1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Terapeutka”. Kolejny debiut w polskim kryminale

„Terapeutka”. Kolejny debiut w polskim kryminale

W szary listopadowy poranek w ogrodzie gabinetu terapeutycznego zostają znalezione zwłoki dziecka. Mimo początkowych oporów główna bohaterka powieści Bernadety Prandzioch, psycholożka Marta Szarycka – szybko zostaje wciągnięta w świat zbrodni.

Martę poznajemy w świetnym momencie jej życia, u progu dobrze zapowiadającej kariery. Jest atrakcyjną singielką po trzydziestce, która bardzo podoba się mężczyznom, pacjentowi Grzegorzowi i policjantowi Robertowi w szczególności. Nie inaczej ocenia ją syn sąsiadki. Psycholożka nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, jak przygodny seks może pokrzyżować plany życiowe. Jak na dobrą powieść kryminalną przystało, kobieta początkowo wcale nie chce mieszać się w sprawy śledztwa, bagatelizuje nawet dziwne SMS-y. Wszystko na próżno, bo wir zdarzeń wkrótce ją wciąga i zmusza do zmierzenia się z przeszłością.

Czytelnik stopniowo wchodzi w codzienny, pozornie dobrze poukładany świat bohaterki. Pełen ludzkich cierpień, intensywnych relacji z pacjentami, ale i odległych traumatycznych wspomnień. Sojusznikiem Marty, który w pewnym momencie też zaczyna się dziwnie zachowywać, jest szef poradni terapeutycznej, Adam. Okoliczności śledztwa sprawią, że konieczność okłamywania przyjaciela okaże się dla psycholożki trudna do zniesienia.

Prandzioch jest z wykształcenia psychologiem, więc ciekawa konstrukcja tytułowej postaci nie dziwi (podobnie jak dbałość o realia pracy psychologów). Brak umiejętności budowania bliskich relacji z mężczyznami, uciekanie od odpowiedzialności i szczerości w relacjach - to zachowania typowe dla kogoś, kto cierpi i  głęboko ukrywa swój smutek. Tak jest Marta. Jej szybkie, pozbawione głębszej refleksji życie do niczego dobrego nie doprowadzi. W sytuacji kryzysowej trzeba umieć zdobyć się na odwagę, gwałtowne cięcie i zacząć wszystko od nowa. I o tym także jest ta książka. Dlatego polecam ją nie tylko wielbicielom kryminałów, ale czytelnikom popularnych powieści z zacięciem psychologicznym.

„Terapeutka”, Bernadeta Prandzioch, REBIS 2017, s.312

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki na powitanie jesieni

W ciepłe jesienne dni relaks z książką w parku to czysta przyjemność. (Fot. Getty Images)
W ciepłe jesienne dni relaks z książką w parku to czysta przyjemność. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Idzie jesień, najlepsza pora dla miłośników czytania. Oto kilka nowości, które polecamy na pierwsze dni sezonu z książką pod kocem.

Idzie jesień, najlepsza pora dla miłośników czytania. Oto kilka nowości, które polecamy na pierwsze dni sezonu z książką pod kocem.

Poczuć miłość

Michelle Marly „Mademoiselle Coco. Miłość zaklęta w zapachu”, Marginesy.

W tej inspirowanej faktami opowieści Coco Chanel jeśli już kocha, to na zabój, obsesyjnie, z pasją. Chanel No. 5 zna z nazwy chyba każdy. Mało kto wie, że perfum o zbliżonym zapachu używała caryca Katarzyna. Coco Chanel wyczuła tę woń na chustce, którą podarował jej, jako prezent od serca, książę Dymitr Pawłowicz. Wspomniane perfumy od dawna były niedostępne, więc Coco – już wówczas ikona stylu – próbowała je odtworzyć, ale też nadać im własny charakter. To o zapachu, a o niej? W książce poznajemy Gabrielle Bonheur Chanel najpierw jako klasztorną wychowankę, osieroconą przez matkę i porzuconą przez ojca. A potem przez kochanka, który zginął tragicznie, zanim zdecydował, czy zostawi dla niej rodzinę. Ta trauma nadała życiu Coco inny bieg. Niezależnie od tego, kogo i co kochała, jej pasja zawsze nosiła znamiona obsesji. Ale nie próżności. „Za duży nakład pracy i za mały efekt”, mówiła o tym, co robi. Dziś wiemy, jak bardzo się myliła.

materiały prasowe materiały prasowe

 

Śmiertelnie ważne

Caitlin Doughty „Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?”, Otwarte.

Wiecie, czym zajmuje się koroner i co to są katakumby? Świetnie, bo to już więcej niż większość śmiertelników wie na temat umierania – uważa Caitlin Doughty, najsłynniejsza właścicielka domu pogrzebowego, blogerka i youtuberka. Jej książka to… hm… przewodnik po śmierci. Który podsuwa wniosek, że nie ma głupich pytań o śmierć, bo umieranie to naturalna sprawa. Dowiadujemy się więc na przykład, czy wolno nam zachować ciała bliskich i co się dzieje ze zwierzętami pochowanymi w ogródku. Albo czy gdy umieramy z głupią miną, to już nam taka zostanie.

Książki na powitanie jesieni Książki na powitanie jesieni

O ojcach i synach

Salvatore Scibona „Każdy”, Znak.

Siedmioletni chłopiec zostaje sam na lotnisku w Hamburgu. Nie odzywa się. Czytelnik wie, że porzucił go ojciec. Elroy nie poczuwał się do roli taty, a gdy dostał taką szansę – zrezygnował. Dlaczego? By połączyć te niteczki, Scibiona cofa nas z 2010 r. w lata 60., na front wojny w Wietnamie. Czy relacja Elroya z jego własnym ojcem odcisnęła na nim taki ślad? O tym jest ta książka: o ojcach, synach, wojnie, która ciągle gdzieś się toczy. O miłości i jej braku. Gęsta powieść, ważny amerykański autor (zresztą polsko-włoskiego pochodzenia) i zaskakujący finał.

materiały prasowe materiały prasowe

Połączenia

Hanna Krall „Synapsy Marii H.”, Wydawnictwo Literackie.

