fbpx

Przez szacunek, do serca. Wywiad z Tomaszem Kotem.

Spotkania. Tomasz Kot
fot. Marta Wojtal

Choć rola profesora Religi go odmieniła, uważa, że praca aktora nigdy nie będzie bardziej odpowiedzialna od pracy chirurga i cięższa od pracy górnika. A poza tym tak szczerze? Nie lubi „bywać”, mieszka pod miastem, a fascynują go przede wszystkim jego własne dzieci. „Mam poczucie, że skoro w każdej chwili możemy umrzeć, to warto być zawsze czystym kolesiem, któremu nic nie siedzi za uszami” – mówi Kot. Tomasz Kot.

Fot. Marta Wojtal
Fot. Marta Wojtal

Podobno świętych ludzi nie ma, ale zdarzają się święte chwile – wtedy kiedy życie ratuje życie, bez wahania, bez pytania, religii, uprzedzeń. Czułeś takie chwile w „Bogach”?

Miałem raczej świadomość, że opowiadamy o takich momentach, realizując sceny zapisane w scenariuszu.

Widzisz, każdy szary dzień pracy kardiochirurga to kolejny otwarty człowiek – to są te święte chwile. Dla mnie świętem było to, że byłem w samym centrum tego filmu. Cieszę się, że różnymi trudnymi i dziwnymi decyzjami zawodowymi doszedłem do punktu, w którym chciałem być, mierzyć się z wyzwaniami. Poczułem to, gdy po raz pierwszy poszedłem do szpitala i zobaczyłem pracę kardiochirurgów, którzy w pewnym momencie biorą piłę, otwierają klatkę piersiową, rozginają żebra i zaczynają pracę na otwartym sercu. Nagle istnieją w sytuacji, w której nie ma miejsca na błędy, jest za ciasno na emocje, żarty się kończą. Do tego doszła osobowość samego profesora Religi i… zniknąłem w tym! Historia okazała się tak duża i tak mocna, że pozostało mi tylko schylić głowę i w skupieniu wykorzystać sto procent swoich możliwości, by oddać temat. Na takim właśnie fundamencie czas się zatrzymywał w tych świętych chwilach, w tym społecznym zadomowieniu serca w naszych sercach, co mnie bardzo cieszy, ponieważ wiem z przygotowań do filmu, że nie zawsze tak było. Na początku działalności Religi istniał straszny opór, lekarze nie chcieli zbierać się do komisji, mieli wątpliwości, czy oddawać mu serce. Nerka? Nie ma sprawy. Wątroba? OK. Ale przeszczepić serce? Religa wyjął więc to serce nie tylko z człowieka, by dać je innemu, który go potrzebował. On je wyciągnął ze skostniałego stereotypu, lęku, religii, historii. I podał dalej. A dalej? Profesor Zembala mówił mi, że oni wszyscy, jego współpracownicy, czuli się tak, jakby byli stuprocentowymi żołnierzami genialnego artysty, który spojrzeniem sięga poza horyzont.

Ale Zbigniew Religa bywał też bardzo samotny w swoich działaniach, w tej swojej religii Religi. Znasz to uczucie?

Każdy powinien się z samotnością zapoznać, bo w gruncie rzeczy każdy z nas jest sam. Samotność to nic dziwnego, ona jest częścią nas, może nawet integralną. Nie ma co się oszukiwać. Religa też bywał samotny, jego żona mówiła mi o tym w kategorii fizycznego problemu, gdy np. nie mogli przenieść się całą rodziną do Zabrza, bo w tamtych czasach straciliby warszawski meldunek. Pojechał więc sam. „Bogowie” są także o tym, że wszystko, co zdobył, musiał wcześniej wyszarpać, wywalczyć. Również w pojedynkę. Kiedy wyjeżdżał do Stanów, jako jeden z nielicznych posiadał nostryfikację, mógł więc przeprowadzać operacje w tych Stanach. Nie został tam jednak, uznając, że w Polsce jest zbyt dużo do zrobienia. To też była dla mnie kluczowa informacja, że w tamtych warunkach, w latach 1983–85, w tej komunie, w której sam się wychowałem i wiem, jaka bywała niewdzięczna, odmówił pełnej natychmiastowych profitów pracy za granicą. Druga rzecz, która mnie zainspirowała, to wywiad rzeka, w którym opowiada, jak to na którymś z amerykańskich szkoleń słyszy od lekarza pytanie: „To co? Wy tam w Polsce oprócz psów coś jeszcze operujecie?”. I wiesz, co on odpowiada? „W ogóle nie zareagowałem, miałem stamtąd zupełnie coś innego do wzięcia”. To niesamowite, że w ramach wyższej potrzeby człowiek potrafi schować całe swoje ego, całą dumę… Gdy zapytano go o świadków Jehowy, którzy nie uznają transfuzji krwi, odpowiedział: „No, i dobrze, tak mają i już, w to wierzą, a dzięki temu my musimy stanąć na głowie i wykombinować takie sposoby, by nauczyć się pracować bez transfuzji”. To jest naprawdę odważne podejście do tematu, bo zdecydowana większość ludzi poszłaby pewnie na myślowe manowce typu, że jehowym nie wolno tak myśleć itd. Nawet zagorzali oponenci Religi nie mogą odmówić mu determinacji, odwagi i cholerycznego wręcz zapału. Cech rzadkich – stąd wielka samotność.

