1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Zła matka” - czyli każda?

„Zła matka” - czyli każda?

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Wychowujemy synów dla innych kobiet, musimy mieć tego świadomość - powiedziała moja przyjaciółka, matka 12 latka, kiedy wyszłyśmy z sali teatru „Trzyrzecze” po premierze „Złej matki”, w reżyserii i wykonaniu Karoliny Porcari, według tekstu Krzysztofa Szekalskiego. – Inaczej naprawdę pierwszą randkę syna z dziewczyną możemy przeżyć, jako zdradę!

Nie tylko tytuł tej sztuki prowokuje do myślenia, o tym jak rozumiemy macierzyństwo – kobiecość? Co to znaczy być super kobietą? I czy warto?

To opowieść o prawdzie, którą wszyscy znają, ale nikt nie mówi głośno: kobieta  - dziś została poddana kultowi dziecka. Cały swój czas, energię i siły ma mu poświecić. Zapomnieć o sobie. Jak więc potem, gdy ono usamodzielni się, ma żyć – jak się od dziecka „odpępowić”? Macierzyństwo łatwo też może stać się pasmem udręki – a wtedy nawet zabawa w zwierzątka prowadzi do.... Sami zobaczycie! Nie jest to jednak dramat, autorzy potrafili pokazać humorystyczne strony współczesnego macierzyństwa.

Kiedyś dzieci wychowywała wielopokoleniowa rodzina: matka, babcia, siostry, ciotki. Dziś – jedna kobieta! Jak ma być po prostu matką? No i co z ojcem?! Dlaczego, i czy tak jest w życiu, pojawia się tylko, jako ten, który oczekuje od matki seksu? A skoro już o tym mowa: to jaki jest seks super matki? Pierwszy raz szczerze i jasno słyszymy (i widzimy) go tak zabawnie i szczerze.

„Zła matka”, spektakle: 10 i 11 maja Teatr TrzyRzecze Ul. Suzina 6, Warszawa Obsada: Karolina Porcari, Małgorzata Bogdańska Muzyka: Daniel Pigoński Choreografia: Izabela Chlewińska Kostiumy: Ogla Turczak Produkcja: Dorota Łabędź

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Facet w kryzysie. Monodram "Agamemnon" w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk
Fot. Bartek Barczyk
Pomimo rygorystycznych obostrzeń i braku możliwości realizacji programu artystycznego w obecności publiczności, krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego nie poddaje się. W piątek 18 grudnia będzie miała miejsce premiera – na żywo, transmitowana online ze Sceny Domu Machin. To monodram „Agamemnon” w reżyserii Szymona Kaczmarka. 

Ojciec, władca, mąż, dowódca. Ten mityczny archetyp stanowi dla Rodrigo Garcíi punt wyjścia w starciu z publicznością. Sam tytuł powoduje, że bohater jego tekstu staje się kimś więcej niż robiącym zakupy ojcem rodziny. Przypomina Michaela Douglasa z filmu "Upadek", któremu poszczają wszelkie hamulce. Nie jest w stanie znieść kłamstw, płytkości i małości otaczającej go rzeczywistości. Poddaje brutalnej terapii wszelkie więzi społeczne i rodzinne. Ktoś tu nie wytrzymuje? W kimś odzywa się głęboko skrywana frustracja? Ktoś tu nie daje rady? Ale czy tylko o ekscesy tutaj chodzi?

Obserwujemy rodzaj intymnego rodzinnego eksperymentu, który, choć drastyczny, powoduje rodzaj antycznego katharsis. Ma doprowadzić nas do oczyszczenia. Ma rozbroić tykające w nas bomby. Ta antyczna funkcja teatru jest miarą tego tekstu. Monolog, jeden aktor, potok słów i gestów. Na scenie ojciec i jego rodzina, którą stanowią hiperrealistyczne sylikonowe lalki. To monodram Marcina Kalisza. Agamemnon jest dziwaczną czarną komedią z wielkim potencjałem komicznym oraz ostrą jak żyletka diagnozą rzeczywistości. Bo czy można zbudować model współczesnego świata przy użyciu skrzydełek z KFC? Nasz bohater próbuje.

Więcej informacji o spektaklu oraz zakup dostępu do streamingu na stronie teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

"Jestem kim chcesz" - pierwszy audiomusical w Polsce

Audiomusical
Audiomusical "Jestem kim chcesz" jest dostępny od 2 listopada w Audiotece. (Fot. materiały prasowe)
"Jestem kim chcesz" to pierwszy w Polsce audiomusical, czyli wyjątkowe połączenie audiobooka z musicalem. Widowisko zostało oparte na motywach "Pigmaliona" George’a Bernarda Shawa - na postawie tego samego dzieła powstał niegdyś amerykański musical "My fair lady".

Audiomusical “Jestem kim chcesz” powstał w ramach akcji "Usłysz kulturę". Dzieło z autorskim tekstem, librettem i muzyką stworzyli artyści Teatru Muzycznego Roma oraz Audioteki.