Nowa książka mistrzyni polskiego reportażu to niezwykły portret dwóch kobiet. Marii Twardokęs-Hrabowskiej, opozycjonistki PRL, matki syna z autyzmem. Oraz jej teściowej Marii Hrabowskiej, pamiętającej drugą wojnę i współczesne akty terroru, jak ten na World Trade Center w Nowym Jorku. Przeszłość miesza się obu Mariom H. z teraźniejszością, dlatego wspomnień nie można być pewnym, a w nowym świecie trudno się odnaleźć. U Krall jak u Carla Rovellego, fizyka, którego jedna z bohaterek czyta: „Jesteśmy historią samych siebie”.

materiały prasowe materiały prasowe

  1. Kultura

Klasyka literatury na wakacje. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)
Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)
Książki na wakacje? Rynek zalany jest nowościami, listy polecanych tytułów zmieniają się jak w kalejdoskopie. A może by tak uwolnić się od tego, co koniecznie, właśnie teraz, jak najszybciej trzeba przeczytać, może by tak nie oglądać się na trendy i chwilowe mody i wrócić do klasyki literatury? Do książek, które chce się na pewnym etapie życia odkryć dla siebie na nowo albo po które miało się sięgnąć już lata temu, ale tak się jakoś złożyło, że nie było na to czasu. Takich, które warto przeczytać niezależnie od wieku.

Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

Najchętniej czytane arcydzieło współczesnej literatury. Gdyby tylko sam Bułhakow mógł to widzieć! Głównie dzięki niezłomności jego żony Jeleny Siergiejewny powieść, jeszcze w ocenzurowanej wersji, została wydana ponad ćwierć wieku po śmierci autora. Tej wielowątkowej i wielopoziomowej historii – która swój początek ma na moskiewskich Patriarszych Prudach, gdzie na ławeczce przysiada para literatów, a zaraz potem przysiada się do nich tajemniczy cudzoziemiec, co ma zresztą krwawe skutki – chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dziś cała zgraja powieściowych bohaterów, jak kot Behemot, piekielny Woland, Piłat czy Mistrz i Małgorzata właśnie, to postacie kultowe. Szczególnie polecam czytać Bułhakowa w najbardziej aktualnym tłumaczeniu. Rzadko nowy przekład książki wywołuje takie zainteresowanie, ale przekład rodziny Przebindów to faktycznie perełka. Jest tu i potoczysty język, i melodia zdań, która w rosyjskim oryginale decyduje o geniuszu autora. Wrażenie robią w nowym wydaniu przypisy: szczegóły, ciekawostki, dowcipne komentarze, ukryte sensy układają się w osobną opowieść, rozpisaną na poszczególne hasła (razem 120 stron dołączonych do i tak solidnego tomu). Udany jest także audiobook „Mistrza i Małgorzaty” w przekładzie Przebindów, z głosami m.in. Magdaleny Różdżki i Andrzeja Chyry.

Pauline Réage "Historia O"

Jest połowa lat 50. we Francji właśnie ukazała się powieść „Historia O”. Zakazana, wielokrotnie konfiskowana, sprzedawana pokątnie. Tylko kogo winić za ten skandal obyczajowy, skoro autor jest nieznany? Najpierw kupują tylko wtajemniczeni, spod lady. Prawdziwa bomba wybucha rok później, gdy „odważna powieść niejakiej pani Réage” zostaje wyróżniona jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich – Prix des Deux Magots. W ten sposób książka staje się bestsellerem. Natomiast jej zagadka jeszcze długo nie zostaje rozwiązana, ustalenie, kto kryje się za tym pseudonimem i tak wyzwoloną literaturą, zajmie aż cztery kolejne dekady. Dopiero w 1994 roku do trzymającej się na uboczu redaktorki Dominique Aury zgłosi się brytyjski dziennikarz i jako pierwszy zapyta ją wprost, czy to przypadkiem nie ona napisała tę powieść. „Był taki miły i błyskotliwy. Nie miałam serca mu skłamać” – wspominała później sama Aury. Po co dziś sięgać po jej „Historię O”? Na fali popularności książek inspirowanych „50 twarzami Greya”, doprawionych wątkami sado-maso, warto wrócić do źródeł, zwłaszcza że to literatura wysokich lotów. Gwarantuję, że mimo upływu czasu, historia tytułowej panny O także i dziś jest śmiała obyczajowo, może nawet śmielsza od Greya i jemu podobnych.

Mary Shelley "Frankenstein"

Niby wszyscy wiemy, o co chodzi, w końcu Frankenstein to jedna z ikon popkultury, ale kto z nas rzeczywiście czytał oryginalną książkę z 1816 roku autorstwa Mary Shelley? Ci którzy czytali, zorientowali się, że to, co dziś o tej historii wiemy, jest już tylko wariacją na temat oryginału. I nie chodzi tylko o to, że kultura masowa mocno spłyciła bardzo ambitną powieść grozy. Weźmy choćby samego Frankensteina. W książce nazywa się tak wcale nie stworzone przez szalonego naukowca monstrum, bo ono nie ma imienia, tylko właśnie naukowiec z kompleksem boga. Tak czy inaczej dzieło Shelley nie dało o sobie zapomnieć. A autorka? Za pisanie powieści zabrała się w wieku zaledwie 18 lat. Właśnie uciekła z domu z ukochanym. Młoda, zakochana, jeszcze przed największymi życiowymi rozczarowaniami. Założyła się z przyjaciółmi (m.in. z lordem Byronem), że napisze coś mrożącego krew w żyłach i stworzyła epokową prozę. Do „Frankensteina” warto więc sobie skompletować wciągającą biografię „Buntowniczki” Charlotte Gordon. Nie tylko o Shelley (to portret podwójny), ale także jej matce – Mary Wollstonecraft, słynnej pionierce, feministce, pisarce, myślicielce, która miała na córkę ogromny wpływ. Mimo, że zmarła dziesięć dni po jej narodzinach. Był w nich obu ten sam niespokojny duch, iskra, przenikliwość i odwaga w zadawaniu ważnych pytań, jaką odnajdziecie we „Frankensteinie”.

