1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. 7 powodów, dla których warto być jak Tilda Swinton

7 powodów, dla których warto być jak Tilda Swinton

Tilda Swinton podczas 75. Festiwalu Filmowego w Wenecji. (Fot. BEW PHOTO)
Tilda Swinton podczas 75. Festiwalu Filmowego w Wenecji. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Podczas gdy wielkie gwiazdy kina starają się nas przekonać, że tak naprawdę są takie same jak my, Tilda Swinton zdaje się w ogóle nie przejmować opinią publiczną. Ona po prostu robi swoje. Spaceruje z psami, hoduje kury, uprawia kapustę i wychowuje dwójkę dzieci, od czasu do czasu grając w filmach. I tym właśnie nas przekonuje.

Co prawda Tilda Swinton ma też atrybuty unikalne i czyniące ją naprawdę wyjątkową: talent, androgyniczną urodę, zamek i arystokratyczne pochodzenie, a także udany związek z partnerem młodszym o 18 lat i Oscara na koncie. Ale to są rzeczy, które przykuwają uwagę innych – dziennikarzy, fanów czy po prostu widzów. W życiu Tildy liczy się co innego. – Ostatnio znalazłam całe pudełko starych zeszytów z czasów, kiedy byłam mała, a pośród nich list, który napisałam jako 15-latka do siebie, 80-latki – wyznała niedawno w wywiadzie dla „Esquire”. – Jest w nim taki fragment: „Mam nadzieję, że miałaś długie życie i byłaś zawsze otoczona wspaniałymi psami i świetnymi przyjaciółmi”. Nie mam jeszcze osiemdziesiątki, ale jestem na dobrej drodze do takiej właśnie przyszłości. Cieszę się też, że już jako 15-latka wiedziałam, co jest naprawdę ważne. Powodów, żeby zaufać jej recepcie na życie naszym zdaniem jest co najmniej siedem:

Powód pierwszy: Życie zamiast kariery

Choć ma dopiero 59 lat, grała już kobiety starsze od siebie, jak Madame D., 83-letnia hrabina romansująca z konsjerżem w filmie „Grand Budapest Hotel”, czy Eve, kilkusetletnia wampirzyca w „Tylko kochankowie przeżyją”. Specjalizuje się w rolach skomplikowanych kobiet – była nieszczęśliwą rosyjską arystokratką w „Jestem miłością”, przerażającą Białą Czarownicą w „Opowieściach z Narnii” czy matką psychopatycznego chłopca w „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Ale grała też postaci na granicy płci jak tytułowy „Orlando”, młodzieniec skazany na wieczną młodość, który zamienia się stopniowo w kobietę, czy archanioł Gabriel w filmie „Constantine”. Jak przyznaje, najbardziej komfortowo czuje się w rolach dziwadeł.

Jest sceptyczna wobec terminu „kariera”, nigdy naprawdę nie chciała być aktorką i od czasu do czasu publicznie wyznaje, że wcale się za nią nie uważa. Od zawsze interesowała ją literatura, a ponieważ jej znajomi zaczęli się fascynować teatrem, sama też weszła w ten świat. Już w czasach studenckich występowała na deskach teatrów, a po studiach zaczęła grać w Traverse Theatre w Edynburgu i Royal Shakespeare Company. Teatr jednak szybko ją znudził. Zdecydowanie woli film, a najbardziej niskobudżetowe artystyczne kino, które chętnie też współfinansuje lub pomaga jego twórcom w znalezieniu sponsorów. Z większością reżyserów, u których gra, zna się też prywatnie, zwykle więc nie szuka ról, a raczej one same do niej przychodzą.

– Moje życie to dziwna kombinacja rzeczy, o których właśnie rozmyślam, i propozycji rzucanych mi przez przyjaciół, które dokładnie pokrywają się z kierunkiem moich rozmyślań – przyznaje w wywiadzie dla „Esquire”. – Ja tak naprawdę nie mam kariery, ja po prostu mam życie.