Akcja widowiska dzieje się w swingującym Londynie lat 60'. Z rewolucją obyczajową, społeczną i kulturalną doskonale korespondującą z bieżącymi problemami i kryzysem wartości. To z jednej strony bardzo dobrze znana historia na motywach “Pigmaliona” George’a Bernarda Shawa, z drugiej wibrujący energią i bardzo współczesnym przesłaniem musical. Profesor fonetyki Henry Higgins twierdzi, że dzięki lekcjom muzyki, wymowy i dobrych manier każda osoba jest w stanie wejść na towarzyskie salony. Zakład z przyjacielem doprowadza do eksperymentu na żywej osobie - młodej, krzykliwej i wulgarnej kwiaciarce. Pigmalion porusza wciąż aktualny problem podziałów społecznych i polaryzacji poglądów - To prosty komunikat - “chcę żebyś myślał i mówił tak, jak ja”. Shaw obnaża ten mechanizm i ze wspaniałą lekkością drwi zarówno z naiwnych aspiracji, jak i snobistycznych urojeń - mówi Bartosz Szpak, reżyser musicalu, autor libretta i tekstów piosenek. Jak dodaje, nie chciał zwyczajnie przenieść akcji do roku 2020, dlatego wybrał lata 60-te i swingujący Londyn. Z rewolucją obyczajową, społeczną i kulturalną doskonale korespondującą z bieżącymi problemami i kryzysem wartości.

- Audiomusical to zupełnie nowy format, coś czego do tej pory jeszcze nie było. Jestem przekonany, że efekt końcowy będzie fantastyczny, bo talent naszych artystów gwarantuje sukces, czego dowodzą produkcje na deskach Teatru Muzycznego Romy, w których występują. To nasz pierwszy wspólny projekt z Audioteką i mam nadzieję, że będą kolejne - mówi Wojciech Kępczyński, Dyrektor Naczelny TM Roma.

Kompozytorką i producentką muzyki jest Marta Zalewska - wokalistka, multiinstrumentalistka, kompozytorka i autorka tekstów. - Starałam się stworzyć utwory, które oddadzą klimat i estetykę tamtego bardzo inspirującego okresu w muzyce i sztuce - mówi Marta Zalewska. - We współpracy z Błażejem Domańskim, odpowiedzialnym za miks i mastering, użyliśmy mikrofonów, wzmacniaczy i instrumentów z epoki. Wszystkie utwory nagraliśmy na taśmę. Dzięki temu uzyskaliśmy analogowe brzmienie, na którym mi zależało - wyjaśnia.

W audiomusicalu zagrali artyści związani z Teatrem Muzycznym Roma, m.in Marta Masza Wągrocka, Wojciech Paszkowski i Adam Krylik. W rolę narratora wcieli się Krzysztof Banaszyk.

Audiomusical jest dostępny od 2 listopada w Audiotece - bezpłatnie w odcinkach dla subskrybentów Audioteka Klub, oraz od razu w całości płatnie.

  1. Kultura

Wrześniowe premiery w Teatrze Słowackiego w Krakowie

"Jedzonko" (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Po miesiącach izolacji i funkcjonowania w świecie wirtualnym wszyscy potrzebujemy sztuki. We wrześniu Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zaprasza zatem na dwie wyjątkowe premiery. 

"Jedzonko"

Reżyseria: Katarzyna Szyngiera Scenariusz: Marcin Napiórkowski, Katarzyna Szyngiera, Mirosław Wlekły Obsada: Lidia Bogaczówna, Marta Konarska, Agnieszka Kościelniak, Katarzyna Zawiślak – Dolny,  Karol Kubasiewicz, Sławomir Rokita, Feliks Szajnert i gościnnie Maciej Pesta Premiera: 11 września 2020 Spektakle: 12, 13, 15 września oraz 13, 14, 15 i 16 października

Tematem spektaklu jest jedzenie, a czasem jedzonko - to czym się delektujemy, obżeramy, co konsumujemy, pochłaniamy, wcinamy. Skąd się wzięło w naszym koszyku, lodówce i na naszym stole. Jaką drogę przeszło i z jakim kosztem się wiąże. Zadaniem twórców jest ukazanie nieoczywistych linii pomiędzy codziennością aktów konsumpcji, a globalnymi procesami.

'Jedzonko' (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie) "Jedzonko" (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie)

"Ludwiczek"

Tekst i reżyseria: Daniel Malchar, Rafał Szumski Obsada: Ewelina Cassette, Karolina Kazoń, Karolina Kamińska,  Alina Szczegielniak, Tomasz Międzik, Daniel Malchar, Antoni Milancej, Rafał Szumera Premiera: 18 września 2020 Spektakle: 19, 20 i 22 września

Tragiczna legenda! Marmurowy pomnik muzyki europejskiej, o którym słyszał prawie każdy. To jego życiem i twórczością jest inspirowana muzyczna  baśń. To on musi się zmierzyć ze światem zanieczyszczonej audiosfery, w którym coraz mniej wrażliwości i miejsca na refleksję. Czy ten głuchy geniusz sprzed wieków jest w stanie poradzić sobie w tym świecie nastawionym na komercję i schlebianie gustom?

'Ludwiczek' (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie) "Ludwiczek" (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie)

  1. Kultura

Beata Jewiarz: "Poezja ma potencjał zmiany"

Zapowiedź spektaklu
Zapowiedź spektaklu "Sen". (Fot. Piotr Filutowski)
W czwartek, 18 czerwca, w ramach akcji "Łąka Leśmiana" organizowanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, na profilu Facebookowym muzeum będzie można obejrzeć spektakl muzyczno-poetycki „Sen” autorstwa Beaty Jewiarz. Zmysłowe wiersze Bolesława Leśmiana w autorskim wyborze twórczyni spektaklu nabierają nowych, nieodkrytych dotąd znaczeń. Z Beatą Jewiarz autorką spektaklu "Sen" rozmawia Joanna Ruszczyk. 