Joan Lindsay "Piknik pod Wiszącą Skałą"

Kolejny smakowity kąsek z klasyki literatury. Oniryczna, nieśpieszna, z opisami sielskiej przyrody, z mistrzowsko budowanym napięciem – to pierwsze skojarzenia, które przychodzą do głowy, kiedy wspomina się tę jedną z najbardziej znanych australijskich książek. Podobnie jak nakręcony na jej podstawie kultowy film (1975) w reżyserii Petera Weira był pierwszą kinową produkcją z Australii, o której zrobiło się głośno na całym świecie. Pisarka Joan Lindsay tworząc „Piknik pod Wiszącą Skałą” zainspirowała się prawdziwym zdarzeniem, zniknięciem pensjonarek na stokach Hanging Rock, świętej góry Aborygenów. Dodając do niego odpowiednią dawkę mroku i tajemniczości. Mamy zatem rok 1900, uczennice pensji dla dziewcząt biorą udział w pikniku, który zakończy się tragicznie. Trzy z nich i nauczycielka znikną bez śladu. Co się stało? Zamiast odpowiedzi pojawia się coraz więcej pytań. Ciekawe, bo sama Lindsay napisała rozdział, w którym wyjaśnia zagadkę zniknięcia i dopiero za radą wydawcy z niego zrezygnowała. Na fali sukcesu wydała ów usunięty fragment osobno, ze specjalnym komentarzem. To już opcja dla wtajemniczonych, ale tak naprawdę to właśnie wszystkie te niedopowiedzenia, zostawiając odbiorcom pole do wyobraźni, sprawiają, że „Piknik…” jest tak atrakcyjny i wciągający.

Louisa May Alcott "Małe kobietki"

Co takiego jest w tej napisanej ponad 150 lat temu powieści, co sprawia, że do dziś nie spada z list bestsellerów? Dzieła Louisy May Alcott, która napisała je w czasach wiktoriańskich, zgodnie z potrzebami ówczesnego rynku i obyczajowości. Alcott świetnie oddaje temperamenty, pasje i marzenia czterech dorastających sióstr March. Snuje opartą o przygody własne i jej sióstr opowieść o trudach dojrzewania, ale przede wszystkim o siostrzeństwie, więziach, o tym, na ile możesz być i jesteś sobą, a na ile kimś, kogo ukształtował dom rodzinny. To dzięki tym celnym spostrzeżeniom i talentowi Alcott z jakim opisuje barwne charaktery do tej powieści nadal tak chętnie się wraca. Nawet jeśli powieściowe siostry March z biegiem czasu i wraz z rozwojem akcji są coraz bardziej niegdysiejsze, zbliżając się do wiktoriańskiego modelu kobiety idealnej: uległej, rezygnującej z siebie „strażniczki domowego ogniska”. „Małe kobietki” są jedną z najchętniej ekranizowanych książek w historii, a nowe wydanie książki, wzbogacone fotosami, nawiązuje do najświeższej bardzo udanej filmowej adaptacji (w reżyserii Grety Gerwig m.in. z Florence Plugh i Emmą Watson w rolach głównych). Którą polecam – jako błyskotliwy komentarz a propos autorki i czasów, kiedy jej książka powstała – nie przed, a po lekturze.

  1. Kultura

Dziennikarz Michał Nogaś o tym, co czyta i co poleca czytać w kryzysie

Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Jedni sięgają po nie dla przyjemności, inni dla wiedzy o świecie. Jeszcze inni – by uciec od zbyt przytłaczającej realności. Książki to nasi przyjaciele, nauczyciele, ale i lekarze. Zapytaliśmy dziennikarza Michała Nogasia, znanego jako „pana od książek”, o to, co w ostatnich tygodniach przeczytał tylko dla siebie, ale też jakie lektury mogą nam teraz przynieść ukojenie.

Czy człowiek, którego praca polega na czytaniu książek, ma czas na lekturę tylko dla przyjemności?
Czytam w zasadzie głównie dla przyjemności. I gdy jakiś temat naprawdę mnie wciągnie, staram się zainteresować nim czytelników oraz słuchaczy. Ostatnio było tak na przykład z książką Antonia Scuratiego „M. Syn stulecia”, wielką powieścią dokumentalną o Benicie Mussolinim. Wielką także objętościowo, w polskim wydaniu liczy 720 stron. Zdobyła najważniejszą włoską nagrodę Premio Strega, czytałem w zagranicznej prasie, że jest tytułem wartym uwagi, postanowiłem więc przeczytać i spróbować umówić się z autorem na wywiad. Opowieść Scuratiego, pełna detali, faktów mało znanych nawet wielu Włochom, robi wrażenie. Jest nie tylko niebywale ciekawym zapisem drogi Mussoliniego po władzę, ale także przestrogą przed powtarzaniem w Europie pewnych nad wyraz groźnych mechanizmów. Miałem już bilet do Mediolanu, ale plany zepsuła pandemia, której Lombardia – ze stolicą w Mediolanie – przez pewien czas była epicentrum. Ostatecznie udało nam się porozmawiać wirtualnie i wnioski, które można wyciągnąć z wypowiedzi Scuratiego, są więcej niż pesymistyczne – uruchomiliśmy procesy, które tragicznej historii sprzed wieku mogą pozwolić się powtórzyć. Wracając do pytania, pandemia, izolacja i nagła zmiana trybu życia sprawiły, że znalazłem nieco więcej czasu na czytanie córce przed snem, gdy sięgamy po kolejne bajki albo leksykony z pytaniami „dlaczego?”, „jak to się dzieje, że?” – oraz dla siebie.

Co to znaczy czytać dla siebie?
To, że musieliśmy zostać w domach, sprawiło, że mam odrobinę więcej wolnego czasu – choć liczba zajęć i obowiązków nie spadła. Biorę książkę, siadam i czytam bez pośpiechu. Bez pośpiechu, bo przecież zdarza się lektura w napięciu, niemal do ostatniego momentu przed wywiadem z autorem. Dzięki odrobinie luzu przeczytałem ostatnio książkę Piotra Bratkowskiego „Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli”, bardzo szczerą opowieść o polsko-żydowskich korzeniach autora, o jego rodzicach i ich życiu w PRL-u, o niełatwym rozliczeniu z przeszłością. Ale też o nim samym, o chorobach, uzależnieniach, wychowywaniu dzieci i trzech żonach. Lubię książki, które poszerzają mój punkt widzenia i wiedzę na jakiś temat. Czytam właśnie powieść Rebekki Makkai „Wierzyliśmy jak nikt”. To epicka opowieść – ma 620 stron – o epidemii HIV i AIDS w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 80., o środowisku chicagowskich gejów. Bardzo dobrze napisana. Za mną też nieśpieszna lektura „Nocnego promu do Tangeru” Kevina Barry’ego – dobra, mroczna, współczesna proza.

