1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Najgorsze dopiero nadejdzie”. Świetny debiut kryminalnej jesieni

„Najgorsze dopiero nadejdzie”. Świetny debiut kryminalnej jesieni

Robert Małecki to dziennikarz z krwi i kości. Mieszka w Toruniu i tam też umieścił akcję pierwszego tomu swojej kryminalnej historii „ Najgorsze dopiero nadejdzie”. To jego debiut kryminalny, ale już dojrzała powieść.

Bohaterem jest Mark Bener, dziennikarz prowadzący skomplikowane śledztwo. I walczący z korupcją, nieustępliwie, aż do końca. To postać zarazem niejednoznaczna, jak i typowa dla dobrego kryminału. Bener jest facetem w średnim wieku, trochę przegranym, który za chwilę ma stracić pracę w lokalnej gazecie. Mimo to stara się przestrzegać zawodowych standardów i nie iść na żadne układy z miejscowym establishmentem. Jest lokalną gwiazdą, podoba się kobietom. Bardzo tęskni za ukochaną Agatą, która zaginęła w tajemniczych okolicznościach. W pracy nie idzie na skróty - potrafi się bić, stanąć w obronie kobiety, którą kiedyś kochał, skonfrontować z przyjacielem sprzed lat, dotrzeć do tajemnic ze swojej dalekiej przeszłości, aby rozwiązać zagadkę teraźniejszości. A najważniejsze jest to, że lubimy go od pierwszej chwili i kibicujemy poczynaniom Benera aż do końca.

Duszny, mroczny świat bohatera rozświetlają krótkie sceny walk, rozmów z kobietami i opisów toruńskiej rzeczywistości. Małecki świetnie dokumentuje rzeczywistość. Prawdopodobnie zna ze swojej pracy rozmaite ciemne sprawki oraz powiazania miejscowej socjety. Dlatego tak wiarygodnie kreuje kolejne sceny powieści. Wsiąkamy w jego świat tajemnic natychmiast i nie chcemy z niego wyjść. Zapewne także z tego powodu kryminał „Najgorsze dopiero nadejdzie” znalazł się na czwartym miejscu bestsellerów EMPIK-u. Zasłużenie.

Konstrukcja powieści jest otwarta, nie dostarcza rozwiązania ostatecznej intrygi. Nadal nie wiemy, co stało się z Agatą, którą Bener tropił, jeżdżąc do Berlina, gdzie ktoś widział podobną do niej kobietę w metrze. Ma się wrażenie, że dla Małeckiego najważniejsza jest droga, poszukiwanie a nie rozwiązanie zagadki. Jego naprawdę nie interesuje, kto i jak zabił, ale dlaczego. I to jest najmocniejsza strona tego debiutu. Czekam na kolejny tom.Na pewno się nie rozczaruję.

„Najgorsze dopiero nadejdzie”, Robert Małecki, Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016, s. 408

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Klasyka literatury na wakacje. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)
Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)
Książki na wakacje? Rynek zalany jest nowościami, listy polecanych tytułów zmieniają się jak w kalejdoskopie. A może by tak uwolnić się od tego, co koniecznie, właśnie teraz, jak najszybciej trzeba przeczytać, może by tak nie oglądać się na trendy i chwilowe mody i wrócić do klasyki literatury? Do książek, które chce się na pewnym etapie życia odkryć dla siebie na nowo albo po które miało się sięgnąć już lata temu, ale tak się jakoś złożyło, że nie było na to czasu. Takich, które warto przeczytać niezależnie od wieku.

Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

Najchętniej czytane arcydzieło współczesnej literatury. Gdyby tylko sam Bułhakow mógł to widzieć! Głównie dzięki niezłomności jego żony Jeleny Siergiejewny powieść, jeszcze w ocenzurowanej wersji, została wydana ponad ćwierć wieku po śmierci autora. Tej wielowątkowej i wielopoziomowej historii – która swój początek ma na moskiewskich Patriarszych Prudach, gdzie na ławeczce przysiada para literatów, a zaraz potem przysiada się do nich tajemniczy cudzoziemiec, co ma zresztą krwawe skutki – chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dziś cała zgraja powieściowych bohaterów, jak kot Behemot, piekielny Woland, Piłat czy Mistrz i Małgorzata właśnie, to postacie kultowe. Szczególnie polecam czytać Bułhakowa w najbardziej aktualnym tłumaczeniu. Rzadko nowy przekład książki wywołuje takie zainteresowanie, ale przekład rodziny Przebindów to faktycznie perełka. Jest tu i potoczysty język, i melodia zdań, która w rosyjskim oryginale decyduje o geniuszu autora. Wrażenie robią w nowym wydaniu przypisy: szczegóły, ciekawostki, dowcipne komentarze, ukryte sensy układają się w osobną opowieść, rozpisaną na poszczególne hasła (razem 120 stron dołączonych do i tak solidnego tomu). Udany jest także audiobook „Mistrza i Małgorzaty” w przekładzie Przebindów, z głosami m.in. Magdaleny Różdżki i Andrzeja Chyry.

Pauline Réage "Historia O"

Jest połowa lat 50. we Francji właśnie ukazała się powieść „Historia O”. Zakazana, wielokrotnie konfiskowana, sprzedawana pokątnie. Tylko kogo winić za ten skandal obyczajowy, skoro autor jest nieznany? Najpierw kupują tylko wtajemniczeni, spod lady. Prawdziwa bomba wybucha rok później, gdy „odważna powieść niejakiej pani Réage” zostaje wyróżniona jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich – Prix des Deux Magots. W ten sposób książka staje się bestsellerem. Natomiast jej zagadka jeszcze długo nie zostaje rozwiązana, ustalenie, kto kryje się za tym pseudonimem i tak wyzwoloną literaturą, zajmie aż cztery kolejne dekady. Dopiero w 1994 roku do trzymającej się na uboczu redaktorki Dominique Aury zgłosi się brytyjski dziennikarz i jako pierwszy zapyta ją wprost, czy to przypadkiem nie ona napisała tę powieść. „Był taki miły i błyskotliwy. Nie miałam serca mu skłamać” – wspominała później sama Aury. Po co dziś sięgać po jej „Historię O”? Na fali popularności książek inspirowanych „50 twarzami Greya”, doprawionych wątkami sado-maso, warto wrócić do źródeł, zwłaszcza że to literatura wysokich lotów. Gwarantuję, że mimo upływu czasu, historia tytułowej panny O także i dziś jest śmiała obyczajowo, może nawet śmielsza od Greya i jemu podobnych.

Mary Shelley "Frankenstein"

Niby wszyscy wiemy, o co chodzi, w końcu Frankenstein to jedna z ikon popkultury, ale kto z nas rzeczywiście czytał oryginalną książkę z 1816 roku autorstwa Mary Shelley? Ci którzy czytali, zorientowali się, że to, co dziś o tej historii wiemy, jest już tylko wariacją na temat oryginału. I nie chodzi tylko o to, że kultura masowa mocno spłyciła bardzo ambitną powieść grozy. Weźmy choćby samego Frankensteina. W książce nazywa się tak wcale nie stworzone przez szalonego naukowca monstrum, bo ono nie ma imienia, tylko właśnie naukowiec z kompleksem boga. Tak czy inaczej dzieło Shelley nie dało o sobie zapomnieć. A autorka? Za pisanie powieści zabrała się w wieku zaledwie 18 lat. Właśnie uciekła z domu z ukochanym. Młoda, zakochana, jeszcze przed największymi życiowymi rozczarowaniami. Założyła się z przyjaciółmi (m.in. z lordem Byronem), że napisze coś mrożącego krew w żyłach i stworzyła epokową prozę. Do „Frankensteina” warto więc sobie skompletować wciągającą biografię „Buntowniczki” Charlotte Gordon. Nie tylko o Shelley (to portret podwójny), ale także jej matce – Mary Wollstonecraft, słynnej pionierce, feministce, pisarce, myślicielce, która miała na córkę ogromny wpływ. Mimo, że zmarła dziesięć dni po jej narodzinach. Był w nich obu ten sam niespokojny duch, iskra, przenikliwość i odwaga w zadawaniu ważnych pytań, jaką odnajdziecie we „Frankensteinie”.