W czwartek, 18 czerwca, w ramach akcji "Łąka Leśmiana" organizowanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, na profilu Facebookowym muzeum będzie można obejrzeć spektakl muzyczno-poetycki „Sen” autorstwa Beaty Jewiarz. Zmysłowe wiersze Bolesława Leśmiana w autorskim wyborze twórczyni spektaklu nabierają nowych, nieodkrytych dotąd znaczeń.

Z autorką spektaklu rozmawia: Joanna Ruszczyk

Jesteś w jakimś szczególnym momencie życia, że podjęłaś taki temat? „Sen” jest o kobiecie, która pragnie miłości, bliskości, ale tego nie dostaje mając blisko siebie mężczyznę.
Niewątpliwie każdy z nas pragnie być kochanym. Ale nie każdemu to się udaje. Nasze relacje uczuciowe mają różne przebiegi. W doświadczeniach związkowych, po lepszych i gorszych przeżyciach, przychodzi taki moment, że jest się bardziej świadomym, czego się pragnie od życia i od mężczyzny. Postawienie sobie tych pytań w moim wypadku okazało się bardzo wyzwalające i oczyszczające. Przyszło więcej spokoju, bo wiem czego pragnę dla siebie i co jest wartością w relacji. Bohaterka spektaklu, którą gram, faktycznie jest manifestacją wielkiej tęsknoty, pragnienia spełnienia się w relacji. Ale, kiedy partner, którego gra Arek Brykalski, daje jej znać, że jest za szybą, nie do wzięcia, ona przyjmuje to. „Sen” jest też o samotności kobiety. W wierszu „Panna Anna” jest jasne wskazanie, że mówi kobieta samotna. Ta kobieta pragnie, ma odwagę sięgnąć po pożądanie, ale to nie daje jej spełnienia, ukojenia. „Strój” jest o gwałcie, przemocy, w ogóle o przekroczeniach. O samotności człowieka w obliczu przemocy, kiedy jako ofiara zostaje sam. Przejmujące. Dekady mijają, zmieniają się epoki, a to jest niestety cały czas aktualny temat. W wierszu „Fragment” dokonuje się przemiana bohaterki. Ona sama przed sobą mówi”: „Chcę tego, co jest w moich snach! Pragnę być wolna”.  I idzie w zgodzie z tym dalej. W wierszu „Sen” kończącym spektakl, partner wspiera ją po przyjacielsku, żeby poszła tą drogą.

Nic z miłości nie wychodzi.
Być może tak ma być. Nie wiemy tego. Uczymy się sami siebie w relacjach, poznajemy siebie bliżej. Kolejne spotkania powodują- chcę w to wierzyć- zmiany w nas. Jeśli mamy oczywiście otwartość na zmianę, bo to nie jest wcale oczywiste, nie każdy ją ma.

Ty ją masz?
Myślę, że tak. Mam potrzebę rozwoju wspólnie z drugim człowiekiem. Można czerpać jednocześnie zachowując to, co dla nas ważne, nie rezygnować na rzecz partnera z siebie.

Czy nastąpiła w twoim życiu taka zmiana? Przełom?
Pracuję nad tym.

„Sen” to twoja historia?
Historia jest budowana z wierszy, które wybrałam z całej twórczości Leśmiana. Z kilkuset wierszy 18 tworzy spektakl. Myślę, że w jakimś sensie tak. Nie bez powodu dokonujemy takich a nie innych twórczych wyborów.

Tak, ale ponieważ uciekasz trochę w uniwersalność, to dopytuję. Dlaczego Leśmian? Przyznam, że pomyślałam: Leśmian!? Liceum.
Ja też Leśmiana, jak większość z nas, doświadczyłam poprzez ballady w liceum. Później było długo nic. Studiowałam aktorstwo, mogłam przecież do Leśmiana wracać. Na pierwszym roku wybrałam jedną z jego ballad do interpretacji i potem pustka. Pięć lat temu miałam moment ogromnego zafascynowania twórczością poetów japońskich, haiku, i stworzyłam książkę „Be Haiku”. Praca nad nim rzuciła mnie w stronę Leśmiana. Poczułam, że muszę przeczytać wszystkie jego wiersze. Przeczytałam. Cztery tomy. I pomyślałam, że to jest moje. Łączy obszary, które są mi bliskie: natura-człowiek, namiętność-samotność, zmysłowość- duchowość. Duże, uniwersalne tematy. Poszukiwanie metafizyki. Leśmian jest zmysłowy, namiętny, ma umiłowanie do rytmu. Córka Leśmiana opowiadała anegdotę, że układał rytm i do niego dokładał słowa. Ciekawe byłoby zobaczyć Leśmiana na parkiecie, jak z tym jego umiłowaniem rytmu pracowało mu ciało, męska zmysłowość. Szkoda, że nie mogłaś doświadczyć „Snu” bezpośrednio– chwilę po premierze wybuchła pandemia i spektakl został zawieszony. Muzyka Maćka Golińskiego jest w nim bardzo ważna i wizualizacje Justyny Stoszek, która w sposób szalenie zmysłowy czuje przyrodę i potrafi graficznie o tym opowiedzieć. 18 czerwca premiera on-line rejestracji spektaklu “Sen”. Będzie pokazywany w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Przy kolejnym projekcie z Leśmianem chciałabym jeszcze bardziej pójść w cielesność.

