatuś wielbił córeczkę, a jej mamy nie, a potem odszedł i wcale się z córką nie spotykał. A więc ona miała tę wielką miłość, ten raj i go utraciła. A to sprawia, że ma przekonanie, że miłość się traci, że każdy mężczyzna porzuci. Kiedy takie przekonanie się ma, to w każdym związku czeka się na porzucenie i strasznie stara, by to nie nastąpiło. Jednak zabieganie o mężczyznę każdego z nich strasznie zmęczy i znudzi, a na pewno nie zatrzyma.

A seks? To chyba nie jest hobby „wygnanej z raju”? Kobieta „wygnana z raju” seksem się nie interesuje, jej rozwój został przerwany, kiedy ojciec ją odrzucił, a więc gdy była dziewczynką. Przytulanie, całusy i chwalenie, że śliczna, to wszystko, czego pożąda. A jeśli już myśli o seksie, to seks ma być wtedy, kiedy ona jest gotowa, i taki ma być ten seks, jak ona by chciała. Mężczyzna ma się liczyć z jej złymi dniami, z jej smutkiem, z jej wyobrażeniami o tym, jak powinien wyglądać i się zachowywać. Czyli ona będzie centrum zarządzania ich związkiem. A jeśli nawet przez miesiąc nie będzie miała nastroju, to on nie ma być zniechęcony czy sfrustrowany. Wciąż  tak samo ma być w nią zapatrzony, tak samo jej pożądać i podziwiać. Jedyne, co możemy im poradzić, to żeby zdały sobie sprawę, że tylko pracując nad swoim poczuciem wartości, mogą załatać tę dziurę. A gdy to się im uda, zrozumieją, że seks jest należną i ważną przyjemnością zmysłową. Warto jej poświecić czas i uwagę, fantazjować o seksie, a nie o firankach w oknie... Dziewczyna, kiedy się zakocha w jakimś chłopaku, to marzy, że idą razem na spacer nad jezioro i on mówi jej, że jest cudowna, i ją całuje. Chłopcy w tym czasie myślą o seksie i to wprost. Tego się nie zmieni, to biologia. Ale to, co można zmienić, też okazuje się trudne. Na przykład mężczyźni lubią mówić, że kobiety są nie do zrozumienia. Ale gdyby zadali sobie trud, by je zrozumieć, nie musieliby panicznie się bać i wycofywać, gdy tylko poczują, że ona chce od nich czegoś, ale oni kompletnie nie rozumieją czego.

Pewnie zwyczajne oczekiwania, jaki ten seks ma być, mają kobiety, które w domu dostały sporo miłości i szacunku. Lubią więc siebie i lubią seks. Są przyzwyczajone do tego, że są dobrze traktowane, szanowane, że okazuje się im sympatię i uczucie. Wybierają więc intuicyjnie odpowiednich facetów. Tych, z którymi dobrze się czują, którzy potrafią kochać, bo sami nie mają dziury w poczuciu wartości. Kobiety wygnane z raju zawsze wezmą na partnera kogoś niewłaściwego. Nauczono je, że jak ktoś jest miły, to na pewno jest fałszywy albo czegoś zaraz będzie chcieć! Trudno im będzie zaznać szczęścia w związku, bo chcą być strasznie mocno kochane! Ale ich faceci też! Wciąż się więc nawzajem rozliczają: ty mnie kochasz za mało, ty mnie kochasz nie tak, ty mnie kochasz nie tak, jak ja potrzebuję! Trwają przy swoich kompleksach i nawzajem oskarżają. Zaczyna się walka. Seks staje się poligonem i coraz częściej pada groźba: „za karę nie będzie seksu!”.

A więc koniecznie trzeba rozmawiać o swoich oczekiwania, ale też o kompleksach i obawach – i to zanim zaczniemy spać razem codziennie, a nie od czasu do czasu, i to zazwyczaj po zabawie w klubie. Bycie parą uprawiającą seks przed ślubem nie wszystkich uczy, jaki partner jest w seksie. Jeśli para mieszka ze sobą długo przed ślubem, to owszem, oboje już wiedzą, jak im jest. Ale jeśli kochają się z doskoku, w różnych miejscach, w hotelu, w mieszkaniu przyjaciółki, pod nieobecność rodziców we własnym pokoju, to przeważnie się spieszą, stresują. Marzą wtedy o spokoju, nieograniczonym czasie dla siebie, powolnych pieszczotach, wielokrotnych aktach miłosnych, czułych szeptach. Szczególnie kobiety chciałyby, żeby luby poświęcał im dużo czasu i uwagi. Miał czas na rozbieranie, oglądanie, podziwianie, całowanie… Jest taki dowcip, smutny jak i ten poprzedni: „Kiedy kobiety  przestaną udawać orgazm? Wtedy, kiedy mężczyźni przestaną udawać grę wstępną”. Kobiety uwielbiają grę wstępną. Ich całe ciało jest do tego stworzone. To je rozluźnia. Wtedy odpływają od codzienności, o której przecież muszą myśleć znacznie więcej niż mężczyźni. Czują się wtedy sexy i tak odbierają partnera.