Jest klimat na czytanie?
Jest, i to bez krążącej w głowie myśli, co z tą książką powinienem zrobić. Mógłbym naturalnie nadrobić wszystkie zaległości filmowe, bo w ciągu roku – poza festiwalem Nowe Horyzonty – rzadko mam czas na kino; mógłbym obejrzeć wreszcie wszystkie polecane seriale, ale nie. Siadam w fotelu i czytam. Choć gdybym miał być całkowicie szczery, to czasem jednak porzucam książkę na rzecz innej miłości... Uwielbiam oglądać na YouTubie archiwalne filmy z zasobów stacji British Pathé. Mają tam przepastne zbiory – od lat 20. do końca XX wieku. Potrafię zniknąć w tym świecie na długie godziny. Ostatnio obejrzałem cały długi serial o dekolonizacji Afryki. Od zawsze mnie to fascynowało. W moim domu rodzinnym czytało się literaturę faktu, przede wszystkim Kapuścińskiego. Pamiętam historie przywożone przez niego w latach 60. I później, aż do czasu „Hebanu”, ale zobaczenie jego bohaterów na archiwalnych filmach jest dla mnie jednak czymś hipnotyzującym. Nagle widzę mieszkańców Ghany czy Kenii, którzy świętują pierwszy dzień niepodległości. Widzę tych polityków, z którymi Kapuściński rozmawiał, a którzy sięgnęli po władzę i często niedługo później padli ofiarą zamachu stanu. Wciąż robi to na mnie kolosalne wrażenie.

Mówisz, że miłość do non fiction wyniosłeś z domu. Kim są twoi rodzice?
Mama jest emerytowaną już w tej chwili bibliotekarką, a tata – inżynierem dróg i mostów z dziennikarską przeszłością, w dodatku uzależnionym od map. Odkąd pamiętam, najlepszym urodzinowym prezentem dla niego był właśnie zakup jakiejś mapy, dowolnej. Uwielbia się im przyglądać i z nimi podróżować. Przeszedł wszystkie pasma polskich gór, zdobył najwyższe szczyty. To on zaraził mnie ciekawością świata. W domu na półkach stały książki Ryszarda Kapuścińskiego i Melchiora Wańkowicza, którego uwielbiał. W sposób naturalny więc, przez osmozę, nasiąkałem literaturą faktu. Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba pierwsza lektura „Wojny futbolowej”. Niczego w zasadzie nie wiedziałem wtedy jeszcze o Ameryce Łacińskiej, poza tym, że istnieje, występuje w atlasach i na globusie, a tu Kapuściński pisze o konflikcie zbrojnym wywołanym przez mecz piłki nożnej! Dziś wiemy wszyscy, że w rzeczywistości wyglądało to nieco inaczej, ale sam pomysł i sposób opisania tej historii mnie oszołomił! To właśnie wtedy dowiedziałem się, że chcę czytać takie teksty, że dzięki reporterom dowiem się o świecie więcej niż z podręczników do historii i geografii.

Czy masz książki do których wracasz?
Rzadko wracam do dawnych lektur. Zajmuję się głównie czytaniem nowych tytułów i robieniem wywiadów z ich autorami, co jest czasochłonne i zmusza – w sposób przyjemny – do śledzenia rynku nowości. Teraz okruchy dodatkowego czasu przeznaczam na czytanie z córką lektur odpowiednich dla pięciolatki. Sięgam też po książki z – jak to mawia jeden z moich przyjaciół – „kupki wstydu”. Zastanawiam się, co się wydarzy, gdy nagle gwałtownie zmniejszy się liczba nowości książkowych. Bo przecież większość premier przeniesiono już na jesień... Jeśli wracam, to do tego, co wciąż, mimo upływu lat, mnie porusza. Myślę, że chciałbym wrócić do książek Julia Cortázara, Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcíi Márqueza. Nie zapomniałem, jak ogromne wrażenie wywarły na mnie ponad 20 lat temu. Sięgałem w bibliotece po kolejne tomy literatury iberoamerykańskiej wydane przez Muzę, myślę zresztą, że w dużej mierze było to doświadczenie pokoleniowe. Chętnie bym też sprawdził, jak po dwudziestu latach oddziałuje na mnie „Biały kruk” Andrzeja Stasiuka. Wtedy, zaraz po premierze, ta książka była dla mnie niezwykle silnym przeżyciem, piękną i ważną opowieścią o przyjaźni, poświęceniu, odrębności i osobności każdego człowieka.

Wzrasta sprzedaż klasyki odnoszącej się do niepokojów, jakie dziś czujemy. Sięgamy po "Dżumę" czy "Miłość w czasie zarazy" - może nie zawsze adekwatnie do treści, ale na pewno kierując się tytułem. Czego oczekujemy od klasyki? Oparcia? Czy chcemy zrozumieć to, co się dzieje? 
Mnie akurat cieszy to, że ktoś wróci do książek Alberta Camusa, egzystencjalizmu nigdy za wiele. Myślę, że znaleźliśmy się nagle w momencie, w którym wielu z nas potrzebuje punktu zaczepienia, łatwych wizualnie znaków. Pewnie gdyby istniała książka pod tytułem „Cholera”, dziś także byłaby bestsellerem i chętnie by po nią sięgano. Gdy zaczęła się pandemia, wiele osób przypomniało sobie przecież o świetnej książce Jerzego Ambroziewicza „Zaraza” o epidemii czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Zamknięte miasto, niepewność, lęk, ofiary. Dla niektórych pewnie pociągające także dziś, choć nie wiem, czy aby na pewno kojące nerwy. A może chodzi o to, by przekonać się, dowiedzieć, jak ludzie kiedyś zachowywali się w sytuacji podobnej do ataku COVID-19?

Czasy inne, ale mechanizmy zachowań takie same. 
Niezależnie od tego, jak daleko zaszliśmy, gdy chodzi o technologię, czujemy strach, lęk, potrzebę oswojenia śmierci. Wciąż nie zdajemy sobie sprawy, że mamy do czynienia z realnym zagrożeniem, że wirus kogoś zaatakuje, a kogoś innego ominie. A jednak nasza wiara w nieśmiertelność została – i to w dość banalny sposób – naruszona. Wiele osób chciałoby uspokoić samych siebie, że to w sumie nic nowego, że takie sytuacje już się zdarzały. Ale to nie takie proste. Niedawno „Wyborcza” opublikowała króciutkie opowiadanie Edgara Kereta o człowieku, który poszedł do sklepu kupić oliwki. Gdy chciał za nie zapłacić, sprzedawczyni powiedziała mu, że trwa koniec świata i lepiej się przytulać niż płacić pieniędzmi. Wielu czytelników zareagowało na ten tekst bardzo emocjonalnie. Ktoś w komentarzu napisał, że jaki to niby koniec świata, skoro jesteśmy zaopiekowani? Że koniec świata przeżywali nasi dziadkowie gazowani w okopach I wojny światowej czy prześladowani podczas II wojny. Był Czarnobyl, zimna wojna, a dziś? Czy na pewno doświadczamy jakiegoś końca świata?

No tak, ale czy to znaczy, że nie mamy prawa się niepokoić i szukać ukojenia? 
Nikt nie wie, jak długo to potrwa, i dla wielu osób to, co się wydarza, może być końcem świata w małej, osobistej skali. Nie zdajemy sobie sprawy, jakiego rodzaju rysy w nas to wszystko zostawi. Co zrobi z małymi dziećmi, które nagle zostały odcięte od swoich kolegów z przedszkoli? Dla mojej córki koronawirus stał się niechcianym przyjacielem, codziennie musi się z nim „układać”. Gdy proponuję jej spacer, stanowczo odmawia. Nie chce iść, bo nie chce się nudzić, jest wirus i nie można niczego dotykać. Pewnie, że nie myśli w tym momencie o końcu świata, ale zauważa, że w jej życiu zaszła nagle dość znacząca zmiana. Ja zaś bardzo cierpię z powodu braku spotkań z ludźmi, tęsknię za realnym kontaktem z przyjaciółmi. A przecież są ludzie, którzy tracą pracę albo chorują na inne, poważniejsze choroby niż ta spowodowana wirusem. Nie można odbierać im prawa do odczuwania tego, że przeżywają własny koniec świata. To byłoby egoistyczne, naprawdę nieuprawnione.

Kiedy Wielka Brytania żyła Brexitem, wydawcy odnotowywali wzrost zainteresowania tzw. literaturą lżejszą, jak powieści o miłości. Ludzie chcą uciec od ponurej rzeczywistości, szukają oddechu?
Rozumiem potrzebę odprężenia czy wejścia w historie lekko napisane, bo to wielu zapewne daje potrzebny oddech od codzienności. Nie jestem osobą, która szuka w literaturze lekkości, choć rozumiem jej rozrywkową funkcję. Wystarczy spojrzeć na listę bestsellerów, by zrozumieć, po co naprawdę lubią sięgać Polacy. Czy należy mieć do nich o to pretensje? W żadnej mierze. Od zawsze patrzę na pisarzy – tych z najwyższej półki – jak na ludzi, którzy widzą, czują i wiedzą więcej. Jak gdyby byli kimś na kształt proroków. Potrafią wyjaśniać skomplikowane mechanizmy: ludzkiego zachowania, procesów historycznych. Przeprowadziłem w ciągu ostatnich kilkunastu lat naprawdę dziesiątki wywiadów z autorami z całego świata i po każdym z takich spotkań miałem wrażenie, że pisarze, dzięki swojej ogromnej wrażliwości, wiedzy i erudycji, potrafią przewidzieć to, co może się wydarzyć. Interesują się przyczynami ludzkich zachowań, próbują je zrozumieć, sięgają po źródła historyczne. A następnie wykorzystują to wszystko we własnych opowieściach, czyniąc je wiarygodnymi.

Czyli sięgamy po literaturę, by zmierzyć się z naszymi niepokojami, ale też lepiej siebie zrozumieć?
Mogę tu odpowiedzieć jedynie za siebie. Szukam w literaturze – poza zaskoczeniem, gdy książka zachwyci mnie stylem, opowieścią czy formą – potwierdzenia własnego spojrzenia na świat. W zasadzie znacznie częściej niż zaskoczenia. Bardzo mnie cieszy sytuacja, gdy czytając książkę pisarza, którego szanuję, orientuję się, że jego i moje myśli biegną tym samym lub zbliżonym torem. I to wcale nie muszą być wnioski kojące, przeciwnie – czasem budzą przerażenie. Ale fakt, że ktoś, kogo uważam za osobę mądrą i przenikliwą, podobnie widzi świat czy kierunek, w którym on zmierza, daje mi siłę. Nawet jeśli to bardzo pesymistyczna wizja.

Isabel Allende powiedziała mi w rozmowie, że ludzie lubią uciekać w kojące historie, boją się spojrzeć trzeźwo i zauważyć, że pewne rzeczy się wydarzają, bo np. historia się powtarza. 
Zgadzam się z tym. Gdy przyjrzę się na chwilę losom świata, powraca do mnie to, o czym mówili mi Olga Tokarczuk, Zadie Smith czy Jo Nesbø, który przepisywał Szekspira na swoją modłę: całą historię ludzkich zachowań mamy już dawno opisaną – w mitologii. Wystarczy tylko dokładnie przeczytać te opowieści, by zorientować się, że wszystkie wybitne powieści są przepisywaniem mitów i umieszczaniem ich w różnych historycznych realiach. To samo dotyczy naszych zachowań. Jesteśmy dwa, trzy tysiące lat dalej w historii rozwoju cywilizacji, ale nasze atawistyczne odruchy są dokładnie takie same. Dlatego nie można oczekiwać, że skoro idziemy tą samą ścieżką, finał uruchamianych na nowo procesów będzie inny. Jeśli wspomniany na początku naszej rozmowy Antonio Scurati mówi mi, że dostrzega już w Europie procesy łudząco podobne do tych, które wyniosły Mussoliniego do władzy, nie mam prawa nie wierzyć mu, że czekają nas trudne lata. I to wcale nie z powodu pandemii koronawirusa.