Joan Lindsay "Piknik pod Wiszącą Skałą"

Kolejny smakowity kąsek z klasyki literatury. Oniryczna, nieśpieszna, z opisami sielskiej przyrody, z mistrzowsko budowanym napięciem – to pierwsze skojarzenia, które przychodzą do głowy, kiedy wspomina się tę jedną z najbardziej znanych australijskich książek. Podobnie jak nakręcony na jej podstawie kultowy film (1975) w reżyserii Petera Weira był pierwszą kinową produkcją z Australii, o której zrobiło się głośno na całym świecie. Pisarka Joan Lindsay tworząc „Piknik pod Wiszącą Skałą” zainspirowała się prawdziwym zdarzeniem, zniknięciem pensjonarek na stokach Hanging Rock, świętej góry Aborygenów. Dodając do niego odpowiednią dawkę mroku i tajemniczości. Mamy zatem rok 1900, uczennice pensji dla dziewcząt biorą udział w pikniku, który zakończy się tragicznie. Trzy z nich i nauczycielka znikną bez śladu. Co się stało? Zamiast odpowiedzi pojawia się coraz więcej pytań. Ciekawe, bo sama Lindsay napisała rozdział, w którym wyjaśnia zagadkę zniknięcia i dopiero za radą wydawcy z niego zrezygnowała. Na fali sukcesu wydała ów usunięty fragment osobno, ze specjalnym komentarzem. To już opcja dla wtajemniczonych, ale tak naprawdę to właśnie wszystkie te niedopowiedzenia, zostawiając odbiorcom pole do wyobraźni, sprawiają, że „Piknik…” jest tak atrakcyjny i wciągający.

Louisa May Alcott "Małe kobietki"

Co takiego jest w tej napisanej ponad 150 lat temu powieści, co sprawia, że do dziś nie spada z list bestsellerów? Dzieła Louisy May Alcott, która napisała je w czasach wiktoriańskich, zgodnie z potrzebami ówczesnego rynku i obyczajowości. Alcott świetnie oddaje temperamenty, pasje i marzenia czterech dorastających sióstr March. Snuje opartą o przygody własne i jej sióstr opowieść o trudach dojrzewania, ale przede wszystkim o siostrzeństwie, więziach, o tym, na ile możesz być i jesteś sobą, a na ile kimś, kogo ukształtował dom rodzinny. To dzięki tym celnym spostrzeżeniom i talentowi Alcott z jakim opisuje barwne charaktery do tej powieści nadal tak chętnie się wraca. Nawet jeśli powieściowe siostry March z biegiem czasu i wraz z rozwojem akcji są coraz bardziej niegdysiejsze, zbliżając się do wiktoriańskiego modelu kobiety idealnej: uległej, rezygnującej z siebie „strażniczki domowego ogniska”. „Małe kobietki” są jedną z najchętniej ekranizowanych książek w historii, a nowe wydanie książki, wzbogacone fotosami, nawiązuje do najświeższej bardzo udanej filmowej adaptacji (w reżyserii Grety Gerwig m.in. z Florence Plugh i Emmą Watson w rolach głównych). Którą polecam – jako błyskotliwy komentarz a propos autorki i czasów, kiedy jej książka powstała – nie przed, a po lekturze.

  1. Kultura

Dziennikarz Michał Nogaś o tym, co czyta i co poleca czytać w kryzysie

Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Jedni sięgają po nie dla przyjemności, inni dla wiedzy o świecie. Jeszcze inni – by uciec od zbyt przytłaczającej realności. Książki to nasi przyjaciele, nauczyciele, ale i lekarze. Zapytaliśmy dziennikarza Michała Nogasia, znanego jako „pana od książek”, o to, co w ostatnich tygodniach przeczytał tylko dla siebie, ale też jakie lektury mogą nam teraz przynieść ukojenie.

