1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. 7 powodów, dla których warto być jak Tilda Swinton

7 powodów, dla których warto być jak Tilda Swinton

Tilda Swinton podczas 75. Festiwalu Filmowego w Wenecji. (Fot. BEW PHOTO)
Tilda Swinton podczas 75. Festiwalu Filmowego w Wenecji. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Podczas gdy wielkie gwiazdy kina starają się nas przekonać, że tak naprawdę są takie same jak my, Tilda Swinton zdaje się w ogóle nie przejmować opinią publiczną. Ona po prostu robi swoje. Spaceruje z psami, hoduje kury, uprawia kapustę i wychowuje dwójkę dzieci, od czasu do czasu grając w filmach. I tym właśnie nas przekonuje.

Co prawda Tilda Swinton ma też atrybuty unikalne i czyniące ją naprawdę wyjątkową: talent, androgyniczną urodę, zamek i arystokratyczne pochodzenie, a także udany związek z partnerem młodszym o 18 lat i Oscara na koncie. Ale to są rzeczy, które przykuwają uwagę innych – dziennikarzy, fanów czy po prostu widzów. W życiu Tildy liczy się co innego. – Ostatnio znalazłam całe pudełko starych zeszytów z czasów, kiedy byłam mała, a pośród nich list, który napisałam jako 15-latka do siebie, 80-latki – wyznała niedawno w wywiadzie dla „Esquire”. – Jest w nim taki fragment: „Mam nadzieję, że miałaś długie życie i byłaś zawsze otoczona wspaniałymi psami i świetnymi przyjaciółmi”. Nie mam jeszcze osiemdziesiątki, ale jestem na dobrej drodze do takiej właśnie przyszłości. Cieszę się też, że już jako 15-latka wiedziałam, co jest naprawdę ważne. Powodów, żeby zaufać jej recepcie na życie naszym zdaniem jest co najmniej siedem:

Powód pierwszy: Życie zamiast kariery

Choć ma dopiero 59 lat, grała już kobiety starsze od siebie, jak Madame D., 83-letnia hrabina romansująca z konsjerżem w filmie „Grand Budapest Hotel”, czy Eve, kilkusetletnia wampirzyca w „Tylko kochankowie przeżyją”. Specjalizuje się w rolach skomplikowanych kobiet – była nieszczęśliwą rosyjską arystokratką w „Jestem miłością”, przerażającą Białą Czarownicą w „Opowieściach z Narnii” czy matką psychopatycznego chłopca w „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Ale grała też postaci na granicy płci jak tytułowy „Orlando”, młodzieniec skazany na wieczną młodość, który zamienia się stopniowo w kobietę, czy archanioł Gabriel w filmie „Constantine”. Jak przyznaje, najbardziej komfortowo czuje się w rolach dziwadeł.

Jest sceptyczna wobec terminu „kariera”, nigdy naprawdę nie chciała być aktorką i od czasu do czasu publicznie wyznaje, że wcale się za nią nie uważa. Od zawsze interesowała ją literatura, a ponieważ jej znajomi zaczęli się fascynować teatrem, sama też weszła w ten świat. Już w czasach studenckich występowała na deskach teatrów, a po studiach zaczęła grać w Traverse Theatre w Edynburgu i Royal Shakespeare Company. Teatr jednak szybko ją znudził. Zdecydowanie woli film, a najbardziej niskobudżetowe artystyczne kino, które chętnie też współfinansuje lub pomaga jego twórcom w znalezieniu sponsorów. Z większością reżyserów, u których gra, zna się też prywatnie, zwykle więc nie szuka ról, a raczej one same do niej przychodzą.

– Moje życie to dziwna kombinacja rzeczy, o których właśnie rozmyślam, i propozycji rzucanych mi przez przyjaciół, które dokładnie pokrywają się z kierunkiem moich rozmyślań – przyznaje w wywiadzie dla „Esquire”. – Ja tak naprawdę nie mam kariery, ja po prostu mam życie.