W taniec?
Dołożyć więcej zmysłowości wynikającej z ciała. Te wiersze mają taki potencjał. Czułość Leśmiana na przyrodę jest wielka. Jak on potrafi żonglować obrazami: złocę się w lesie, bujne kosmaciny, za siódmą gęstwiną… To jest uwodzicielskie. To sprawiło, że ja w swojej tęsknocie za namiętnością, może za jakimś pragnieniem niespełnionym, postanowiłam jako kobieta, która skończyła 40 lat, opowiedzieć o tym. Otworzyć się. To się jeszcze do końca nie dokonało, to jest coś, co będzie kolejnym etapem rozwoju i myślenia o Leśmianie teatralnie. Teraz w kulturze wszystko się przewartościowuje. Instytucjom brak finansów. W wielu wypadkach to walka o byt. Mamy kryzys. Ale pomysł jest. Leśmian w formie jazzowej, muzycznej i Leśmian w formie cielesnej. Wyobrażam sobie wiersz, wokół którego opowiedziana jest historia. Poprzez ciało, muzykę, obraz.

Skojarzyło mi się z filmem „Touch me not” Adiny Pintilie.
Tak, to piękna opowieść, zrobił na mnie ogromne wrażenie!

Było w nim coś przełamującego, był taki fizyczny. Jak dotyk.
Żyjemy w kulturze Zachodu, która stawia na pierwszym miejscu umysł. Ciało traktujemy estetycznie, ma być piękne, młode, jest narzędziem, ma do czegoś posłużyć. Często ma marketingowy kontekst. A my przecież jesteśmy też - a może przede wszystkim – ciałem. Kiedy przychodzi choroba, to okazuje się, że nie jesteśmy w stanie zrobić podstawowych rzeczy. Fizyczność determinuje naszą codzienność, a my to niebywale lekceważymy. Jak się czujemy z naszym ciałem? Czy je lubimy? Jak je czujemy w kontakcie z innym ciałem, co to nam robi? Czy lubimy dotyk? Jaki? To są ważne doświadczenia, ale to jakoś nie funkcjonuje. Mało jest wrażliwości na to. Mało jest uważności na ciało.

Dlaczego? Czy odcięcie od ciała nie ma związku z odcięciem od natury?
Zawsze byłam blisko natury. Tematy związane z przyrodą, ochroną przyrody zawsze mi grały. Niezależnie od okoliczności. Z dzieciństwa pamiętam jak chodziłam do pobliskiego lasu na spacery, szukałam samotności i ukojenia w naturze. Chodziłam nad tzw. kamieniołom, gdzie był widok całej doliny i pamiętam to jako bardzo przyjemne, piękne uczucie bycia w spokoju i ciszy. Jako dziennikarka od ponad dwóch lat intensywnie zajmuje się kryzysem klimatycznym w różnych aspektach.

Doskonale wiem, bo słucham twoich audycji. Czasem spotykamy się też na interwencjach w obronie drzew i się wspieramy. Stare drzewa w mieście są wycinane jako zagrażające bezpieczeństwu, urzędnicy boją się odpowiedzialności prawnej. A przed nami upale lato, susza… Przydałaby się zmiana w stosunku do natury, także prawna.
Przez urbanizację, kapitalizm, konsumpcję zapomnieliśmy, skąd jesteśmy. To jest też związane z ciałem. Rozmawiałam dzisiaj z panami, którzy przycinają pielęgnacyjnie drzewa na Mokotowie, o tym, czy człowiek powinien decydować, co się dzieje na ziemi? Jeden z nich twierdził, że świat należy do nas. Ja się z tym nie zgadzam. Historia Ziemi to 4,5 miliarda lat, jako gatunek zajmujemy ostatnie sekundy tej niebywałej historii. Najlepiej, jeśli bylibyśmy w czułej relacji z naturą. Jesteśmy od niej uzależnieni, jesteśmy jej częścią. Nieustająco grzebiemy w ziemi, korzystamy z surowców - jak się skończą - co dalej? Jest nas bardzo dużo, to niesie wzrost zanieczyszczenia, wzrost konsumpcji itd. W 2018 roku zaczęło wrzeć: co z przyszłością Ziemi? Mamy naprawdę niewiele czasu, może tylko dziesięć lat, żeby zatrzymać procesy związane chociażby z emisją CO2, żeby temperatura powierzchni Ziemi przestała się podnosić. Dla mnie to najważniejszy społecznie temat. Sypie nam się dom, nie ma ważniejszej sprawy. Przyjęłam sporą dawkę wiedzy od ekspertów, konkretnych danych, prognoz, analiz… Ta wiedza jest przytłaczająca. Pomyślałam: co ja mogę zrobić w tej sprawie?

Co możesz?
Ważna jest edukacja. Prowadzę projekt artystyczno-edukacyjny „Naturalnie pozytywni” z młodzieżą na Wawrze (dzielnica Warszawy). Z powodu pandemii został zatrzymany. W efekcie mamy posadzić tam drzewa. Rozmawiamy z ekspertami, m.in. z dendrolożką Marzeną Suchocką, czy Sławkiem Brzózkiem. Mam poczucie, że jednostkowo jesteśmy w stanie budować zmianę. W audycjach rozmawiam o tym. Cieszę się, że słuchacze mogą dostać taki przekaz. Pytanie, co się dzieje po drugiej stronie? Czy ludzie wchodzą w działanie? Czy czują, że coś się dzieje, że powinni włączyć w swoje życie nowe nawyki?