Czy człowiek, którego praca polega na czytaniu książek, ma czas na lekturę tylko dla przyjemności?
Czytam w zasadzie głównie dla przyjemności. I gdy jakiś temat naprawdę mnie wciągnie, staram się zainteresować nim czytelników oraz słuchaczy. Ostatnio było tak na przykład z książką Antonia Scuratiego „M. Syn stulecia”, wielką powieścią dokumentalną o Benicie Mussolinim. Wielką także objętościowo, w polskim wydaniu liczy 720 stron. Zdobyła najważniejszą włoską nagrodę Premio Strega, czytałem w zagranicznej prasie, że jest tytułem wartym uwagi, postanowiłem więc przeczytać i spróbować umówić się z autorem na wywiad. Opowieść Scuratiego, pełna detali, faktów mało znanych nawet wielu Włochom, robi wrażenie. Jest nie tylko niebywale ciekawym zapisem drogi Mussoliniego po władzę, ale także przestrogą przed powtarzaniem w Europie pewnych nad wyraz groźnych mechanizmów. Miałem już bilet do Mediolanu, ale plany zepsuła pandemia, której Lombardia – ze stolicą w Mediolanie – przez pewien czas była epicentrum. Ostatecznie udało nam się porozmawiać wirtualnie i wnioski, które można wyciągnąć z wypowiedzi Scuratiego, są więcej niż pesymistyczne – uruchomiliśmy procesy, które tragicznej historii sprzed wieku mogą pozwolić się powtórzyć. Wracając do pytania, pandemia, izolacja i nagła zmiana trybu życia sprawiły, że znalazłem nieco więcej czasu na czytanie córce przed snem, gdy sięgamy po kolejne bajki albo leksykony z pytaniami „dlaczego?”, „jak to się dzieje, że?” – oraz dla siebie.

Co to znaczy czytać dla siebie?
To, że musieliśmy zostać w domach, sprawiło, że mam odrobinę więcej wolnego czasu – choć liczba zajęć i obowiązków nie spadła. Biorę książkę, siadam i czytam bez pośpiechu. Bez pośpiechu, bo przecież zdarza się lektura w napięciu, niemal do ostatniego momentu przed wywiadem z autorem. Dzięki odrobinie luzu przeczytałem ostatnio książkę Piotra Bratkowskiego „Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli”, bardzo szczerą opowieść o polsko-żydowskich korzeniach autora, o jego rodzicach i ich życiu w PRL-u, o niełatwym rozliczeniu z przeszłością. Ale też o nim samym, o chorobach, uzależnieniach, wychowywaniu dzieci i trzech żonach. Lubię książki, które poszerzają mój punkt widzenia i wiedzę na jakiś temat. Czytam właśnie powieść Rebekki Makkai „Wierzyliśmy jak nikt”. To epicka opowieść – ma 620 stron – o epidemii HIV i AIDS w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 80., o środowisku chicagowskich gejów. Bardzo dobrze napisana. Za mną też nieśpieszna lektura „Nocnego promu do Tangeru” Kevina Barry’ego – dobra, mroczna, współczesna proza.

Jest klimat na czytanie?
Jest, i to bez krążącej w głowie myśli, co z tą książką powinienem zrobić. Mógłbym naturalnie nadrobić wszystkie zaległości filmowe, bo w ciągu roku – poza festiwalem Nowe Horyzonty – rzadko mam czas na kino; mógłbym obejrzeć wreszcie wszystkie polecane seriale, ale nie. Siadam w fotelu i czytam. Choć gdybym miał być całkowicie szczery, to czasem jednak porzucam książkę na rzecz innej miłości... Uwielbiam oglądać na YouTubie archiwalne filmy z zasobów stacji British Pathé. Mają tam przepastne zbiory – od lat 20. do końca XX wieku. Potrafię zniknąć w tym świecie na długie godziny. Ostatnio obejrzałem cały długi serial o dekolonizacji Afryki. Od zawsze mnie to fascynowało. W moim domu rodzinnym czytało się literaturę faktu, przede wszystkim Kapuścińskiego. Pamiętam historie przywożone przez niego w latach 60. I później, aż do czasu „Hebanu”, ale zobaczenie jego bohaterów na archiwalnych filmach jest dla mnie jednak czymś hipnotyzującym. Nagle widzę mieszkańców Ghany czy Kenii, którzy świętują pierwszy dzień niepodległości. Widzę tych polityków, z którymi Kapuściński rozmawiał, a którzy sięgnęli po władzę i często niedługo później padli ofiarą zamachu stanu. Wciąż robi to na mnie kolosalne wrażenie.