Pojęcie biblioterapii czy też książkoterapii wymyślono już stuelcie temu. Uważasz, że książki mają nie tylko kojącą, ale i leczniczą moc? Może książka w prezencie to najlepsze lekarstwo na obecną rzeczywistość? 
Nie ma lepszego lekarstwa na szaleństwo współczesnego świata od mądrego słowa. Najwyższy czas to sobie uświadomić.

Michał Nogaś, dziennikarz radiowy i prasowy, przez 16 lat związany z III Programem Polskiego Radia. Współtwórca Radiowego Domu Kultury. W „Gazecie Wyborczej" i „Magazynie Książki" publikuje wywiady z pisarzami, jest też gospodarzem Radia Książki. 

  1. Kultura

O pisaniu książek, o twórczej nudzie i psychologii mówi Olga Tokarczuk

Olga Tokarczuk ur. 29 stycznia 1962 r. w Sulechowie; pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, psycholożka. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla za 2018 rok, Nagrody Literackiej „Nike” („Bieguni”) i wielu innych prestiżowych nagród. (Fot. BEW)
Olga Tokarczuk ur. 29 stycznia 1962 r. w Sulechowie; pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, psycholożka. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla za 2018 rok, Nagrody Literackiej „Nike” („Bieguni”) i wielu innych prestiżowych nagród. (Fot. BEW)
Przyznana właśnie Literacka Nagroda Nobla uplasowała Olgę Tokarczuk w gronie najwybitniejszych polskich pisarzy. Jednak bez tej nagrody autorka i tak zajmowała szczególne miejsce na półkach swoich czytelników.

Porzuciła pracę psycholożki, by zarabiać pieniądze za granicą, skręcając anteny do jachtów, a potem zaczęła pisać książki. Z życiem radzi sobie marzeniami lub namiętną pracą. Olga Tokarczuk, jedna z najczęściej tłumaczonych polskich pisarek, poetka, eseistka, opowiada o tym, czego potrzebuje, by pisać, po co jej nuda, dlaczego jemy mięso i jak radzi sobie z umysłową bezwładnością czy raczej mechanizmami obronnymi.

Pamiętam taką opowieść sprzed lat, pisała pani książkę, przyszedł syn z cukiernicą i na pani oczach wysypał zawartość na podłogę.
No tak, stare dzieje. Miał wtedy ze trzy albo cztery lata, próbował od jakiegoś czasu zwrócić na siebie uwagę, a ja powtarzałam: „Zaraz, zaraz, muszę skończyć, zaraz…”. W desperacji wysypał na dywan cukier i czekał na efekt. Otrzeźwiło mnie to wtedy, zaczęłam z nim rozmawiać. Pisanie zagarnia i sprawia, że można stać się egotykiem. Czasami zaczynam się martwić, że tracę przez to coś ważnego, że coś mi umyka. Taka ciągła i intensywna praca sprawia, że traci się zdolność nudzenia się, że ciągle jest się w pracy. Pamięta pan z dzieciństwa, jak można się było pięknie nudzić?

Tak, był w tym element cudownej frustracji i poszukiwania.
To było twórcze to nudzenie się. Bardzo mi tego dzisiaj brakuje. Do tego stopnia, że wymyśliłam sposób prowokowania nudy – chodzę na nudne wykłady, takie, z których niewiele rozumiem. Siedzę sobie i nudzę się, i wtedy do głowy przychodzi mi mnóstwo rzeczy, wraca mi równowaga. Głos wykładu płynie gdzieś obok, wyjść raczej się nie da, czyli ciało zostaje niejako uwięzione, a stymulacja jest słaba. Czasem złapię kilka zdań i potem znowu odpływam. Jest dobrze. No, ale kiedy zaczynam już znowu coś w głowie kombinować, przestaję się natychmiast nudzić i tak dalej, i tak dalej... Medytacja jest takim rodzajem nudy, ale tutaj nie jestem zbyt wytrwała.

Jakie warunki sobie pani stwarza, by pisać?
Potrzebuję ciszy i podstawowych środków higieny psychicznej: ciepła, płaskiej poziomej płaszczyzny, jak np. stół, oraz nade wszystko samotności. W sumie niewiele. Kiedy pracuję, chowam społeczne czułki, nie szukam kontaktu w realu, zadowalam się filmem wieczorem. Czułki odrastają, kiedy książka jest skończona. Nie jestem kompletną mizantropką, to mizantropia wymuszona. Lubię być sama, długo się tego uczyłam. Kiedy po raz pierwszy wyjechałam za granicę na dłużej sama, naprawdę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nie było jeszcze wtedy Internetu, a dzwoniło się z aparatów telefonicznych na monety... To dopiero było wyzwanie. Ale jak już są ludzie, to nie ma nic lepszego niż długie dyskusje przy winie do świtu – człowiek uświadamia sobie przy tym, co właściwie myśli, kim jest.

Jako autorka faktycznie uważa siebie pani za nieciekawą?
Życie większości pisarzy jest nudne, nie ma co ukrywać. Pisanie zabiera mnóstwo czasu. Wymaga reżimu, powtarzalności. Trudno mieć burzliwe życie, kiedy się większość dnia siedzi przy biurku. Poeci mają chyba lepiej, piszą krócej i mają więcej czasu, stąd barwniejsze charaktery [śmiech]. Przy pisaniu jakoś bardzo mało zajmuję się sobą. Czasami tracę poczucie rzeczywistości i czasu. Siadam o dziewiątej i nagle patrzę – a tu już po południu. Dziwne. Może to dlatego, że programowo staram się ukrócić pierwszoosobowego narratora we mnie. Kiedy piszę, staram się znaleźć w sobie taki punkt widzenia, który by trochę poza mnie wykraczał.