Świetnie wykształcona, z dyplomem Uniwersytetu w Cambridge z dwóch fakultetów: socjologii i literatury angielskiej, prawdopodobnie zostałaby dziennikarką. Albo zawodową hazardzistką – kiedy mieszkała w Londynie przez kilka lat jej podstawowym dochodem były pieniądze wygrane na wyścigach konnych (sprawnego oceniania koni nauczył ją w dzieciństwie ogrodnik jej ojca). A jednak los chciał inaczej. W 1986 roku spotkała Dereka Jarmana, brytyjskiego reżysera i outsidera. Otwarcie mówił o swojej homoseksualnej orientacji i krytykował rządy Margaret Tchatcher, zbliżyły ich do siebie poglądy, ale też wrażliwość i wizja kina jako sztuki. Nazywano ją „muzą Jarmana”, ale nigdy nie lubiła tego określenia: – Ludzie używają tego terminu, bo nie wiedzą, jak nazwać związek kobiety z homoseksualistą. Nie byłam muzą Dereka, bo muza jest pasywna. Byłam raczej jego intelektualnym partnerem. Toczyliśmy niekończące się dyskusje o sztuce, o życiu i poszukiwaniu tożsamości – wyznała w jednym z wywiadów.

Na ekranie zadebiutowała w jego „Caravaggiu”, wcieliła się w rolę Leny, kochanki malarza. Pod koniec realizacji filmu Jarman dowiedział się, że jest nosicielem wirusa HIV. Nie przestał jednak tworzyć, a Tilda zagrała w jego kolejnych siedmiu dziełach. Niestety, Jarman zmarł na AIDS w 1994 roku. Po jego śmierci aktorka na dwa lata wycofała się z życia zawodowego. Wraz z partnerem, starszym o 20 lat pisarzem i malarzem Johnem Byrnem, zamieszkała w rodzinnym zamku w Szkocji, a później w wieku 36 lat urodziła bliźnięta: Honor i Xaviera. Ale jej tak zwana kariera miała dopiero się rozpocząć. Wkrótce pojawiła się w takich filmach, jak „Niebiańska plaża”, „Adaptacja” czy „Młody Adam”, a sławę, rozpoznawalność, a także nową miłość, miały jej przynieść „Kroniki Narnii”.

– Zawsze grasz samego siebie – powiedziała kiedyś. – Każdą postać musisz przepuścić przez swoje doświadczenia, a przez pryzmat każdej roli patrzysz też na swoje życie. Ostatnią rzeczą, jaką możesz zrobić jako aktorka, to sprawiać wrażenie, że grasz.

Powód drugi: W zamku, ale nie księżniczka

W rodzinie takiej jak jej, artystka bywa zwykle czarną owcą, zakałą rodu, skandalistką. A mowa tu o jednym z najstarszych szkockich rodów, którego drzewo genealogiczne sięga trzydziestu sześciu pokoleń wstecz do czasów Alfreda Wielkiego, a według  niektórych nawet do początków VII wieku. Wśród przodków Tildy jest Alan Archibald Campbell-Swinton, którego badania umożliwiły skonstruowanie pierwszego telewizora, inny antenat skonstruował pierwszy na świecie czołg. Tradycja wojskowa była zresztą silna w rodzie Swintonów. Ojciec aktorki, generał major sir John Swinton, jest bohaterem drugiej wojny światowej (na której stracił nogę), kawalerem Orderu Imperium Brytyjskiego, komandorem Królewskiego Orderu Wiktorii i byłym dowódcą przybocznej straży królowej. Mieszka razem z córką, jej partnerem, artystą Sandro Koppem i dziećmi w rodzinnym zamku w Nairn w Szkocji (niedaleko Inverness), gdzie między innymi hodują kury i uprawiają ogród warzywny. Matka aktorki, Judith Balfour Killen, z pochodzenia Australijka, zmarła w 2012 roku.

Dzieciństwo Katherine Matilda Swinton miała z pozoru bajkowe. Przyszła na świat w Londynie 5 listopada 1960 roku, ale dzieciństwo spędziła w rodowej posiadłości w Berwickshire. Nie był to jednak dla niej czas beztroski. W domu panował rygor, ale to surowa dyscyplina obowiązująca w elitarnej szkole dla dziewcząt z internatem West Heath Girls’ Scholl w Kent (do której chodziła między innymi z Dianą Spencer, przyszłą księżną Walii), jakiej doświadczyła już jako 10-latka, odcisnęła na niej trwałe piętno. To wtedy postanowiła, że jej życie będzie zaprzeczeniem wszelkich konwenansów. Na ile doświadczenia dzieciństwa silnie zapisały się w jej psychice, świadczy chociażby fakt, że skrytykowała sagę o Harrym Potterze za to, że daje młodym czytelnikom fałszywy obraz realiów prywatnych szkół z internatem.