Mówisz, że miłość do non fiction wyniosłeś z domu. Kim są twoi rodzice?
Mama jest emerytowaną już w tej chwili bibliotekarką, a tata – inżynierem dróg i mostów z dziennikarską przeszłością, w dodatku uzależnionym od map. Odkąd pamiętam, najlepszym urodzinowym prezentem dla niego był właśnie zakup jakiejś mapy, dowolnej. Uwielbia się im przyglądać i z nimi podróżować. Przeszedł wszystkie pasma polskich gór, zdobył najwyższe szczyty. To on zaraził mnie ciekawością świata. W domu na półkach stały książki Ryszarda Kapuścińskiego i Melchiora Wańkowicza, którego uwielbiał. W sposób naturalny więc, przez osmozę, nasiąkałem literaturą faktu. Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba pierwsza lektura „Wojny futbolowej”. Niczego w zasadzie nie wiedziałem wtedy jeszcze o Ameryce Łacińskiej, poza tym, że istnieje, występuje w atlasach i na globusie, a tu Kapuściński pisze o konflikcie zbrojnym wywołanym przez mecz piłki nożnej! Dziś wiemy wszyscy, że w rzeczywistości wyglądało to nieco inaczej, ale sam pomysł i sposób opisania tej historii mnie oszołomił! To właśnie wtedy dowiedziałem się, że chcę czytać takie teksty, że dzięki reporterom dowiem się o świecie więcej niż z podręczników do historii i geografii.

Czy masz książki do których wracasz?
Rzadko wracam do dawnych lektur. Zajmuję się głównie czytaniem nowych tytułów i robieniem wywiadów z ich autorami, co jest czasochłonne i zmusza – w sposób przyjemny – do śledzenia rynku nowości. Teraz okruchy dodatkowego czasu przeznaczam na czytanie z córką lektur odpowiednich dla pięciolatki. Sięgam też po książki z – jak to mawia jeden z moich przyjaciół – „kupki wstydu”. Zastanawiam się, co się wydarzy, gdy nagle gwałtownie zmniejszy się liczba nowości książkowych. Bo przecież większość premier przeniesiono już na jesień... Jeśli wracam, to do tego, co wciąż, mimo upływu lat, mnie porusza. Myślę, że chciałbym wrócić do książek Julia Cortázara, Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcíi Márqueza. Nie zapomniałem, jak ogromne wrażenie wywarły na mnie ponad 20 lat temu. Sięgałem w bibliotece po kolejne tomy literatury iberoamerykańskiej wydane przez Muzę, myślę zresztą, że w dużej mierze było to doświadczenie pokoleniowe. Chętnie bym też sprawdził, jak po dwudziestu latach oddziałuje na mnie „Biały kruk” Andrzeja Stasiuka. Wtedy, zaraz po premierze, ta książka była dla mnie niezwykle silnym przeżyciem, piękną i ważną opowieścią o przyjaźni, poświęceniu, odrębności i osobności każdego człowieka.

Wzrasta sprzedaż klasyki odnoszącej się do niepokojów, jakie dziś czujemy. Sięgamy po "Dżumę" czy "Miłość w czasie zarazy" - może nie zawsze adekwatnie do treści, ale na pewno kierując się tytułem. Czego oczekujemy od klasyki? Oparcia? Czy chcemy zrozumieć to, co się dzieje? 
Mnie akurat cieszy to, że ktoś wróci do książek Alberta Camusa, egzystencjalizmu nigdy za wiele. Myślę, że znaleźliśmy się nagle w momencie, w którym wielu z nas potrzebuje punktu zaczepienia, łatwych wizualnie znaków. Pewnie gdyby istniała książka pod tytułem „Cholera”, dziś także byłaby bestsellerem i chętnie by po nią sięgano. Gdy zaczęła się pandemia, wiele osób przypomniało sobie przecież o świetnej książce Jerzego Ambroziewicza „Zaraza” o epidemii czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Zamknięte miasto, niepewność, lęk, ofiary. Dla niektórych pewnie pociągające także dziś, choć nie wiem, czy aby na pewno kojące nerwy. A może chodzi o to, by przekonać się, dowiedzieć, jak ludzie kiedyś zachowywali się w sytuacji podobnej do ataku COVID-19?

Czasy inne, ale mechanizmy zachowań takie same. 
Niezależnie od tego, jak daleko zaszliśmy, gdy chodzi o technologię, czujemy strach, lęk, potrzebę oswojenia śmierci. Wciąż nie zdajemy sobie sprawy, że mamy do czynienia z realnym zagrożeniem, że wirus kogoś zaatakuje, a kogoś innego ominie. A jednak nasza wiara w nieśmiertelność została – i to w dość banalny sposób – naruszona. Wiele osób chciałoby uspokoić samych siebie, że to w sumie nic nowego, że takie sytuacje już się zdarzały. Ale to nie takie proste. Niedawno „Wyborcza” opublikowała króciutkie opowiadanie Edgara Kereta o człowieku, który poszedł do sklepu kupić oliwki. Gdy chciał za nie zapłacić, sprzedawczyni powiedziała mu, że trwa koniec świata i lepiej się przytulać niż płacić pieniędzmi. Wielu czytelników zareagowało na ten tekst bardzo emocjonalnie. Ktoś w komentarzu napisał, że jaki to niby koniec świata, skoro jesteśmy zaopiekowani? Że koniec świata przeżywali nasi dziadkowie gazowani w okopach I wojny światowej czy prześladowani podczas II wojny. Był Czarnobyl, zimna wojna, a dziś? Czy na pewno doświadczamy jakiegoś końca świata?

No tak, ale czy to znaczy, że nie mamy prawa się niepokoić i szukać ukojenia? 
Nikt nie wie, jak długo to potrwa, i dla wielu osób to, co się wydarza, może być końcem świata w małej, osobistej skali. Nie zdajemy sobie sprawy, jakiego rodzaju rysy w nas to wszystko zostawi. Co zrobi z małymi dziećmi, które nagle zostały odcięte od swoich kolegów z przedszkoli? Dla mojej córki koronawirus stał się niechcianym przyjacielem, codziennie musi się z nim „układać”. Gdy proponuję jej spacer, stanowczo odmawia. Nie chce iść, bo nie chce się nudzić, jest wirus i nie można niczego dotykać. Pewnie, że nie myśli w tym momencie o końcu świata, ale zauważa, że w jej życiu zaszła nagle dość znacząca zmiana. Ja zaś bardzo cierpię z powodu braku spotkań z ludźmi, tęsknię za realnym kontaktem z przyjaciółmi. A przecież są ludzie, którzy tracą pracę albo chorują na inne, poważniejsze choroby niż ta spowodowana wirusem. Nie można odbierać im prawa do odczuwania tego, że przeżywają własny koniec świata. To byłoby egoistyczne, naprawdę nieuprawnione.