Myślę, że to dość powolny proces i nie możemy liczyć na szybkie efekty, choć sytuacja tego wymaga. Ludzie wypierają zmianę klimatyczną i konsekwencje, które nas czekają.
Jestem idealistką, chce wierzyć że coś się dzieje po drugiej stronie. Poza tym zdaje sobie sprawę, że przyjęcie wiedzy w jakiej kondycji jest dzisiaj natura, jest bardzo trudne. W moim wypadku wymagało to kilka miesięcy bezpośrednich rozmów z ekspertami, a potem jeszcze kilka razy musiałam doświadczyć tzw. małej śmierci, żeby na poziomie nie tylko umysłu, ale przede wszystkim serca zrozumieć, że jest źle.

Musimy się w rozwoju gospodarczym zatrzymać i głęboko przekształcić system. Teraz za sprawą pandemii gospodarka zwolniła. Spadły emisje, natura odżyła. Ale jednocześnie, jak sama wspomniałaś, mamy kryzys. Ludzie tracą pracę. Jeśli nie zmienimy systemu, to konsekwencje pandemii, czy degradacji środowiska będą ponosić najsłabsi, najbiedniejsi.
To, co aktualnie doświadczamy w związku z pandemią koronawirusa, jest trailerem przed tym, co nam się przydarzy za kilka lat, może dekad, jak te wszystkie procesy klimatyczne zaczną przyspieszać. Ponad 98% naukowców jest zgodnych, że to się dzieje. Mamy potężny kryzys klimatyczny! Rządy poszczególnych państw muszą podjąć odważne decyzje, to musi się zadziać na poziomie systemowym. To, co Unia Europejska robi w sprawie Nowego Zielonego Ładu to dobry kierunek. Ograniczenie emisji, zielone inwestycje w gospodarce, wprowadzenie zakazu produkcji niektórych plastikowych rzeczy, jak małe łyżeczki, mieszadełka itd. Ale problem ten dotyczy całego świata. Stara Europa nie wystarczy, żeby zatrzymać kryzys klimatyczny.

Łyżeczki i mieszadełka to drobnostki. Myślę, że problem jest w tym, że politycy nie chcą głębokich zmian, tylko kosmetyczne, w obrębie konsumpcjonizmu i gospodarczego rozwoju. Cwaniakują. Słyszałaś o tym, że wycinane są na dużą skalę lasy, bo drewno mieszane z węglem jest kwalifikowane jako OZE? I to jest usankcjonowane prawnie przez UE! Koncerny energetyczne zaczęły inwestować w wytwórnie peletu. Nowy biznes. Natura? Planeta? Dopiero jak dostaniemy obuchem w łeb, to coś zaczniemy zmieniać.
Wierzę, że Europa będzie podążała drogą Nowego Zielonego Ładu. Czy pandemia jest w stanie nas czegoś nauczyć? Nie ma się co łudzić, powrócimy do starego modelu konsumpcji. To są nasze małe przyjemności, nawyki. Ale możemy bardziej świadomie podchodzić do różnych procesów. Możemy bardziej zwracać uwagę na to, co kupujemy. Skąd to pochodzi? Przecież ubrania są głównie produkowane w Bangladeszu, czy Indiach. Ludzie pracują w strasznych warunkach, są wykorzystywani. To nie jest OK. Jak się ma wiedzę, to inaczej się podchodzi do tego. Pojawiają się pytania: czy potrzebuję aż tyle? Można kupować ubrania z drugiego obiegu.

I wracamy do natury. Została nam pustka po kontakcie z nią. Zapychamy ją konsumowaniem.
Nadal możemy coś z tym zrobić. Wzrost świadomości społecznej jest ważny. Zobacz, jak długo trwa proces przyzwyczajania się do segregowania odpadów. Na początku w 2013 roku oburzaliśmy się, że musimy segregować, nie byliśmy na to przygotowani. Teraz mamy drugą rewolucję i podział na pięć frakcji. Nadal mamy z tym kłopot, nadal jesteśmy nieprzygotowani.

U mnie w kamienicy, gdzie są biura, zakład fryzjerski, knajpa, jakieś show roomy większość nie segreguje. Zwróciłam uwagę sąsiadom - fryzjerom, odpowiedzieli, że czują się atakowani i, że mogą płacić więcej za niesegregowanie. Frustrujące.
Nie widzą sensu tego. A ta historia jest bardzo prosta: chodzi o odzysk surowców, żeby pozyskiwać ich mniej z ziemi, wykorzystywać to, co mamy i włączać surowce ponownie do obiegu. Możemy zmienić swoje małe nawyki na koszt wielkiej zmiany. Jeżeli te nawyki zmieni 38 milionów Polaków, to skala robi się gigantyczna. Wierzę, że jesteśmy w stanie różne procesy korzystne dla nas i natury uruchomić. Powinniśmy mieć do niej partnerski stosunek. O tym też jest spektakl „Sen”. Natura za czasów Leśmiana była jeszcze dzika, nieokiełzana. Przemysł dopiero się rozkręcał.

