1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maria Seweryn - Niemożliwe jest możliwe

Maria Seweryn - Niemożliwe jest możliwe

Debiutowała w filmie „Dyrygent”, gdy miała cztery lata – u boku Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna, swoich rodziców. 14 lat później w „Kolejności uczuć” uwodziła Daniela Olbrychskiego, swojego wujka. Wciąż uważacie, że dzieciom ze sławnych rodzin jest łatwiej? O pierwszych ważnych ideałach, niegrzecznym myśleniu i bezkompromisowych wyborach opowiada Maria Seweryn.

- Od samego początku brałaś udział w kontrowersyjnych projektach. Niektóre – jak spektakl „Shopping and Fucking" – były wyraźną deklaracją niezależności. Z drugiej strony nigdy nie unikałaś rozmowy o słynnych rodzicach, sporo z nimi grałaś, począwszy od roli w filmie „Dyrygent” w 1979 r., co w sumie dokonało się bez twojej zgody, miałaś wtedy cztery lata…

- Bez mojej zgody? Bez mojej wiedzy, można powiedzieć…

- Potem już świadomie godziłaś się na rodzinną współpracę. Tak jakbyś chciała udowodnić, że porównania są nieuniknione, ale ty się ich nie boisz.

- No przecież nawet jeśli zmieniłabym nazwisko z jakichś powodów i zaczęłabym pracować, wyszłoby to na jaw. Polska to małe środowisko i rynek artystyczny, bez sensu byłoby to ukrywać. To znaczyłoby, że się tego wstydzę albo chcę to wykorzystać.

- Niektórzy mówią, że taka sytuacja nie ma żadnego wpływu na życie, na postrzeganie przez środowisko. Inni wręcz przeciwnie – twierdzą, że posiadanie sławnych rodziców przeszkadza. To jak to jest?

- Z jednej strony jest łatwiej, bo kiedy dzieci znanych osób wychodzą np. ze szkoły teatralnej, nie są anonimowe, nie giną w gronie 200 osób. Nie wiem, czy oczekiwania są wyższe, ale na pewno nastawienie jest inne. Często nie wzbudzamy sympatii, raczej niechęć. Wszystkim się wydaje, że mamy łatwiej. Ale angażowanie kogoś tylko dlatego, że jest czyjąś córką to jakaś bzdura, oczywiście jeśli mamy na myśli poważną pracę – to i tak w końcu trzeba udowodnić, że ma się talent, warsztat, odpowiednie podejście. Jeśli ktoś ma nazwisko, a nie sprawdzi się w tym zawodzie, to nie ma na co liczyć. Myślę, że prawdziwą zaletą posiadania takich rodziców jest możliwość wychowywania się przy świetnych ludziach, możliwość spotkania ludzi czasem wybitnych, obcowania z autorytetami, ciekawymi osobowościami, a to nas kształtuje.

- Presja jest duża?

- Jest spora. Jeśli ktoś ma kłopoty z poczuciem własnej wartości, ulegnie wiecznym porównaniom, może sobie z tym po prostu nie poradzić.

- W 1993 r. wystąpiłaś w filmie „Kolejność uczuć”. Jak od tego czasu zmieniało się twoje podejście do zawodu?

- Na szczęście cały czas mam poczucie rozwoju. Lubię ten zawód i wciąż się go uczę. Cieszę się, że go wybrałam. Oczywiście trochę inaczej teraz o nim myślę. W szkole teatralnej wierzyliśmy, że zmienimy świat. To było idealistyczne, bezkompromisowe, niegrzeczne myślenie. Należałam do tej grupy, która chciała zmieniać światopogląd Polaków na wiele spraw i wierzyła, że jest to możliwe. Z tym że ja wciąż w to wierzę, ale to ma dziś inny wymiar, inną skalę. Wciąż wierzę, że teatr jest wyjątkowym miejscem, gdzie żywy człowiek opowiada coś drugiemu żywemu człowiekowi. Wiem, jak to brzmi, ale uważam, że opowiadane przez nas historie albo komuś pomogą, albo dadzą do myślenia, albo rozluźnią, albo rozbawią. To ma sens.