Ale tej gry wstępnej we wspólnej sypialni niekoniecznie musi być tyle, ile kobieta oczekiwała... Jasne! A kobieta, zwłaszcza ta jeszcze nierozwinięta seksualnie, pragnie, by jej partner obdarował ją orgazmem, czyli był skupiony na niej, cierpliwy, czuły, ale i wiedział, czego ona potrzebuje. Kobiety w ogóle marzą, żeby mężczyzna wiedział, czego one pragną. To jest, niestety, marzenie ściętej głowy. Do tego, by sam odgadł marzenia kobiety, potrzebny byłby Don Juan, a taki, nawet jak się trafi, to nie będzie się żenił. I jest pat, bo dziewczyny nie są uczone tego, że mają prawo mówić o swoich potrzebach. Poza tym boją się, że będą posądzone o egoizm. Wstydzą się też prosić na przykład o orgazm łechtaczkowy przed penetracją, a bardzo wiele tego właśnie potrzebuje. Tylko niektórzy mężczyźni o tym wiedzą. Bardzo powszechne jest męski prosty seks, a kobiety wolą żyć bez seksu, jeśli nic innego nie mogą dostać. I tak się często kończy.

To jak to robią ci, którym w łóżku i w życiu się razem układa? Jeśli para planuje poważny związek, czasem rozmawia o wzajemnych oczekiwaniach i wyobrażeniach, ale niestety rzadko. Częściej myślimy: „jakoś się ułoży”. I w efekcie na przykład dzieci pojawiają się, zanim cokolwiek postanowimy, bo też wiedzę o antykoncepcji mamy taką jak każdy widzi. A kiedy już są dzieci, to bardzo często seks szlag trafia. Z wielu powodów. Związek przestał być przyjemnością, a stał się obowiązkiem, a z tym młodzi ludzie często nie wiedzą, co robić. Najczęściej się „spinają”, boją, denerwują. To nie sprzyja rozkoszy. U nas dzieci wychowuje się bez świadomości tego, że rodzice są istotami seksualnymi. Dzieci też mają być bezpłciowymi aniołkami. Rodzice przestają się przy nich całować, przytulać, dotykać. Taki mają wzór ze swoich domów. Kończy się zabawa, zaczynają się schody. Frustracja seksualna, różnie rozwiązywana. Przez kłótnie, ciche dni, pracoholizm, oddalenie. Skupienie na obowiązkach i jakimś uzgodnieniu mijania się obok. Wtedy we wspólnej sypialni robi się niemiło. Żeby było miło, trzeba się napracować. I bardzo wspierać wzajemnie. A nie bawić w ulubione gry małżeńskie, u wszystkich takie same: „Bo to wszystko twoja wina!”.

Od czego zacząć takie rozmowy przedślubne? Warto uzgadniać wzajemne postawy i potrzeby. Poznawać siebie i partnera. Nie bać się, kiedy wyjdzie na jaw, że się różnimy. To wcale źle nie rokuje, tyle że nikt nas nie uczy, jak sobie z tym radzić. Te różnice i tak wyjdą w praniu, czyli w życiu. W dodatku to normalne, że się różnimy. I ciekawe. Znacznie bezpieczniej jest zajmować się negocjacjami, uzgodnieniami, na początku, kiedy się lubimy, pożądamy, jesteśmy dla siebie jeszcze atrakcją. A nie gdy już na siebie syczymy ze złości i rozczarowania. Seks to część życia niebagatelna. Można uzgodnić, że jest nam w związku niezbędny albo że mało ważny. Byle byśmy oboje byli z tych uzgodnień zadowoleni i ich świadomi.

Problemy z niedogadaniem co do seksu dotyczą chyba jednak małej grupy kobiet, skoro z badań prof. Wioletty Skrzypulec-Plinty wynika, że 76 proc. tych, które mają mniej niż 40 lat, jest zadowolona z seksu. Ludzie mówią, że jest dobrze, żeby lepiej się poczuć albo z niewiedzy, że może być naprawdę im w seksualności przyjemnie. Wychowywani jesteśmy „od przyjemności”, a nie „do przyjemności”. No to jakie mamy mieć związki? Może być nam razem dobrze niezależnie od tego, jakie mieliśmy fantazje przedślubne, ale musimy pogodzić się z tym, że ta druga osoba nie jest do spełniania naszych oczekiwań. Każdy sam musi wziąć odpowiedzialność za siebie, także za swoje oczekiwania dotyczące seksu i za ich realizację.

  1. Seks

Seks bez miłości? Nie myl zakochania z pożądaniem

Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy naprawdę zawsze chodzi o miłość? A może pod tym grzecznym „ja – nim pójdę z kimś do łóżka – najpierw muszę się zakochać”, ukrywa się jakaś tajemnica? Może tak po prostu nie mamy odwagi przyznać, że lubimy seks? A jeśli tak jest, to co z tym zrobić – wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Często słyszę od singielek, które narzekają na brak seksu: „muszę się zakochać, zanim pójdę z kimś do łóżka”. Na początek podzielę się pewnym spostrzeżeniem z mojej praktyki, które dawniej mnie zdumiewało. Kiedy mówi się z kobietą, zazwyczaj jeszcze młodą, o szanowaniu siebie, to jej się to kojarzy wyłącznie z tym, żeby nie spać z byle kim. Czyli z porządnością seksualną, żeby być taką, jak mamusia sobie życzyła. Kobiety, zwłaszcza młode, myślą, że szanują siebie, gdy są grzecznymi dziewczynkami. Wiedzą, co jest właściwe. A że przy okazji są nieszczęśliwe, to zupełnie inna sprawa. Jakoś nie widzą związku między byciem nieszczęśliwą a tym, że się nie umieją „puścić”, a ja to słowo stosuję w szerokim kontekście. Opłaca się puścić wszystko, co ogranicza, co zabrania, co przeszkadza żyć w zgodzie ze sobą. Puścić się to przestać się bać, przestać się hamować w mówieniu „nie”, w okazywaniu złości, ale też w przeżywaniu radości, swobody. Puścić się to być sobą.