Fizyczność, seksualność to też natura przecież! Dlaczego nie zdecydowałaś się spełnić miłości w spektaklu?
Chyba nie byłam gotowa jako kobieta doprowadzić do tego spełnienia. Chciałam zawieszenia. Wyrażenia potrzeby, ale nie pójścia na ostro. W spektaklu na pierwszym miejscu jest poezja, co też nie jest oczywiste w obliczu tego, że mamy wokół bardzo intensywne, szybkie przyjemności. Takie jak np. seriale. Mają swoje struktury emocjonalne, są doskonale zagrane, zrealizowane. Mocne emocje. Buch! Buch! Buch! A poezja… Syntetycznie opowiada o świecie, o nas i ciekawe jest się z tym zmierzyć. Z tym co czujemy. Ten proces uruchomi się wtedy, kiedy przyjmiemy, że poezja ma potencjał zmiany. Spektakl kończy tytułowy wiersz „Sen”– bohaterowie są blisko, ale nie wiadomo, co dalej? To jest otwarte. Leśmian zakochał się w Teodorze Lebenthal w wieku 40 lat. Bywał wtedy w Iłży i  właśnie tam, w letnich okolicznościach przyrody, spełnia się płomienna namiętność w „Malinowym chruśniaku”. I to jest cały Leśmian. Na miłość zawsze jest dobry czas. I na zmiany.

  1. Psychologia

Perfekcyjne macierzyństwo - dylematy współczesnych matek

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Współczesna matka ma poczucie porażki, gdy dziecko nie mówi w wieku pięciu lat po angielsku, nie jeździ konno, jest grube albo chude. O tym, jak dałyśmy się zapędzić w perfekcyjne macierzyństwo, opowiada socjolożka, profesor Anna Giza-Poleszczuk.

Czym młode matki różnią się od matek pani pokolenia?
Pierwsza różnica to wchodzenie w macierzyństwo. Kiedyś jak rodziło się dziecko i matka przychodziła z nim do domu, to nagle roiło się tam od kobiet. Wpadała babcia, teściowa, kuzynka, siostra. Kobieta była wprowadzana do macierzyństwa przez inne kobiety. To było społeczne wydarzenie. Kładło się ją spać, ktoś inny zajmował się dzieckiem, udzielało jej się rad wynikających z doświadczenia. Natomiast dzisiaj kobieta wraca do domu tylko z mężczyzną i dzieckiem.

Bo jej mama jest zupełnie w innym mieście?
Jej rodzina jest rozsiana gdzieś po Polsce. A nawet jak jest blisko, to jednak daleko. Ostatnio miałam rozmowę z młodą dziewczyną, która urodziła pierwsze dziecko i od razu zapowiedziała swojej matce i teściowej, że nie chce ich widzieć. Że chce wrócić do domu i być sama z dzieckiem i mężem. Nawet jeżeli to starsze pokolenie jest dostępne, to ono już nie jest godne zaufania. I to jest ta druga różnica – macierzyństwo stało się medyczno-naukowe. Do macierzyństwa wdraża nas psycholog, terapeuta, pediatra, położna ze szkoły rodzenia, a nie jacyś amatorzy. W badaniach społecznych nazywa się to odbieraniem macierzyństwa środowisku społecznemu. Rodzicielstwo stało się umiejętnością nabytą, którą zdobywamy poprzez czytanie książek, na warsztatach i kursach różnego rodzaju. Kiedyś noworodka witało się z dużą ciekawością w domu, bo tkwiło w nas założenie, że dziecko jest już jakieś, że ono przynosi ze sobą coś określonego, w miarę gotowego, co musi się ujawnić.

A teraz już tak nie jest?
Nie, dziecko od samego początku jest zadaniem do wykonania. Powinno dostawać do norm rodziców, spełniać nasze oczekiwania. Od razu patrzy się na dziecko w sposób zobiektywizowany, mamy różne „programy”, odniesienia. Dziecko to jest taka walizka, którą my musimy zapakować i przygotować do życia. Jedna z moich studentek zrobiła analizę treści porad dla przyszłych matek. „Jeśli planujesz zajść w ciążę, to się do tego przygotuj. Już dwa tygodnie wcześniej zrelaksuj się, żeby poczęcie odbyło się w miłej atmosferze, bo to jest wdrukowanie osobowości dziecka. Jak jesteś w ciąży, bacz, co robisz, bierz witaminy. Słuchaj odpowiedniej muzyki”. To straszenie matek konsekwencjami ich postępowania. W jednym z analizowanych artykułów była sugestia, że jak matka w ciąży dużo płacze, to może urodzić dziecko z zespołem Downa. Zawsze się uważało, że kobieta w ciąży nie może pić czy palić, ale to jest dosyć oczywiste. W tych pseudoporadach mówi się o kwestiach emocjonalnych. Kiedyś matka była odpowiedzialna za rzeczy fizyczno-pragmatyczne. Moja babcia uważała, że jak dziecko jest czyste, nakarmione, chodzi do szkoły, a nie na wagary, i przynosi jako takie stopnie, to matka mogła być z siebie dumna. Bycie dobrą matką było proste.

A jak się ten repertuar rozbudował?
Coraz częściej kwestie bytowe zdejmuje nam z głowy marketing. Producent ugotuje za nas zupkę, dostarczy jednorazowe pieluchy. Współczesna matka jest odpowiedzialna za rozwój psychologiczno-emocjonalny dziecka, którego nie da się zmierzyć. Innymi słowy, o ile łatwo odhaczyć, czy syn umył zęby, czy nie, o tyle trudno wieczorem stwierdzić, czy jest szczęśliwy i spełniony. Czy ja, matka, odkryłam jego wewnętrzny potencjał? Czy on, kurczę, powinien jeszcze grać w rugby? W związku z tym kobiety mają emocjonalną sinusoidę. Raz im się wydaje, że są dobrymi matkami, za chwilę – że beznadziejnymi.

