1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Dobro jest tajemnicą

Dobro jest tajemnicą

Zwierciadło
Zwierciadło
Agnieszka Holland rzuca naczyniami o ściany, musztruje francuską sędzię i przyznaje się do irytacji, gdy ma obawy, że coś jej nie wyjdzie na planie. Jest szczera wobec siebie. Mówi także o łzach: aktorów i swoich własnych.

Na planie zdarzyło ci się kiedyś pokazać ekipie swoją słabość?

Nie duszę w sobie emocji, raczej wybucham. Na ogół trochę tym manipuluję, używam wybuchów gniewu, jeżeli czuję, że są potrzebne do zdyscyplinowania producentów czy ekipy. Tak kompletnie nie mogę się rozkleić.

Wracasz do hotelu i co się dzieje?

Jestem osobą zadaniową. Jeżeli jest problem, szukam rozwiązania. Nie mogę się poddać, jestem za bardzo odpowiedzialna. Poza tym mam wokół bliskich ludzi. Aktorów trzeba oszczędzać, grają emocjami i ciałem, nie można na nich zwalać ciężarów, wobec aktorów jestem macierzyńska.

Zdarza ci się wchodzić w konflikt z aktorem?

Zdarzyło mi się to dwa, może trzy razy. Przy filmie „Strzał w serce” miałam aktora, który zachowywał się psychopatycznie, był na pograniczu normy. Młody, fajny aktor, ale człowiek nie do zniesienia. Był scjentologiem i to w drugim pokoleniu, cały czas manipulowanym przez sektę. Film był o wyroku śmierci za zabójstwo dwóch mormonów. Ten aktor miał z tym problem, zachowywał się okropnie. Po kilku dniach ciężkich zdjęć uspokoił się. Już myślałam, że będzie dobrze. Ale po dziesięciu dniach znów odjechał. Ekipa go nie cierpiała. Kręciliśmy scenę w barze, chwyciłam szklankę, żeby cisnąć w jego głowę, ale tak, żeby trochę przeleciała koło niej. Udało się. Było to dla wszystkich niespodziewane. Przestraszył się.

Naprawdę rzuciłaś?

Wiele razy przełamywałam dobrocią jego psychopatyczne zachowania, teraz postanowiłam działać. Rozpłakał się. Ekipa była zachwycona, zaczęła klaskać. Wtedy zrobiło mi się go żal, zobaczyłam samotne, skrzywdzone dziecko. Podeszłam do niego, przeprosiłam, nie chciał rozmawiać. Zadzwonił do swojego agenta. Zdecydował jednak, że nie odejdzie z filmu, tylko nie będzie ze mną rozmawiał. Następnego dnia, kiedy wydawałam mu reżyserskie wskazówki, udawał, że nie słyszy, asystent powtarzał, co mówię. Pod koniec dnia pękł, powiedział, że mnie kocha, ja powiedziałam, że go kocham, doszło do bardzo emocjonalnego pogodzenia, katharsis. Potem było w porządku. Oczywiście, sprawa zatoczyła szersze kręgi – ekstrawaganckie, groźne zachowanie reżysera stało się sławne.

Często musiałaś tak reagować?

W całej karierze może z pięć razy rzucałam przedmiotami. Pierwszy raz na planie „Aktorów prowincjonalnych”, czyli właściwie mojego debiutu fabularnego. Polskie ekipy są niezdyscyplinowane, ględzą bez przerwy. Kręciliśmy w malutkim mieszkaniu. Aktorzy nie mogli się skupić, ja też. To było nie do wytrzymania. Krzyczałam: „Cisza! Cisza!”. Nic nie pomagało. Mieliśmy w dekoracji zastawę, złapałam talerze i zaczęłam rzucać o ścianę. To zrobiło wrażenie, popatrzyłam na Jacka Petryckiego, operatora, był blady jak ściana. Mrugnęłam, że to kontrolowane. Nie zapomniał nigdy tego mojego cynizmu.

Często zdarzało ci się odkrywać w sobie coś tak zaskakującego?

Odkryłam inny nieprzyjemny mechanizm. Rano, kiedy nie bardzo mam pomysł na scenę i czuję lęk, że nie uda mi się jej zrobić, zaczynam być zirytowana. Szukam winy w innych. Mam potrzebę perfekcjonizmu, chcę być zawsze w porządku. Szukam okazji do wyładowania swojej złości spowodowanej lękiem. Mam świadomość tego i staram się z sobą walczyć. Zobaczyłam coś podobnego, ale już w ogromnym natężeniu, u Maggie Smith. Rano, kiedy przychodzi na plan, robi awantury wszystkim i o wszystko, niektórych doprowadza do płaczu. Mimo lat doświadczenia i sukcesów jest w niej prawdziwy lęk, że nie będzie w stanie perfekcyjnie zagrać. I dopiero kiedy po pierwszym dublu okazuje się, że jest dobrze, rozluźnia się i można z nią normalnie rozmawiać. Aktorom trzeba wybaczyć znacznie więcej niż innym ludziom w ekipie, włącznie z reżyserem. Reżyser jest odpowiedzialny za to, żeby ludzie byli szczęśliwi, że robią to, co robią, i żeby wyzwalać w nich to, co najlepsze, a nie doprowadzać ich do płaczu.

Maggie Smith próbowała ten mechanizm wykorzystać również na tobie?

Kiedy pracowałam z nią pierwszy raz, przy „Tajemniczym ogrodzie”, żeby mnie wypróbować, domagała się podania jej motywacji do każdego najprostszego zadania. Była taka scena, w której dziewczynka wraca nad ranem z pokoju chłopczyka, są wielkie schody, widzimy ją na drugim piętrze, a na pierwszym widzimy Maggie Smith w czerwonym szlafroku. Wkurzyła się, bo musiała gonić po tych schodach w kolejnych dublach, więc powiedziała, że tego nie zrobi, bo nie rozumie, dlaczego tam jest. Szczerze mówiąc, nie było wyjaśnienia, po prostu to dobrze wyglądało w obrazku i było dobre dla tajemnicy. A ponieważ jest inteligentną osobą, postanowiłam zdobyć ją żartem. Opowiedziałam jej bardzo dokładnie o kłopotach trawiennych pani Medlock, którą grała, mówiłam, że z ich powodu w nocy bierze ziółka. Po dziesięciu minutach precyzyjnego opowiadania wybuchnęła śmiechem. Powiedziała, że poczuła do mnie sympatię i więcej nie będzie robić numerów.

Rozumiem, że na planie musisz być generałem i dyplomatą równocześnie. Ale czy generał czasem płacze? Na przykład robiąc taki film jak „W ciemności”?

Raczej z powodu sporów z producentami, którzy nie dają wsparcia. Po niektórych takich rozmowach z niemieckimi partnerami byłam bliska zawału. A temat filmu? Tak bolesny jak ten musi kosztować. A ja muszę umieć pracować „na zimno”, bez łez. Kiedy kręcę taki film czy dokumentuję te wszystkie potworne historie lwowskiego getta, obozu na Janowskiej albo w Bełżcu, to myślę zawodowo, jak i co można pokazać. Praca nie jest od wzruszeń.

A widząc efekt? Nie wierzę, żebyś „W ciemności” oglądała na zimno.