A w takim razie czym jest prawdziwy szacunek do siebie? Jeśli myślimy, że szanowana kobieta to taka poza seksualna, to trudno nam zrozumieć, że szacunek do siebie jest szacunkiem do osoby, dla mojego bytu, dla mojej wartości, dla mojej całości. Szacunek dla siebie jest niezwykle ważną postawą wobec siebie. Umiejętnością, którą wiele kobiet zdobywa dopiero w trakcie świadomej pracy nad sobą. A mówiąc najkrócej, szanuję siebie, czyli robię to, co mi jest potrzebne.

I tak znów wracamy do seksu, jeśli to on jest nam potrzebny? I do kolejnej rzeczy, która dziewczynkom przeszkadza robić to, czego pragną. Otóż nikt ich nie nauczył, że seks i miłość to co innego. I mamy dziewczynkę, która rozwija się i zaczyna mieć potrzeby, ale nie nazwie ich seksualnymi, chociaż je czuje. Ona pomyli pociąg fizyczny z miłością. No bo skoro myśli o kimś, chciałaby czuć go koło siebie, chciałaby, żeby ją dotykał, skoro nie chciałaby się z nim rozstawać, no to musi go kochać. A ona nawet jeszcze nie wie, co to znaczy kochać. To seksualność jest pierwsza. To chemia, feromony. Najpierw poznajemy swoje potrzeby fizyczne, które przecież także są ważne i także są duchowe, tyle że przeżywane na poziomie ciała. Ale żeby to wiedzieć, trzeba uznać, że poziom cielesny jest piekielnie ważny. Tak samo ważny jak psychiczny i społeczny. No bo jak tu żyć bez ciała? Wiemy już, że trzeba o ciało dbać, ale nadal nie szanujemy tej wiedzy, że trzeba o nie zadbać także seksualnie.

Czyli nasze zainteresowanie mężczyznami zaczyna się od pożądania? A my nazywamy je miłością, bo tak nas wychowano? Zaczyna się od pożądania. Oczywiście, może być też tak, że dziewczyna  interesuje się chłopakiem, bo on jest mądrzejszy od innych, potrafi zrobić coś jak żaden inny. No i tu zaczyna się pojawiać traktowanie kogoś jako osoby. Ale zdecydowanie bazą pierwszych niby-miłości jest to, że on się jej podoba, działa na nią, sprawia, że w niej buzują hormony. Mądra matka powinna córce powiedzieć: „kochanie, wielu mężczyzn może ci się podobać, mogą w tobie wywoływać roznamiętnienie, drżączkę, ale to nie znaczy, że ich będziesz kochać”. Ale matka tego nie mówi i dziewczyna myśli, że kocha tego chłopaka. Kiedy więc on mówi: „to daj mi dowód miłości”, ona mu daje, bo ma wizję, że kocha. A tak naprawdę pragnie i chce się sprawdzić, chce poczuć, że już weszła w życie, że coś się dzieje nowego, dorosłego, ekscytującego. A tu ma dać dowód miłości, bo inaczej on ją rzuci albo pójdzie z inną, albo ona okaże się dziecinna lub nieseksowna. I to jest jeden z powodów, dla których dziewczyny za wcześnie zaczynają współżycie. Kolejny bywa taki, że jak się chłopak do dziewczyny dobiera, to jej się na początku to podoba, bo ona chce się poprzytulać, popieścić, pocałować, więc jest zachwycona, podniecona, ale potem przestaje. Tylko nie wie, co zrobić? Bo jak mówi: „nie dotykaj mnie tam, na dole”, „boję się”, „przestańmy już”, to on się obraża albo straszy, że odejdzie, albo gwałci. No to ona myśli: „jak to tak ma być, to ja zamknę oczy i jakoś to wytrzymam”. I dzieje się coś, na co ona wcale nie ma ochoty i co wcale nie sprawia jej satysfakcji. No a potem jeszcze się tego wstydzi. Bo przecież nasze katolickie wychowanie wbija nam do głowy same zakazy. My je oczywiście przełamujemy, ale im bardziej, tym większy odczuwamy wstyd. Matka, pamiętająca własne przeżycia, mogłaby powiedzieć: „masz prawo zawsze powiedzieć stop”. A ojciec pouczyć syna: „Prawdziwy kochanek nie zmusza i nie gwałci. Słuchaj, kiedy ona mówi stop”.

Po takiej typowej inicjacji można stracić ochotę i na seks, i na miłość. Po takiej inicjacji można nie szanować seksu, ale też nie wiedzieć, gdzie jest ta miłość? Bo to wiedzieć mogę dopiero, kiedy popróbuję, czym jest jedno i drugie. Wszyscy ludzie są (mniej lub bardziej) wyposażeni w libido i pożądać można wielu, natomiast kocha się tylko poniektóre osoby.

No ale jak to rozpoznać? Miłość czy pożądanie? Rozpoznawać to można w ciele. Ale zazwyczaj to się wyjaśnia dopiero w praniu. Mija seksualne zauroczenie i jakże często mija związek. Jeśli to przeżyjesz świadomie, to zaczniesz widzieć różnicę. Ja na przykład nauczyłam się rozpoznawać, wiesz po czym? Przez długie lata młodości, zmarnowanej w pewnej części (bo mamusi udało się wcisnąć mi kit, że wszystko dopiero po maturze), wmówiłam sobie, że mnie interesują wyłącznie mężczyźni intelektualnie rozwinięci. I taki był mój pierwszy chłopak. Lubiłam, żeby mężczyzna miał okulary, bardzo mi się też brody podobały. Najważniejsze było, żeby pogadać, ponazywać coś mądrze i twórczo. Ale (po maturze oczywiście) do mnie dotarło, że mnie kręci zupełnie inny typ mężczyzn, typ drwala, że on nijak się ma do tych książek i do tych intelektualnych lotów. Że mnie bierze szelmostwo w oku, ruch ciała, męska, fizyczna siła. I zaczęłam widzieć, że inne części mojego ciała reagują na tych panów, a inne na intelektualistów. I wtedy pomyślałam: „Kurde, to jednak chodzi o ciało! To cudne!”.