Takie życie jest dla ciebie do wyobrażenia?

Kiedyś wymyśliłem takie zdanie, że praca aktora nigdy nie będzie bardziej odpowiedzialna od pracy chirurga i cięższa od pracy górnika. Podpisuję się pod nim ponownie. Takie życie jest, oczywiście, do wyobrażenia, ale… to tak odległy świat, tak hermetyczny, że sama wyobraźnia to chyba zbyt mało.

Jaki z tego świata wyszedłeś? Cięższy?

Szerszy! Świat poszerzył mi się o tę jedną postawę ludzką: upór, poczucie myśli wyższej, zaufanie do tego poczucia, rodzaj elastyczności, która powoduje, że chodzi przede wszystkim o cel, którym jest ludzkie życie. Ale żeby było jasne: to nie jest tak, że do dziś nie mogę wyjść z roli. Czasem czytam w wywiadach z innymi aktorami, że jeszcze pół roku po zakończeniu zdjęć są postacią, którą grali. Trochę tego nie rozumiem. Kończy się film i ja się po prostu cieszę, że nie było drastycznych katastrof, że nie lało, a miało, że wszystko gra. Bo co miałbym niby mówić moim dzieciom po powrocie do domu? Tatuś jest inny, bo akurat kogoś udaje? Nie, staram się nie podgotowywać tematu. Wracam z roboty i jestem tatą. Jest taka genialna książka „Koleś i mistrz zen”, którą napisał Jeff Bridges z buddyjskim nauczycielem Bernie Glassmanem, w której Bridges mówi, że swoje role traktuje jak wąż swoją skórę. Czyli każda nowa rola jest trochę jak zrzucenie tej skóry, a ona? Może zgnić gdzieś w rowie, a można zrobić z niej fajną ozdobę na kapelusz. Wąż jednak zasuwa dalej i od dawna jest gdzie indziej. Pracuję więc po to, by móc być fajnym ojcem. Nie więcej, nie mniej – bo to dzieci wyznaczają moje granice i ja to uwielbiam. Fascynuje mnie rozmowa z nimi i odkrywanie ich świata. To fantastyczny etap, mój totalny top. I przede wszystkim mój wybór. Przeczytałem takie fajne zdanie, że twój los kształtuje się w momencie podejmowania przez ciebie decyzji. W tej jednej sekundzie.

Dlatego sztywno nad każdą sekundą się zastanawiasz?

Nie, czasem płynę, ponieważ frajdą jest też patrzeć na to, co wydarzy się poza granicami twojego komfortu.

Mówisz też o stereotypach, o tym twoim piciu zupy z talerza czy gryzieniu lodu ze szklanki tak głośno, że aż cały park teraz trzeszczy?

Tak, ja naprawdę nie rozumiem, po co jeść rzadką zupę łyżką i tracić energię na to całe machanie. Nie kumam, dlaczego żyjemy w rzeczywistości, w której cały czas trzeba coś uznawać i w której, np. w ramach fałszywej grzeczności, latami rośnie jakiś krzywy obraz. To nasze słynne jedzenie jest dobrym przykładem. Nie smakuje ci, ale i tak masz mówić, że dobre, bo tak jest przyjęte. Bo gospodyni się napracowała. Bo tak wypada… A przecież fakt, że ci nie smakuje, nie jest przestępstwem, więc mówię, że przepraszam najmocniej, ale nie smakuje mi to danie, bo przyzwyczaiłem się do innych smaków. Szczerość na dłuższą metę się opłaca, bo człowiek, który stoi naprzeciwko ciebie, wie, na czym stoi.

Złościsz się czasem?

Tak. Nie udaję, nie ma sensu. Głównym powodem mojej złości jest niecierpliwość albo zmęczenie. Zawsze jednak najpierw mówię, co się dzieje w środku mnie, ostrzegam. Nie walę nagle pięścią w stół. Kiedyś znajomy opowiedział mi, że któregoś dnia na terapii wyznał: „Ja już nerwowo nie wytrzymam, już trzy żelazka rzuciłem o ścianę w ciągu dwóch lat”. A terapeuta na to: „A dlaczego nie rzucił pan w telewizor?”. Widzisz, jak to jest? Dlaczego rzucasz w ścianę? Bo nowy telewizor jest za drogi. Czyli nawet w takim momencie, kiedy pozornie nie panujesz nad sobą, to jednak panujesz. Warto to o sobie wiedzieć.