Kiedy Wielka Brytania żyła Brexitem, wydawcy odnotowywali wzrost zainteresowania tzw. literaturą lżejszą, jak powieści o miłości. Ludzie chcą uciec od ponurej rzeczywistości, szukają oddechu?
Rozumiem potrzebę odprężenia czy wejścia w historie lekko napisane, bo to wielu zapewne daje potrzebny oddech od codzienności. Nie jestem osobą, która szuka w literaturze lekkości, choć rozumiem jej rozrywkową funkcję. Wystarczy spojrzeć na listę bestsellerów, by zrozumieć, po co naprawdę lubią sięgać Polacy. Czy należy mieć do nich o to pretensje? W żadnej mierze. Od zawsze patrzę na pisarzy – tych z najwyższej półki – jak na ludzi, którzy widzą, czują i wiedzą więcej. Jak gdyby byli kimś na kształt proroków. Potrafią wyjaśniać skomplikowane mechanizmy: ludzkiego zachowania, procesów historycznych. Przeprowadziłem w ciągu ostatnich kilkunastu lat naprawdę dziesiątki wywiadów z autorami z całego świata i po każdym z takich spotkań miałem wrażenie, że pisarze, dzięki swojej ogromnej wrażliwości, wiedzy i erudycji, potrafią przewidzieć to, co może się wydarzyć. Interesują się przyczynami ludzkich zachowań, próbują je zrozumieć, sięgają po źródła historyczne. A następnie wykorzystują to wszystko we własnych opowieściach, czyniąc je wiarygodnymi.

Czyli sięgamy po literaturę, by zmierzyć się z naszymi niepokojami, ale też lepiej siebie zrozumieć?
Mogę tu odpowiedzieć jedynie za siebie. Szukam w literaturze – poza zaskoczeniem, gdy książka zachwyci mnie stylem, opowieścią czy formą – potwierdzenia własnego spojrzenia na świat. W zasadzie znacznie częściej niż zaskoczenia. Bardzo mnie cieszy sytuacja, gdy czytając książkę pisarza, którego szanuję, orientuję się, że jego i moje myśli biegną tym samym lub zbliżonym torem. I to wcale nie muszą być wnioski kojące, przeciwnie – czasem budzą przerażenie. Ale fakt, że ktoś, kogo uważam za osobę mądrą i przenikliwą, podobnie widzi świat czy kierunek, w którym on zmierza, daje mi siłę. Nawet jeśli to bardzo pesymistyczna wizja.

Isabel Allende powiedziała mi w rozmowie, że ludzie lubią uciekać w kojące historie, boją się spojrzeć trzeźwo i zauważyć, że pewne rzeczy się wydarzają, bo np. historia się powtarza. 
Zgadzam się z tym. Gdy przyjrzę się na chwilę losom świata, powraca do mnie to, o czym mówili mi Olga Tokarczuk, Zadie Smith czy Jo Nesbø, który przepisywał Szekspira na swoją modłę: całą historię ludzkich zachowań mamy już dawno opisaną – w mitologii. Wystarczy tylko dokładnie przeczytać te opowieści, by zorientować się, że wszystkie wybitne powieści są przepisywaniem mitów i umieszczaniem ich w różnych historycznych realiach. To samo dotyczy naszych zachowań. Jesteśmy dwa, trzy tysiące lat dalej w historii rozwoju cywilizacji, ale nasze atawistyczne odruchy są dokładnie takie same. Dlatego nie można oczekiwać, że skoro idziemy tą samą ścieżką, finał uruchamianych na nowo procesów będzie inny. Jeśli wspomniany na początku naszej rozmowy Antonio Scurati mówi mi, że dostrzega już w Europie procesy łudząco podobne do tych, które wyniosły Mussoliniego do władzy, nie mam prawa nie wierzyć mu, że czekają nas trudne lata. I to wcale nie z powodu pandemii koronawirusa.

Pojęcie biblioterapii czy też książkoterapii wymyślono już stuelcie temu. Uważasz, że książki mają nie tylko kojącą, ale i leczniczą moc? Może książka w prezencie to najlepsze lekarstwo na obecną rzeczywistość? 
Nie ma lepszego lekarstwa na szaleństwo współczesnego świata od mądrego słowa. Najwyższy czas to sobie uświadomić.

Michał Nogaś, dziennikarz radiowy i prasowy, przez 16 lat związany z III Programem Polskiego Radia. Współtwórca Radiowego Domu Kultury. W „Gazecie Wyborczej" i „Magazynie Książki" publikuje wywiady z pisarzami, jest też gospodarzem Radia Książki. 

  1. Kultura

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.