Świetnie wykształcona, z dyplomem Uniwersytetu w Cambridge z dwóch fakultetów: socjologii i literatury angielskiej, prawdopodobnie zostałaby dziennikarką. Albo zawodową hazardzistką – kiedy mieszkała w Londynie przez kilka lat jej podstawowym dochodem były pieniądze wygrane na wyścigach konnych (sprawnego oceniania koni nauczył ją w dzieciństwie ogrodnik jej ojca). A jednak los chciał inaczej. W 1986 roku spotkała Dereka Jarmana, brytyjskiego reżysera i outsidera. Otwarcie mówił o swojej homoseksualnej orientacji i krytykował rządy Margaret Tchatcher, zbliżyły ich do siebie poglądy, ale też wrażliwość i wizja kina jako sztuki. Nazywano ją „muzą Jarmana”, ale nigdy nie lubiła tego określenia: – Ludzie używają tego terminu, bo nie wiedzą, jak nazwać związek kobiety z homoseksualistą. Nie byłam muzą Dereka, bo muza jest pasywna. Byłam raczej jego intelektualnym partnerem. Toczyliśmy niekończące się dyskusje o sztuce, o życiu i poszukiwaniu tożsamości – wyznała w jednym z wywiadów.

Na ekranie zadebiutowała w jego „Caravaggiu”, wcieliła się w rolę Leny, kochanki malarza. Pod koniec realizacji filmu Jarman dowiedział się, że jest nosicielem wirusa HIV. Nie przestał jednak tworzyć, a Tilda zagrała w jego kolejnych siedmiu dziełach. Niestety, Jarman zmarł na AIDS w 1994 roku. Po jego śmierci aktorka na dwa lata wycofała się z życia zawodowego. Wraz z partnerem, starszym o 20 lat pisarzem i malarzem Johnem Byrnem, zamieszkała w rodzinnym zamku w Szkocji, a później w wieku 36 lat urodziła bliźnięta: Honor i Xaviera. Ale jej tak zwana kariera miała dopiero się rozpocząć. Wkrótce pojawiła się w takich filmach, jak „Niebiańska plaża”, „Adaptacja” czy „Młody Adam”, a sławę, rozpoznawalność, a także nową miłość, miały jej przynieść „Kroniki Narnii”.

– Zawsze grasz samego siebie – powiedziała kiedyś. – Każdą postać musisz przepuścić przez swoje doświadczenia, a przez pryzmat każdej roli patrzysz też na swoje życie. Ostatnią rzeczą, jaką możesz zrobić jako aktorka, to sprawiać wrażenie, że grasz.

Powód drugi: W zamku, ale nie księżniczka

W rodzinie takiej jak jej, artystka bywa zwykle czarną owcą, zakałą rodu, skandalistką. A mowa tu o jednym z najstarszych szkockich rodów, którego drzewo genealogiczne sięga trzydziestu sześciu pokoleń wstecz do czasów Alfreda Wielkiego, a według  niektórych nawet do początków VII wieku. Wśród przodków Tildy jest Alan Archibald Campbell-Swinton, którego badania umożliwiły skonstruowanie pierwszego telewizora, inny antenat skonstruował pierwszy na świecie czołg. Tradycja wojskowa była zresztą silna w rodzie Swintonów. Ojciec aktorki, generał major sir John Swinton, jest bohaterem drugiej wojny światowej (na której stracił nogę), kawalerem Orderu Imperium Brytyjskiego, komandorem Królewskiego Orderu Wiktorii i byłym dowódcą przybocznej straży królowej. Mieszka razem z córką, jej partnerem, artystą Sandro Koppem i dziećmi w rodzinnym zamku w Nairn w Szkocji (niedaleko Inverness), gdzie między innymi hodują kury i uprawiają ogród warzywny. Matka aktorki, Judith Balfour Killen, z pochodzenia Australijka, zmarła w 2012 roku.

Dzieciństwo Katherine Matilda Swinton miała z pozoru bajkowe. Przyszła na świat w Londynie 5 listopada 1960 roku, ale dzieciństwo spędziła w rodowej posiadłości w Berwickshire. Nie był to jednak dla niej czas beztroski. W domu panował rygor, ale to surowa dyscyplina obowiązująca w elitarnej szkole dla dziewcząt z internatem West Heath Girls’ Scholl w Kent (do której chodziła między innymi z Dianą Spencer, przyszłą księżną Walii), jakiej doświadczyła już jako 10-latka, odcisnęła na niej trwałe piętno. To wtedy postanowiła, że jej życie będzie zaprzeczeniem wszelkich konwenansów. Na ile doświadczenia dzieciństwa silnie zapisały się w jej psychice, świadczy chociażby fakt, że skrytykowała sagę o Harrym Potterze za to, że daje młodym czytelnikom fałszywy obraz realiów prywatnych szkół z internatem.

