1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Manifesto” z Cate Blanchett już w kinach

„Manifesto” z Cate Blanchett już w kinach

mat.pras.filmu
mat.pras.filmu
Co by się stało, gdyby tematem numer jeden na świecie stała się sztuka, która zastąpiłaby religię, prognozę pogody i edukację w znanej nam formie?

Julian Rosefeldt tworzy utopijny obraz naszej rzeczywistości, zetkniętej z radykalnymi manifestami artystycznymi XX wieku.

[embed]https://youtu.be/vsVpcxAF82c[/embed]

„Manifesto”, który wchodzi na polskie ekrany dwa lata po swojej światowej premierze, nie jest filmem łatwym w odbiorze, choć ciekawym w założeniach. Przez półtorej godziny oglądamy niemalże jedynie Cate Blanchett, co jednak już po chwili okazuje się niezwykle ciekawe. Aktorka wciela się w trzynaście różnych postaci – od bezdomnej, przez wdowę i nauczycielkę, aż po choreografkę teatralną. Wątki fabularne przeplatają się, wszystko dzieje się jednak na tyle powoli, by widz nasycił się różnorodnymi kadrami i wsłuchał w teksty wygłaszane przez główną bohaterkę. Osoby orientujące się w historii sztuki współczesnej wyłuskają fragmenty radykalnych słów Jima Jarmusha czy manifestów: dadaistów, Fluxusu, futurystów.

Kiedy się zrozumie konwencję i wejdzie w ukazany dziwaczny świat, obraz daje do myślenia i pozwala spojrzeć na sztukę z nieco innego punktu widzenia niż zazwyczaj. Chwilami trochę przeraża, a jednocześnie śmieszy. Przykładami mogą być sceny z konwencjonalną rodziną, która siada do stołu i przed posiłkiem odmawia modlitwę nie do Boga, ale ku chwale wszechobecnej sztuki lub nauczycielka w szkole podstawowej, polecająca dzieciom napisanie własnego scenariusza filmowego, opartego na kradnięciu istniejących już pomysłów. Z drugiej strony zamysł reżysera może być dla niektórych dość hermetyczny i niezrozumiały, co wydaje się w pełni uzasadnione. Ale nawet przy braku przekonania do tego typu eksperymentów artystycznych, warto zobaczyć Cate Blanchett, zmieniającą się na ekranie niczym kameleon – o przeróżnych charakterach akcentach językowych i w całkowicie odmiennych fryzurach i kreacjach. Po raz kolejny pokazuje swoją niezwykła dojrzałość i wszechstronność aktorską. Trudno mi nawet wyobrazić sobie kogokolwiek innego w tej roli (a właściwie rolach!).

Warto potraktować film Rosefeldta z przymrużeniem oka jako obraz eksperymentalny i interesujący czysto formalnie. Z drugiej strony to powolne widowisko wizualne: zmieniająca się Blanchett i różnorodne monumentalne scenerie. Film to tytułowy manifest – radykalnie inny, ale wart poznania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ty jako dzieło sztuki. Jak zmieniały się kanony piękna?

Rzymski fresk ukazujący Wenus w muszli. Malowidło znajduje się na ścianie w “Domu Wenus w Muszli”. Budynek znajduje się w Pompejach i powstał w I wieku p.n.e. (Fot. Getty Images)
Rzymski fresk ukazujący Wenus w muszli. Malowidło znajduje się na ścianie w “Domu Wenus w Muszli”. Budynek znajduje się w Pompejach i powstał w I wieku p.n.e. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy ciało wyłamujące się z obowiązującego dziś kanonu piękna też może być piękne? Wystarczy spojrzeć na Wenus z Willendorfu i Wenus Botticellego… – W odróżnieniu od mody sztuka uwalnia nas od dążenia do ideału, bo udowadnia, że nie ma czegoś takiego jak ustandaryzowany wygląd i rozmiar – twierdzi historyczka sztuki Katarzyna Wąs.