No i inne z nimi możemy potrzeby zaspokoić, bo jak chcemy pogadać… Jak mi się zapala ochota na eksplorowanie przestrzeni artystyczno-duchowych, to wcale nie oznacza, że należy zejść także poniżej. A słowo „poniżej” wcale nie jest deprecjacją. Seks jest w środku naszego ciała. Tam w brzuchu jest też nasz mózg emocjonalny, o czym jestem przekonana, bo on się do mnie odzywa. I seksualność jest tam – więc mam słuchać, która część mojego ciała do mnie gada w sprawie tego pana. Kobiety mogą się tego nauczyć. Na taką naukę nigdy nie jest za późno.

Nie zawsze wymóg miłości działa jak ślub czystości. Znam kobietę, która co prawda mówi: „ja muszę się najpierw zakochać”, ale sądząc po ilości kochanków, zakochuje się co chwila. Musi się bidula zakochiwać, bo inaczej nie da sobie przyzwolenia na seks. I to jest ogromny temat. Żyjemy w ciągłym kłamstwie. Wiele kobiet i część mężczyzn ustawicznie manipuluje własnymi uczuciami. Oczywiście nieświadomie. Żąda od siebie i od innych: więcej, wyżej, ambitniej. A to najczęściej niemożliwe i stąd psujące radość życia pretensje. No bo gdybyśmy nie mieli obsesji na punkcie pseudomiłości, tobyśmy się po prostu pociupciali i wtedy zobaczyli, czy się polubimy, czy się pokochamy? Powolutku, ale też nie za wolno, żeby narosło coś fajnego, żeby nie zrywać zielonego jabłka i nie zjadać czegoś, co nie jest słodkie. No ale jak się zmuszamy do  miłości, to tak naprawdę nie mamy szans nikogo pokochać. Odwrotnie: manipulacja emocjami daje uzależnienie. Skoro muszę kochać, by zrobić to, czego naprawdę potrzebuję, czyli uprawiać seks, to uzależniam się od tej rzekomej miłości i pewnie już jestem uzależniona od seksu. A w takiej sytuacji, aby przeżyć prawdziwą miłość, musiałabym sobie zrobić długą abstynencję, żeby dotrzeć z powrotem do samej siebie, do swoich prawdziwych uczuć.

A tak zupełnie po ludzku, kiedy sobie wmówię, że to miłość, to będę cierpieć, marzyć, latać za tym facetem, bo ten jedyny, tylko on… A to był po prostu – świetna rzecz – udany seks. Ale my myślimy: „Ojejku, bzyk nam wyszedł! Jesteśmy dla siebie stworzeni!”. No, może, ale niekoniecznie. Mogę go kochać za to, że nam bzyk świetnie wyszedł, ale to wcale nie znaczy, że to miłość. Ja go tylko kocham za ten seks. I mogę siebie bardziej kochać za to, że potrafiłam znaleźć faceta, z którym tak fajnie się bzykać. Że się okazało, że moje ciało ma tyle cudnych możliwości, że się rozwija erotycznie. Że sama siebie nie zatrzymuję w pół kroku. Więc ten człowiek ma w moim sercu na całe życie wdzięczność. Ale to nie znaczy, że go kocham. Może, choć nie musi, okazać się, że i pod wieloma innymi względami pasujemy do siebie. Ale trzeba czasu na to, by sprawdzić, czy jesteśmy dla siebie stworzeni.

Można tak pięknie myśleć tylko dlatego, że jest nam superdobrze w seksie? No pewnie: jestem ekstra, skoro przeżywam takie fajne rzeczy. A może spotkaliśmy się właśnie po to, żeby przeżyć super-seks? To jest naprawdę wystarczający powód: poprawić swoją seksualność, rozwinąć ją, dać jej wyższe loty. Oczywiście, po takim doświadczeniu rosną oczekiwania. Chcemy, żeby następnym razem było tak samo świetnie, a nawet lepiej. Ale ja bym powiedziała: im mniej oczekiwań, tym więcej udanych relacji. Nie wszystko nam wyjdzie. Na przykład są związki, które trwają jakiś czas, a potem się kończą. My wtedy lamentujemy: „na co mi to było, skoro się skończyło”. No ale czy to znaczy, że ważne jest tylko to, co trwa? No to ile musi trwać, żeby było warte przeżycia? Dziesięć lat, może 30? Przecież większość rzeczy w życiu się kończy. Znika siła, a pojawia się wrażliwość. Kończy się poszukiwanie nowości, a pojawia szacunek dla trwałości. Kiedyś wartością była zabawa, a dziś grzanie się w słońcu. Przecież dla staruszków to taka sama wartość jak dla młodych taniec.

Może jednak coś jest w tej miłości, bo z badań wynika, że seks przywiązuje kobiety do mężczyzn, z którymi sypiają. Nie mamy wiarygodnych badań. Kobiety przez miliony lat były wyuczone, że mają chcieć mężczyzny na zawsze, bo inaczej brak im będzie szacunku społecznego, bezpieczeństwa, a ich dzieci nie będą się mieć tak dobrze, jak dzieci tych kobiet, które mają stałych partnerów. To wpłynęło na naszą mentalność. Przypomnijmy sobie jednak, jaką rewolucją dla świata były badania Kinseya, a potem Mastersa i Johnsona, które pokazały, że kobiety mają więcej potrzeb seksualnych, że są lepiej wyposażone erogennie, że przeżywają głębsze orgazmy niż mężczyźni. A więc może to przywiązywanie się jest też tylko mitem, tylko wyuczone?

Można się przed tym bronić. Znam kobietę, która miała zasadę: raz i do widzenia, po to, by się nie przywiązać. To też jest manipulowanie swoimi namiętnościami. Robimy tak, bo nikt nam nie radzi, nie wspiera. Uczymy się więc sami metodą prób i błędów. Z drugiej strony to nasze przekleństwo, że mamy wizję romantyczną, według której miłość to taki słodki ulepek, który ma wiecznie trwać. No nie. Na początku jest chęć, żebyśmy się splątali, a potem trzeba wziąć się do roboty i zbudować relację. Samo pożądanie to za mało. Ale czuć się zakochaną – to nam się podoba, więc dawaj – jedno zakochanie po drugim. Ale ile razy tak można? Za którym razem przestaje nas to rajcować? Powiedzenie: jeden mężczyzna to wszyscy mężczyźni, jest prawdą – więc ciekaw się kobieto, co się dzieje między tobą a twoim partnerem. Możecie się pokłócić, możecie się przymilić, możecie się podroczyć, zrobić tysiące niezwykle ciekawych rzeczy, pod warunkiem że sobie na nie pozwolicie i naprawdę będziecie ciekawi, co się między wami dzieje, jacy jesteście, a nie jacy macie być.

Moja znajoma udawała, że jej nie zależy, że to tylko seks, żeby być blisko pewnego mężczyzny. Więc on czasem z nią sypiał, a czasem czytał maile od innych kochanek. Aż w końcu nie wytrzymała, powiedziała mu, że to jednak miłość. Wtedy okazało się, że dla niego ona też jest ważna… „Musisz się szanować, nie wolno powiedzieć chłopu, że ci na nim zależy” – to mądrość naszych matek. I teraz powiem coś ważnego: my jesteśmy wyzwolone społecznie, ale niewyzwolone intymnie. I to się ludziom myli. To, że baba umie negocjować milionowe kontrakty, to nie  zawsze znaczy, że potrafi ze swoim facetem wynegocjować to, czego chce, a czego nie chce. Więc często woli być sama. I do mnie trafiają cudownie piękne kobiety, które nie wiedzieć czemu wciąż są same, które nie uprawiają seksu. Ja je uczę, że seks jest wszędzie. Jest w powietrzu, jest w trawie, jest w jabłku, które jedzą. Uczę je, że jeżeli jadą z taksówkarzem, który jest miły i atrakcyjny, to mogą z nim flirtować. Jeśli jedzą w restauracji, niech flirtują z kelnerem (jeśli jest fajny i seksowny).  Zacznijmy świat traktować zmysłowo. A znajdziemy i miłość, i seks, i radość spełnionego życia. I one znajdują!

  1. Psychologia

Zdrada - czy da się na nią spojrzeć bez uprzedzeń? Pytamy Katarzynę Miller

Według psychoterapeutki Katarzyny Miller, zdrada to postawienie na swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty i danie sobie nareszcie prawa do czegoś. (Fot. iStock)
Według psychoterapeutki Katarzyny Miller, zdrada to postawienie na swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty i danie sobie nareszcie prawa do czegoś. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
To postawienie na swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty... To czasem danie sobie nareszcie prawa do czegoś. Psychoterapeutka Katarzyna Miller pyta, czy umiemy spojrzeć na zdradę właśnie tak – bez uprzedzeń, inaczej.

Dlaczego nie lubisz słowa "zdrada"? Uważam, że to bardzo mocne słowo, używane – nawet bardziej teraz niż kiedyś – zbyt często, pochopnie i w dodatku nieadekwatnie do sytuacji. Oczywiście jeśli z kimś jesteś długo i mu ufasz, to czymś strasznym jest, gdy się dowiadujesz, że ten ktoś był w tym samym czasie w związku z kimś innym albo że ma gdzieś dziecko, dwa domy czy pozaciągał kredyty i teraz nie macie pieniędzy. To wszystko są sytuacje, w których nagle orientujesz się, że nie możesz mu ufać bezgranicznie. Albo czuć się totalnie bezpiecznie, no, chyba że to bezpieczeństwo znajdziesz w sobie, ale wtedy i tak nie będzie ono totalne. Ostatnio od wielu osób słyszę o zdradach, których dopuszczają się przyjaciele albo wieloletni wspólnicy biznesowi – nie liczą się z drugim człowiekiem, okradają, oszukują, narażają drugą stronę na duże nieprzyjemności...