Uważa pani tak jak Coetzee, że fikcja ma przewagę nad argumentami rozumu?
Myślę, że tak, jak najbardziej. Proszę spojrzeć, jak pamiętamy historię swojego kraju. Oczywiście, zdecydowanie mniej z lekcji w szkole, z dat, z suchego opisu, eseju, a bardziej z opowieści, filmu, z literatury. W tym sensie największym historykiem był Sienkiewicz, bo nawet jeśli pozatruwał nam umysły, to zbudował potężną narrację, wspólną dla wielu ludzi. Odruchowo wciąż się do niej odwołujemy i nie zmienia tego fakt, że potrafimy ją racjonalnie skrytykować. Ta jego opowieść ma wielką siłę, czy to się nam podoba, czy nie. Trzeba by napisać kontr-Sienkiewicza, opowiedzieć inną, alternatywną historię. Ale ostatnio literatura historyczna stała się trochę niepopularna i niewielu jest pisarzy, którzy chcieliby zajmować się przeszłością; ona wydaje się ustalona raz na zawsze. Na dodatek należałoby to zrobić z punktu widzenia współczesnego człowieka, który ma inne rozumienie mechanizmów historii. A mnie się zdaje, że przeszłość trzeba cały czas opowiadać na nowo. Każde pokolenie powinno dokonywać rewizji przeszłości, podważać stereotypy, patrzeć na to, co oczywiste, z innej strony.

Myśli pani, że literatura ma taką siłę zmiany sposobu patrzenia na własną zbiorową historię?
Fikcja ma jakiś nieodległy związek ze znaczeniem, z poczuciem sensu. Nie na darmo dzieciom opowiada się bajki, a nie listę prawd o świecie. Suche fakty funkcjonują w innej przestrzeni, dopiero w opowieści nabierają ciała, obrastają w znaczenia, smaki, barwy. Człowiek oderwany od opowieści jest zdezorientowany. Może właśnie dlatego powstają te toporne teorie spiskowe, które próbują jakoś wytłumaczyć świat en bloc. Kiedyś religia miała moc budowania spójnej wewnętrznie, sensownej opowieści o świecie, ale teraz coraz mniejszej grupie ludzi religia jest w stanie zaspokoić potrzebę sensowności życia, pracy, wysiłku. Ludzie budują swój obraz świata na podstawie telewizji czy Internetu, dostają dużo chaotycznych informacji, często ze sobą sprzecznych, fragmentarycznych, których nic ze sobą nie spaja. To świat pełen informacji, ciekawostek, ale pozbawiony znaczenia. Poziomy, horyzontalny.

W ten sposób czasami, a może zazwyczaj, to nie ja myślę, ale mi się myśli.
Bo „ja” to nie tylko ja, ale też to i tamto, co znaczy, że jest w nas mnóstwo rzeczy, które pochodzą z kultury, z języka, z historii naszej rodziny i z warstwy społecznej. W naszym umyśle nagrały się pouczenia naszej mamy i powiedzenia taty. Na nasze poczucie tożsamości ma wpływ historia narodu, w którym się urodziliśmy, a także to, czy i jak rozwiązaliśmy zbiorowe traumy, które zdarzyły się w przeszłości i w których nie mieliśmy udziału. Składają się na nas lektury i filmy. I do tego jeszcze odruchy, instynkty, atawizmy – cała nasza biologiczna strona. Człowiek to naprawdę skomplikowana budowla. W tym świetle popkulturowe hasło „bądź sobą” nabiera jakiegoś komicznego znaczenia.

Fot. BEW Fot. BEW

Studia psychologiczne i praca terapeutyczna pomogły pani w pisaniu?
Z pewnością nie przeszkodziły. To były bardzo fajne studia. Nauczyły mnie wielu rzeczy, które potem przydały mi się w pisaniu – że np. w spojrzeniu na każdą rzecz istnieje wiele punktów widzenia, a rzeczywistość jest uzgadnianiem tych indywidualnych perspektyw. Że wszelkie teorie są tylko próbami opisu i nie należy się do nich zbytnio przywiązywać. Że każdy człowiek może być powieścią do napisania. Że najwięcej się wie, kiedy umie się uważnie słuchać innych. I wreszcie, paradoksalnie, że nie ma powodu, aby zbytnio zajmować się sobą, ponieważ „ja” jest kameleonem, który pójdzie na wszystkie przebieranki, a rozpamiętywanie własnej osoby może stać się męczącą profesją na resztę życia. Pamiętam, jak po zajęciach z psychologii klinicznej, gdy omawialiśmy objawy zaburzeń, okazywało się, że sami odnajdywaliśmy u siebie wszystkie te syndromy, z borderline, depresją, nerwicą, socjopatią i psychozą maniakalno-depresyjną włącznie. Do pisania często przydatne jest to stare przekonanie, iż żadna obiektywna rzeczywistość nie jest nam potrzebna. Nie ma historii, są tylko biografie – to znaczy, że wszystko dzieje się w ludziach i pomiędzy ludźmi – w relacjach. Świat składa się z drobnych opowieści o ludziach, które splatają się w wielowątkowy warkocz. Ale fascynowała mnie też neuropsychologia – pogranicze, gdzie spotyka się duch i ciało. Uczucia, które bierzemy za zupełnie autonomiczne, a które – jak się okazuje – są rezultatem drażnienia jakiejś części mózgu. W latach 80., kiedy studiowałam, neuropsychologia była jeszcze w powijakach. Dziś to kwitnąca nauka, która sprawiła jednak, że psychologia ma dziś dużo bardziej deterministyczną wizję człowieka. Ale prawdę mówiąc, zawsze byłam bardziej zaangażowana w literaturę, dużo bardziej niż w psychologię.

Zostawiła pani pracę psycholożki i wyjechała za granicę skręcać anteny do jachtów, dlaczego?
Pojechałam do pracy i trafiłam w wielokulturowy świat, zupełnie inny niż Polska lat 80. Tam, pozbawiona starego kontekstu, zaczęłam bardzo intensywnie pisać. Pracowałam z Hindusami, Nowozelandczykami, Południowoafrykańczykami. Z koleżanką Polką próbowałyśmy założyć w tej małej fabryczce związek zawodowy, nie mieściło nam się w głowach, że ci pracujący na czarno ludzie nie mają prawa do urlopu ani żadnego ubezpieczenia. Byłyśmy tak cudownie naiwne. Szybko wybito nam to z głowy.