Po skończeniu Fettes Collego w Edynburgu, zanim poszła na studia, wyjechała na dwa lata do Afryki, by jako wolontariuszka pracować w szkole. Podczas studiów na uniwersytecie w Cambridge wstąpiła do Partii Komunistycznej, uwiedziona ideą kolektywnej pracy, co było prawdziwym wstrząsem dla jej ojca, który od córki oczekiwał przede wszystkim, by wyszła dobrze za mąż, a już najlepiej za księcia. Swoimi artystycznymi wyborami i życiem na przekór zasadom wpajanym jej w domu i szkole udowodniła, że ani nie potrzebuje księcia, ani też nie jest żadną księżniczką.

Powód trzeci: Własny Hogwart

Tilda zrobiła coś więcej niż tylko skrytykowała prywatne szkolnictwo na Wyspach Brytyjskich, sama stworzyła szkołę swoich marzeń. Założone przez nią steinerowskie gimnazjum Drumduan w rodzinnym Nairn prowadzi Krzysztof Zajączkowski, syn emigrantów z Polski. W tej szkole nie ma podziału na klasy ani stopni, dzieci uczą się wszystkiego w praktyce: jak zbudować kajak, skarmelizować cebulę czy rozpoznawać rodzaje drzew podczas lekcji z prawdziwym leśnikiem. Duży nacisk kładziony jest zwłaszcza na sztukę. Dzieci regularnie uczęszczają na warsztaty muzyczne, ucząc się gry na tradycyjnych instrumentach i śpiewając. Z nauczycielami są po imieniu, co nie tworzy między nimi sztucznego dystansu, a swoje postępy w nauce dokumentują w specjalnych notesach, wykonanych według swojego projektu i zgodnie z własnym poczuciem estetyki. Obecnie w gimnazjum jest ok. 17 uczniów, w tym bliźnięta Tildy. Wszyscy tworzą wspólnotę, co nie przeszkadza wzmacniać w gimnazjalistach samodzielności i kreatywności. Co ważne, mają zakaz korzystania z komórek i mobilnych urządzeń, za to większość czasu spędzają na świeżym powietrzu. Niedawno gimnazjum odwiedziła rządowa kontrola, a przyszłość placówki stanęła pod znakiem zapytania. Inspektorzy – ku swojemu zdziwieniu, zaobserwowali, że uczniowie są tu wygadani, zmotywowani i otoczeni szacunkiem – w raporcie nie mogli się ich nachwalić.

Powód czwarty: Lokalna patriotka

Szkoła to tylko jeden z wielu projektów aktorki, która jest dumna ze swojego szkockiego pochodzenia i silnie związana z najbliższą okolicą. W liczącym 8 tysięcy mieszkańców Nairn zorganizowała i sama poprowadziła w 2008 roku pierwszą edycję festiwalu filmowego The Ballerina Ballroom Cinema of Dreams – urządzono go w starej sali balowej, w której odbywały się między innymi koncerty Pink Floydów. Festiwal trwał 8 i pół dnia (w nawiązaniu do słynnego dzieła Federica Felliniego), a widzowie mogli na nim obejrzeć klasykę kina oraz trudno dostępne filmy z całego świata. Bilet wstępu kosztował symboliczne 2 funty (dla dzieci) i 3 funty (dla dorosłych), ale można też było wejść za darmo, jeśli przyniosło się własnoręcznie upieczone ciasteczka. W 2009 roku razem z przyjacielem pisarzem Markiem Cousinsem przejechali szkockie góry z mobilnym, ważącym 37 ton ekranem filmowym, na którym wyświetlali filmy okolicznym mieszkańcom.

Tilda jest też wielką fanką potwora z Loch Ness i regionalnej szkockiej potrawy – haggis, przyrządzanej z owczych podrobów, wymieszanych z cebulą, mąką owsianą, tłuszczem i przyprawami, zaszytych i duszonych w owczym żołądku. To może tłumaczyć tylko prawdziwa miłość do Szkocji.