A wy tego nie czułyście?
A skąd! Kobiety dbały o swoje dzieci i przeżywały różne dylematy, ale nie w ten sposób. Ja pamiętam radę, jakiej mi udzieliła babcia: „Aniu, pamiętaj, dziecko jest człowiekiem i musisz je szanować. Ale ty też jesteś człowiekiem i dziecko też cię musi szanować. Więc jeżeli boli cię głowa, a ono akurat postanowiło walić kijkiem w blaszak, to po prostu ma tego nie robić”. Kiedyś była większa równowaga, teraz rodzice są przystawką do dziecka. Wszystko jest naszą winą, naszą odpowiedzialnością.

Przykład?
Byłam w odwiedzinach u młodej matki. W salonie stał nocnik z kupą. Moja znajoma podaje herbatę, ciasteczka, a kupa stoi. A ja mówię: „Słuchaj, a to?”. Ona: „Wiesz, co ja wyczytałam? Kupa to jest cząstka dziecka tożsamości, dziecka dzieło. Nie możesz mu pokazać braku szacunku i po prostu jej wyrzucić”.

Czy to nie jest tak, że my przeraźliwie boimy się być toksycznymi matkami. Nawet nie złymi, ale właśnie toksycznymi.
Tak, dziewczyny są naprawdę zastraszone. Efekt jest taki, że młode kobiety boją się zostawać matkami. Nie dlatego, że nie mają pieniędzy, tylko wyczuwają ogromną odpowiedzialność. Poza tym został zdewaluowany przekaz tradycji – dziadkowie są źli, to ci, którzy przegrzewają dziecko. A współczesnej matce odebrano wszystkie naturalne kompetencje do wychowania dziecka i zostawiono poczucie winy. Kiedyś wierzono, że kobieta ma naturalne odruchy, które jej pomogą, gdy stanie się matką.

Było nawet coś takiego jak instynkt macierzyński.
Już dawno go nie ma. „To jest produkt kulturowy, bardzo zły”. Tak to się pozycjonuje, że kobieta nie wie nic, nie potrafi wziąć dziecka na ręce, dotykać go, myć, przewijać. Musi się tego wszystkiego nauczyć. Kobiety dały sobie wmówić, że nic nie potrafią, ale mają do wykonania zadania – muszą wychować geniusza, obudzić w nim olbrzyma itd.

I za zdobycie tych wszystkich umiejętności płacą. Robi się przepaść życiowa, muszą na to wszystko zarobić, więc nie mają czasu na bycie z dzieckiem i robienie ludzików z kasztanów.
Kiedyś moja znajoma pracująca w korporacji była na zwolnieniu i poszła ze swoimi bliźniaczkami na spacer. Usiadła przy piaskownicy, panie na nią spojrzały i powiedziały: „O, dziewczynki mają nową nianię”. Niezwykle to przeżyła, ponieważ to trafiało w sedno jej dylematu – spędzała całe dnie w korporacji, żeby wynająć nianię dla swoich dzieci, żeby być dobrą mamą. Żeby ją było stać na te wszystkie gadżety, które są podobno niezbędne do wychowania dziecka.

Paradoks polega na tym, że im więcej pracujemy, tym więcej wydajemy. Niania kosztuje 19 tysięcy złotych rocznie.
Tak, ale z drugiej strony – znalazłyśmy się w pułapce bez wyjścia, ponieważ świat kobiet opustoszał. Matka, która idzie na urlop macierzyński, staje się więźniem własnego dziecka. Nie ma dokąd pójść, nie ma co ze sobą zrobić. Nagle okazuje się, że gdzieś tam świat się kręci, a ona siedzi z dzieciakiem w domu jak głupia. Kiedyś kobiety włóczyły się bandami. Chodziłyśmy z maluchami do kuzynki, koleżanki, siostry. Pamiętam, że podrzucałyśmy sobie nawzajem dzieci. Nie siedziałyśmy w tych grodzonych osiedlach, były rozwinięte sieci społeczne.

Teraz te kontakty zastępujemy produktami i płatnymi usługami.
Macierzyństwo się sprofesjonalizowało i skomercjalizowało, a branża dziecięca to jeden z większych przemysłów na świecie. Teraz jak się otwiera drzwi pokoju dziecięcego, to zalewa nas lawa zabawek. Pamiętam, że mój syn dostał wiele lat temu klocki Lego. To nie był żaden komplet, tylko kilkanaście elementów, które ktoś nam przysłał z Zachodu. Jaki to był skarb, każda palemka w tych klocuszkach, każdy kwiatuszek był przez niego szanowany. Na zabawki trzeba było wówczas zasłużyć. Dziś nie wiadomo, co kupić dziecku, bo ono wszystko ma.