Na festiwalu w Toronto przedstawiłam ekipę, poprosiłam widzów, żeby zostali do końca napisów, bo chcę im jeszcze kogoś przedstawić. Wtedy wprowadziłam na scenę Krysię Chiger, na widowni był jej syn, były też wnuczki Mundka i Klary, które się odnalazły w Nowym Jorku. Krysia płakała, powiedziała parę słów. Spojrzałam ze sceny na salę, wszyscy szlochali. Spojrzałam na dyrektora festiwalu, płacze. Wtedy coś we mnie pękło i sama się rozpłakałam. Ale to nie było sentymentalne. Wynikało z obecności Krysi Chiger. Film kończy się twarzą dziewczynki, która patrzy w górę, w światło, po 14 miesiącach we lwowskich kanałach. I nagle ta dziewczynka jest naprawdę, jest starszą panią, która przeżyła to, co opowiedziałam filmem. Stoi przed ekranem.

Jak wyglądało twoje życie, kiedy miałaś siedem lat, czyli tyle, ile Krysia Chiger, kiedy z rodzicami i bratem znalazła się w kanale?

Był rok 1956. Miałam chore serce – niedomykalność zastawki. Były też jakieś reumatyczne sprawy. Większość czasu spędzałam w szpitalu albo w łóżku. Do pierwszej klasy chodziłam dwa miesiące, do drugiej – dwa tygodnie. Mama wywiozła mnie w Beskidy, do Wisły-Malinki. Dzieciństwo miałam niełatwe, bo były różne konflikty w domu, ale naładowało mnie mnóstwem silnych emocji i obrazów. Nie mogę porównywać się do Krysi. Opowiadała mi o życiu w getcie, zanim zeszli do kanałów. Rodzice szli na całe dnie do pracy w szopach, a ona i braciszek siedzieli w skrytkach zbudowanych przez ojca. Całe dnie siedzieli w ciszy, w ciemności, bo w tym czasie dzieci już nie miało prawa być w getcie. Ich dzieciństwo to strach, samotność, ciemność, świadomość, że nie można zapłakać ani westchnąć. Więc kiedy weszli do tego kanału, pełnego gówna i szczurów, byli przez cały czas z rodzicami, i Krysia wspomina to jako najszczęśliwszy ich okres w czasie wojny.

Pamiętasz z dzieciństwa rozmowy dorosłych o wojnie?

Wojna była bardzo obecna. Niania, mądra kobieta, choć analfabetka, opowiadała swoją wersję wojny, mama swoją. Ojciec nie opowiadał. Żydowską wojnę poznałam właściwie od mamy, nie od niego. Miałam poczucie, że w każdej chwili może znów wybuchnąć. Nie mogłam spać; kiedy przelatywał samolot albo słyszałam podobny dźwięk, wpadałam w panikę. Pamiętam kolejki przed sklepami, wykupywano mąkę, cukier, olej przy każdym międzynarodowym kryzysie. Wojna nie jawiła mi się, jak dzisiejszym dzieciom wychowanym w Muzeum Powstania Warszawskiego, jako zabawa w małego powstańca. Wiedziałam, że to śmierć, strach, głód i zagłada.

O czym marzyłaś?

Chciałam być chłopcem, bawiłam się w chłopięce zabawy, biegałam po bezludnych wyspach, po preriach, marzyłam o bohaterstwie. Czytałam po dwie, trzy książki dziennie. W czasie choroby czytałam wszystko, socrealistyczną literaturę z klubu taniej książki na placu Trzech Krzyży, książki dla dzieci, klasykę. Wcześnie przeczytałam „Tajemniczy ogród”. Zresztą czytałam tę książkę wiele razy. Pierwszy raz mając gorączkę. Zostały we mnie obrazy z gorączki, taka lekka maligna. Potem, kiedy robiłam film, przypomniałam sobie, że bawiłam się głównie na ruinach, tych ruin, porośniętych krzakami dzikiego bzu, było wtedy bardzo dużo w Warszawie. Dla nas był to plac zabaw. „Tajemniczy ogród” sfilmowałam w ruinach. Mając 11 lat, czytałam już Dostojewskiego, z latarką pod kołdrą.

Marzenia są ważne?

Zawsze bardziej interesowały mnie fakty niż marzenia, raczej życie niż jego projekcja. Mnie się zawsze podobały słowa Korczaka: Nasze marzenia na ogół się spełniają, ale w takiej formie, że ich nie poznajemy.

Co musi być w temacie na film, że staje się twój?

Musi budzić we mnie pytania, na które nie znam odpowiedzi, musi we mnie żyć i mnie drążyć. Musi być niedokończony ideologicznie, bez zamkniętej tezy.

W jaki sposób niedokończony był temat Leopolda Sochy, lwowskiego pracownika kanałów, który przez ponad rok pomagał grupie ukrywających się w nich Żydów?

Nie sposób odpowiedzieć na pytanie, jak to jest znaleźć się w sytuacji, w której krok dzieli od tego, żeby zostać zbrodniarzem albo żeby zostać zbawcą. Jak możliwe jest, że w człowieku rodzi się dobro? Rodzenie się dobra jest bardziej tajemnicze od rodzenia się zła. Całe nasze doświadczenie pokazuje, że zło jest łatwe. Zastanawiałam się, jak niepostrzeżenie pokazać przemianę i badać napięcie dwóch równoległych możliwości, pokazać to bez moralizowania. Jestem niechętna wywiadom, bo zawsze wychodzi z nich sentymentalna, moralistyczna historyjka o zwycięstwie dobra nad złem. Gówno zwycięstwo! Nie ma żadnego zwycięstwa.

Jakby zaczynał się film o tobie?

Nie mam potrzeby konfesjonału. Jestem w pośredni sposób w każdym moim filmie, nawet jeśli fabularnie jest odległy od moich doświadczeń. W filmach nie mówię o swoich uczuciach, opowiadam o zdarzeniach, uczucia pomagają jedynie doprecyzować ich sensy, paradoksy.

Mogłabyś żyć bez filmu?

Coś bym sobie znalazła. Kiedyś myślałam, że mogłabym pisać, ale dzisiaj życie w braku skupienia powoduje, że nie mam wewnętrznej dyscypliny, żeby usiąść i pisać bezinteresownie. Nie wiem, czy umiałabym w sobie to znowu wyrobić.

Co dzieje się w życiu reżysera, kiedy nie robi filmów?

Bardzo dużo pracuję, więc kiedy kończę pracę nad filmem, a potem jego promocją, mam poczucie, jakbym wyszła z więzienia. Nagle znów odurza mnie cała uroda świata – drzewa, ptaki, wiatr na ulicy, mogę wejść do księgarni i pół godziny oglądać książki. Nagle wszystko jest wolnością. Chcę uciec, bo film powoduje zmęczenie ludźmi. Robienie filmu to nieustanna interakcja z ludźmi – najpierw spotkania i rozmowy, żeby zdobyć pieniądze, potem praca na planie, potem montaż, postprodukcja, promocja filmu. Kiedy już jestem „na wolności”, to wpadam w autyzm, uciekam do Bretanii. Nawet nie mam ochoty do nikogo dzwonić. Wolę się pokrzątać po domu, posłuchać muzyki albo pójść nad morze. Chcę snuć się, czyścić kafelki albo czytać książkę.

Czyścisz kafelki?

Jak pies muszę znaczyć miejsce, żeby znów stało się moje.

Jak wygląda poranek w Bretanii?

Czasem budzę się wcześniej, słońce jest jeszcze nisko. Jadę na targ, potem nad morze. To są rutyny, w których dni płyną potwornie szybko.

Jak trafiłaś na swoje miejsce?

Odczuwałam silną potrzebę bycia na wsi. Moja córka Kasia też chciała mieć drzewa i morze blisko. Bretania była najbliżej morza, poza Normandią. Poza tym w Bretanii mieszkało większość autorów komiksów, a Kasia zdała wtedy na wydział komiksu. Paru moich znajomych mieszkało w Bretanii. Jeden z nich pożyczył swój dom i pojechałyśmy poszukać miejsca dla siebie. I kiedy już wydawało się, że się nie uda, i już wracałyśmy do Paryża, zobaczyłyśmy wrzosowiska. Byłam po „Tajemniczym ogrodzie” i po wrzosowiskach Yorkshire, gdzie kręciłam film, szukałam takich pejzaży. Tu było przepięknie – przestrzeń, wrzosy, wiatr od morza, pędzące chmury. Notariusz, bo tam notariusze na ogół sprzedają nieruchomości, pokazał nam dom nie za duży i nie za mały, zniszczony, ale nie ruinę, na skraju wsi, więc odwrócony od ludzi, ale nie na odludziu. Potem zaczęłyśmy remont.

Wiem, że chciałyście z Kasią zrobić film o tym remoncie. Co się wydarzyło?

Miał się nazywać „Bretońska komedia”. Dom remontowała ekipa Polaków pracujących na czarno. Remont trwał za długo, ktoś z miejscowych doniósł. Przyjechali żandarmi i zaaresztowali ekipę, dom zaplombowali. Nie mogłyśmy się dodzwonić, więc nie wiedziałyśmy, co się dzieje. Marysia Stauber, przyjaciółka i architektka organizująca ten remont, pojechała z Kasią samochodem załadowanym gotówką dla tych robotników. Zobaczyły zaplombowany dom. Pojechały na żandarmerię zapytać, co się stało. No i aresztowano je obie. Akurat dokumentowałam „Całkowite zaćmienie” w Belgii. Dużo różnych perypetii się wydarzyło po drodze.

Kasię wypuszczono po 24 godzinach, Marysię – po 48. Zawieziono je do Paryża i tam przesłuchiwano. W końcu było jasne, że się z tego wyłgamy, ale robotnicy wciąż siedzieli w więzieniu i nie sposób ich było wyciągnąć. Młoda lokalna sędzia, która ich wsadziła, zawzięła się. Widocznie wyobrażała sobie, że znalazła mafię. W końcu i mnie przesłuchiwała. Tłumaczyłam jej, czym jest prawo boskie, a czym ludzkie, a ona mi cały czas powtarzała, że prawo pozwala jej trzymać tych ludzi w więzieniu, na co ja mówiłam,  że prawo pozwalało też francuskiej policji posyłać Żydów do obozów.  Doprowadziłam ją do pasji. W końcu zgodziła się na jakąś monstrualną kaucję i po trzech miesiącach robotnicy wyszli z więzienia. Potem odbył się proces. Sędzię wymieniono na kogoś innego i wygrałyśmy tę sprawę. Kaucję zwrócono. Filmu nie zrobiłyśmy. Jak na razie. Próbujemy jeszcze od czasu do czasu.

Ilu filmów nie zrobiłaś? Trudno policzyć. Kilka, nad którymi długo pracowałam, parę według moich lub ze mną rozwijanych scenariuszy i jeszcze propozycje, które nie doszły do skutku... Zbierze się kilkanaście.

Żałujesz? Kilku żałuję. Współczesnej adaptacji „Makbeta” w Afryce z białą lady Makbet. Świetny scenariusz napisała Agata Dominik. Projektu według scenariusza Gruzina Irakliego Kvirikadze o carycy Katarzynie Pierwszej (nie Wielkiej, jej poprzedniczce, żonie Piotra Wielkiego). Niebywale sensualny, zwariowany scenariusz. Filmu dla dzieci dla nowojorskiej produkcji Christine Vachon o imigranckiej biednej rodzinie żydowskiej z początku XX wieku z czterema córeczkami. Zupełnie inny obraz Żydów, imigrantów, Nowego Jorku. Dziecko we mnie bardzo by chciało ten film zobaczyć, a nikt inny nie umiałby go zrobić. Jeszcze z dwóch, trzech... Ale na ogół niespełnione filmy odpływają. Nie istnieją, jak nienarodzone dzieci. Mogą tylko czasem wrócić we śnie.

Czego kino uczy reżysera? Pokory. Kino nie istnieje. To zamknięty w metalowej puszce zapis na taśmie światłoczułej albo – ostatnio coraz częściej – zapis elektroniczny na hard drivie. Kino zaczyna istnieć dopiero, jak ogląda je widz. Reżyser bez widza jest tylko producentem cieni. To widz ubiera je w ciało i nadaje im życie.

 

Agnieszka Holland, reżyserka, scenarzystka. Absolwentka praskiej szkoły filmowej FAMU. Od debiutanckich „Aktorów prowincjonalnych”, za których dostała nagrodę FIPRESCI na festiwalu w Cannes, zrealizowała wiele filmów w Polsce i za granicą, takich jak: „Gorączka”, „Kobieta samotna”, „Zabić księdza”, „Olivier, Olivier”, „Tajemniczy ogród”, „Całkowite zaćmienie”, „Plac Waszyngtona”, „Trzeci cud”, „Strzał w serce”, „Kopia mistrza”, „Janosik. Prawdziwa historia”. Trzykrotnie nominowana do Oscara („Gorzkie żniwa”, „Europa, Europa”, „W ciemności”). Wielokrotnie nagradzana na festiwalach w Polsce i za granicą. Reżyseruje również znane amerykańskie seriale, za odcinek jednego z nich – „Treme” – była nominowana do prestiżowej nagrody Emmy. W Polsce reżyserowała serial „Ekipa” wspólnie z siostrą Magdaleną Łazarkiewicz i córką Kasią Adamik. Polska premiera jej najnowszego filmu „W ciemności” już 2 stycznia. Film został nagrodzony na festiwalu w Valladolid w Hiszpanii (za reżyserię) i Mar del Plata w Argentynie (nagroda publiczności). Przetłumaczyła powieść Milana Kundery „Nieznośna lekkość bytu”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiaj urodziny ma Agnieszka Holland, z tej okazji przypominamy wywiad z archiwalnego numeru "Zwierciadła". W szczerej rozmowie reżyserka wyznaje, czy w pracy bywa tyranem, jakie ma zdanie o psychoterapii i jak ocenia polskie kino.

Dostała pani kiedyś lanie?
Raz mama uderzyła mnie ścierką. Nie pamiętam już nawet za co, ale bardzo się wtedy na nią obraziłam, bo w gruncie rzeczy zostałam przez nią wychowana w poczuciu, że mam rację, a także prawo do afirmacji oraz samorealizacji.

Ojciec wychowawczo się nie udzielał?
On zawsze był mniej obecny, poza tym dość szybko umarł – miałam wtedy 13 lat. W domu nie było przyzwolenia na nielojalność, kłamstwo – tu moja mama była bardzo krytyczna, miałam za to dużo swobody opartej na wzajemnym zaufaniu – tak rodziła się moja wiara w to, że mogę i potrafię.

Czy była pani kiedykolwiek pacjentką psychoterapeuty?
Tak, w pewnym momencie życia, w Paryżu, udałam się do psychoterapeuty. To był, pamiętam, bardzo trudny dla mnie okres, niemal depresyjny, i pomyślałam sobie: „Może taka pomoc mi się przyda?”. Ale od razu muszę powiedzieć, że ta historia po prostu nie bardzo wypaliła.