A twoje dzieci czego cię uczą?

Uświadamiają mi np. jak bardzo dorosły człowiek jest już cały zakodowany w kluczach słownych. Kiedyś z moją córką Blanką kolorowaliśmy rzekę Wisłę i ja mówię: „A to jest Trójmiasto”. Ona po chwili zdziwiona: „Tato, ktoś chce otruć miasto?”. Genialne, w życiu bym na to nie wpadł. Przerobiłem to na żart, wprowadziłem do mojego przedstawienia „Sex Guru” i cała widownia za każdym razem żywo reaguje, przypuszczam, że na takiej samej zasadzie jak ja w pierwszej chwili – znam doskonale to słowo, ale nie wpadłem na to wcześniej. Dzięki, córeczko [śmiech]. Wyłapuję to wszystko, bo nie wybrałem podejścia, że dzieci i ryby głosu nie mają, albo takiego typu: „Dobra, dobra, i tak wiem lepiej”. Wkręciłem się w tę lekcję, podczas której dzieci wymuszają na mnie sto procent koncentracji nad czytelnością tego, co mówię. To relacja 1:1. Przy okazji zauważyłem, że wielu dorosłych ma tak, że jeśli już trzeba pochodzić na czworakach z maluchem, to zawsze najpierw następuje to takie spojrzenie w kierunku innych dorosłych pt. „Wiecie, że mam do tego dystans, wiem, wiem, że jestem dorosły, ale…”. I to jest strasznie głupie, bo dzieci przecież widzą tę nieszczerość.

Z nimi jesteś najbardziej sobą?

Wiesz, ile ja się muszę w pracy naudawać? W cywilu lubię więc być totalnym sobą i wybieram opcję jak najnormalniejszą. Nie kręcę się tam, gdzie kręcą się ludzie, których spotykam w pracy. Mieszkam na obrzeżach miasta i tam mi najlepiej. Mam spokój. Dokładnie o to mi chodziło. Mam też takie poczucie, że skoro w każdej chwili możemy umrzeć, to warto być zawsze czystym kolesiem, któremu nic nie siedzi za uszami. Dlatego na przykład zamiast uśmiechać się na ściankach jako celebryta wspierający jakąś fundację – bo tu nigdy do końca nie rozumiem, jakie są tak naprawdę intencje, to dla mnie niejasne, nieoczywiste i dziwne – wolę z moim kumplem z Zacisza Marcinem Gałązką zrobić coś bardziej wymiernego i nakręcić filmik „Plac zabaw na Zaciszu” w ramach czynnego uczestniczenia w budżecie partycypacyjnym miasta i protestu przeciw absurdom życia. Bo co chwilę słychać, że ktoś zbudował jakiś most, a dwa lata później trzeba go rozebrać, że chodnik, owszem, fajny, ale nie w tym miejscu, co trzeba, że rachunki za obiady politycznych celebrytów osiągają poziom miesięcznej emerytury. Jezu, o co tu chodzi? Na naszym Zaciszu z kolei powstał plac zabaw, ale nikt nie pamiętał o przepisie, że zabawki na nim nie mogą stać bliżej niż dziesięć metrów od drogi. Zmieściły się więc trzy! A za siatką, za którą nie możesz wejść, bo to teren przedszkola, superwypasiony plac, na który możesz z dzieckiem tylko popatrzeć! Absurd. Walczymy więc o to, żeby nasze dzieci mogły bawić się gdzie indziej. Tak powstały filmiki. W jednym byłem ekologiem, w drugim parodiowałem Bogusława Wołoszańskiego odkrywającego na zaciszańskim trawniku „Sensacje XX wieku” i opisującego najazd Dżender-chana. Wtedy na własnej skórze doświadczyłem, jaką siłę może dać taki bezpośredni przekaz. Że można walczyć tak jak Yes-Meni, którzy wyciągają na wierzch jakiś temat, płyną po tym systemie bez cienia agresji, z przymrużeniem oka łowią absurdy i wygrywają. Myślałem, że „Plac zabaw na Zaciszu” osiągnie naszą lokalną skalę zaciszańską, a dwa dni później pisały już o tym gazety. I… to jest akurat zaleta bycia popularnym.

Myślałeś, że tak to będzie, gdy liczyłeś różowe waginy?

Skąd ty te waginy wytrzasnęłaś? Nie, nie liczyłem ich, choć teraz myślę, że mogło ich być może 30. To było tak, że pomiędzy trzecią a czwartą klasą liceum przez trzy tygodnie dorabiałem sobie, pracując w jakiejś fabryce pod Legnicą, gdzie kiedyś robiło się piorunochrony i jakieś zabezpieczenia na autostrady. W każdym razie byłem niewykwalifikowanym pracownikiem, więc przydzielono mnie do oczyszczania poradzieckiego budynku z nieczystości. Przypuszczam, że cała kampania się tam kiedyś załatwiała, więc krótko i enigmatycznie mówiąc, oczyściłem wtedy kawałek Polski z radzieckich nieczystości [śmiech]. Później wyburzałem jeszcze jakieś ścianki i w czasie fajrantu na pół godziny siadałem z innymi pracownikami, jedliśmy bułki z kiełbasą, piliśmy kawę z termosu, a ja rozglądałem się dookoła. Metalowe szafki, gołe babki na plakatach, OK, klasyka, ale widzę, że pod sufitem wiszą różowe waginy. Surrealizm jak z Zelenki. Albo jakieś skandynawskie kino! Okazało się, że jeden z kolegów miał artystyczną duszę, malował, rysował, aż wreszcie wszedł na wyższy poziom twórczości i w wolnych chwilach lepił z gliny waginy, suszył je na parapecie, następnie wbijał w środek każdej gwóźdź, malował na róż i po kolei wieszał pod sufitem.

Doskonałe przygotowanie do abstrakcji zawodu aktora. Miałeś w szkole aktorskiej jakiś jeden moment zwrotny?

Kilka. Gdy robiliśmy dyplom, miałem problem z zagraniem jakiejś sceny. Wreszcie na scenę wskoczył Jerzy Stuhr i pokazał mi, jak mam to wszystko zrobić, a ja? Nagle uświadomiłem sobie, że stoję nad kanapą, na której leży facet, który całe życie grał, człowiek z doświadczeniem, z dowodami na swój talent we Włoszech, w Polsce, u Kieślowskiego, a ja teraz jestem metr od niego i widzę, jak on się włącza i wyłącza, na sekundę, co sekundę, jak chce. Fantastyczne! Przyszło mi też wtedy do głowy zupełnie abstrakcyjne skojarzenie, że aktorzy mają na plecach taki specjalny receptor, który pamięta, ile par oczu już na nich patrzyło. I tak sobie stałem i myślałem, że on pewnie zapisał te miliony oczu na plecach Jerzego Stuhra. A my, studenci? Wiadomo, że każdy z nas myślał, że jest super, ale na nas patrzyło jedynie kilka par oczu… Jak sobie teraz ten abstrakt przypomnę, myślę, że fajnie jest iść przez to życie i zbierać kolejne pary oczu. Z każdą premierą, filmem, spektaklem więcej i więcej [śmiech].

Słuchaj, a zaskakuje cię coś jeszcze w życiu?

Sam siebie zaskakuję! Na przykład mundial. Cztery lata temu obejrzałem trzy mecze, w tym roku żadnego, choć miałem okazję. Co się ze mną stało? Zupełnie przestała interesować mnie rywalizacja jako taka. Tak samo nie rozumiem jej w moim zawodzie. Robię swoje i czekam, aż mnie ocenią, może docenią. Z nikim się nie ścigam. Robię swoje. I to też jest prezent od profesora Religi. Jemu można było powiedzieć, gdzie popełnił błąd, co w tamtych czasach było przełomem, ponieważ panował system profesorski, czyli był profesor i jego ludzie, którzy przez 50 lat dojrzewali do tego, żeby przejąć stół operacyjny. Religa ten system zdezaktualizował. Do stołu zaprosił młodych, liczył się z ich zdaniem, namawiał do pracy. Realnie oceniał czyjeś umiejętności, bez ego, bez „wypada – nie wypada”, bez politycznych zagrywek, że przydałoby się kogoś usunąć, bo np. stanowi konkurencję. Grał fair i jak najlepiej potrafił – wypełnił swój fragment rzeczywistości, z którego teraz jest rozliczany. A że był inny od innych? Szczerze mówiąc, wątpię, żeby przy końcu całej tej przygody z życiem następowało rozliczanie czyjejś zgodności z myślą większości.

Tomasz Kot ukończył krakowską Wyższą Szkołę Teatralną. Zagrał m.in. w „Skazanym na bluesa”, „Erratum”, „Testosteronie”, a teraz wcielił się w postać Zbigniewa Religi w filmie „Bogowie”. Aktywny członek filmowej grupy z Kalisza Sonderkino. Znany także ze stand-upu „Sex Guru”. Pochodzi z Legnicy. Mieszka na warszawskim Zaciszu. Ma dwójkę dzieci: Blankę i Leona.

Wywiad pochodzi z numeru 10/2014

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>