Z kolei o prawach zwierząt napisała pani poruszający esej „Maski zwierząt”. Wiele osób jest oburzonych cierpieniem byków na korridzie, ale zachwyca się smakiem steku. Inni traktują psy i koty jak członków rodziny, ale nie mają najmniejszych problemów, by jeść kury czy świnie. Dlaczego to nie jest oczywiste, że nie powinno się zabijać zwierząt, również po to, by je zjadać?
To dzieje się z rozpędu, z przywiązania do starych, anachronicznych wizji świata. To nawyk, odruch, w niektórych przypadkach forma uzależnienia. Także pewna umysłowa bezwładność, którą czasem – niesłusznie – nazywa się tradycją. Brak wrażliwości i niechęć do zmierzenia się z pytaniem: Skąd się bierze to, co jemy? No i w końcu potężne mechanizmy obronne, które chronią nas przed dyskomfortem psychicznym. Byłoby uczciwie, gdybyśmy – jak już musimy i chcemy – jedli to mięso świadomie, wiedząc, że uczestniczymy w czymś dość makabrycznym. Żeby to był moralny wybór, a nie nawyk, odruch, bezmyślność.

Napisała pani, że pisarz ma obowiązek zabierania głosu w sprawach dotyczących nas wszystkich. Czy z tego powodu zabiera pani głos w sprawie zwierząt?
Tak napisałam? Nie, nie uważam, że pisarz ma taki obowiązek. Pisarki i pisarze mają różne temperamenty, chociaż, jak większość ludzi, pewnie starają się, żeby być dobrymi ludźmi. Praca pisarzy polega zaś na szczególnej uważności, bo często dostrzegają to, co dla innych jest albo niewidoczne, albo odwrotnie – zbyt oczywiste, i na umiejętnym pokazywaniu, jak bardzo złożony i skomplikowany jest świat. Literatura poddana jakimś obowiązkom przestaje być sztuką, staje się tubą. Ale kiedy zdasz sobie sprawę, że ludzie cię słuchają, to lepiej odzywać się w słusznych, dobrych sprawach niż w błahych. Papier kosztuje, szkoda go na pierdoły. Myślę, że do tego się dojrzewa. Często młodzi pisarze są skoncentrowani na „ekspresji samego siebie”, cokolwiek to znaczy. Z wiekiem u zdrowego człowieka „ja” trochę zanika, przysycha i nie wypełnia już tak bardzo całego horyzontu.

Nie chciałaby pani wejść na barykady, zająć mównicy, założyć jak w Holandii partii dla zwierząt?
Do tego trzeba specyficznego temperamentu, a ja go nie mam. I chyba z wiekiem staję się bardziej introwertyczna – nie umiałabym przemawiać do tłumu ani kłócić się z politykiem na wizji. Mam wielką tremę przed występami publicznymi. To nie dla mnie. Lepiej niech każdy robi to, w czym czuje się dobrze i na czym się zna.

Janina Duszejko, bohaterka pani książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, przerażona tym, że na jej oczach łamane jest moralne prawo do istnienia i nikt nie reaguje, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.
Duszejko jest jak obywatel, który zszokowany nagle odkrywa, że obowiązujące prawo jest niemoralne. I że prawo w ogóle jako takie może być niemoralne. Wydaje mi się, że jest to coraz powszechniejszy dylemat zwykłych ludzi, którzy obserwują takie sytuacje w życiu – co zrobić, jak się zachować, kiedy sumienie mówi nam, że obowiązujące zasady są złe, a jednak chcielibyśmy być praworządnymi i dobrymi obywatelami. To na przykład bezkarność ewidentnych przestępców. Niesymetria w przyzwoleniu na stosowanie przemocy – państwo może stosować przemoc wobec obywatela, obywatel wobec państwa – nigdy. Rosnące rozwarstwienie między biednymi a bogatymi. Ewidentne oszustwa w świetle prawa. W gruncie rzeczy to stara bajka o człowieku, który zawiedziony porządkiem postanawia sam wymierzyć sprawiedliwość. Wydaje mi się, że dziś ta tendencja narasta. Świat zrobił się niesprawiedliwy i bezwzględny; przypomina pole nieustannej walki. Duszejko określa życie codzienne jako system skomplikowanych mechanizmów obronnych, który zbudowaliśmy po to, by nie widzieć tego, co dzieje się naprawdę. Że na obrzeżach miast stoją wielkie rzeźnie, ludzie cierpią i umierają, że są nieszczęśliwi i samotni, że trwają wojny. To sytuacja trochę jak z „Matrixa”. I ten system działa – mamy telewizję, rozrywki, gry, plotki, awantury polityków, sport wyczynowy, mecze futbolowe - wszystko po to, żebyśmy się mogli czymś zająć i nie drążyli zbyt głęboko, bo wtedy trudno byłoby to znieść.

To możliwe, żeby wiedzieć, co kryją te mechanizmy?
Chyba tylko jakiś Bóg. Rzeczywiście musi być potężny, jeśli sobie z tym radzi. My nie musimy.

A pani jak sobie radzi z cierpieniem?
Jak umiem. Jestem z tych, co albo marzą, albo pracują. Praca jest słodkim mechanizmem obronnym. I jedno, i drugie wyciąga umysł z rozpamiętywania i zgubnego zajmowania się traumami, oba te stany wymagają koncentracji i skupienia. Trochę przestaje się żyć, gdy się pisze i marzy, prawda? Zawsze lubiłam pracować, od dzieciństwa. Zadawałam sobie zawsze jakieś zadania, coś zbierałam, studiowałam, zgłębiałam, robiłam jakieś wyprawy, zawsze byłam czymś zajęta. Praca porządkuje świat, emocje, nadaje sens – to silne lekarstwo i chyba tylko w depresji widać, jak bardzo jest się nieszczęśliwym, kiedy nie jest się zdolnym pracować. Ostatnio pracuję całe dnie, od rana do wieczora, i chociaż wieczorem padam i klnę, to rano naprawdę siadam z przyjemnością przy biurku.

A sens? Jest możliwy do znalezienia?
Sens nie jest jakimś drogocennym skarbem schowanym w jaskini, który po wielu trudach samotnej podróży należy odnaleźć i zdobyć. To nie ta bajka. Sens to coś, co się tworzy, codziennie od początku, począwszy od pierwszej wypitej rano kawy.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.