Powód piąty: Z dala od skandali

A skoro już przy miłości jesteśmy. Przez lata w życiu prywatnym Tildy Swinton doszukiwano się skandalu. Na początku podejrzewano ją o związek z Derekiem Jarmanem, mimo jego deklarowanego homoseksualizmu i faktu, że była już wtedy związana z Johnem Byrnem. Potem, kiedy na planie „Opowieści z Narnii” poznała urodzonego w Niemczech, ale wychowanego w Nowej Zelandii malarza Sandra Koppa, zakochała się w nim i zamieszkała w Szkocji – prasa rozpisywała się o erotycznym trójkącie, w jakim żyje razem z ojcem swoich dzieci i kochankiem. Inne źródła podawały, że z Johnem od dawna już nie sypiała, a młodszy o 18 lat Sandro „pozwala jej się realizować jako kobiecie w sensie fizycznym”, za pozwoleniem i z błogosławieństwem Johna. Sensację podgrzewał udział Tildy w filmie „Jestem miłością”, w którym główna bohaterka zostawia męża dla przyjaciela syna. Choć aktorka cierpliwie tłumaczyła, że jej życie prywatne wolne jest od sensacji, nic to nie pomagało. W jednym z wywiadów z 2009 roku tak to skomentowała, lekko już zirytowana: – Nigdy nie wyszłam za mąż. Owszem, mam dwoje dzieci z Johnem Byrnem, ale od wielu lat nie jesteśmy już parą. Jesteśmy za to bliskimi przyjaciółmi i wspólnie wychowujemy nasze dzieci. Od ponad pięciu lat jestem w innym związku. To stało się już nudne, że muszę ciągle dementować tę samą plotkę, ale chciałabym raz na zawsze uciąć fantazje na temat całej naszej trójki żyjącej razem pod jednym dachem.

Dziś temat grzesznej poliamorii, w jakiej rzekomo żyje, ucina krótko: w jej życiu jest dwóch mężczyzn: John, który mieszka teraz w Edynburgu i który jest ojcem jej dzieci, i Sandro, z którym mieszka. – Moje życie miłosne niczym nie różni się od życia milionów innych osób – dodaje.

Związek z Sandrem trwa już 15 lat, a Tilda w wywiadach nie mówi o nim inaczej niż „sweethart” (czyli: kochanie, skarb), pojawiają się wspólnie na rozdaniach nagród czy pokazach mody, można też ich spotkać spacerujących wzdłuż szkockiego wybrzeża z czwórką springer spanielów: Rosy, Dorą, Louis i Dot.

Powód szósty: Nieoczywiste piękno

180 cm wzrostu, szczupła, blada, dystyngowana, włosy koloru blond z rudymi refleksami, choć w filmach była już ciemnowłosa, siwa czy ogniście ruda. Do tego niesamowite oczy, zmieniające swój kolor z zielonego w niebieski, a nawet szary. – Tak naprawdę nie wyglądam jak ludzie, których można zobaczyć w filmach, tylko jak ludzie na obrazach – mówi. Jej nieoczywiste i niedzisiejsze piękno wyróżnia ją spośród wielu ładnych twarzy. Na dodatek niczym Eve z filmu Jarmuscha, wcale się nie starzeje. W „Nienasyconych”, których jeszcze można zobaczyć w kinach, gra rockmankę z figurą nastolatki. Jest atrakcyjna, ale nie „sexy”, a to w zawodzie aktorki daje o wiele większe możliwości. Do tego jej ulubiony styl – krótkie włosy, proste kroje, obszerne płaszcze i zero makijażu – powoduje, że często jest brana za mężczyznę.

Do fascynacji aktorką przyznają się projektanci Victor & Rolf, jedną ze swoich kolekcji zadedykował jej również Karl Lagerfeld, co chwila przez jakiś magazyn jest uznawana za ikonę mody lub najlepiej ubraną gwiazdę. Regularnie bywa na pokazach mody najlepszych projektantów, z częścią z nich zresztą utrzymuje przyjacielskie relacje. Jest jak kameleon – czasem zupełnie niepozorna, w swoich obszernych swetrach i gumowcach przemierzająca szkockie wrzosowiska, a czasem olśniewająco piękna na wielkich galach. Niektórzy mówią o niej: „brzydka”, inni: „dziwna” lub „oryginalna”. Ale nigdy: „nudna”.

Powód siódmy: Inna niż wszyscy, taka sama jak my

Kiedy dziennikarz „Esquire” zapytał ją, czy nie sądzi, że jest tak powszechnie lubiana dlatego, że jest inna od wszystkich, jakby nie z naszej planety, Tilda odpowiedziała: – Cóż, każdy z nas czasem bywa kosmitą. Czy ty nigdy nie czułeś się obco?

Swinton przyznaje, że od zawsze – prywatnie i artystycznie – interesowało ją pojęcie tożsamości. To, jak określamy siebie wobec innych i identyfikujemy z osobą, którą jesteśmy. I trzeba przyznać, że rolami, jakie zagrała, ale i swoim życiem, daje nam w tym temacie wiele do myślenia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.