Jak jeszcze zmieniła się pozycja dziecka w rodzinie?
Dziecko stało się wehikułem spełnienia wszystkich naszych zadań, aspiracji, co powoduje, że zamęczamy i przeciążamy je lekcjami dodatkowymi. Wyścig o rangę społeczną przeniósł się już chyba do żłobka. Słyszałam, że matki na zebraniu w sprawie założenia żłobka pytały, czy dzieci będą uczone angielskiego. Zaczynam sobie zadawać pytanie, czy myśmy wszyscy po prostu nie oszaleli. To, co dziecku jest potrzebne w myśl mojego tradycyjnego światopoglądu, to dużo serdeczności, czułości i poczucie bycia użytecznym. Dla mnie najbardziej uderzające jest to, że dzieci dzisiaj nie mają żadnych obowiązków domowych. Oczywiście, myśmy z siostrą jęczały pod rządami „megatoksycznej” matki, bo trzeba było posprzątać i pójść po zakupy, zrobić pranie, ale jednocześnie miałyśmy poczucie, że jesteśmy potrzebne w domu. Nasz dom, nasza rodzina były wspólnym przedsięwzięciem. A dziś dziecko jest…

Księciem?
Też nie do końca, bo ma przecież obowiązki, chiński i angielski od przedszkola. Teraz dziecko powinno błyszczeć, być najlepsze w klasie albo przynajmniej bardzo dobre.

Czy to nie jest tak, że jeżeli ktoś nam daje jakąś propozycję udoskonalenia naszego macierzyństwa, to my zawsze z niej skorzystamy?
Czytałam wspaniałą książkę amerykańskiego etyka medycyny, filozofa Carla Elliotta: „Better than Well” [Lepiej niż dobrze]. Opowiada on o tym, że wiele procedur medycznych było wynajdowanych, żeby pomóc wąskiej grupie w nieszczęściu. Jest tam rozdział poświęcony historii ritalinu (lek stosowany np. przy ADHD). Powstał, żeby pomóc dzieciom, które miały problemy z koncentracją. W trakcie leczenia okazało się, że pośrednio prowadzi też do osiągnięcia lepszych wyników w szkole, więc matki zdrowych dzieci też zaczęły dawać im ritalin. Nagle stało się to powszechne i dzieci, którym rodzice nie dawali tego leku, zaczynały odstawać od grupy. Mówię o tym, bo trudno takiemu mechanizmowi nie ulec. Każdej matce chodzi o to, żeby dziecko poradziło sobie w życiu. Najgorszy koszmar dla rodzica to widzieć własne dziecko bez pracy, niekochane, sponiewierane, gdzieś na dnie. Wydaje mi się, że cała presja wywierana na matki trochę na tym żeruje.

Wydaje mi się, że we współczesne rodzicielstwo wpisany jest jakiś konkretny obraz. Oddzielny pokoik, wisząca karuzela nad kołyską, puszysty dywanik. To dzieciństwo ma być piękne i bogate. Nie chcemy, żeby było przypadkowe.
Absolutnie tak. Młodzi ludzie myślą, że rodzicielstwo to jest monstrualne wyzwanie, do którego nie wiadomo, jak trzeba się przygotować finansowo i psychicznie. Nie mamy stałej pracy, więc zwlekamy, nie mamy mieszkania – czekamy. Ale jak sobie pomyślimy, w jakich warunkach kiedyś ludzie mieli dzieci, to perspektywa się zmienia. Moja mama zawsze mawiała, że na dziecko nie sposób się zdecydować racjonalnie. To zawsze jest taki element: „O, stało się”.

Dziś usłyszałaby, że takie nastawienie to jest nieodpowiedzialność.
Tak, ale gdybyśmy mieli to sobie wszystko idealnie ułożyć, to byśmy tych dzieci nie mieli... Jakby narodzenie dziecka to była ruina życia. Musimy się wyrzec siebie, kariery, wolności, a nie myślimy, że po prostu przychodzi do nas mały przybysz.

Czy wasze pokolenie w ogóle zastanawiało się: „Czy stać mnie na dziecko?”.
Nie. I tak było wiadomo, że własnego mieszkania doczekamy się po czterdziestce. 80 procent małżeństw mieszkało z rodzicami. Medycyna też była mniej rozwinięta, więc kobiety nie miały tego złudzenia, że mogą urodzić po czterdziestce. Jak ja rodziłam swojego syna w szpitalu, mając 25 lat, to mówiono o mnie „stara pierwiastka”. Trzeba dodać, że w czasach mojej młodości nie było tak szeroko dostępnych środków antykoncepcyjnych. W związku z tym myśmy musiały liczyć się z tym, że dziecko może się przytrafić. Dziś mamy pokolenie młodych kobiet i mężczyzn, którzy nie znają dzieci.

Zastanawiam się, jak zachować zdrowy rozsądek przy tych rosnących oczekiwaniach wobec współczesnych rodziców?
Pokładam duże nadzieje w ruchu minimalistów i  świadomych konsumentów, bo to się łączy z  rodzicielstwem. Najważniejsze jest to, żeby nie stracić kontaktu z  samym sobą. Zadawać sobie pytania: Co ja czuję? Czego chcę? Kim jest moje dziecko? Czego potrzebuje? Ponieważ kiedy wszystkie dzieci w wieku dziesięciu lat mówią po angielsku, to to przestaje mieć znaczenie. Może w przyszłości wygrają osoby, które będą umiały ograniczyć swój apetyt, uśmiechnąć się do kogoś. Trudno powiedzieć, świat stał się bardzo nieprzewidywalny.

Anna Giza-Poleszczuk profesor, specjalizuje się w temacie socjologii rodziny i więzi społecznych, w latach 2012-2019 prorektor Uniwersytetu Warszawskiego, autorka wielu książek i pomysłodawczyni uniwersyteckiego żłobka. Oprócz rozwijania kariery naukowej zajmuje się wnukami.