- A jak dzisiaj myślisz o sobie? Gdybyś miała zdefiniować siebie, to w której roli lepiej się czujesz – aktorki czy szefowej teatru?  

- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo wciąż muszę sobie z tym radzić, muszę to definiować na bieżąco. Och-teatr ma niecałe dwa lata, Fundacja Krystyny Jandy – niecałe siedem i dzisiaj przede wszystkim czuję na sobie większą odpowiedzialność. Moje wybory zawodowe i życiowe nie mają już tylko konsekwencji w moim życiu i w życiu moich dzieci, ale w tej chwili wybory artystyczne mojej mamy i moje przekładają się na życie innych osób pracujących z nami. To inna skala odpowiedzialności.

- A łatwo weszłaś w teatralną przestrzeń? Ale nie aktorsko, tylko właśnie żeby szefować.

- Mam szczęście. Nie pchałam się do tego, moja mama i Edward Kłosiński zaproponowali mi współpracę przy Teatrze Polonia. Weszłam tam jako partner, ale oni też świetnie rozumieli moją sytuację – wiedzieli, że decyduję się na kierunek zawodowy całkowicie z nimi związany. Byłam świadoma tego, że wskakuję na jeden wózek z nimi, na śmierć i życie. I tak było. Przez pięć lat istnienia Polonii teatr mnie pochłonął. Interesowała mnie nie tylko scena. Poznałam teatr od drugiej strony – od strony technicznej, biura, sprzedaży biletów, bo i to robiłam. Pomagałam kasjerom, odbierałam telefony, uczyłam się w ten sposób widzów – jak oni myślą, co ich interesuje, kto wchodzi i jaki spektakl zaproponować. To doświadczenie jest niezwykłe, ono procentuje dzisiaj tutaj, w Och-teatrze. Gdy zdecydowaliśmy się na następną scenę, mama zaproponowała mi opiekę nad nią. Po moim zaangażowaniu w Polonii i tam zdobytym doświadczeniu stało się to naturalnie. Od dnia podpisania dzierżawy kina Ochota właściwie już stamtąd nie wyszłam. Znam tu każdy centymetr.

- A masz poczucie, że przywróciłaś to miejsce do życia, że odżyło na kulturalnej mapie Warszawy? Tu było kino, ale już wtedy był problem z widownią, z pomysłem na przestrzeń. Dziś jest inaczej.

- Tak, ale to miejsce bardzo inspirujące. Już podczas remontu snuliśmy plany o szerokiej działalności Och-teatru, bo daje taką możliwość. Nie da się tego zrobić w miesiąc. Dużo jednak już osiągnęliśmy. Och jest nie tylko teatrem, ale także sceną muzyczną, koncertową. Artyści chcą tu grać i chętnie tu wracają. Mam też świadomość, że gdyby nie my, ten budynek nie przetrwałby. Dach przeciekał, pękały kaloryfery. Tak, przywróciliśmy to miejsce do życia.

- Czuję, że żyjesz tym miejscem. Masz czas na coś jeszcze?

- Prawda jest taka, że kiedy weszłam tu we wrześniu 2009 r., to przez pół roku remontu naprawdę stąd nie wychodziłam. Moje życie osobiste i towarzyskie legło

w gruzach, konsekwencje ciążą na mnie do tej pory. Minęło półtora roku od otwarcia. Ekipa pracująca tutaj już poczuła to miejsce, już się tu wszyscy odnaleźliśmy. Myślę, że to wyjątkowe miejsce, warto było. Och-teatr tworzy grupa, która przeszła z Teatru Polonia, wychowana, wykształcona teatralnie przez moją mamę, przez Fundację Krystyny Jandy. To jest ciągłość. Pracujemy ciężko, ale dzięki temu mam poczucie, że zaczynamy łapać grunt. Wiele jeszcze niespodzianek przed nami, ale wierzę, że przyjdzie moment, w którym będziemy mogli odetchnąć.