Mam w domu reprodukcję „Damy z łasiczką” Leonarda da Vinci. Kiedy przyjrzałam się jej wczoraj, doszłam do wniosku, że choć jest pełna elegancji, to zważywszy na dzisiejsze standardy, ma zdecydowanie za wąskie usta i zbyt płaską klatkę piersiową. Potem przyjrzałam się „Narodzinom Wenus” Botticellego – jego Wenus jest proporcjonalna, ale też nie jest idealna. A mimo to obie są piękne. Czy piękno musi być idealne? Jest w nas głęboko zakorzenione pragnienie, by być idealnymi. To pragnienie podsyca współczesny świat mediów, propagując komputerowo obrobione zdjęcia i dyktując jeden obowiązujący rozmiar dla atrakcyjnej kobiety. W tym wszystkim nie ma miejsca na różnorodność. A przecież ustandaryzowane ciała nie istnieją – ktoś ma trochę więcej w biodrach, ktoś inny w talii, ktoś jest wysoki, ale grubokościsty, a ktoś inny niższy, ale bardzo drobny. Dla mnie rozmiar ciała nie ma wpływu na to, czy uważam kogoś za pięknego, ważne, by to ciało było zadbane i estetyczne. Świat mody, któremu w tej kwestii mam najwięcej do zarzucenia, jest jeszcze daleki od takiego myślenia.

Sztuka pełniła chyba kiedyś podobną rolę do tej, jaką dziś pełni moda – wyznaczała obowiązujący kanon kobiecej urody. Sztuka była czymś bardzo elitarnym, docierała więc do wąskiego grona odbiorców, które mogłoby ją traktować jako wzorzec. Wszechobecność zalewających nas z każdej strony wzorców w codziennym życiu jest dzisiaj dużo bardziej opresyjna. Media, a zwłaszcza telewizja oraz kolorowe magazyny pełne reklam, spowodowały, że zwłaszcza kobiece ciało postrzegane jest według kilku ustandaryzowanych kanonów. Jeśli nie mieścisz się w którymś z nich, to już się nie kwalifikujesz.

Celem sztuki było również pokazywanie ideału piękna, ale ten ideał był fasadą, za którą kryło się wiele znaczeń. Piękno symbolizowało piękno duszy, porządek, zwycięstwo harmonii nad chaosem. Kanon tego piękna zmieniał się w zależności od uwarunkowań historycznych.

Od czego zależał kanon? Od tego, jaką rolę miało pełnić ciało kobiety. Sięgając bardzo głęboko w historię sztuki, trafimy na Wenus z Willendorfu, pochodzącą z czasów prehistorycznych. Malutką kamienną rzeźbę, przedstawiającą kobietę, która nie wpisuje się w żaden znany nam kanon współczesny: ma krótkie nóżki, bardzo szerokie uda, jeszcze szersze biodra, wydatny brzuch i biust. Ta rzeźba pokazuje jednak to, co było najważniejsze dla ludzi w tamtych czasach – kobietę jako matkę, dającą początek życiu, czyli płodną, mogącą wykarmić swoje potomstwo. Zupełnie inny kanon prezentowały przedstawienia greckie i rzymskie – na przykład Wenus z Milo. Według ówczesnego kanonu ciało piękne było gładkie i wysportowane, co ciekawe, znacznie więcej uwagi poświęcano ciału męskiemu. Silne, nagie, atletyczne i proporcjonalne – było ideałem. Ciało prawie boskie, wyrażające doskonałość człowieka, wynikającą z pracy nad przymiotami ciała i duszy.

Było to ciało uwielbione i niczym nieskrępowane. Ale chyba nie na długo? Wraz z rozprzestrzenianiem się religii chrześcijańskiej w średniowieczu w Europie starożytny kult ciała odszedł na dalszy plan. Ciało stało się niechcianą, zbędną materią symbolizującą ułomność człowieka, więzienie duszy. Z czasem bardzo silnie rozwinął się kult maryjny, podkreślający czystość jej duszy. Przedstawiana była jako piękna, młoda i eteryczna, ale piękno jej ciała wynika z nieskalanego grzechem ducha. Najlepszym tego przykładem są tzw. Piękne Madonny, rzeźby z ok. 1400 roku ukazujące Matkę Boską jako niezwykle urodziwą kobietę w nienaturalnym wygięciu, ubraną w fantazyjnie upięte szaty. Trzeba przyznać, że sztuka średniowieczna tworzona w obrębie kultury dworskiej we Francji czy państwach niemieckich to był silnie narzucony ideał. Kobiety miały być szczupłe, o wysokich czołach i gładkiej, bladej skórze. W uzyskaniu takiego efektu – jeśli natura chciała inaczej – miały pomóc dziwaczne zabiegi, polegające na wyrywaniu sobie włosów nad czołem, żeby było wyższe, i wyskubywaniu brwi – niektóre te elementy zaskakująco przypominają dzisiejsze praktyki. Bardzo ciekawym zjawiskiem w chrześcijańskiej kulturze średniowiecza były praktyki ascetyczne polegające na umartwianiu ciała – ubieranie włosienicy, noszenie opasek z kolcami, biczowanie oraz praktyki tzw. świętej anoreksji, czyli doprowadzania postu do skrajności, np. odżywiania się jedynie eucharystią. Drastyczny post pozwalał nie tylko na odrzucenie ciała jako ziemskiego balastu, ale też wprowadzał w stan ekstaz i wizji. Eteryczność i delikatność miały świadczyć o wysokim uduchowieniu, ale też o słabości i bezbronności kobiety, w kontraście do męskiej siły.

Późniejsza sztuka na szczęście uwolniła nas od dążenia do anorektycznego ideału. Elementy wyglądu, których dziś się wstydzimy – jak cellulit, podwójny podbródek czy fałdki na brzuchu – zostały podniesione do rangi piękna. Pierwszym okresem uwolnienia kobiecego ciała w sztuce nowożytnej był barok. Kształty kobiet stały się pełne, a nawet rozbuchane, na co przykładem są ikoniczne już dzieła malarza Petera Rubensa. Sztuka odeszła od modelu szczuplutkiej, rachitycznej kobiety. Dużo skromniejsze są portrety z kręgu protestanckiego, w których podkreślano skromność i prostotę. W świeckiej sztuce obfitość oznaczała bogactwo, radość i zmysłowość.

Wiek XVIII drastycznie kończy francuska rewolucja przynosząca rozluźnienie, również widoczne w ubiorze. Początek XIX wieku i okres napoleoński to kobiecość romantyczna, zwiewna, delikatna. Sztuka sięga do antycznych wzorców greckich bogiń i rzymskich westalek. Natomiast kończy się obrazem kobiety wciśniętej w turniurę, wielki kapelusz i gorset zasad i obowiązków. Był to niewątpliwie wiek skrajności – początek walki o prawa kobiet, ale jednocześnie zamykania ich masowo w zakładach psychiatrycznych z powodu skłonności histerycznych.

W belle époque, czyli okresie przełomu wieków, sztuka poszukuje w kobiecie tajemnicy i łączności z naturą. Widać pierwsze zapowiedzi uwalniania się kobiecego ciała z opresji kostiumu i męskiej dominacji. Zmiana przyszła wraz z rozwojem mediów po II wojnie światowej. Chyba każdy z nas ma wryty w głowę portret idealnej żony z obrazka z lat 50., czekającej na męża z kolacją. Dziś w przedstawianiu ideału piękna sztukę zastąpiły reklamy i moda. Zwłaszcza ta ostatnia tworzy współczesny kanon piękna, często prowadzący do zaburzeń zdrowego trybu życia.

Na szczęście w dzisiejszych czasach oprócz reklam kosmetyków czy pokazów mody możemy oglądać też dzieła sztuki z ubiegłych epok i coraz bardziej odważną sztukę współczesną. Co dobrego robi ona dla kobiecego ciała? Po II wojnie światowej sztuka przestała być uniwersalnym i zdystansowanym komentarzem tego, co nas otacza, a stała się w wielu przypadkach bardzo zaangażowana i zyskała realny wpływ na rzeczywistość. Performens spowodował, że ciało artystów i artystek stało się żywym obiektem sztuki, rodzajem płótna, rzeźbą. Kobiety wreszcie przestały być jedynie „patrzone”, zaczęły być też tym, kto patrzy, czyli kto tworzy sztukę. Okazało się, że kobiece ciało w sztuce uprawianej przez mężczyzn jest znacznie bardziej wyidealizowane. Kobiety nie skupiają się na tym, jak ono ma wyglądać, ale co czuje i co mówi. A te, które skupiają się na wyglądzie, robią to w określonym celu.

Jedna z najsłynniejszych performerek, Marina Abramović przez wiele lat ze swoim partnerem Ulayem robiła projekty poruszające temat tożsamości, różnic płciowych, granic cielesności. Jednym z ciekawszych ich projektów był „Imponderabilia” z 1977 roku, podczas którego stali nago w wejściu do galerii, przodem do siebie. Między nimi było ok. 30 cm przestrzeni, a każda osoba, która wchodziła, musiała przecisnąć się między nimi, wybierając, do którego z nich ustawi się przodem. Okazało się, że kobietom łatwiej jest ustawić się przodem do mężczyzny, a mężczyznom do kobiety – tak jakby widok nagiego ciała osoby tej samej płci ich krępował.

Ekstremum eksperymentowania z własnym ciałem osiągnęła Orlan, artystka, która z własnego ciała uczyniła żywą rzeźbę poprzez serię operacji plastycznych, którym się regularnie poddaje, chcąc pokazać, pod jaką presją żyją dziś kobiety. Najświeższą ciekawostką jest też nurt selfie feminizmu, w Polsce reprezentuje go m.in. Zosia Krawiec, krytyczka sztuki. Dziewczyny, robiąc sobie zdjęcia, decydują o tym, jak reprezentowana jest ich erotyczność, na ile chcą się obnażyć nie tylko cieleśnie, ale przede wszystkim emocjonalnie. W ten sposób chcą podkreślić, że są świadome swojej seksualności i swojego ciała, a nie tylko postrzegane jako seksualne obiekty przez mężczyzn. Niezależnie od kontekstu są to jednak rozerotyzowane akty, ich działania spotykają się więc często z falą krytyki.

Innym przykładem jest para performerek: Eva & Adele. Wyglądają praktycznie tak samo, ubierają się identycznie, przy czym bajecznie kolorowo, i podróżują po całym świecie jako żywe dzieło sztuki. Jedna z nich, Eva, była wcześniej mężczyzną, dlatego w swoim performansie podkreślają, że tworzą sztukę ponad podziałami na płeć. To tylko kilka przykładów artystek, które swoim ciałem i pracą starają się walczyć ze stereotypem kobiety skromnej i uległej.

Sztuka współczesna nie zna i nie stosuje żadnych kanonów, jest bardzo bogata w swojej różnorodności. Dlatego osoby, które czują, że nie pasują do pewnych środowisk, często zyskują akceptację i odnajdują siebie właśnie w środowisku artystycznym, bo jest otwarte i tolerancyjne.

Sądzisz, że to dobry pomysł, by brać przykład z Evy i Adele i traktować siebie jako dzieło sztuki? Pewnie. Tylko czy te wszystkie dziewczyny, które poświęcają półtorej godziny dziennie na makijaż i stylizację, nie traktują siebie właśnie jak dzieło sztuki, obiekt, nad którym się pracuje? Ale podoba mi się myśl, by – jeśli uważasz, że twoje ciało jest nieidealne, niepasujące do jakiegoś wymyślonego wzorca atrakcyjności – sięgnąć do bogatych zbiorów sztuki. Gwarantuję, że każdy i każda odnajdzie w nich swoje ciało. Zarówno to szczupłe, jak i bardziej obfite, z nadwagą i pomarszczoną skórą, i to z ostrymi rysami twarzy czy jakimiś anomaliami. I zobaczy, że każde może być piękne, każde może być sztuką.

Katarzyna Wąs historyczka sztuki, kuratorka, prezeska Fundacji Zwierciadło, pełni opiekę kuratorską nad Jankilevitsch Collection

  1. Kultura

Obraz "Tak" Agaty Bogackiej - najdrożej sprzedana praca artystki

"Tak", obraz Agaty Bogackiej. ( Fot. Desa Unicum / Paweł Bobrowski)
Słynny obraz Agaty Bogackiej został sprzedany na aukcji Desy "Sztuka Współczesna. Nowe Pokolenie po 1989" za 100 000 zł. To najdrożej sprzedana praca tej artystki.