Jako reżyser przejęła pani rolę terapeuty?
Pewnie trochę tak (śmiech). Była to, owszem, dosyć ciekawa pani psychoterapeutka, ale Francuzka. I szybko wyszło na jaw, że trudno leczyć się u cudzoziemca. Gdy zaczęłam opowiadać jej o mnie i o historycznych okolicznościach, które sprawiły, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, zauważyłam, że ona słucha tych wszystkich egzotycznych nowinek z ogromnym zainteresowaniem. Po dwóch sesjach, chcąc utrzymać jej uwagę, zaczęłam kontynuować to, co potrafię najlepiej, czyli opowiadać jej o ciekawych sekwencjach ze swojego życia, i obserwowałam, jak ona jako zainteresowany widz bierze udział w moim „filmie”.

A po trzeciej sesji?
Pomyślałam sobie: „jak to jest możliwe, żebym to ja płaciła za to, za co normalnie płacą mnie?” (śmiech). Odniosłam wrażenie, że nie jestem w tej relacji szczera, ponieważ zamiast w rolę pacjenta weszłam w rolę dobrego opowiadacza. To był mój ostatni raz. Czy cokolwiek mi to wszystko dało? Być może pomogło mi to w uruchomieniu w sobie pewnego mechanizmu, swego rodzaju gotowości na spotkanie terapeutyczne z drugą osobą. Do psychoterapii nigdy już nie powróciłam, ale myślę, że jest to dziedzina pożyteczna, mogąca pomóc wielu osobom.

Trzeba jednak bardzo rzetelnie sprawdzać, kogo się wybiera?
Oczywiście, bo to jest bardzo delikatna materia, a możliwości kontroli np. ze strony Towarzystwa Terapeutycznego ograniczone. Widziałam, głównie w Stanach, przykłady, kiedy niekompetentny czy też osobowościowo niewłaściwy dla danego człowieka terapeuta albo wręcz wykorzystujący sytuację do nabijania sobie kasy, żeruje mniej lub bardziej świadomie na człowieku. I zamiast pomóc, może zaszkodzić.

W serialu „Bez tajemnic”, którego reżyserii się pani podjęła, terapeuta niesie na swoich plecach potężny życiowy bagaż. Poszłaby pani do takiego?
Pewnie nie (śmiech). Ale... jednocześnie taki terapeuta, w związku z tym, jak ciężki bagaż niesie, sprawia wrażenie, że jest w stanie zrozumieć więcej. W „Bez tajemnic” pokazany jest ważny problem: na ile uprawianie psychoterapii stygmatyzuje czy też stwarza kłopoty psychologiczne i życiowe u samego terapeuty. Widać, że Andrzej – w tej roli świetny Jerzy Radziwiłowicz – średnio radzi sobie ze swoim własnym życiem, w myśl przysłowiowego „szewc bez butów chodzi”. Myślę jednak, że wbrew pozorom może być skuteczny.

A nie ma pani poczucia, że w Polsce bezkrytycznie zachłysnęliśmy się psychoterapią?
Chyba nie, choć nie prowadziłam badań socjologicznych. Wydaje mi się, że Polakom psychoterapia jest bardzo potrzebna, zarówno ta zbiorowa, jak i indywidualna, dlatego, że ani nasza szkoła, ani kultura, ani również Kościół nie są osadzone na introspekcji, a sama spowiedź nie zawsze wystarcza. Mimo tej naszej katolickości widzę zbyt mało rozliczania się człowieka samego ze sobą. Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia, więc nasza empatia, zrozumienie kontekstu, korzeni własnych problemów – jest niedorozwinięta. A dobra psychoterapia właśnie tego potrafi nauczyć, bo poza zadaniem terapeutycznym pełni także funkcję pedagogiczną, poznawczą. O ile się orientuję, a rozmawiałam z paroma polskimi psychoterapeutami, są to ludzie świadomi i kompetentni, na dość wysokim poziomie zawodowym. Nie sądzę więc, żeby po Polsce hulała banda hochsztaplerów. Takich „specjalistów” widzę raczej w dziedzinie znachorstwa bądź opracowywania wizji katastrof lotniczych. Na pewno więcej narcyzów możemy spotkać wśród polityków niż wśród psychoterapeutów. Narcyzm uważam zresztą za jeden z głównych naszych współczesnych psychicznych mankamentów, prawdziwie niebezpieczny.

Na jakim fundamencie buduje pani relacje z ludźmi?
Ja mam specyficzny zawód – nie można go uprawiać bez automatycznego autorytetu, to troszeczkę – tak jak mówił kiedyś Andrzej Wajda – mieszanka dwóch komponentów, kaprala i poety. To znaczy trzeba być człowiekiem twórczym i mieć wizję dzieła, które się tworzy, a jednocześnie siłę, która pozwoli narzucić ludziom swoją wolę i do pewnego stopnia nimi manipulować.

Prosta droga do szaleństwa?
Tak, choć, jak widać, jeszcze się jakoś trzymam (śmiech). Ale to jest tak, że ludzie świadomie poddają się tej manipulacji, ponieważ wiedzą, że praca filmowa, zwłaszcza na linii reżyser–aktor ma swoje reguły, które, dodam, nie są sztywne, bo każdy wypadek jest zawsze trochę inny. Niemniej uczestnicy tej gry akceptują pewną hierarchię, w której ja jestem jak dowódca w jednostce wojskowej i nie ma szans na to, że każdy może przyjść i stwierdzić: „nie no, ja bym to zrobił zupełnie inaczej, bo mi się to w ogóle nie podoba”. Nie ma takiej możliwości, bo wtedy po prostu wszystko by się rozpadło. Jest to zatem stosunek hierarchiczny, ale z zachowaniem silnego działania zbiorowego, w którym każdy może odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym i od każdego mniej lub więcej coś zależy, co widać na ekranie. Chodzi o to, by wydobywać z ludzi najlepsze, co mają do zaoferowania. Jeżeli mają jakieś talenty i właściwości, to trzeba spowodować, żeby wyszły one na jaw, a ludzie na ogół dają z siebie to, co najlepsze, jeżeli mają poczucie sensu i czują się docenieni. W związku z tym obowiązkiem reżysera, producenta czy kierownika produkcji jest stworzenie takiej atmosfery, w której ekipa się otwiera.

Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu 'Obywatel Jones'. (Fot. BeW)
Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu "Obywatel Jones". (Fot. BeW)

A co pani robi z anarchistami?
Anarchista nie może zmieścić się w ekipie filmowej. Nie ma dla niego szans. Musi znaleźć sobie inną pracę.

Często mówi pani ludziom „do widzenia”?
Nie, bo na ogół oni idą do tego zawodu ze świadomością, gdzie i jakie są granice, a ja również o tym nie zapominam. Oczywiście, zdarzają się reżyserzy, którzy wykorzystują swoją władzę, powodując tym samym, że ludzie stają się strasznie nieszczęśliwi.

Wypatraszając ich do rosołu?
Tak. Albo żerują na ludziach, przekraczając granice ich bezpieczeństwa prywatnego, zachowując się chamsko, bardzo arbitralnie i tyrańsko. Co ciekawe, czasami osiągają przy tym świetne rezultaty, co widać wyraźnie np. w teatrze. Ale taka postawa jest dla mnie nie do przyjęcia, wierzę, że ludzkie życie jest cenniejsze niż efekt, który się osiąga.

Gdy przyjmowała pani propozycję reżyserowania „Bez tajemnic”, co panią targnęło? Rozsądek? Szósty zmysł?
Na pewno u mnie jest to zawsze instynktowne, muszę czuć, że mam coś do powiedzenia w sprawie i że będzie to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wtedy jest nadzieja, że zainteresuje także innych. „Bez tajemnic” to jest trochę takie ćwiczenie stylistyczne, eksperyment: bardzo dobrze napisany scenariusz, dużo ludzkich spraw i minimalistyczna forma, w której wyraźnie można skupić się na aktorze i tekście. Jurka Radziwiłowicza, który od początku jest z tym serialem związany, cenię, Maćka Stuhra, który zastąpił teraz Krysię Jandę, znam i bardzo lubię. Doszły dwie kobiety – Agata Kulesza jako życiowa partnerka terapeuty i Karolina Kominek jako histeryczna pacjentka Maćka. Agata ma w sobie taki rodzaj wolności, humoru i światła, a jednocześnie jest tak świetną i inteligentną aktorką, że może zagrać wszystko. Wybierając ją do tej roli, wiedzieliśmy, że swoją ludycznością na pewno rozrusza Jurka. Wyszło to naprawdę fajnie i cieszę się, że się na ten serial zdecydowałam.

A jak dużo propozycji pani odrzuca?
Bardzo często odmawiam amerykańskim producentom ze względu na nieciekawe scenariusze. Jeśli chodzi o serial, to warunkiem są też fajni ludzie, którzy go robią. To mała inwestycja, miesiąc życia, np. w Stanach, za to można popróbować innego stylu. Natomiast jeśli chodzi o film fabularny, to są na ogół już trzy lata życia – wtedy muszę mieć dodatkowo jakąś motywację wewnętrzną, szczególnie w moim wieku, gdy ten czas robi się już taki krótki. To musi być naprawdę coś ważnego.

A czy w polskiej filmografii powstaje jeszcze coś, co jest w stanie panią ubawić?
Myślę, że humor jest najbardziej osobistą rzeczą w człowieku. „Rejs” jest dla mnie śmieszny, w „Misiu” są bardzo zabawne kawałki. Być może PRL bardziej się do tego nadawał? Mam wrażenie, że śmiech w tamtych czasach bardzo nam wszystkim pomagał. A teraz? Bierze mnie raczej purnonsens, humor anglosaski czy tradycyjny żydowski, którego kontynuatorem jest Billy Wilder, potem Woody Allen. Na pewno nie jestem w ogóle wrażliwa na tzw. rechot męski, czyli coś tam o jajach, cycach, pedałach. To mnie w ogóle nie bawi. Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat choć raz uśmiechnęłam się na jakimś polskim kabarecie. O współczesnych polskich komediach już w ogóle nie wspomnę. Są żenujące, choć na pewno robią je czasem zdolni ludzie. Problemem jest chyba fakt, że prawdziwy humor wymaga pracy wielu osób. Mało jest takich pojedynczych geniuszów. Przy amerykańskim Saturday Night Show pracuje ogromny team ludzi. U nas na pewno zdolnym do stworzenia komedii człowiekiem jest Julek Machulski, ale jeśli on sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem? Nigdy nie widziałam całego „Świata według Kiepskich”, ale te strzępki, które podejrzałam w Internecie, mają potencjał, chociażby ze względu na obecność tak świetnych aktorów, jak Rysio Kotys czy Andrzej Grabowski. Wie pani, komedia filmowa to ambitne zadanie, trudno utrzymać poziom przez dłuższy czas.

Podjęłaby się pani takiego zadania?
Podjęłabym się. To nie byłaby komedia „uhahaha”, a pewnie lekki wczesnoallenowski absurd. Miałam nawet ze dwa takie projekty, ale nigdy nie udało mi się ich sfinansować. Nikt nie da mi pieniędzy na komedię. Mam łatkę tragika. I żadna terapia tu nie pomoże (śmiech).

 

  1. Kultura

„Obywatel Jones”: o swojej roli i współpracy z Agnieszką Holland opowiada James Norton

Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za chwilę będzie o nim głośno, i nie tylko z powodu „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland, który zdobył w Gdyni Złote Lwy i w którym James Norton gra pierwszą w karierze główną rolę w filmie pełnometrażowym.

Ty, Anglik, znałeś wcześniej postać Garetha Jonesa, którego zagrałeś u Agnieszki Holland?
Prawdę mówiąc, kiedy scenariusz wylądował na moim biurku, o młodym dziennikarzu nazwiskiem Gareth Jones nie wiedziałem nic. Zresztą niewiele wiedziałem też o Hołodomorze, czyli Wielkim Głodzie na Ukrainie. To były dla mnie ważne odkrycia.

A sama Holland? Dobrze znałeś jej kino?
Dla mnie najważniejsza w tym projekcie była Agnieszka, to nie żadna kurtuazja. Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon, byłem strasznie onieśmielony. Miałem szczęście, tę rolę traktuję jak dar opatrzności. Popełniłem ten błąd, że jej filmy obejrzałem krótko przed naszą rozmową, odkrywając, że wiele z nich to klasyki światowego kina, więc jedyne, co miałem przed oczami, to te niezapomniane obrazy. Nie mogłem wydusić słowa!

Długo trwałeś w tym onieśmieleniu?
Myślałem, że Agnieszka jest surowa jako reżyser i jako człowiek. Szybko okazało się jednak, że jest inaczej. Każdego dnia przychodziła na plan uśmiechnięta, optymistyczna, przytulała nas, krzycząc od progu na cały głos: „Dzień dobry!”. Kiedy byliśmy na Ukrainie, było naprawdę zimno, szkoda było nam tracić energię, więc między ujęciami siedzieliśmy zazwyczaj cicho. Tymczasem kiedy obok zjawiała się Agnieszka, dość często zaczynała po prostu śpiewać polskie piosenki. Cała reszta polskiej ekipy momentalnie podłapywała rytm i po chwili wszyscy głośno śpiewali niezależnie od tego, czy znali słowa, czy nie! [Śmiech]. Agnieszka prowadziła też z nami inspirujące rozmowy o Europie, brexicie, Trumpie, populizmie. Ktoś zawsze wtedy wyciągał butelkę wódki, mnóstwo śledzi i mogliśmy tak siedzieć godzinami.

Nic dziwnego, że rozmawialiście na takie tematy. „Obywatel Jones” to opowieść o wielkiej polityce, kłamstwie i skromnych bohaterach takich jak Jones. Twój bohater jest młodym idealistą, dziennikarzem, który w 1933 roku wyjechał do stalinowskiego ZSRR, po czym udało mu się wyrwać spod nadzoru tajniaka i na własne oczy zobaczył głodującą Ukrainę. Wymarłe wioski, kanibalizm, przemoc. Świat zachodni dowiedział się o Hołodomorze dzięki niemu.
Dużo czasu na planie poświęciliśmy dyskusji, czy są jeszcze jacyś naiwni, którzy uważają, że nie powtórzą się wydarzenia z lat 30. Agnieszka jest w tej kwestii pesymistką. Uważa, że nasze czasy są równie mroczne jak te na chwilę przed wybuchem wojny. Może i hasła się trochę zmieniły, ale nadal żyjemy w świecie totalitarnych reżimów, skorumpowanych rządów, które wykorzystują chaos i zamieszanie do realizacji własnych celów.

Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)

Ten film otworzył ci oczy?
Przez całą awanturę z brexitem, która jest najbliższa mojemu sercu, nie miałem dokładnej wiedzy o tym, co się dzieje na Węgrzech, w Polsce czy na Ukrainie. Po raz pierwszy, właśnie podczas pobytu na Ukrainie, byłem w kraju, w którym toczy się wojna. Chodziłem po ulicach Kijowa i na własne oczy widziałem mężczyzn pozbawionych kończyn. Ukraińscy znajomi tłumaczyli, że to żołnierze, którzy wrócili z frontu. To był dla mnie moment otrzeźwienia. Warto wyjść czasem poza problemy własnego podwórka.

Które miejsca w Polsce zrobiły na tobie największe wrażenie?
Bardzo podobały mi się Katowice. I to mimo tego,  że przestrzegano mnie, że bywają przygnębiające. Mieszkałem w hotelu Monopol, dokładnie naprzeciwko Jazz Baru. Kiedy nie mogłem spać albo potrzebowałem się zrelaksować, schodziłem na dół i wtapiałem się w tłum gości.

Oczywiście, Warszawa zrobiła na mnie też ogromne wrażenie, ale przede wszystkim ze względu na Agnieszkę, popularność i szacunek, jakimi się tam cieszy. Przechadzając się z nią po Warszawie, żartowałem, że powinna kandydować na prezydenta!

Trudno było kręcić na Ukrainie zimą?
Bardzo wcześnie na etapie przygotowań zdałem sobie sprawę, że Gareth to ktoś przebywający w ciągłym ruchu. Jest jak chłopczyk, jak szczeniak, który musi się cały czas ruszać, żeby czuć, że żyje. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie siedzi w miejscu. W tym filmie naprawdę biegałem po szyję w gęstym śniegu. Generalnie staram się regularnie ćwiczyć i dbać o siebie, ale zdjęcia rzeczywiście były momentami ekstremalne. Po dwóch minutach biegu byłem kompletnie wykończony [śmiech].

Opowiesz coś więcej o tych trudnych warunkach?
Poza temperaturami, do których nie jestem przyzwyczajony, nosiliśmy ubrania z epoki, właściwe temu regionowi, a więc płaszcze z relatywnie cienkich skór owczych. Nie mieliśmy rękawic. Agnieszce i całej ekipie zależało, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej wiarygodnie i prawdziwie. Oczywiście, wszyscy zapewniali nam wszelkie możliwe wygody, ale i tak zdarzały się momenty, kiedy było naprawdę zimno.

Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe) Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe)

Sporo cię łączy z prawdziwym Garethem Jonesem. Jesteście w podobnym wieku, obaj wykształceni w Cambridge [Norton skończył tam teologię – przyp. red.]. Czułeś więź z tym bohaterem?
Na pewno dzielę z Garethem potrzebę ruchu i wolności. Moja rodzina i przyjaciele się zgodzą, że trudno mi usiedzieć w miejscu. Niestety, nie jestem nawet w ułamku tak odważny i bezkompromisowy jak on. Nie wiem, czy umiałbym dla prawdy położyć na szali swoje życie, czy byłbym gotów na takie poświęcenie.

Gdybyś miał okazję, o co byś go spytał?
Wiemy sporo o jego podróżach, o tym, kogo spotkał, jakich wydarzeń był świadkiem. Ale bardzo niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. Gdybym mógł mu zadać tylko jedno pytanie, to chyba chciałbym się dowiedzieć, czy był kiedykolwiek zakochany. Obawiam się, że odpowiedź mogłaby być negatywna. We wszystkich książkach i artykułach, które przeczytałem, znalazłem tylko jedną jedyną wzmiankę o potencjalnej miłości, o pewnej wyjątkowej dziewczynie. Nic więcej. Czy jej szukał, czy w ogóle o niej myślał? Dla mnie znalezienie życiowej partnerki jest bardzo ważne. Jestem rodzinnym typem. Moi rodzice i siostra bardzo mnie wspierają, dzięki nim mam poczucie przynależności. Budowanie gniazda traktuję jako priorytet. Kariera też jest ważna, ale myśl o spędzeniu samotnego życia mnie przeraża. Gareth był raczej samotnikiem. Nigdy chyba nie czuł mocnych więzi z nikim szczególnym.

A jak to się stało, że chciałeś w ogóle zostać aktorem?
Pociąg do aktorstwa zaczął się w moim przypadku dość wcześnie, jeszcze w podstawówce. Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy, próbowałem ich zmusić, żeby grali w pisanych przeze mnie sztukach. Miałem prawdziwą obsesję! Oni przychodzili grać w piłkę czy wspinać się po drzewach, a ja za każdym razem miałem dla nich gotowy nowy tekst. Wkrótce przestali przychodzić, a ja zmuszałem moich rodziców, żeby bawili się w widownię [śmiech]! Myślę jednak, że się opłaciło.

Cały czas piszesz? Masz zamiar coś wydać?
Aktor przez większość czasu odsłania się, pokazuje swoje emocje i lęki obcym ludziom. Dla mnie jednak to pisanie jest ostatecznym wystawianiem swojej wrażliwości na surową ocenę innych. W kinie albo w teatrze mam swoją postać, za którą mogę się bezpiecznie schować. Pisząc, nie mam nikogo. Chyba jeszcze nie znalazłem w swoim pisaniu azylu, który pozwoliłby mi z uniesioną wysoko głową zmierzyć się z krytyką.

Niebawem zobaczymy cię w wyczekiwanej adaptacji „Małych kobietek” w reżyserii Grety Gerwig. Obsada naprawdę gwiazdorska – Meryl Streep, Laura Dern, Emma Watson, Timothée Chalamet. I ty.
Cały czas w to nie wierzę. To dla mnie ogromna przygoda.

Czy to znaczy, że z aktora brytyjskiego zmienisz się w aktora hollywoodzkiego ?
Na razie nie myślę o przeprowadzce do Hollywood. Za dużo marzeń, za dużo pokus. W „Małych kobietkach” gram Johna Brooke’a, który spotyka się z jedną z sióstr graną przez Emmę Watson. Na planie tego filmu spędziłem cudowne kilka miesięcy, to było niesamowite doświadczenie być wśród tak mądrych, utalentowanych, wyjątkowych kobiet. Pierwszy raz miałem do czynienia z tak dużym i ważnym projektem, z tak ogromnym budżetem. Ale ostatecznie to przecież tylko praca. Od moich innych projektów różniła się wyłącznie tym, że czasem przysiadałem sobie w kącie i pisałem SMS do mamy, że Meryl Streep jest w tym samym pomieszczeniu co ja albo że ze mną rozmawiała! [Śmiech].

Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe) Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)

Jakie wrażenie na tobie wywarła?
Było podobnie jak z Agnieszką Holland. Myślałem, że Meryl może być wyniosła, nawet trochę groźna. A okazało się, że jest zupełnym przeciwieństwem tego wyobrażenia. Można z nią rozmawiać absolutnie o wszystkim, jest otwarta i ciepła. Wydaje mi się zresztą, że wszyscy, którzy zaszli daleko, mają stabilną sytuację zawodową i są w tej branży wystarczająco długo, doskonale wiedzą, że szczyt zarezerwowany jest tylko dla tych, którzy dają coś od siebie. Dla ludzi, którzy potrafią być dla innych wsparciem i służą radą. Taka jest Meryl, taka jest Agnieszka.

Niedawno miałem też rozmowę przez Skype’a ze Stevenem Spielbergiem, do której przygotowywałem się, jakbym szedł na wojnę. Milion razy sprawdzałem połączenie, praktycznie zabroniłem wszystkim oddychać, przyniosłem sobie soki, wodę. I kiedy nadeszła rozmowa, Steven od razu z uśmiechem zapytał, jak się mam, czy wszystko w porządku, rozmawialiśmy, jakbyśmy się już doskonale znali. Momentalnie skrócił dystans. Jestem przekonany, że to dlatego odniósł taki sukces.

James Norton:
urodzony w 1985 roku angielski aktor, znany z ról w serialach: „McMafia”, „Grantchester” i „Wojna i pokój”, a także w filmach: „Wyścig” Rona Howarda, „Pan Turner” Mike’a Leigh. Niedawno wystąpił także w „Małych kobietkach” w reżyserii Grety Gerwig, których polska premiera planowana jest na początek przyszłego roku. Studiował teologię w Cambridge, odebrał też klasyczne wykształcenie teatralne w RADA– Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej w Londynie. W „Obywatelu Jonesie” Agnieszki Holland gra rolę tytułową.

  1. Zwierciadło poleca

Agnieszka Holland i Kasia Adamik – blisko, ale oddzielnie

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)
Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)
Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne. Na przykład w metrze w Paryżu, w godzinach szczytu, brałam Kasię mocno za rękę i głośno piałam. Chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się swojej inności. Bałam się, że wpadnie w zbytni emigrancki konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, co jest niebezpieczne, szczególnie dla ludzi twórczych – mówi Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki.

Nie byłam matką o wielkiej cierpliwości, która poświęca dziecku dużo uwagi. Raz, że byłam zapracowana, a dwa, że nie mam temperamentu opiekuńczo-macierzyńskiego. Wiedziałam jednak, że dziecko ma różne okresy rozwojowe, że manifestuje swoją tożsamość i niezależność, co może być irytujące i męczące, ale trzeba to przeczekać. Naczytałam się Korczaka, więc ideologicznie miałam opracowane, że dziecko jest człowiekiem, podmiotem. Ale kiedy Kasia miała około trzech lat, zrobiłam coś, czego się wstydzę do dziś. Nie mogła chodzić do żłobka, bo miała powiększoną grasicę i jak tylko poszła, natychmiast chorowała, więc odwoziłam ją do opiekunki. Miała wtedy okres nieznośnych zachowań – na przykład jak szłam w prawo, to ona w lewo. Musiałam przyjmować strategię, że jak chciałam iść w prawo, to szłam w lewo. Któregoś dnia Kasia tak się zaparła pośrodku placu Konstytucji, że nie mogłam jej podnieść, więc dałam jej po łapach. Podniosła główkę, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Jakim prawem mnie bijesz?”. To zdanie było dla mnie szokujące. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam coś okropnego i że nigdy już jej nie uderzę.

Kobieta samotna?

Do dziewiątego roku życia wychowywaliśmy Kasię z Laco [Adamikiem, reżyserem, z pochodzenia Słowakiem – przyp. red.]. Kasia może zawsze liczyć na ojca, mówię to gwoli sprawiedliwości, bo to nie jest tak, że zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dopóki byliśmy w Polsce, pomagała mi także rodzina, przede wszystkim mama.

W 1981 roku musiałam się rozstać z Kasią na dziewięć miesięcy. Gdy wprowadzono stan wojenny, byłam w Szwecji z promocją mojego filmu „Kobieta samotna”. Wiedziałam, że jak wrócę, to mnie internują. Pojechałam do Paryża. To był trudny psychicznie okres dla nas wszystkich. Kiedy zorientowaliśmy się, że to potrwa dłużej, zaczęły się starania, żeby Kasia z Laco mogli do mnie przyjechać. Bardzo pomógł nam Krzysiek Kieślowski. W rezultacie przyjechali do Paryża w sierpniu ’82 roku.

Dla Kasi rozstanie ze mną było traumatyczne. Telefony odcięte, brak kontaktu – myślała, że umarłam i że ją okłamują. Początki w Paryżu też były dla niej trudne. Laco po miesiącu zdecydował się wracać do Polski, nie czuł się na siłach na kolejną emigrację, i Kasia znów przeżywała rozstanie, tym razem z tatą. Zostałyśmy same. Na dokładkę nie znałam francuskiego, nie miałam żadnego punktu zaczepienia. Całe szczęście, że przyjechali Wajdowie, bo Andrzej szykował „Dantona”, i bardzo mi pomogli.

Szkoły francuskie okazały się dobre, radziły sobie nawet z dziećmi imigrantów nieznających języka. Pojechaliśmy pierwszego dnia z Laco po Kasię do szkoły, czekamy w niepokoju, czy cokolwiek zrozumiała z tego, co się tam działo. A ona wychodzi i mówi nam, co trzeba przynieść następnego dnia.

W ciągu dwóch pierwszych tygodni Kasia wykazywała wielką nerwowość przed każdym pójściem do szkoły, a właściwie do szkolnej toalety. Dopiero po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, o co chodzi. Wyglądała jak chłopczyca: krótko obcięta, sportowe ubranie, więc dzieci brały ją za chłopca, w związku z czym dziewczynki nie wpuszczały jej do toalety, a ona nie była w stanie wytłumaczyć im w ich języku, że nie jest chłopcem. Po dwóch tygodniach na matematyce przerabiano zbiory i nauczyciel podzielił klasę na zbiór chłopców i dziewczynek. Kasia poszła do dziewczynek, ale one zaczęły ją wypychać. Wtedy zareagował nauczyciel i tak zyskała status dziewczynki.

Długo miała autystyczne symptomy – z jednej strony niechęć do komunikacji, zamknięcie, a z drugiej – agresję nakierowaną bardziej do wewnątrz. Czułam, że jest jej źle, że jest trochę taką tykającą bombą.

To było spowodowane, oczywiście, emigracją i związaną z tym doświadczeniem traumą. Nagle straciła wszystkich bliskich, świat ograniczył się do mnie. A ja byłam napięta, bo nie wiedziałam, co z nami będzie, czy zarobię na życie, czy będę mogła kręcić filmy.

Wpadłam wtedy na pomysł, żeby zapisać ją na dżudo. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Wykazała ogromny talent, ale też wyładowała emocje. Została mistrzynią grupy, a potem w swojej kategorii zdobyła ogólnoparyskie medale. Pewnego dnia przyszła do ich grupy mistrzyni Francji w dżudo. Trener wyciągnął Kasię i powiedział: „To jest przyszła mistrzyni Francji”. Walczyła tak zacięcie, że rzucała po macie dwa razy większych chłopców. Miała aparat ortodontyczny na zębach, który w czasie walki przecinał jej dziąsła i czasem dosłownie broczyła krwią. Myślę, że wypluła z siebie całą złość i poczucie obcości. Dżudo okazało się dla niej zbawienne, a kiedy w końcu zaczęła mówić po francusku, wreszcie poczuła się dobrze. Oczywiście, to był długi proces. Dużo czasu spędzała sama, bo w Paryżu dzieci po szkole nie chodziły bawić się na podwórko jak w Polsce. Rysowała albo oglądała filmy, na szczęście nie było gier komputerowych.

W obronie indywidualności

Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne, o czym Kasia zresztą chętnie opowiada. W pewnym momencie zorientowałam się, że wpada w pułapkę imigranckiego konformizmu. Jak wiadomo, dzieci chcą się upodobnić do grupy, a dzieci imigrantów mają dodatkowo ten problem, że ich rodzice są inni, nie tacy jak rodzice koleżanek. Postanowiłam jeszcze mocniej zaakcentować naszą inność. I na przykład w metrze w godzinach szczytu brałam Kasię mocno za rękę i bardzo głośno piałam. Wszyscy na mnie patrzyli jak na dziwoląga. Rzeczywiście było to ryzykowne, bo mogłam ją dodatkowo straumatyzować. Ale chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się inności, żeby była z nią solidarna. Bałam się, że zbytni konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, jest niebezpieczny, szczególnie dla ludzi twórczych.

Bardzo długo nie wyrażała chęci, żeby zająć się reżyserią. Jej pasją było rysowanie komiksów, miała osiem lat, kiedy powiedziała, że to będzie jej zawód. Kiedy robiłam „Tajemniczy ogród”, a ona studiowała na pierwszym roku studiów plastycznych w Brukseli, zaproponowałam jej, że jeżeli nauczy się dobrze angielskiego, to może być moją asystentką biurową. Poszła na kurs, nauczyła się języka, zaczęła pracę. Miałam na planie bardzo dobrego storyboardzistę. Kasię wciągnęło to, co robił, sama narysowała kilka pięknych rysunków. I tak połknęła haczyk. Po studiach zorientowała się, że trudno będzie wyżyć z komiksów, szczególnie że jej prace były inne niż te modne wtedy w Belgii czy we Francji. No i ze swoją przyjaciółką Elisabeth z liceum plastycznego, zdolną dziewczyną z Martyniki, przyjechały do Los Angeles i postanowiły, że będą robiły storyboardy. Pracowały częściowo u mnie: na planie „Całkowitego zaćmienia”, „Placu Waszyngtona”, „Trzeciego cudu”, a potem u innych reżyserów. Wymyślanie wizualnych scen filmowych to jest coś, w czym była mocna. Jako storyboardzistka zrobiła w Stanach karierę. Ale często jej świetne pomysły były psute przez średnich reżyserów, więc narastała w niej frustracja. Kiedy producent zaproponował jej wyreżyserowanie niezależnego filmu, to przyjęła propozycję i zrobiła bardzo dobry film „Szczek” [„Bark!”].

Bunty? Owszem, były, rozciągnięte na lata. Za każdym razem, gdy była w niezgodzie ze sobą albo coś jej się nie udawało, to cierpiały nasze stosunki, co, oczywiście, jest naturalne. Kasia musiała sobie wywojować swoją przestrzeń, bo ja jestem dość ekspansywna. Często pracowałyśmy razem, a w pracy nasze relacje były harmonijne i partnerskie. I właśnie dlatego, że zgodnie pracowałyśmy, to dla Kasi było bardzo ważne, żeby prywatnie postawić mi granice. Bo czasem za bardzo chciałam jej pomóc, za bardzo być obecną w jej życiu. I wtedy dostawałam sygnał, żeby się wycofać.

Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas. W Los Angeles mieszkałyśmy w jednym domu podzielonym przez kuchnię, ona ze swoją dziewczyną i ja żyłyśmy trochę w komunie. Choć uważałam, żeby nie wchodzić w jej przestrzeń, pojawiały się pewne napięcia. Od tej pory nie mieszkamy już razem, choć na przykład w Bretanii oddziela nas tylko droga. Myślę, że blisko, ale oddzielnie to jest dobre rozwiązanie, ułatwia technikę życia, szczególnie że mamy tych domów kilka i rzadko jesteśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie, więc świadczymy sobie pewne usługi [śmiech].

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)

Akceptacja i wymagania

Spodziewałam się coming outu Kasi. Od dziecka była inna – nie nosiła sukienek, lubiła chłopięce zabawy. Powiedziała mi, że chyba jest homoseksualna, kiedy studiowała w Brukseli. A już zdecydowanie się tak określiła, kiedy miała pierwszy poważniejszy związek z Amerykanką Sue. Dla mnie to nie był żaden problem. To znaczy – dla matki zawsze jest problem, czy dziecko będzie szczęśliwe, akceptowane, spełnione. Na szczęście mieszkałyśmy wtedy nie Polsce, tylko w Stanach, gdzie następowały duże zmiany, jeśli chodzi o tolerancję wobec osób homoseksualnych. Ale nie było jeszcze takiej otwartości jak teraz.

Co jej wtedy powiedziałam? Dokładnie nie pamiętam. Na pewno nie to, że jest super, że się cieszę. Raczej że to między nami niczego nie zmienia i że zawsze będę ją kochać i wspierać. Oczywiście, potem pojawiają się problemy takie jak w każdej rodzinie, kiedy rodzice widzą, że dziecko wchodzi w związek, który nie wydaje im się najlepszy. Starałam się uważać, żeby nie dać jej do zrozumienia, że mam obawy, bo wiedziałam, że potrzebuje przede wszystkim mojej akceptacji.

Uważam, że jeśli partner dziecka nam się nie podoba albo inaczej go sobie wyobrażaliśmy, to – o ile nie mamy do czynienia z jakąś psychopatią, przemocą – powinniśmy ugryźć się w język. Bo to życie dziecka, nie nasze. Próbując narzucić mu swoje widzenie, możemy zepsuć stosunki nawet na zawsze.

Kasia nie planowała publicznego coming outu, stało się to przy jakiejś okazji. Przyjechała do Polski pracować przy moim serialu „Ekipa” i poznała Olgę (Chajdas, reżyserkę, jesienią wszedł do kin jej debiut reżyserski „Nina”). Ich związek trwa szczęśliwie do dziś. To, że Kasia wtedy go nie ukrywała, było czymś naturalnym. Według mnie jest coś głęboko toksycznego w podwójnym życiu, szczególnie jeśli nie mamy się czego wstydzić, bo przecież nie można wstydzić się miłości. Oczywiście, ujawnienie się wymaga pewnej odwagi, ale to o wiele łatwiejsze, gdy funkcjonuje się w środowisku, w rodzinie, w których inność jest akceptowana. Kasia miała pełną akceptację nie tylko z mojej strony, lecz także ze strony całej rodziny.

Kiedy mówię o akceptacji dziecka, to myślę o czymś istotniejszym, czyli o tożsamości, natomiast codzienne zachowania czy obowiązki egzekwowałam w miarę możliwości od najmłodszych lat. Moja najbliższa przyjaciółka uważa, że nie ma prawa niczego wymagać od dzieci. Ja uważałam, i to dość wcześnie – może dlatego, że było mi ciężko, również finansowo – że mam prawo wymagać od Kasi, na przykład sprzątania. Wyrażałam też poglądy na temat jej zachowań, jeżeli uważałam, że są niewłaściwe. Ale też zostawiałam jej, częściowo z konieczności, częściowo, bo tak uważam, dużą sferę wolności i samodzielności.

Co mi się udało?

To, że się przyjaźnimy, że ze sobą twórczo współpracujemy we wzajemnym poszanowaniu inności i czerpiąc wzajemnie ze swoich mocnych stron. Dużo nas łączy, ale w wielu sprawach Kasia ma inne gusta albo umie co innego niż ja.

Wzajemnie się uzupełniamy. Także w życiu. Kasia ma w sobie odwagę cywilną i jasność oglądu tego, co dobre, a co złe. A jednocześnie nie ma temperamentu politycznego takiego jak ja. Bardziej obchodzą ją podwórko i dzielnica, w której mieszka, co jest typowe dla młodszych pokoleń. Ma zdecydowanie bardziej eskapistyczne podejście do polityki niż ja, bo ja staram się czytać i słuchać racji różnych stron, a ona tego unika. Chyba jest bardziej wrażliwa niż ja i boi się, żeby to jej to nie zniszczyło. Moja odwaga polityczna bywa trochę tania. Jeżeli nie mogę kręcić filmów po polsku – co uwielbiam – to kręcę za granicą. Za moje zaangażowanie płacą Kasia czy moja siostra Magda.

Na pewno popełniałam błędy wychowawcze. Trzeba by spytać Kasię, jaką cenę zapłaciła za to, że nie poświęciłam moich zawodowych spraw dla bycia z nią albo dla jej poczucia bezpieczeństwa. Wydaje mi się jednak, że niespełniona i sfrustrowana matka nie może być dobrą matką. No, ale być może mogłam poświęcać jakieś swoje sprawy dla niej. Trudno to wyważyć. Wspierałam ją we wszystkim, co ją pasjonowało, nie pchałam jej w żadną stronę, także w życiu prywatnym. Kocham ją taką, jaka jest, i chcę, żeby czuła się spełniona.

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.