- Pytam o czas poza teatrem nie bez powodu. Nie ma cię w kinie. Ostatnio była drugoplanowa rola w „Boisku bezdomnych” w reżyserii Kasi Adamik, był epizod w „Zwerbowanej miłości” Tadeusza Króla, ale rzadko gościsz na ekranie…

- Po pierwsze, niewiele jest interesujących ról. Ciekawe środowisko teatralne jest niewielkie, podobnie środowisko filmowe. Pogodziłam się z tym, że film do końca nie przyjął mnie w swoje ramiona. A teatr tak.

- Nie brakuje ci kina?

- Bardzo. To wszystko, czego nauczyłam się w teatrze, czego dowiedziałam się o sobie, o roli, o konstruowaniu postaci, tym bardziej byłoby ciekawe, gdyby zostało wykorzystane w filmie.

- A zdarza ci się odrzucać propozycje?

- Tak.

- Z czego to wynika?

- Właściwie z braku czasu. Dla mnie jest też istotne, z kim pracuję. W dobrej, rozumiejącej się grupie nawet coś niedookreślonego można świetnie sformułować.

- Rola też jest chyba ważna? Dla roli w „Hamlecie” zrezygnowałaś z etatu w Teatrze Powszechnym.

- W pewnym sensie tak. Nagle zrozumiałam, że nie mam w sobie zgody na to, by ktoś za mnie decydował, w czym będę brała udział, a w czym nie. Taka jest specyfika teatrów, kiedy jesteś na etacie, dyrektor może się nie zgodzić na gościnne spektakle w innym teatrze. A mnie się to w głowie nie mieściło. Przecież to moje życie, moje wybory.

- Przeczytałam gdzieś, że wolisz żałować tego, co zrobiłaś, niż żyć wątpliwościami, co by było, gdyby…

- Oczywiście. Dzięki temu poznałam różne konwencje teatralne, pracowałam w różnych miejscach. To dzisiaj procentuje przy pracy w Och-teatrze. To mi dało wiarę w to, że rzeczy pozornie niemożliwe są możliwe.

- Pamiętam, jak mówiono, że niemożliwe jest wystawienie spektaklu „Lament na placu Konstytucji” – poza teatrem. Jak to jest grać na ulicy?

- To niezwykłe doświadczenie. Wszystko ci przeszkadza. Jest jasno, nie ma świateł, kulis, wszystko widzisz, pada deszcz, przejeżdżają tramwaje, autobusy, trąbią, widać twarze – widzę, czy ludzie są zainteresowani, czy ziewają. Masz tylko głos, ciało i historię do opowiedzenia. I to jest genialne. Tu nie ma miejsca na fałsz. Poza tym na spektakle na placu Konstytucji wstęp jest wolny. To spotkanie z publicznością bardzo różną, od doświadczonej teatralnie po taką, która w teatrze nigdy nie była. I okazuje się, że różnica jest niewielka, bo albo ich zainteresujesz, albo nie.

- To, kim się otaczasz, jest dla ciebie ważne?

- Tak, chociaż nie jest to regułą. Kiedyś uważałam, że nie mogę pracować z osobą, przy której źle się czuję, lub z kimś, kto mnie na przykład nie lubi, bo może dojść do konfliktu. A potem zrozumiałam, że jest to kompletnie nieistotne. Czasem chciałabym z kimś pracować, tym bardziej że wydaje mi się inny, niezrozumiały. Ale jednego jestem pewna: dobry spektakl może powstać tylko w dobrej atmosferze.

Wywiad ukazał się w magazynie “C&C” (nr 3/2011)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze