1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Edvard Munch - Niemy krzyk

Edvard Munch - Niemy krzyk

W jego obrazach jest strach, rozpacz, melancholia. Edvard Munch to jeden z najpopularniejszych, ale i najbardziej ponurych twórców. Teraz można go odkryć na nowo. W galeriach, które na co dzień zajmują się sztuką XXI wieku.

W historii sztuki jest kilka obrazów wrytych w świadomość wszystkich – również tych, którzy nigdy ich na żywo nie widzieli. „Mona Liza” Leonarda da Vinci – uniwersalne przedstawienie tajemnicy, „Śniadanie na trawie” Maneta, które reprezentuje zmysłowość, czy „Słoneczniki” van Gogha funkcjonujące jako symbol pasji twórczej. „Krzyk” Muncha? Jedno z 10 najczęściej reprodukowanych dzieł w historii malarstwa służy za uniwersalną ikonę strachu i wewnętrznego niepokoju.

Pierwsza wersja obrazu powstała w 1893 roku (Munch nienawidził rozstawać się ze swoimi pracami, wracał do nich, kopiował, powielał w formie grafik). Był to początek zawrotnej kariery dzieła, które współcześnie zdobi koszulki, kubki, sypialnie nastolatków. Jest przedmiotem nieustannych pop-kulturowych manipulacji. Twarz wrzeszczącej postaci z obrazu Muncha posłużyła za wzór maski mordercy z pastiszowego horroru Wesa Cravena pod tytułem, nomen omen, „Krzyk”. Jacek Kaczmarski napisał o tym dziele piosenkę. Producent cukierków M&M’s wykorzystał obraz w reklamie. Pikanterii tej kampanii marketingowej dodawał fakt, że w 2006 roku, w którym była prowadzona, nikt nie wiedział, gdzie znajduje się oryginalny „Krzyk” z Muzeum Muncha w Oslo, skradziony w roku 2004. Inny udany skok na inną wersję obrazu miał miejsce dokładnie dekadę wcześniej. W obydwu wypadkach udało się odzyskać dzieło z rąk rabusiów. W 2006 roku, kiedy policja nadal szukała cennego obrazu, miasto Oslo wyznaczyło za jego odnalezienie nagrodę w wysokości 300 tysięcy dolarów. Swoje dołożył także producent M&M’s, obiecując szczęśliwemu znalazcy arcydzieła... dwa miliony czekoladowych kulek.

Kładąc na jednej szali dwa miliony orzeszków w czekoladzie i arcydzieło malarstwa, dochodzimy do punktu, w którym poważna rozmowa o sztuce wydaje się już niemożliwa. A jednak Munch, mimo że został dawno pożarty przez kulturę masową, wydaje się odporny na banalizację. Po raz kolejny przekonujemy się o tym w paryskim Centrum Pompidou, na wielkiej wystawie artysty, na której to, co było wstrząsające 120 lat temu, pozostaje tak samo wstrząsające dziś.

Dlaczego Munch?

Paryska wystawa oprócz wstrząsu prowokuje pytanie: dlaczego właśnie Munch? To samo, jakie zadawała sobie publiczność, która pod koniec XIX wieku po raz pierwszy konfrontowała się z pracami Norwega. Malarz wchodził w świat sztuki jako przybysz z peryferyjnego kraju. Na swój sposób świetnie wpisywał się w stereotyp artysty ze Skandynawii – posępnego, zafascynowanego mrocznymi zakątkami świadomości. W tym konkretnym przypadku stereotypowe obsesje kiełkowały jednak na glebie autentycznie dramatycznej biografii. Munch urodził się w 1863 roku, na norweskiej farmie, ale dorastał w stolicy. Kiedy miał pięć lat, umarła na gruźlicę jego matka. Dziewięć lat później Edvard był świadkiem śmierci siostry Johanne Sophie, którą również zabiły suchoty. Ojciec artysty, wojskowy lekarz, był religijnym fundamentalistą. Dom Munchów przypominał dwór pastora – religijnego maniaka, który zastraszał dzieci w słynnym Bergmanowskim filmie „Fanny i Alexander”. Wątły i nadwrażliwy Edvard żył w strachu przed grzechem i potępieniem, a także przed duchem matki; ojciec wmówił dzieciom, że nieboszczka cały czas obserwuje je z zaświatów i gniewa się, kiedy są niegrzeczne.

Munch został artystą oczywiście wbrew ojcu. Ze świata ortodoksyjnego protestanckiego pietyzmu wszedł w świat artystycznej cyganerii. Tu odreagował dzieciństwo spędzone w purytańskim gorsecie: zajął się malowaniem, ale również grzeszeniem, pijaństwem, wolną miłością. Jego przewodnikiem duchowym w Oslo (wtedy jeszcze noszącym nadaną przez Duńczyków nazwę Christiania) nie przypadkowo został wyklęty pisarz i nihilista Hans Jæger, który głosił, że niszczenie jest najwyższą formą twórczości, zaś ostateczna wolność jednostki spełnia się w samobójstwie.

Poemat o miłości, życiu i śmierci

Zepsucie cyganerii w prowincjonalnym Oslo było niczym wobec zwyczajów panujących w europejskich metropoliach, które Munch poznał na przełomie lat 80. i 90. W 1889 znalazł się w Paryżu; trzy lata później zrobił wystawę w Berlinie; był to moment przełomowy pod wieloma względami. W tym samym czasie umarł opresyjny ojciec Muncha. Na wieść o tym Edvard był bliski samobójstwa.