Po skończeniu Fettes Collego w Edynburgu, zanim poszła na studia, wyjechała na dwa lata do Afryki, by jako wolontariuszka pracować w szkole. Podczas studiów na uniwersytecie w Cambridge wstąpiła do Partii Komunistycznej, uwiedziona ideą kolektywnej pracy, co było prawdziwym wstrząsem dla jej ojca, który od córki oczekiwał przede wszystkim, by wyszła dobrze za mąż, a już najlepiej za księcia. Swoimi artystycznymi wyborami i życiem na przekór zasadom wpajanym jej w domu i szkole udowodniła, że ani nie potrzebuje księcia, ani też nie jest żadną księżniczką.

Powód trzeci: Własny Hogwart

Tilda zrobiła coś więcej niż tylko skrytykowała prywatne szkolnictwo na Wyspach Brytyjskich, sama stworzyła szkołę swoich marzeń. Założone przez nią steinerowskie gimnazjum Drumduan w rodzinnym Nairn prowadzi Krzysztof Zajączkowski, syn emigrantów z Polski. W tej szkole nie ma podziału na klasy ani stopni, dzieci uczą się wszystkiego w praktyce: jak zbudować kajak, skarmelizować cebulę czy rozpoznawać rodzaje drzew podczas lekcji z prawdziwym leśnikiem. Duży nacisk kładziony jest zwłaszcza na sztukę. Dzieci regularnie uczęszczają na warsztaty muzyczne, ucząc się gry na tradycyjnych instrumentach i śpiewając. Z nauczycielami są po imieniu, co nie tworzy między nimi sztucznego dystansu, a swoje postępy w nauce dokumentują w specjalnych notesach, wykonanych według swojego projektu i zgodnie z własnym poczuciem estetyki. Obecnie w gimnazjum jest ok. 17 uczniów, w tym bliźnięta Tildy. Wszyscy tworzą wspólnotę, co nie przeszkadza wzmacniać w gimnazjalistach samodzielności i kreatywności. Co ważne, mają zakaz korzystania z komórek i mobilnych urządzeń, za to większość czasu spędzają na świeżym powietrzu. Niedawno gimnazjum odwiedziła rządowa kontrola, a przyszłość placówki stanęła pod znakiem zapytania. Inspektorzy – ku swojemu zdziwieniu, zaobserwowali, że uczniowie są tu wygadani, zmotywowani i otoczeni szacunkiem – w raporcie nie mogli się ich nachwalić.

Powód czwarty: Lokalna patriotka

Szkoła to tylko jeden z wielu projektów aktorki, która jest dumna ze swojego szkockiego pochodzenia i silnie związana z najbliższą okolicą. W liczącym 8 tysięcy mieszkańców Nairn zorganizowała i sama poprowadziła w 2008 roku pierwszą edycję festiwalu filmowego The Ballerina Ballroom Cinema of Dreams – urządzono go w starej sali balowej, w której odbywały się między innymi koncerty Pink Floydów. Festiwal trwał 8 i pół dnia (w nawiązaniu do słynnego dzieła Federica Felliniego), a widzowie mogli na nim obejrzeć klasykę kina oraz trudno dostępne filmy z całego świata. Bilet wstępu kosztował symboliczne 2 funty (dla dzieci) i 3 funty (dla dorosłych), ale można też było wejść za darmo, jeśli przyniosło się własnoręcznie upieczone ciasteczka. W 2009 roku razem z przyjacielem pisarzem Markiem Cousinsem przejechali szkockie góry z mobilnym, ważącym 37 ton ekranem filmowym, na którym wyświetlali filmy okolicznym mieszkańcom.

Tilda jest też wielką fanką potwora z Loch Ness i regionalnej szkockiej potrawy – haggis, przyrządzanej z owczych podrobów, wymieszanych z cebulą, mąką owsianą, tłuszczem i przyprawami, zaszytych i duszonych w owczym żołądku. To może tłumaczyć tylko prawdziwa miłość do Szkocji.

Powód piąty: Z dala od skandali

A skoro już przy miłości jesteśmy. Przez lata w życiu prywatnym Tildy Swinton doszukiwano się skandalu. Na początku podejrzewano ją o związek z Derekiem Jarmanem, mimo jego deklarowanego homoseksualizmu i faktu, że była już wtedy związana z Johnem Byrnem. Potem, kiedy na planie „Opowieści z Narnii” poznała urodzonego w Niemczech, ale wychowanego w Nowej Zelandii malarza Sandra Koppa, zakochała się w nim i zamieszkała w Szkocji – prasa rozpisywała się o erotycznym trójkącie, w jakim żyje razem z ojcem swoich dzieci i kochankiem. Inne źródła podawały, że z Johnem od dawna już nie sypiała, a młodszy o 18 lat Sandro „pozwala jej się realizować jako kobiecie w sensie fizycznym”, za pozwoleniem i z błogosławieństwem Johna. Sensację podgrzewał udział Tildy w filmie „Jestem miłością”, w którym główna bohaterka zostawia męża dla przyjaciela syna. Choć aktorka cierpliwie tłumaczyła, że jej życie prywatne wolne jest od sensacji, nic to nie pomagało. W jednym z wywiadów z 2009 roku tak to skomentowała, lekko już zirytowana: – Nigdy nie wyszłam za mąż. Owszem, mam dwoje dzieci z Johnem Byrnem, ale od wielu lat nie jesteśmy już parą. Jesteśmy za to bliskimi przyjaciółmi i wspólnie wychowujemy nasze dzieci. Od ponad pięciu lat jestem w innym związku. To stało się już nudne, że muszę ciągle dementować tę samą plotkę, ale chciałabym raz na zawsze uciąć fantazje na temat całej naszej trójki żyjącej razem pod jednym dachem.

Dziś temat grzesznej poliamorii, w jakiej rzekomo żyje, ucina krótko: w jej życiu jest dwóch mężczyzn: John, który mieszka teraz w Edynburgu i który jest ojcem jej dzieci, i Sandro, z którym mieszka. – Moje życie miłosne niczym nie różni się od życia milionów innych osób – dodaje.

Związek z Sandrem trwa już 15 lat, a Tilda w wywiadach nie mówi o nim inaczej niż „sweethart” (czyli: kochanie, skarb), pojawiają się wspólnie na rozdaniach nagród czy pokazach mody, można też ich spotkać spacerujących wzdłuż szkockiego wybrzeża z czwórką springer spanielów: Rosy, Dorą, Louis i Dot.

Powód szósty: Nieoczywiste piękno

180 cm wzrostu, szczupła, blada, dystyngowana, włosy koloru blond z rudymi refleksami, choć w filmach była już ciemnowłosa, siwa czy ogniście ruda. Do tego niesamowite oczy, zmieniające swój kolor z zielonego w niebieski, a nawet szary. – Tak naprawdę nie wyglądam jak ludzie, których można zobaczyć w filmach, tylko jak ludzie na obrazach – mówi. Jej nieoczywiste i niedzisiejsze piękno wyróżnia ją spośród wielu ładnych twarzy. Na dodatek niczym Eve z filmu Jarmuscha, wcale się nie starzeje. W „Nienasyconych”, których jeszcze można zobaczyć w kinach, gra rockmankę z figurą nastolatki. Jest atrakcyjna, ale nie „sexy”, a to w zawodzie aktorki daje o wiele większe możliwości. Do tego jej ulubiony styl – krótkie włosy, proste kroje, obszerne płaszcze i zero makijażu – powoduje, że często jest brana za mężczyznę.

Do fascynacji aktorką przyznają się projektanci Victor & Rolf, jedną ze swoich kolekcji zadedykował jej również Karl Lagerfeld, co chwila przez jakiś magazyn jest uznawana za ikonę mody lub najlepiej ubraną gwiazdę. Regularnie bywa na pokazach mody najlepszych projektantów, z częścią z nich zresztą utrzymuje przyjacielskie relacje. Jest jak kameleon – czasem zupełnie niepozorna, w swoich obszernych swetrach i gumowcach przemierzająca szkockie wrzosowiska, a czasem olśniewająco piękna na wielkich galach. Niektórzy mówią o niej: „brzydka”, inni: „dziwna” lub „oryginalna”. Ale nigdy: „nudna”.

Powód siódmy: Inna niż wszyscy, taka sama jak my

Kiedy dziennikarz „Esquire” zapytał ją, czy nie sądzi, że jest tak powszechnie lubiana dlatego, że jest inna od wszystkich, jakby nie z naszej planety, Tilda odpowiedziała: – Cóż, każdy z nas czasem bywa kosmitą. Czy ty nigdy nie czułeś się obco?

Swinton przyznaje, że od zawsze – prywatnie i artystycznie – interesowało ją pojęcie tożsamości. To, jak określamy siebie wobec innych i identyfikujemy z osobą, którą jesteśmy. I trzeba przyznać, że rolami, jakie zagrała, ale i swoim życiem, daje nam w tym temacie wiele do myślenia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)