I chcesz powiedzieć, że w tym wypadku zdrada to za mocne słowo? Wprost przeciwnie. W tych wypadkach jest całkowicie adekwatne do przewiny. Natomiast stosowanie go w odniesieniu do sytuacji, w której mój partner się z kimś przespał lub kogoś pocałował, podczas gdy życie jest pełne innych, o wiele gorszych zdrad – jest po prostu niewspółmierne. Nie podoba mi się też, że tzw. niewierność małżeńską lub partnerską wybija się do tego stopnia, że kiedy słyszymy „zdrada”, to myślimy tylko o seksie. Powiem nawet więcej, mnie to oburza. Bo to nie jest wcale najgorsze, co może nam zrobić drugi człowiek. Jednocześnie zgadzam się, że są związki bardzo namiętne, w których sam fakt, że druga osoba te cudowne słowa, gesty czy dotyki zaniosła gdzie indziej – powoduje wielki ból. Jedna dziewczyna na mojej grupie powiedziała, że to taki ból, jakby ktoś wykroił serce. Innych boli całe ciało. Ale jak wspólnik okrada, to przecież też ciało boli. W dodatku on okradł, zniknął i już nie wróci, tymczasem mąż czy żona przespali się z kimś innym, ale wrócili i chcą być z tobą – nie ma tu więc czego porównywać. Czasem mówią jeszcze: „Było mi ostatnio smutno i samotnie, nie umiałam czy nie umiałem się do ciebie dobić, brakowało mi bliskości, a pojawił się ktoś, kto obsypał mnie tym, na co czekałam czy czekałem od ciebie, więc to wzięłam, wziąłem. Ale już nie chcę”.

Niektórzy mówią, że nie wiedzą, jak do tego doszło... Że samo się zrobiło. Że nie chcieli. Może i rzeczywiście nie chcieli, ale stało się dlatego, że byli gotowi.

Zdradzamy, bo…? Czegoś nam brakuje? Z ciekawości? Bo wybieramy siebie zamiast drugiej osoby? Zdradzamy, bośmy od dziecka byli zdradzani, i już. To jest naprawdę najważniejsza przyczyna. Tylko ludzie jej nie rozumieją. To dla nich za proste, za krótkie, nic nie znaczy. A znaczy strasznie dużo! Zdradzają nas wszyscy: rodzice, rodzina, nauczyciele, sąsiedzi, państwo...

Jak zdradzają na przykład? Zacznijmy od rodziców: coś nam obiecują, ale tego nie robią. Albo słyszymy, że mówią coś innego do jednej osoby, a coś innego do drugiej. Zdradzają też nasze tajemnice. Choćby taka ważna rzecz jak liścik miłosny kilkuletniej dziewczynki, który mama pokazuje ze śmiechem sąsiadce, bo znalazła go pod poduszką. To jest w ogóle strasznie częste, że dorośli wyśmiewają intymność dzieci. Robią sobie jaja, a dziecko w środku drętwieje. Czuje się odarte ze swojej suwerenności, inności, z poczucia bezpieczeństwa... Cha, cha, cha, bo nasza Ania ma narzeczonego.

Ania uczy się, że tak można? Że to element życia? Ona wyrasta w świecie, w którym nie dostaje narzędzi potrzebnych do zrozumienia tego, co się wokół dzieje. Za to dostaje strategie, które sprawiają jej i innym ból. Uczy się, że jej uczucia są nieważne, ale cudze też nie. Jeżeli się więc zdarzy w jej życiu sytuacja, że będzie odczuwała dużą pokusę albo w jej przyjaźni z kimś pojawi się element zazdrości, niechęci czy zawodu – to ona tego nie oczyści i nie wyjaśni, tylko zrobi komuś świństwo. Na przykład odejdzie bez wytłumaczenia – to jedno z wielu świństw, jakie sobie wyrządzamy.

I to nagminnie. Na portalach randkowych prawdziwą plagą jest tzw. ghosting – ktoś, z kim chodzisz na randki, nagle zrywa kontakt, przestaje się odzywać, umawiać, nie podając przy tym żadnego powodu. Bo ludzie nie potrafią mówić o tym, co się w nich dzieje, czemu jest im źle, czego im brakuje – a jeśli już nawet sobie powiedzą, to nie wiedzą, jak to sobie dać, skąd wziąć, a może poprosić.

A może zdrada to jest pójście właśnie za takim instynktem? Nie mam, a potrzebuję, to sobie wezmę. Tylko żeby mieć w sobie wykształcony czysty instynkt, bez naleciałości psychopatii, trzeba być niezniszczonym dzieckiem. A my wszyscy jesteśmy poniszczeni. Zgadza się, w zdradzie jest coś w rodzaju słynnego Sienkiewiczowskiego „Kali ukraść – dobrze. Kalemu ukraść – źle”. Zdrada może być też odreagowaniem przykrych uczuć, z którymi nie wiemy za bardzo co zrobić, na przykład złości. Ale przede wszystkim – o czym piszę w książce „Kup kochance męża kwiaty” – człowiek zdradza z myślą o sobie, nie o tej drugiej osobie. My to naprawdę robimy dla siebie. Czyli na przykład do tej pory więcej było w naszym związku myślenia „my”, ale teraz jest jedynie „ty“ albo „ja”, w dodatku ciągle się kłócimy, omijamy albo w ogóle zawiesiliśmy komunikację na kołku, mamy tylko coraz więcej obowiązków, które nas męczą, a nie cieszą.

Czyli zdrada to postawienie na siebie... Na siebie, swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty... To czasem danie sobie nareszcie prawa do czegoś. Bardzo często ludzie w związku zachowują się zgodnie z tym okropnym stereotypem: „nigdzie nie pójdę i nic nie zrobię bez ciebie”. A potem są zdziwieni: gdzie ta nagroda? Nikt nie jest mi wdzięczny, nikt mnie nie szanuje, nie powie: „skoro ty mi dajesz to, to ja w zamian dam ci tamto“, tylko jeszcze im ciągle mało... No a ktoś inny uważa, że jestem cudna, a przynajmniej mu się podobam.

Niektórzy mówią, że zdradzili, by poczuć, że żyją. Ludzie bardzo często docierają w życiu do momentu tytułem: „I to już wszystko?!” Już nic więcej mnie nie spotka? Będę tylko wte i wewte jeździł do pracy, gdyż trzeba spłacać kredyty i dzieciom nowe ubrania kupić, bo ze starych już dawno wyrosły, w dodatku nikt mi za to dobrego słowa nie powie, w pracy już wyżej nie podskoczę – tylko się pochlastać. I jeśli wtedy jakiś miły pan się uśmiecha – albo miła pani – i mówi: „Boże, jaka z pani kobieta! Dawno kogoś takiego nie spotkałem”, to przecież jest balsam na serce, miód po prostu.

Czasem wcale nie żałujemy, że zdradziliśmy. I wcale nie chcemy za to przepraszać, bo czujemy, że zrobiliśmy coś w zgodzie ze sobą. Nawet jeśli nazywane jest to zdradą. Powiem tak: po moich grupach mogę stwierdzić, że to właśnie te ciekawsze kobitki sięgają po kochanków.

Ciekawsze siebie czy świata? W ogóle ciekawsze od reszty. Bardziej niezależne, ceniące sobie doświadczenie, bardziej ufające samym sobie, dające sobie więcej praw i mające więcej radości z życia. Mają kochanków i czasami bardzo z tego korzystają. Ostatecznie zostają z kochankiem albo z mężem, albo z obydwoma, i też jest dobrze.

Nazywa się je wyzwolonymi. Albo puszczalskimi… Stereotyp moralny, jeśli jest jak taka kłoda, z której nic nie wynika, a tylko cię przytrzaskuje – to nie jest żadne rozwiązanie na życie. Stereotyp głosi: nie wolno czegoś robić, bo to brzydko. Albo: bo jesteś wtedy złym człowiekiem. A cóż złego w tym, że potrzebuję miłości i jej szukam?! Oczywiście raczej potrzebuję miłości do samej siebie niż do kogoś innego, ale skoro nie znajduję jej w moim związku... Czasem to, że prosisz, nikogo nie rusza, dopiero zdrada coś zmienia.

Zdrada wyłamuje nas ze schematu, stereotypu? Tak. Choć bywa też ugrzęźnięciem w stereotypie. Znam niejednego faceta, którego ojciec bez przerwy chodził na baby, a jego mama tu pochlipała, tu się obraziła, a tu machnęła ręką – ale nic z tym nie zrobiła. Więc on ma taki wzór i taki stereotyp. Przy czym jeszcze koledzy mówią: „A co ty się żoną przejmujesz, zobacz, ile towaru chodzi po ulicy”. Dla tego mężczyzny przekroczeniem stereotypu byłoby poczucie, że ktoś może mieć dla niego wartość. I że tym kimś może być jego żona na przykład. Polata za innymi kobietami i może spyta sam siebie: „Czego ja szukam? Przecież mam to wszystko w domu”.

Opowiem ci o mojej ulubionej parze, którą spotkałam kiedyś na terapii. Najpierw zaczął mąż. Mówi: „Nie chciałem jej zdradzać. Do niczego mi to nie było potrzebne. Tylko co miałem robić, skoro ona przestała chcieć ze mną wyjeżdżać, wychodzić, robić wspólnie ciekawe rzeczy? Leżała tylko i czytała. Więc kiedy jeżdżąc samotnie po świecie, spotkałem kobietę, która nie tylko była ciekawa świata, ale i mnie, to zacząłem się zastanawiać: a może powinienem z tą moją żoną się rozstać? Tylko że ją kocham...”. Wrócił  któregoś razu do domu i powiedział żonie, że jest taka pani, z którą jest mu dobrze i że on chyba chce z nią być. Żona się wściekła, wygoniła go z sypialni, ale w nocy z tej złości nie mogła usnąć, przewracała się tylko z boku na bok, i nagle ją oświeciło: „Boże, co ja robię?! Czy mam zamiar go oddać? Przecież to jest mój facet, kocham go i chcę. Ma rację, byłam leniwa i na nic nie miałam ochoty. Odsunęłam się od niego”. Po czym poszła do jego pokoju i spędzili ze sobą cudowną noc. Od tej pory już nie chcieli się rozstawać. Następnego dnia on zadzwonił do kochanki, powiedział: „Bardzo ci dziękuję za wszystko, było mi z tobą cudownie, ale to ją kocham i z nią chcę być“.

Jak ona to przyjęła? A kto ją tam wie! Pewnie zgrzytała zębami, że straciła takiego fajnego faceta. Zawsze mówię moim babeczkom: „żona ma dużo więcej możliwości, argumentów i atutów”, zwłaszcza jeśli to było małżeństwo z namiętności. Dom, często i dzieci, wspólne wspomnienia, szmat czasu wspólnie spędzonego. To ogromny kapitał. Poza tym to jest jego baba, a on jest jej chłopem. Po prostu. Ale nie, kobiety będą się upierać, że wszedł innej do łóżka, to już jest koniec. Ale czego koniec? Chyba ich złudzeń na temat tego, że można wszystko zaplanować i być kogoś w 100 procentach pewnym. Przecież my sami siebie nie możemy być pewni, co dopiero drugiego człowieka. Takie podejście świadczy o nieumiejętności wzniesienia się ponad błahostki i zobaczenia o wiele ważniejszych rzeczy.

Znam kilka osób, które nie tylko nigdy nie wybaczyły zdrady partnerowi, ale też nigdy się nie pogodziły z tym, że do tej zdrady w ogóle doszło. Tak jakby w ich świecie to się nie mieściło. No bo się nie mieści! W ich świecie. Złożonym z czterech cegieł, ułożonych w kwadrat. Jak ktoś ma tak ułożony świat, to prędzej czy później z tej lub z tamtej strony coś mu grzmotnie.