Przed wystawą w Berlinie wypróbował większość nowych wynalazków artystycznych końca XIX wieku: impresjonizm, naturalizm, pointylizm. W 1892 roku w Niemczech zaprezentował jednak coś zupełnie innego i bardzo swojego – brutalne i jednocześnie nadwrażliwe malarstwo, robione przeciw realizmowi i podporządkowane wyrażeniu emocji – najczęściej negatywnych. Negatywne były też reakcje na jego sztukę. Wystawa w Berlinie wywołała skandal; zamknięto ją już po tygodniu. Artysta zyskał złą, ale jednak sławę. Zarabiał później, sprzedając bilety wstępu tym, którzy chcieli zobaczyć zakazane obrazy w jego pracowni.

Złe recenzje zbierał już wcześniej; od czasu „Chorego dziecka”, nad którym pracę rozpoczął jeszcze w Norwegii w 1886 roku. Obraz, który przedstawiał umierającą siostrę malarza, dał początek prywatnej mitologii Muncha. Artysta rozwinął ją w latach 90. w swoim opus magnum, cyklu „Fryz życia”, który nazywał „poematem o miłości, życiu i śmierci”. Poruszał w nim swoje kluczowe tematy: fascynację seksualnością spełniającą się w wizerunku kobiety fatalnej, zazdrość, poczucie winy, strach przed śmiercią, niepokój i melancholię. W tym cyklu znalazły się także wszystkie najbardziej ikoniczne obrazy Muncha: rozpustna i zarazem trupia „Madonna”, „Pocałunek”, w którym kochankowie zdają się pożerać nawzajem, zjadliwa „Zazdrość”. W centrum tej panoramy melancholii rozbrzmiewał niemy wrzask z obrazu „Krzyk”. Cykl „Fryz życia” to bodaj najbardziej poruszający raport z dramatu egzystencji w dziejach sztuki europejskiej. I aż za dobra odpowiedź na pytanie: dlaczego Munch?

Oko nowoczesne

Najnowsza wystawa, która z Paryża pojedzie do Frankfurtu, a potem do londyńskiego Tate, rodzi też inne pytanie. Co Edvard Munch robi w instytucjach takich jak Pompidou czy Tate? Skąd w świątyniach sztuki najnowszej wziął się malarz, który pół życia przepędził w wieku XIX? Munch żył długo, umarł w 1944 roku, ale ostatnie dekady artysty nie przyniosły w jego twórczości żadnej rewolucji. W 1908 roku dręczony depresją i alkoholizmem poddał się leczeniu w kopenhaskiej klinice psychiatrycznej. Kiedy ją opuścił, zmienił tryb życia; po latach podróży wrócił do Norwegii, zamieszkał na wsi. Na tyle, na ile mógł, pogodził się z sobą. Ten rozejm zawarty z własną egzystencją zbiegł się w czasie z powszechnym uznaniem. W latach 90. XIX wieku Munch szokował szeroką publiczność brutalizmem i ekspresją swoich prac, ale już wtedy spotykał kolekcjonerów, dla których wartość jego dzieł była oczywista i którzy gotowi byli go wspierać. Z czasem widzom oswojonym z ekstremalną formą łatwiej było docenić radykalizm treści. Ostatnie dekady życia Muncha były na swój sposób szczęśliwsze i pomyślniejsze od jego burzliwej młodości, ale w sensie artystycznym najważniejsze zdania malarz wypowiedział przed początkiem XX stulecia. Pytanie o współczesność Muncha jest więc jak najbardziej zasadne.

Jednej z możliwych odpowiedzi dostarcza nieśmiertelny inżynier Mamoń z „Rejsu”, który powiada, że ludzie najbardziej lubią te piosenki, które już znają. Oczywiście, Edvard Munch, którego wszyscy znają, jest taką piosenką – skazaną na sukces wystawą samograjem. W tej odpowiedzi jest dużo prawdy, ale istnieje też inna, ciekawsza, którą przynosi tytuł wystawy: „The Modern Eye”, czyli „Oko nowoczesne”. W Centrum Pompidou oglądamy bowiem takiego artystę, jakiego znamy – a więc osaczonego przez obsesje egzystencjalistę. Jest tu jednak i mniej znany Munch, należący jakby do innej epoki. To artysta zafascynowany fotografią, kinem i prasową ilustracją, nowymi mediami, które w XX wieku zaczynały budować nowoczesną opowieść o świecie. Artysta świadomie konstruujący swój wizerunek, uczestniczący w spektaklu sztuki, w sensie metaforycznym i tym dosłownym, kiedy projektował scenografie dla awangardowego teatru Maksa Reinhardta. To malarz wyposażony w aparat fotograficzny i w amatorską kamerę, którą nabył w 1927 roku. W Pompidou oglądamy nieliczne zachowane fragmenty jego filmów. Na jednym z nich artysta staje przed obiektywem, pochyla się i zagląda w oko kamery, jak gdyby próbował dojrzeć, co jest po drugiej stronie. Munch specjalizował się w patrzeniu w głąb duszy, ale nowoczesnym okiem.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze