1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Gillian Anderson. Portret damy

Gillian Anderson. Portret damy

Gillian Anderson gra w telewizji, teatrze i kinie, pisze książki, walczy o prawa kobiet, projektuje ubrania, a przede wszystkim kolekcjonuje doświadczenia. (Fot. Steve Vas/Zuma Press/Forum)
Gillian Anderson gra w telewizji, teatrze i kinie, pisze książki, walczy o prawa kobiet, projektuje ubrania, a przede wszystkim kolekcjonuje doświadczenia. (Fot. Steve Vas/Zuma Press/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Właśnie powraca w roli samej Margaret Thatcher w kolejnej odsłonie popularnego serialu „The Crown”. Gillian Anderson gra w telewizji, teatrze i kinie, pisze książki, walczy o prawa kobiet, zdarzyło jej się nawet projektować ciuchy. A przede wszystkim kolekcjonuje doświadczenia, bo wie, że kiedy dzieli się nimi z innymi, jej życie staje się pełniejsze.

Znów mieszka pani w Londynie. Czuję się tu na miejscu. Urodziłam się w Stanach, ale moje dzieciństwo to Londyn, jego północna część. Rodzice zdecydowali się na powrót do Ameryki, kiedy miałam 11 lat.

Podobała się pani ta zmiana? Nie na tyle, żeby zostać tam na zawsze, ale nie pielęgnuję w sobie traumy związanej z przeprowadzką. Fakt, długo nie mogłam się odnaleźć w amerykańskiej rzeczywistości, ale moje dzieciństwo było przez to fascynujące. Na dość wczesnym etapie życia zaczęłam szukać głębiej w sobie tego, kim jestem, czego chcę, co sprawia, że jestem szczęśliwa. Nigdy nie bałam się buntować, nie robiłam niczego w imię tak zwanych wyższych racji albo dla dobra ogółu. Oswoiłam swoją inność i do dziś lubię być odludkiem.

W świecie show-biznesu? Przede wszystkim w tym świecie, ale i w innych światach. Urodziny urządzam w trzech krajach, dla trzech kręgów znajomych: w Anglii, w Kanadzie i w USA. Te światy się nie łączą, nie przecinają. Nie wyobrażam sobie, że ktoś miałby lecieć ze Stanów do Anglii, by wpaść na moje party. Co za niedorzeczny pomysł! Na świecie jest maksymalnie 20 osób, które mogłabym zaliczyć do grona przyjaciół. Myśl, że miałabym zaprosić ich wszystkich naraz, mnie przeraża. Na co dzień żyję bardzo skromnie. Jeśli nie muszę, nie wychodzę z domu. Zdarza mi się to wtedy, gdy trzeba gdzieś zawieźć jedno z dzieci albo zrobić zakupy. Wygląda to zwykle tak, że niczego nie ma już w lodówce, dzieci dzwonią więc od sąsiadów z informacją, że po raz kolejny jedzą u nich kolację, a tak naprawdę sprawdzają, czy nie umarłam z głodu.

Troszczą się o panią. Co łechce moją matczyną próżność.

Wróćmy jeszcze na moment do pani dzieciństwa – krążą legendy o tym, jak bezbłędnie i błyskawicznie potrafi pani z brytyjskiego akcentu przejść na ten amerykański. To na pewno zasługa życia w Europie i poza nią. No tak, zostało mi to z czasów, kiedy byłam dzieckiem. Nie lubiłam zwracać na siebie uwagi, więc szybko musiałam nauczyć się adaptować do sytuacji. Byłam trochę jak kameleon. Kiedy wróciliśmy po latach do USA, amerykańskie dzieciaki śmiały się z mojego brytyjskiego akcentu, więc jeszcze go podkręcałam, mówiąc cockneyem. Pewnie dlatego tak lubię zawodowe wolty i przebieranki. Umiem podszywać się pod kogoś innego. Dość łatwo przychodzi mi przeobrazić się w fikcyjną czy historyczną postać, po części pewnie też za sprawą empatii. Nie afiszuję się z nią, ale pozwalam jej dojść do głosu.

Narzeka pani na rozgłos związany z serialem „Z archiwum X”, a obecnie gra pani w dwóch topowych produkcjach platformy Netflix: „The Crown” i „Sex Education”. Jest chyba gorzej? Jest inaczej. Współcześni aktorzy czy gwiazdy seriali takich serwisów jak Netflix rzeczywiście mierzą się z popularnością, o jakiej my wówczas nie mieliśmy pojęcia. Tyle że dzisiaj możliwości zapobiegania uciążliwym i nachalnym przejawom sławy też są większe. Można się lepiej zabezpieczyć przed niechcianą fotką czy artykułem na swój temat. Pomagają w tym sztaby prawników i agentów, są odpowiednie paragrafy.

'Z archiwum X' (1993-2018), serial który zapewnił Gillian Anderson zarówno rozpoznawalność, jak i nagrody. Do dziś, mimo udziału w wielu ciekawych projektach, nie udało jej się przebić tamtego sukcesu. (Fot. BEW Photo) "Z archiwum X" (1993-2018), serial który zapewnił Gillian Anderson zarówno rozpoznawalność, jak i nagrody. Do dziś, mimo udziału w wielu ciekawych projektach, nie udało jej się przebić tamtego sukcesu. (Fot. BEW Photo)

Ja przez pierwsze lata realizacji „Z archiwum X” czułam się tak, jak gdyby ktoś odebrał mi moje prawdziwe czy też prywatne życie. Miewałam poczucie winy, że przehandlowałam intymność swoją i mojej rodziny w zamian za zawodowe spełnienie. Naprawdę lubiłam Danę i Foxa, kręciła mnie aura, która wytworzyła się wokół serialu, ale prasa bywała nieznośna. Na fali popularności serialu dziennikarze śledzili każdy mój krok. Nie mogłam wyjść z córką na plac zabaw bez ich obstawy. Doprowadzało mnie to do furii. Z tego powodu ostatecznie przeniosłam się z USA z powrotem na Wyspy.

A fani? Nie wiem, o co pani pyta, ale fani byli rozkoszni. Nawet gdy stawali się męczący, to przy okazji rozbrajali nas wiarą w to, co robiliśmy: wiarą, wsparciem, lojalnością. Czuliśmy się kochani. Ale zdarzały się momenty dziwne...

Na przykład? Ludzie tatuowali sobie tytuł serialu i nasze podobizny na różnych częściach ciała, także tych intymnych. I wysyłali zdjęcia albo podbiegali do nas, kiedy widzieli nas na ulicy  i – w jakimś irracjonalnym szale – pokazywali nam to, co nierzadko powinno pozostać ukryte i przemilczane. Na zawsze [śmiech].

Inne sytuacje? Proszę bardzo: istniały całe grupy, które odtwarzały historie – jeden do jednego – z poszczególnych odcinków i wysyłały nam zarejestrowane i zmontowane amatorsko odsłony przygód serialowych bohaterów. Był gość, który liczył papierosy wypalone przez Palacza [w tej roli William B. Davis – przyp. red.]. Wysyłał nam dwa razy do roku zestawienie. I tak przez wiele lat.

Srogo! Według mnie to niegroźne przejawy fascynacji. Srogo to się robi, kiedy nagle taka osoba przestaje pisać, przestaje się interesować i ty – aktor, aktorka – przez sekundę czujesz coś na kształt pustki.

Na pewno znajdą się nowi „wielbiciele”. Tym bardziej że w takim „The Crown” zdaje się, że dopiero się rozkręcacie... Oby. Staram się nigdy nie oceniać postaci, którą gram. O Margaret Thatcher mówi się różnie, ale mnie to w sumie nie interesuje. Nie osądzam jej, nie współczuję, nie stawiam pomnika ani z niego nie strącam. Próbuję dokopać się do jakiejś prawdy.

'The Crown' (od 2016). Czwarty sezon serialu Netflixa, w którym Gillian Anderson zagrała Żelazną Damę, dostępny jest już na platformie. (Fot. materiały prasowe Netflix) "The Crown" (od 2016). Czwarty sezon serialu Netflixa, w którym Gillian Anderson zagrała Żelazną Damę, dostępny jest już na platformie. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Jak? Scenariusz „The Crown” jest świetnie napisany, wiele dowiedziałam się o swojej bohaterce z lektury tego materiału, a jednak cały czas czułam, że ta wiedza nie jest kompletna. Nie chciałam kopiować Thatcher, nie interesowało mnie odgrywanie jej zachowań i gestów na podstawie archiwalnych wystąpień czy dokumentów. Moja praca polega raczej na reinterpretacji postawy historycznej postaci – o ile jest to postać historyczna, realna, prawdziwa – więc najistotniejsze są dla mnie emocje, motywacje, marzenia, lęki. Wydarzenia i fakty wokół też są ważne, bo mają wpływ na decyzje. Dlatego długo studiowałam różne biografie Margaret Thatcher. Dziś myślę, że największy wpływ na to, kim była – lub kim się stała – miało jej dzieciństwo. Zaszczepiona w młodości religijność, czyli w tym przypadku nauki Kościoła metodystów, to fundament, na którym Thatcher zbudowała wszystko.

Dana Scully, Stella Gibson w „Upadku”, a teraz Margaret Tha­tcher w „The Crown” – wszystkie te postaci są emocjonalnie  dość wstrzemięźliwe. Co nie znaczy, że puste. I to jest wyzwanie, jak oddać grą to, co dzieje się wewnątrz. A dzieje się sporo, proszę mi wierzyć.

Dla równowagi może pani grać kogoś takiego jak Jean Milburn w „Sex Education”. I wie pani, że znów się wszystko zaczęło?

Co takiego? Kiedy grałam Scully, różni ludzie często wysyłali do mnie prywatne wiadomości, w których opisywali dziwne zdarzenia, które miały miejsce w ich posiadłościach albo w miasteczkach. Szukali wyjaśnienia dla tajemniczych sygnałów, jakie otrzymywali, jak sądzili, z kosmosu albo z innego wymiaru. Przesyłali zdjęcia znaków na polu lub na ciele, nagrania niespotykanych odgłosów, opisywali przypadki dziwnych zachowań wśród zwierząt albo nagłych zniknięć bliskich, którzy odnajdywali się miesiące później setki kilometrów od domu. Z wyrwą w pamięci.

Szukali pomocy u pani? Tak. Sądzili, że jestem Daną Scully, a nawet jeśli nią nie jestem, to wiedza nabyta przez lata grania w serialu pozwoli mi rozwikłać nękającą ich zagadkę. I teraz jest podobnie, na adres produkcji serialu „Sex Education”, w którym gram seksuolożkę, przychodzą e-maile i listy zaadresowane do mnie, z zapytaniem o różnego rodzaju schorzenia, dysfunkcje – ale też opisy fantazji, wizji oraz potrzeb natury seksualnej czy też mocno erotycznej.

Nie dziwi mnie to. Na profilu instagramowym figuruje pani jako shag specialist [specjalistka od bzykanka – przyp. red.]. Po prostu wczuwam się w rolę [śmiech]. To część kreacji.

'Sex Education' (od 2019). Rola seksuolożki Jean Millburn pokazała, że Gillian Anderson świetnie sprawdza się także w komediowej konwencji. (Fot. materiały prasowe Netflix) "Sex Education" (od 2019). Rola seksuolożki Jean Millburn pokazała, że Gillian Anderson świetnie sprawdza się także w komediowej konwencji. (Fot. materiały prasowe Netflix)

A tak na poważnie: odpowiada pani na te listy? Nie mogę odpowiadać, bo to często bardzo poważne, przykre lub intymne przypadki. Kierujemy te listy do działu kontaktu z fanami, w którym specjaliści, na ogół konsultanci medyczni, odpowiadają i pomagają na tyle, na ile mogą. Często sugerują udanie się do odpowiedniego lekarza.

Siła ekranu jest niezwykła, prawda? Zawsze to czułam, w ogóle każda sztuka ma niezwykłą, sugestywną moc. Nie jestem obdarzona żadnym talentem, poza, mam nadzieję, aktorskim. Ale podziwiam artystów, którzy tworzą pod wpływem weny: malują, rzeźbią, piszą wiersze. To dopiero ciekawy temat: jak dziś, we współczesnym świecie obronić w sobie poetę? Jak utrzymać się z poezji, kiedy zdaje się, że światu w ogóle ta forma komunikacji nie jest potrzebna?

Pani przecież także ma kilka książek na koncie. Wraz z Jeffem Rovinem tworzycie literackie thrillery, a z Jennifer Nadel napisała pani feminizujący poradnik „We: A Manifesto for Women Everywhere” [My: manifest dla kobiet z całego świata]. Zawsze czułam się aktywistką, ten poradnik to wyraz mojego wsparcia dla kobiet. Napisałam go, bo pracując w różnych częściach świata, miałam możliwość obserwowania kobiet i ich codziennych zmagań. Nie żyję w bańce. Choć nie jestem duszą towarzystwa, to czuję, doświadczam, słucham i patrzę. Widzę, że kobiety na całym świecie zmagają się mniej więcej z tym samym: szklanym sufitem, gorszymi zarobkami, mobbingiem, brakiem możliwości awansu, samodzielną opieką nad dziećmi i domem, nawet w pełnych rodzinach. Zmienia się skala, ale problemy są podobne. I nawet jeśli w krajach o rodowodzie socjalistycznym kobiety mogą liczyć na finansowe wsparcie ze strony państwa, to zwykle i tak nie mają szans na rozwój osobisty. I o tym piszemy. Z kolei w marcu tego roku ukazała się świetna książka „The Fix” [Zmiana] autorstwa Michelle P. King opatrzona wstępem moim i Jennifer. Jestem z tego dumna.

Książka traktuje o trudnościach, które napotykają kobiety wracające do pracy po urlopie macierzyńskim. To nawet nie są trudności, to jest brak ofert. Michelle opisała mechanizmy korporacyjnego rynku pracy, ale pewne wnioski są uniwersalne.

Czy te dodatkowe aktywności oznaczają, że aktorstwo pani nie wystarcza? Wystarcza mi aktorstwo w segmencie... aktorstwa, czyli w przestrzeni sztuki kinowej, ale to nie znaczy, że nie chcę sprawdzać się gdzie indziej. Mam ambicje, których nigdy nie zaspokoi film. Przez całe życie buduję swoje własne, prywatne archiwum, w którym zbieram i przechowuję doświadczenia. Nie interesują mnie znajomości na pokaz, nie bywam na przyjęciach, nie pragnę ekstremalnych doznań. Lubię swoje życie, ubóstwiam moje dzieci, ale dopiero to, że mogę się podzielić jakąś obserwacją, umiejętnością lub wiedzą, sprawia, że moja egzystencja staje się pełniejsza.

A wróci pani do projektowania? Kiedy stworzyła pani kolekcję ubrań dla marki Winser London, wszystko się wyprzedało, zostało jedynie kilka sztuk płaszcza i jeden model swetra w wybranych rozmiarach. Raczej nie wrócę, choć nigdy nie mówię „nigdy”. To było czysto komercyjne zlecenie. Potrzebowałam wesprzeć domowy budżet, a wówczas był to budżet samodzielnej matki trojga dzieci. Jestem przekonana, że świat i ludzie żyjący obecnie zdecydowanie bardziej potrzebują wiedzy na temat ekologii, odnawialnych źródeł energii, współodczuwania, równouprawnienia czy ochrony zdrowia niż kolejnej spódnicy mojego projektu.

Gillian Leigh Anderson, urodzona w Chicago w 1968 roku. Aktorka telewizyjna, filmowa i teatralna. Najbardziej znana z roli Dany Scully, w którą wcielała się przez lata w serialu „Z archiwum X” – w 1997 roku nagrodzono ją za nią statuetką Emmy i Złotym Globem. Ostatnio Anderson wystąpiła w popularnych serialach: „Upadek”, „The Crown” i „Sex Education”. Mieszka w Londynie, wychowuje troje dzieci.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowości Netflixa i HBO idealne na majówkę

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kobieta w oknie". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Tegoroczna majówka nie będzie należała do najcieplejszych, dlatego wszystkich spragnionych dobrego kina zapraszamy na przegląd najciekawszych nowości, które obejrzycie w tym czasie (i nie tylko) na Netflixie i HBO GO.

"Homeland", sezon 8

Kontynuacja i tym samym finałowy sezon jednego z najlepszych seriali szpiegowskich w historii. Historię niezwykle charyzmatycznej agentki CIA śledzimy już od tak dawna, że ciężko opisać wszystkie kryzysy polityczne, spiski i tajemnice, które odkryła w swojej długiej karierze. Ostatni sezon "Homeland" polecamy nie tylko (takim jak my) oddanym fanom Carrie i Saula Berensona, ale zwłaszcza osobom, które dotychczas omijały "Homeland". Gwarantujemy, że w ciągu całej majówki dotrzecie do 8. sezonu i wspólnie zobaczymy, jak kończy się ta trzymająca w napięciu (i to w każdym sezonie, co zdarza się rzadko!) historia. Sezon ósmy "Homeland" zadebiutuje na platformie 1 maja.

"Tlen"

12 maja na platformie Netflix pojawi się nowy film oryginalny pt. "Tlen". To opowieść o młodej kobiecie (w tej roli znana m.in. z "Bękartów wojny" Mélanie Laurent), która budzi się ze śpiączki w kapsule kriogenicznej. Aby się z niej wydostać nie ma zbyt dużo czasu - musi zrobić to jak najszybciej, ponieważ w kapsule niebawem zabraknie jej tlenu. Jak na razie brzmi to raczej przerażająco i klaustrofobicznie, ale "Tlen" okrzyknięto premierą miesiąca, więc damy mu kredyt zaufania.

"Kobieta w oknie"

Kolejny thriller, który zaprezentuje nam w najbliższych dniach Netflix to "Kobieta w oknie" z główną rolą Amy Adams to opowieść o cierpiącej na agorafobię (lękiem przed przebywaniem w otwartych przestrzeniach) psycholożce dziecięcej, która obserwuje z okna idealną rodzinę mieszkającą po drugiej stronie ulicy. Kobieta przypadkowo staje się świadkiem brutalnej zbrodni, co jeszcze bardziej wpłynie na jej dotychczasowe życie i problemy, z jakimi się zmaga. Film oparty został na książce A. J. Finna z 2018 roku o tym samym tytule.

"Kto zabił Sarę?", sezon 2

Największy hit Netflixa ostatnich miesięcy już powraca z kolejnym sezonem. Meksykański serial, który od tygodni utrzymuje się na szczycie rankingu najchętniej oglądanych produkcji Netflixa opowiadający o tragicznej zbrodni dokonanej na tytułowej Sarze w pierwszym sezonie zostawił nas z wieloma niewiadomymi w zasadzie bezustannie kierując podejrzenia na innego bohatera. W tym sezonie mamy dowiedzieć się więcej i może ostatecznie będziemy mogli odpowiedzieć sobie na nurtujące wszystkich pytanie - kto naprawdę zabił Sarę?

"Boyhood"

Choć na tę produkcję, która pojawi się na Netflixie poczekamy do drugiej połowy miesiąca (premierę na platformie zapowiedziano na 16 maja), w tym wypadku naprawdę warto czekać. "Boyhood" to opowieść o chłopcu, którego losy śledzimy od 5. do 18. roku życia. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że prace nad filmem trwały ponad 12 lat. Reżyser pokazał tu bowiem rzeczywiste dorastanie i wchodzenie w dorosłość, gdzie przez cały czas bohaterów grają ci sami aktorzy. Kto nie widział, warto poczekać.

"Tajemnica Brokeback Mountain"

Tego samego dnia na platformie (16 maja) ukaże się jeden z najlepszych filmów w karierze Jaka Gylenhaalla i Heatha Ledgera - opowieść o rodzącym się uczuciu pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy początkowo bronią się przed tym - wówczas wstydliwym, niezrozumiałym dla nich uczuciem. Z biegiem lat każdy z nich znajduje sobie żonę, rodzą im się dzieci, jednak pamięć o ukochanym nie przemija. Poruszający i w pewnym sensie przełomowy film, który w tym roku skończył 16 lat.

"Mare z Easttown"

Nowy serial kryminalny z Kate Winslet w roli głównej od niedawna zadebiutował na platformie HBO GO. I trzeba przyznać, że jest to serial wyjątkowo udany, z ciekawie rozwijającą się fabuła i przede wszystkim - świetną grą, zwłaszcza Winslet. Choć w ciągu pierwszych kilkunastu minut wydaje się powielać znane nam już serialowo schematy - małe miasteczko, każdy się zna od lat, nieszczęśliwe rodziny, w końcu tragiczna zbrodnia - "Mare z Easttown" ogląda się naprawdę z ogromnym zaciekawieniem. Serial doskonale buduje klimat, zagadka staje się coraz cięższa do rozwiązania, a poszczególne postaci tak niejednoznaczne i w sumie dziwaczne, że na kolejne odcinki czeka się z utęsknieniem.

"Rocky"

Na platformę HBO GO w tym miesiącu dodane zostaną wszystkie filmy o legendarnym pięściarzu Rocky'm, w tym m.in. "Rocky", "Rocky II", "Rocky III", "Rocky IV", "Rocky V", "Rocky Balboa", "Creed: Narodziny legendy", "Creed II" oraz dokumentalny "Rocky: 40 lat legendy". Jedno jest pewne - fani Rocky'ego będą mogli urządzić sobie maraton z idolem, reszta nadrobić zaległości klasyki kina.

"Opowieść podręcznej", sezon 4

Kontynuacja kultowego serialu powstałego na podstawie bestsellerowej i nagrodzonej wieloma nagrodami książki Margaret Atwood. W czwartym już sezonie June, jako przywódczyni rebeliantów, staje do walki z Gileadem. I w tym sezonie również przeniesiemy się do brutalnego świata, w którym życie kobiet stało się prawdziwą udręką. Wszystkich fanów serialu nie trzeba zachęcać, ale tym, którzy nie widzieli mocno polecamy.

  1. Kultura

Rodzinnie przed ekranem - filmowa majówka z Nowymi Horyzontami VOD

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Majówka z Nowymi Horyzontami VOD to nasza propozycja na nadchodzący długi weekend. Na każdy dzień platforma przygotowała filmowe atrakcje dla całej rodziny - zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów. 

Małe, duże, nuklearne, wielopokoleniowe, patchworkowe. Każda rodzina znajdzie coś dla siebie w ofercie NH VOD. W ramach majówki zespoły festiwali Nowe Horyzonty i Kino Dzieci połączyły siły, wybierając zestawy tytułów, które zebrano w blokach tematycznych. Każdemu dniu majówki przyświeca specjalne hasło, a za nim idą znakomite filmy – jeden skierowany do młodego widza, drugi dla dorosłego. Przygotowując cały plan inspirowano się staropolskim zwyczajem oglądania filmów w układzie „najpierw wieczorynka, później propozycja dla dorosłych”. Oczywiście, wieczorynkę można oglądać o dowolnej porze.

Sobota, 1 maja: Międzypokoleniowe starcia

Starsi nie rozumieją młodszych, a młodsi nie chcą zrozumieć starszych – to punkt wyjścia. Więcej zrozumienia pomiędzy obiema stronami – to efekt, jaki można uzyskać po seansach filmów z propozycji na pierwszy dzień majówki.

"Sekrety morza", reż. Tomm Moore – nominowana do Oscara, ponadczasowa i ponadpokoleniowa baśń z Irlandii, która przypomina o potędze wyobraźni i jeszcze większej sile rodzinnej miłości. Sekrety morza to także powrót do tradycyjnej, ręcznej animacji, co zdecydowanie odróżnia film od wszechobecnej w dzisiejszym kinie ponurej, cyfrowej technologii 3D.

https://www.youtube.com/watch?v=7Lj-vqlmiAY

"Toni Erdmann", reż. Maren Ade – obsypana nagrodami, przewrotna, pełna niepoprawnego humoru historia relacji między śmiertelnie poważną trzydziestolatką a jej bujającym w obłokach ojcem. Dużo śmiechu, jeszcze więcej wzruszeń.

https://www.youtube.com/watch?v=VwinzcBGqYw

Niedziela, 2 maja: Zwierzęta mają głos

Dziś celebrujemy uczucia międzygatunkowe i przypominamy o tym, że nasi czworonożni, płetwiaści lub skrzydlaci przyjaciele są pełnoprawnymi członkami rodziny.

"Jakub, Mimmi i gadające psy", reż. Edmunds Jansons – tytułowi bohaterowie to para rezolutnych dzieciaków, która staje w obronie swojego ulubionego parku, będącego łakomym kąskiem dla bezwzględnego inwestora. W walce o zachowanie „zielonych płuc” miasta pomaga im gang gadających psów. Cała animacja została przepięknie wykonana za pomocą metody „cut-out”.

https://www.youtube.com/watch?v=ELO_pE0-VmQ

"Serce psa", reż. Laurie Anderson – zaskakujący, nowatorski hołd dla męża autorki, Lou Reeda, i ukochanej terierki Lolabelle. Mnóstwo świetnej muzyki, nowojorskich pejzaży oraz małych-wielkich przemyśleń o blaskach i cieniach naszego życia.

https://www.youtube.com/watch?v=0filyleqHGo

Poniedziałek, 3 maja: Girl Power

Dziewczyny u sterów! Dzień zaczynamy patriotycznie – wspólnie z Basią, jedną z najpopularniejszych bohaterek z polskiej animacji, a później zapraszamy na pokład legendarnego jachtu Maiden, dowodzonego przez załogę nieustraszonych kobiet.

"Basia", "Basia 2" i "Basia 3", reż. Marcin Wasilewski, Łukasz Kacprowicz – tytułowa Basia to wyjątkowo rezolutna pięciolatka, dobrze znana wielbicielom książek Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Każdy odcinek uczy dzieci czegoś o dorosłych, ale i dorosłych czegoś o dzieciach.

https://www.youtube.com/watch?v=fLS_0l5O9U4

"Maiden", reż. Alex Holmes – trzymająca w napięciu – niczym rasowy thriller – opowieść o grupie upartych, odważnych i niezależnych kobiet, które stworzyły pierwszą w historii żeńską załogę startującą w prestiżowych i ekstremalnie niebezpiecznych regatach Whitbread Round the World Race.

https://www.youtube.com/watch?v=I98hJiZRQyM

Aby wziąć udział w majówce z Nowymi Horyzontami, wystarczy założyć konto na nowehoryzonty.pl/vod i wykupić dostęp do filmów (pojedyncze dostępy zaczynają się już od 7,90 zł). Można też zakupić pakiet dostępów za jedyne 49 zł (w pakiecie mieści się aż 15 filmów oznaczonych promocją) – wówczas uzyskujemy dostęp do wszystkich majówkowych propozycji. Każdy z zaproponowanych filmów można oglądać o dowolnej porze dnia (i nocy).

  1. Kultura

"Co jest wstydliwego w naszej seksualności?" O nowym polskim serialu dla Netflixa rozmawiamy z Małgorzatą Foremniak

Małgorzata Foremniak, fot. materiały prasowe Netflix
Małgorzata Foremniak, fot. materiały prasowe Netflix
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
"Sexify" to najnowsze dzieło polskich twórców - Kaliny Alabrudzińskiej i Piotra Domalewskiego. Opowiada historię trzech przyjaciółek, które wspólnymi siłami starają się stworzyć wyjątkową aplikację mającą pomóc zaspokoić i zrozumieć potrzeby seksualne rówieśników - przede wszystkim dziewcząt i kobiet. Każda z nich to inna historia, inne problemy i poszukiwanie odpowiedzi na to, co wiąże się z własną seksualnością. 

W tej drodze, którą dziewczyny podjęły pomaga im m.in. matka jednej z nich - Joanna, która stara się przekonać dziewczyny do tego, że odnajdowanie w sobie kobiecości, świadomości własnych potrzeb i upodobań to nie tylko klucz do udanego życia seksualnego, ale przede wszystkim zrozumienie siebie samej i akceptacja własnych pragnień i wyborów życiowych. W rolę Joanny wcieliła się znana polska aktorka - Małgorzata Foremniak, którą zapytaliśmy o to, o czym tak naprawdę opowiada "Sexify".

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

„Sexify” to opowieść o trzech dziewczynach, które decydują się stworzyć innowacyjną aplikację pozwalającą odkrywać i zaspokajać seksualne potrzeby – zwłaszcza kobiet. Czy serial, który tak wiele mówi o odkrywaniu kobiecej siły oraz własnej seksualności jest potrzebny, zwłaszcza że tak wiele mówi się, że jest to nadal temat pomijany, na punkcie którym kobiety są dyskryminowane? MF:  Pomysł głównych bohaterek na aplikację  może stać się bardzo  pomocny w poszukiwaniu własnej seksualności. Joanna – postać, którą gram, uczy w swojej Akademii Uważności, aby kobiety odkrywały same siebie jak mapę. Nie tylko mapę ciała, ale także mapę emocji, potrzeb, wrażliwości, bo są to obszary dla wielu kobiet wciąż nieznane.

Kiedyś o sprawach tak intymnych, zwłaszcza w kontekście osiągania przyjemności seksualnej przez kobiety nie mówiło się wcale bądź w znikomym stopniu. Kobiety nie miały zbyt wielu możliwości poznania, zrozumienia tego, co dzieje się z ich ciałem, co daje im satysfakcję seksualną. Czy dalej jest to temat kontrowersyjny, czy miała Pani poczucie, że bierze udział w kontrowersyjnym serialu? MF: Nie miałam takiego poczucia. To dobrze, że taki serial powstał. Z jednej strony żyjemy w świecie przepełnionym technologią, przesiąkamy nią. Z drugiej, często ta technologia odcina nas od prawdziwych siebie. Zapominamy w tym pędzie o naszych potrzebach, o potrzebach naszego ciała, o naszych uczuciach. Przewrotne jest to, że aplikacja którą tworzą bohaterki może pomoc kobietom przybliżyć się do ich wewnętrznego świata poprzez odkrywanie swojej  prawdziwej natury.

Czy "Sexify" może wpłynąć np. na zmianę patrzenia na potrzebę edukacji seksualnej w Polsce? MF: Może nie tyle edukacji, co myślenia o seksualności. Wbrew pozorom serialowa rozrywka może być dobrym źródłem spojrzenia na ten temat z rożnej perspektywy. Mówienie o seksualności jest bardzo ważne dla każdego młodego człowieka, który wkracza w dorosłość. "Sexify" swoją formą w naturalny i życiowy sposób może otworzyć pole do rozmowy czy refleksji.

W serialu gra Pani Joannę, matkę Moniki, która przeżywa dość ciężki okres w życiu, pomimo młodego wieku. Co okazało się największym wyzwaniem podczas tworzenia postaci Joanny? MF: Wyzwaniem to za dużo powiedziane, ale pewną trudność stanowił dla mnie wątek kursu Akademii Uważności, którą prowadzi moja postać. Nie chciałam przekraczać pewnych granic. Zastanawialiśmy się wspólnie, jak to zrobić, żeby to było ciepłe, organiczne, przyjazne. Chciałam, żeby te sceny były lekkie, bo w lekkości więcej widzimy, więcej możemy. Mam nadzieje, że tak się stało.

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

Serial "Sexify" będzie dostępny na platformie Netflix od 28 kwietnia 2021 r.

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) "My Octopus Teacher" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.

  1. Kultura

Frances McDormand: "Piorę, sprzątam i czasem gram"

Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Nie jest w typie hollywoodzkiej piękności i nie zależy jej na bywaniu na okładkach pism. – Wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz – mówi aktorka Frances McDormand. Właśnie odebrała Oscara za rolę w filmie "Nomadland", ale ma też na koncie inne świetne, również nagradzane kreacje. Przypominamy rozmowę, którą w 2018 roku przeprowadziła z aktorką Mariola Wiktor. 

Wywiad pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika Sens (numer 2/2018).

Podobno wahała się pani, czy przyjąć rolę samotnej matki zgwałconej i zamordowanej dziewczyny w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” w reżyserii Martina McDonagh. W pierwszej chwili ta propozycja mi pochlebiła, ale później pomyślałam, że jestem na taką rolę za stara. Matka nastolatki powinna mieć znacznie mniej niż 60 lat na karku. Jednak Joel (Coen, mąż aktorki – przyp. red.), widząc te rozterki, postawił mnie do pionu. „Weź się w garść” – powiedział – „i zadzwoń, że się zgadzasz. Natychmiast!”. No więc posłuchałam go. I nie żałuję. Mildred straciła swoje jedyne dziecko, czuje ból i wściekłość wobec oprawców, ale i stróżów prawa, którzy nie potrafili ich złapać i skazać. Spodobało mi się, że gram kobietę, która znajduje w sobie siłę, by stawić czoła całemu światu, która jest takim samotnym kowbojem albo szeryfem wymierzającym sprawiedliwość. To nie przypadek, że film ma westernową konwencję. Moja bohaterka zewnętrznie jest zmaskulinizowana, szorstka, potrafi rzucić mięsem i przyłożyć, a na co dzień chodzi w mało kobiecym kombinezonie – ale w środku skrywa wielkie pokłady czułości i ciepła. Dlatego polubiłam Mildred. No i nie ukrywam, że moją inspiracją dla tej postaci był…John Wayne. Od zawsze go uwielbiałam.

Publiczność w Wenecji też ją polubiła. Dawno nie widziałam tam takiej owacji, jaką pani zgotowano. Myślę, że Mildred ujęła wszystkich tym, że mimo swojej tragedii nigdy nie rozczulała się nad sobą, bywała okropna, nieznośna, uparta jak osioł, ale zarazem miała w sobie charyzmę, siłę i zjadliwe poczucie humoru. Była dramatyczna, melancholijna, ale i śmieszna. To świetny materiał do zagrania. Poza tym wreszcie nikt nie przyczepił się do mojego mało atrakcyjnego wyglądu. Zawsze byłam albo za stara, albo za gruba, za chuda, za mało kobieca. Dlatego na ogół dostawałam role epizodyczne lub drugoplanowe. Nie jestem w typie hollywoodzkiej piękności.

Kiedy kilka lat temu rozmawiałyśmy przy okazji pani tytułowej roli w serialu HBO „Olive Kitteridge”, powiedziała pani, że na tę rolę czekała aż 35 lat… Joel mówi, że stworzyłam w „Olive Kitteridge” żeński, emocjonalny odpowiednik Brudnego Harry’ego. Przyjmuję to jako komplement. Całe życie grałam role drugoplanowe i charakterystyczne. W wielu filmach Coenów także. Jednak nie chcę, by to zabrzmiało jak zarzut. To mi nawet odpowiadało. Bo nie będąc maksymalnie wykorzystywaną na planie, miałam czas na godzenie pracy z życiem rodzinnym. Tak samo kiedy grałam w teatrze – mogłam sobie tak układać plan dnia, żeby zawieźć syna do szkoły, zrobić pranie i pójść na zakupy. Poza tym zaznaczenie swojej obecności w niewielkiej roli wymaga czasem lepszego warsztatu, większej precyzji i kreatywności niż duża wiodąca kreacja.

Wydaje się nieprawdopodobne, by uzdolniona żona Joela Coena i bratowa Ethana, laureatka Oscara za rolę w „Fargo” musiała czekać na swoją życiową rolę tak długo. Jak to możliwe? (Śmiech!) No tak, wielu ludzi nie może zrozumieć, dlaczego, skoro sypiam ze znanym reżyserem, nie robię oszałamiającej kariery w Hollywood. Albo myślą, że przynajmniej mam wpływ na scenariusze braci. I owszem, mam wpływ. Tylko on polega na tym, że piorę, sprzątam i gotuję… (śmiech)! Nigdy nie wtrącam sie do ich pisania ani nie proszę o role. Zresztą ja nie znam się na pisaniu i jako aktorka czuję się odtwórcą. Jeśli coś mi zaproponują, to rozważę ofertę, ale jeśli nie, to OK. Zawodowo realizuję się także w teatrze awangardowym w Worcester Group w Nowym Jorku, gdzie pracujemy razem z Willemem Dafoe. Tylko raz dostałam dużą role w „Fargo” i o tym przypadku można powiedzieć, że to „przez łóżko”. Zabawne, że kiedy w Cannes kilka lat temu na czerwonym dywanie Coenowie promowali film „Bracie, gdzie jesteś?”, to pod zdjęciem mojego męża i moim podpisano: „Joel Coen z niezidentyfikowaną partnerką”.

Nie zirytowało to pani? Nie. Mam chyba zdrowe podejście do tego, kim jestem. Bo też wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz. Nie interesuje mnie bycie na okładkach kolorowych magazynów czy ilość ploteczek na mój temat. Wyraźnie oddzielam życie zawodowe od prywatnego. Nie utożsamiam się ze swoimi rolami i nie przeżywam traum związanych z wychodzeniem z roli, a więc także problemów z identyfikacją siebie. Nie jestem celebrytką, tylko aktorką charakterystyczną, a zanim poznałam Joela, miałam już za sobą niemało zawodowych doświadczeń i grałam u innych reżyserów.

Pani ekranowe bohaterki zmieniają postrzeganie kobiet. Ma pani tego świadomość? Teraz już tak, wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Nawet jeśli moje bohaterki są konwencjonalne, ukazuję je w sposób daleki od stereotypów. Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety, o jej niepowtarzalność. O to coś nieuchwytnego, co pojawia się w spojrzeniu, w geście, barwie głosu. Nigdy nie robiłam żadnych operacji plastycznych i to widać na mojej twarzy, ale właśnie dlatego mam na niej zapisane całe życie. Pozwólmy sobie być sobą, zamiast wciąż poprawiać siebie. Nie niszczmy własnej osobowości. Może nie będziemy doskonałe, ale będziemy jakieś. Wyraziste, prawdziwe. Od roli w „Olive Kitteridge” poczułam, że nie chcę już więcej grać kobiet towarzyszących facetom, ale pokazywać bohaterki z krwi i kości, których historie są ciekawsze niż męskie. Myślę teraz o rolach głównych, pierwszoplanowych.

Jak się właściwie poznaliście z Joelem? Podobno to było na castingu do debiutu Coenów „Śmiertelnie proste”? Tak. Miała tam zagrać Holly Hunter, z którą razem wynajmowałam mieszkanie na Bronksie. Jednak Holly była zbyt zajęta innym projektem i zaproponowała, bym poszła na casting zamiast niej. Obaj bracia wydawali mi się dziwaczni i ekscentryczni, ale także bardzo inteligentni. Poprosili, bym przyszła po raz drugi, ale ja powiedziałam, że to niemożliwe, bo mój ówczesny chłopak grał tego dnia w operze mydlanej, a ja obiecałam mu, że zobaczę w telewizji jego występ. Joel był zszokowany! A jednocześnie mu to zaimponowało. Ostatecznie dostałam tę rolę (śmiech). Zaczęłam spotykać się z Joelem w kawiarni. Początkowo służbowo. Przy gorącej czekoladzie dyskutowaliśmy godzinami o roli. Przyniósł mi także kilka książek do przeczytania, m.in. Chandlera. Po prostu podrywał mnie na literaturę. Pobraliśmy się zaraz po premierze filmu i jesteśmy ze sobą już 32 lata. Niestety, dziś już nie prowadzi ze mną fascynujących rozmów o literaturze, odpowiada tylko wtedy, gdy musi, bywa zamknięty w sobie i mrukliwy, zajmuje większą część łóżka i bałagani w łazience (śmiech)…

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to pani kolejna po „Fargo” oscarowa kreacja. Jaki ma pani do tego stosunek? Normalny! Jest mi oczywiście bardzo miło, ale nie pracuję dla nagród! One są dodatkiem, nie celem. I bez nagród wiem, że gram w dobrych filmach. Nie potrzebuję statuetek, by zwiększyć poczucie pewności siebie. Jeśli angażuję się w jakiś nowy projekt, to dlatego, że jest w nim możliwość pokazania metamorfozy bohaterki. W ogóle interesują mnie role kobiet dojrzałych, skomplikowanych, świadomych siebie, swojej kobiecości. Oczywiście nagroda dla mnie lub filmu zawsze przyciągnie większą publiczność, a reżyserom łatwiej przekonać producentów, by mnie angażowali. Jednak kiedy dostałam Oscara za rolę Marge w „Fargo”, to wcale nie było tak, że nagle wszystkie drzwi się dla mnie otworzyły. Po prostu nie kojarzę się z kinem kasowym. Ale pamiętam, że zaraz po Oscarze zrobiło się wokół mnie sporo szumu. Nie mogłam tak po prostu wyjść do sklepu czy na ulicę. Na szczęście to nie trwało długo i na razie mam spokój.

Nie brzmi pani jak gwiazda. Bo się nią nie czuję! Jestem aktorką, rzemieślnikiem. Nie mieszkamy w Hollywood, tylko w Nowym Jorku na Górnym Manhattanie już od ponad 20 lat. Jak pani widzi, mam naturalne zmarszczki i dzięki temu w wieku 60 lat mogę nadal grać kobiety po pięćdziesiątce i starsze. W ten sposób nigdy nie zabraknie mi pracy, bo aktorek po pięćdziesiątce z naturalną mimiką w Hollywood praktycznie nie ma.

Ma pani ogromny bagaż aktorskich doświadczeń. Nie myślała pani o tym, by stanąć po drugiej stronie kamery? Dwóch reżyserów w rodzinie wystarczy! Myślę raczej o zawodzie producenta. Przy „Olive Kitteridge” poczułam się filmowcem, nie tylko aktorką. Jestem jednym z producentów tego filmu. I mam do tego dryg! Ja przez całe wspólne życie z Joelem byłam gospodynią domową, która od czasu do czasu grywa w filmach, telewizji i bardziej regularnie w teatrze. Dużo także podróżowałam z Coenami i naszym synem. Na mojej głowie spoczywała cała logistyka przy takich wyjazdach. Trzeba było urządzać mieszkania, które nam wynajmowano na czas przygotowań i zdjęć, szukać szkoły dla Pedra, naszego adoptowanego syna, organizować transport do szkoły, sprzątać, gotować… Szczerze mówiąc, nie widzę różnicy między gospodynią domowa a producentem (śmiech)! Jestem naprawdę świetnie zorganizowana.

Decyzja o adopcji Pedra była głęboko przemyślana i ma związek z pani własnym dzieciństwem i doświadczeniami… To prawda. Zaadoptowaliśmy Pedra w 1995 roku, gdy miał zaledwie 6 miesięcy. Pochodzi z Peru. Kochamy go tak, jakby był naszym biologicznym dzieckiem. Nie urodzenie, ale wychowanie dziecka jest moim zdaniem najważniejszym testem rodzicielstwa. Ja też jestem dzieckiem adoptowanym. Wychowałam się w domu pastora. Miałam jeszcze dwójkę przybranego rodzeństwa. Dużo podróżowaliśmy po Ameryce. Tata był kaznodzieją, a więc my także żyliśmy przykładnie i po chrześcijańsku. Oboje rodzice byli bardzo porządnymi, dobrymi ludźmi. Kiedy osiągnęłam pełnoletniość, powiedzieli mi prawdę. Mogłam napisać do swojej biologicznej matki. I tak zrobiłam. Kierowała mną ciekawość, ale i ogromy żal. Jednak nie udało nam się nawiązać relacji. To poczucie opuszczenia zostaje w człowieku na całe życie, bo podkopuje zaufanie do najbliższej ci osoby. Trudno jest potem nawiązywać głębokie relacje z innymi ludźmi. Pedro też mógł napisać do swojej matki, ale nie chciał. Myślę, że go rozumiem, jak mało kto…

Czuje się pani dziś spełniona jako matka, aktorka, producentka? Wierzę, że wiele jeszcze przede mną. Ten zawód, myślę o aktorstwie, jest obarczony sporym ryzykiem. Niezależnie od tego, ile się w nim zarabia, a nawet niezależnie od tego, czy jest się celebrytą – żyje się w nieustannej niepewności. Ja na szczęście nie jestem uzależniona od tego, czy zadzwoni telefon z propozycją. Jako żona reżysera mam luksusową sytuację. W ostateczności na jakiś epizod u mojego męża zawsze mogę liczyć. No i generalnie jestem na jego – jak to się mówi – utrzymaniu. Nie muszę więc przyjmować każdej propozycji i stresować się przestojami. Mogę normalnie żyć. Jestem zwyczajną kobietą, która ma też swoje marzenia.

Jakie? Chciałabym na przykład zagrać w kinie akcji albo w musicalu. Nie wiem też, dlaczego nikt nie proponuje mi roli psychopatycznej morderczyni. Mogłabym być niezłym Hannibalem w spódnicy. Kiedy byłam młodsza, bardzo interesowały mnie sceny rozbierane. Nawet Joel przyznał, że nie miałby nic przeciwko temu. O wiele bardziej przeraża go myśl, że mogłabym śpiewać w musicalu! Zupełnie nie rozumiem dlaczego (śmiech)! Mam jeszcze jedno ciche marzenie.

Zamieniam się w słuch… Jeśli kiedykolwiek będę miała swój nagrobek, to chciałabym, by napisano na nim: „Tu spoczywa Marge Gunderson”. Nie Frances McDormand, tylko Marge z „Fargo”. Nie ma znaczenia, że to była moja wielka rola. I chcę zaznaczyć, że Milred z „Trzech billboardów” to taka Marge, która dorosła i dojrzała.