Są zdrady, które mają na celu skrzywdzenie lub ukaranie drugiej osoby. Są też takie, którymi sabotujemy nasz związek, bo boimy się bliskości. Niekiedy zdrada  jest świństwem, a innym razem – tak uważam – aktem odwagi albo rozpaczy. Zgadzam się. Czasem zdradzamy, by wstrząsnąć naszym związkiem, by dać sobie prawo do innego życia. I może się okazać, że słusznie zrobiliśmy, bo nasz partner okazał się dupkiem, a partnerka ma nas w dupie, ale możemy też przekonać się, że to świetny facet czy genialna kobieta, a my ich w ten sposób bardzo zraniliśmy. Ale przecież możemy powiedzieć: „mój błąd, przepraszam”. Albo: „nie przepraszam i wcale nie żałuję, bo przynajmniej teraz wiem, że zależy mi na tym związku, że i tak ciebie wolę”. „A nie przeszło ci przez myśl, że w ten sposób mnie stracisz?”. „Ale ja czułam, że i tak ciebie tracę”.

Zdrada zdradzie nierówna. Ale na pewno nie powinna nas przerażać ani brzydzić, bo to rzecz ludzka. Jedna rzecz brzydzi mnie niezmiernie. I jest niestety bardzo powszechna. Mówię tu o całych tabunach mężczyzn, którzy żenią się po to, by mieć w domu babę, wikt i opierunek, a poza domem chodzić na dziewczyny, ile będą chcieli i kiedy będą chcieli. To nie jest problem zdrady, tylko totalnej niedojrzałości i roszczeniowości, ale też przemocy męskiej wobec kobiet i patriarchatu. Bo jego żona jest tylko jego, a wszystkie inne są ogólnodostępne.

A przecież mówi się też, że jak w domu jest obiad i seks, to on nigdy nie zdradzi. To są tak zwane mądrości narodu. Mądre i słuszne, jeśli dobrze je odczytujemy, a nie bezmyślnie traktujemy jak szablon, w który mamy się wpasować. Jeśli lubisz gotować, to mu gotuj. Robiąc to, co lubimy, stajemy się fascynującymi ludźmi. Jeśli lubisz seks, to znaczy, że lubisz siebie, nic dziwnego, że on z chęcią wraca do ciebie do domu. Nie lubisz? Można oczywiście spytać, czemu on cię nie obudził na tyle, byś spróbowała polubić? Ale – i tu kłania się inna mądrość narodu – po co ona ma być obudzona? Będzie szukała u innych.

Zdrada to jeden koniec. Drugi to wierność. Pytanie: czemu wierni chcemy pozostać? Wierność na pewno nie powinna być ubezwłasnowolnieniem. Na przykład pojawia się nurt czekania z seksem do ślubu. Osobiście nie zazdroszczę, bo kiedy ludzie tłumią przez dłuższy czas libido, to mogą mieć potem problem z jego wznieceniem. Ale jeśli im taka abstynencja seksualna jest potrzebna i oboje się w tej kwestii dogadują, bo taka jest ich hierarchia wartości, to są szczęśliwi. Są wierni sobie i swojej idei czy też dogmatom. Ja akurat nigdy tego nie pragnęłam, bo uważam, że życie ma się nijak do dogmatów.

No dobrze, ale jeśli mówimy, że ona jest wierna jemu, to myślimy, że nie tylko uprawia seks z nim jednym, ale też staje w jego obronie, gdy ktoś go krytykuje. A jeśli zgadza się z tym, kto go krytykuje?

To wyraża swoje zdanie. I wtedy jest wierna komu?

Sobie. Ale jednocześnie nie występuje przeciwko partnerowi. I dlatego w sądzie karnym małżonkowie mają prawo odmówić składania zeznań, jeżeli mogłoby to zaszkodzić drugiej stronie. Na zasadzie: „wiem, ale nic nie powiem”.

Czyli wierni powinniśmy być samym sobie, a wobec tych, których kochamy – lojalni. Będę go wspierała, będę o niego walczyła i stawała w jego obronie, jeśli... nie będzie krzywdził siebie, mnie lub innych. I to sobie trzeba wyraźnie powiedzieć. Nie wolno stawać za kimś wbrew sobie i swoim wartościom. I czy to wtedy jest zdrada tego kogoś? Czy on ma prawo czuć się zdradzony?

Jeśli czuję się zdradzona i bardzo cierpię z tego powodu, to znaczy, że obudził się we mnie ból, który noszę w sobie od dawna? Dokładnie to chcę powiedzieć. Boli nas tak bardzo nie dlatego, że ktoś nas tak zranił, tylko że już tyle razy wcześniej byliśmy zdradzeni. I że sami siebie też zdradziliśmy nieraz.

A może w życiu trzeba i zdradzić, i być zdradzonym? W życiu wszystko trzeba. Oczywiście nie wszystko się przerobi, bo się nie zdąży, ale im więcej się zmieści, tym lepiej. Choć nie chodzi też o to, by upychać na siłę. Dobrze się nażyć, a potem sobie odpocząć, a potem znów się nażyć i znów sobie odpocząć… W tym nażyciu się jest bardzo dużo dobrego, zdarzają się tam łzy i rozczarowania, ale też olśnienia i przygody. No chyba że ktoś się bardzo stara, by nigdy nie zboczyć z tej samej drogi między domem i pracą. Może i czuje się wtedy bezpiecznie, ale czy jest szczęśliwy?

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Kup kochance męża kwiaty” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).