Obraz Agaty Bogackiej nosi tytuł "Tak", przedstawia ni mniej ni więcej siusiającą kobietę. Sportretowanie tak intymnej sytuacji wzbudzało od lat wiele kontrowersji. Praca bowiem nie jest nowa, pochodzi z 2003 roku i była po raz pierwszy pokazana na wystawie "Ja krwawię" w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie.

Obraz został wystawiony na aukcji "Sztuka Współczesna. Nowe Pokolenie po 1989" obok prac takich artystów jak Piotr Uklański, Norman Leto, Radek Szlaga, Marcin Maciejowski, czy Maurycy Gomulicki. Wobec jednak licznych kontrowersji wobec pracy Bogackiej, które można było czytać choćby w komentarzach na Instagramie pod postem Desy Unicum zapowiadającym aukcję, to ona miała być hitem. I tak też się stało. Obraz "Tak" został wylicytowany za kwotę ponad 100 000 złotych, czyli dwukrotnie większą niż przewidywano.

Agata Bogacka to jedna z najbardziej znanych polskich artystek. Ma bardzo charakterystyczny, rozpoznawalny na pierwszy rzut oka, styl. Jak czytamy w katalogu aukcyjnym Desy Unicum "kompozycje Bogackiej zbudowane są przy pomocy wyraźnego konturu oraz płaskiej plamy barwnej. Artystka redukuje wszelkie detale, postać czyni schematyczną, jakby wyciętą z szablonu, umieszczając ją w pustych przestrzeniach". Znawcy sztuki określają twórczość Agaty Bogackiej jako rodzaju egzystencjonalnego autoportretu, zapisu intymnych stanów samotności.

Agata Bogacka brała udział w wielu wystawach indywidualnych i grupowych w Polsce i zagranicą. Jej prace znajdują się w wielu kolekcjach prywatnych oraz państwowych instytucji, takich jak CSW Zamek Ujazdowski, Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, Fundacja Sztuki Polskiej ING, Bank Austria Creditanstalt. Mieszka i pracuje w Warszawie.

  1. Kultura

Warsaw Gallery Weekend - zobacz, jak wygląda nowa polska sztuka

Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
To już dziesiąty Warsaw Gallery Weekend. Jubileuszowa edycja przeglądu nowej sztuki odbędzie się w dniach 1-4 października. Weźmie w nim udział 29 galerii z Warszawy, Łodzi, Poznania, Gliwic i Katowic.

Jak co roku galerie specjalizujące się w sztuce współczesnej zapraszają na weekend wernisaży. Tegoroczna edycja Warsaw Gallery Weekend potrwa aż cztery dni, tak aby - w związku z ograniczeniami wynikającymi z pandemii koronawirusa - zapewnić większy komfort i bezpieczeństwo zwiedzania.

W tym roku w Warsaw Gallery Weekend weźmie udział 29 galerii: Biuro Wystaw, BWA Warszawa, Dawid Radziszewski, ESTA, Fundacja Galerii Foksal, Fundacja Profile, Galeria m², HOS gallery, Instytut Fotografii Fort, Jednostka, Le Guern, LETO, lokal_30, Monopol, Naga, Olszewski Gallery, Piktogram, Pola Magnetyczne, Polana Institute, Propaganda, Raster, Rodriguez, Serce Człowieka, Stereo, Szara, Szydłowski, WY, Wizytująca, Wschód.

Program tegorocznej edycji powinien ucieszyć miłośników fotografii - wiele prac, które będzie można oglądać w galeriach bazuje na tym medium.

Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej

Jednym z ciekawszych punktów programu jest wystawa prac wiodących polskich fotografek: Weroniki Gęsickiej - laureatki wielu nagród, w tym Paszportu Polityki za rok 2019 w kategorii Sztuki Wizualne, i Magdy Hueckel - artystki wizualnej, fotografki teatralnej, scenografki i podróżniczki. Ich najnowsze dokonania będzie można oglądać w Galerii Jednostka na warszawskim Muranowie. „Cliffhanger” to prace z najnowszych projektów Weroniki Gęsickiej – „Holiday”, „Cocoon” i „Smash”. Powstają na bazie archiwalnych fotografii z banków zdjęć. Są próbą uchwycenia napięć i lęków, z którymi musimy się obecnie zmierzyć. Doniesienia o kolejnych zagrożeniach dotyczących przyszłości powodują, że zaczynamy przeczuwać koniec rzeczywistości, jaką znamy. Na sielankowych obrazach, które budują znaczną część naszego uprzywilejowanego świata, zaczynają pojawiać się rysy.

Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe) Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe)

Z kolei Magda Hueckel zaprezentuje cykl, który powstał na kanwie książki “Żenszczina” (transkrypcja rosyjskiego słowa ‘kobieta’), którą Magda Hueckel znalazła na targu staroci w Tbilisi. Autorem oryginału „Das Weib in der Natur- und Völkerkunde” wydanego w 1885 był Hermann Heinrich Ploss – antropolog i ginekolog, twórca współczesnej pediatrii i ginekologii. Ta książka to swoiste kompendium wiedzy, ukazujące kobiety z całego świata. Analizie poddane są różne aspekty; począwszy od anatomii, poprzez fizjologię, seksualność, pozycję społeczną, a skończywszy na roli kulturowej i obowiązujących tradycjach. Książka została dwunastokrotnie przedrukowana w różnych językach i uzupełniona o liczne ilustracje. Mimo, iż opracowanie ma charakter naukowy i swojego czasu było uznane za postępowe, dziś jego dziewiętnastowieczna narracja budzi niepokój. Rola kobiety sprowadzona jest przede wszystkim do funkcji prokreacyjnych. Analiza kobiecej cielesności przeplata się z wątkami o charakterze społeczno-kulturowym, omawiającymi tradycje, zabobony, zwyczaje. Książka przesycona jest brutalnymi ilustracjami m.in. praktyk medycznych, patologii oraz przemocowych zwyczajów (palenie na stosie, stygmatyzacja wdów, obrzezanie, skaryfikacja, obcinanie piersi i palców). Najbardziej dotkliwy jest jednak fakt, iż wiele z opisanych zwyczajów i stereotypów przetrwało do dzisiaj.

Magda Hueckel, zafascynowana archiwalnymi obrazami, dokonuje ich dekonstrukcji. Puste strony książki zapełnia obrazami poddanymi manipulacjom. Tworzy własną – trzynastą – groteskową edycję publikacji.

Magda Hueckel, praca z cyklu 'Żenszczina'. (Fot. materiały prasowe) Magda Hueckel, praca z cyklu "Żenszczina". (Fot. materiały prasowe)

Oprócz uroczystych wernisaży i możliwości zwiedzania wystaw, będzie można wziąć udział w spotkaniach z artystami. Szczegóły wydarzeń znajdziecie na stronie www.warsawgalleryweekend.pl

  1. Kultura

Unikalne portrety Cate Blanchett z Festiwalu Filmowego w Wenecji

Cate Blanchett (Fot. Greg Williams)
Cate Blanchett (Fot. Greg Williams)
Zobacz galerię 20 Zdjęć
77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji dobiegł końca. Podczas tegorocznej edycji królowała ona - zjawiskowa Cate Blanchett, przewodnicząca jury i globalna ambasadorka Armani Beauty. Marka podzieliła się z nami ekskluzywnymi fotografiami zza kulis tego ważnego dla światowej kinematografii wydarzenia. Najbardziej intymne momenty Cate Blanchett z tegorocznego festiwalu uwiecznił brytyjski fotograf gwiazd Greg Williams. Zapraszamy do naszej galerii!

  1. Kultura

"Arab Blues" ze zjawiskową Golshifteh Farahani w roli głównej niebawem w kinach

Golshifteh Farahani w filmie „Arab Blues
Golshifteh Farahani w filmie „Arab Blues" (fot. materiały prasowe)
Była pierwszą irańską aktorką po 1979 roku, która zagrała w hollywoodzkim filmie. W pierwszym filmie wystąpiła już jako 14-latka („Grusza”, reż. Dariush Mehrjui), co wywindowało ją do statusu supergwiazdy irańskiego kina. Do 2009 roku zagrała w 20 irańskich produkcjach. Marjane Satrapi, która reżyserowała Farahani w „Kurczaku ze śliwkami” wspominała w wywiadzie dla The Guardian – Ona nie tylko była kwintesencją Iranu, ale przede wszystkim matką całego narodu.

Była pierwszą irańską aktorką po 1979 roku, która zagrała w hollywoodzkim filmie. W pierwszym filmie - "Grusza" wystąpiła już jako 14-latka, co wywindowało ją do statusu supergwiazdy irańskiego kina. Do 2009 roku zagrała w 20 irańskich produkcjach. Marjane Satrapi, która reżyserowała Farahani w „Kurczaku ze śliwkami” wspominała w wywiadzie dla The Guardian – "Ona nie tylko była kwintesencją Iranu, ale przede wszystkim matką całego narodu".

Już 14 sierpnia do kin trafi „Arab Blues" w reżyserii Manele Labidi. Film został wyróżniony na 76. Festiwalu w Wenecji Nagrodą Publiczności w sekcji Giornate degli Autori (tej samej, w której nagrodzono również polskie „Boże Ciało"). W główną rolę młodej psychoanalityczki wcieliła się jedna z najbardziej znanych irańskich aktorek, Golshifteh Farahani.

W 2008 roku wystąpiła u boku Leonardo DiCaprio i Russela Crowe w filmie Ridleya Scotta pt. „W sieci kłamstw”.  W zwiastunie tej produkcji znalazła się scena, w której aktorka wystąpiła bez nakrycia głowy. Również na premierze „W sieci kłamstw” Farahani pokazała się z odkrytymi włosami, do tego w sukience bez rękawów. Sytuacja wywołała ogromny skandal w Iranie, a rząd oskarżył aktorkę o współpracę z CIA. Przez siedem miesięcy prowadzono śledztwo w sprawie o naruszenie bezpieczeństwa narodowego, za które mogła grozić nawet kara śmierci. W tym czasie Farahani wystąpiła w swoim ostatnim, jak na razie, irańskim filmie pt. „Co wiesz o Elly?” Asghara Farhadiego. Film zdobył Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię na 59. MFF w Berlinie, a po jego premierze śledztwo umorzono i pozwolono aktorce wyjechać z Iranu.

W 2012 roku po występie w filmie promującym francuskie Cezary, gdzie Farahani odsłoniła pierś, aktorka dostała oficjalny zakaz wstępu do rodzinnego kraju. "Wygnanie z Iranu jest jak śmierć. Nie zrozumiesz tego dopóki Ci się to nie przydarzy - cały świat chce Cię widzieć jako ofiarę" - pisała Farahani w oficjalnym oświadczeniu. "Bunt przeciwko niesprawiedliwości i przemocy wobec kobiet mam we krwi. Kiedy byłam nastolatką goliłam głowę na łyso, aby móc chodzić po ulicy bez hidżabu. Nie chciałam zmuszać się do czegoś, co jest mi z góry narzucane" - mówi aktorka.

Po wygnaniu z Iranu Golshifteh przeprowadziła się do Paryża, gdzie jej kariera aktorska nabrała rozpędu. Wybierała zarówno produkcje artystyczne, jak i hollywoodzkie blockbustery (m.in. „Exodus: Bogowie i Królowie”, „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara”, czy ostatnio „Tyler Rake. Ocalenie”). W 2016 roku zwróciła uwagę Jima Jarmuscha, który powierzył jej rolę Laury w filmie „Paterson”. Farahani zachwyciła widzów i światową krytykę kreacją troskliwej, pełnej pomysłów żony głównego bohatera (w którego wcielił się Adam Driver).

Najnowszy film z jej udziałem - "Arab Blues" przypomina, że powroty w rodzinne strony nie zawsze bywają łatwe. Tak jest w przypadku wychowanej we Francji Selmy, która postanawia wrócić do Tunezji, aby otworzyć gabinet psychoanalityczny. Na miejscu okazuje się jednak, że nie tylko nikt tam na nią nie czeka, ale jej zawód i styl życia nawet najbliższym krewnym wydają się cokolwiek podejrzane. Kulturowe różnice generują serię pomyłek i nieporozumień, które debiutująca reżyserka Manele Labidi ze swadą rozbraja humorem. W kinach od 14 sierpnia.