1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Ally McBeal" powraca. Powstaje reboot kultowego serialu

"Ally McBeal" powraca. Powstaje reboot kultowego serialu

 Serial
Serial "Ally McBeal" z Calistą Flockhart zyskał miliony fanów na całym świecie. (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Przebojowa prawniczka Ally McBeal powraca. Jak donoszą zagraniczne portale, serialowy hit przełomu tysiącleci, doczeka się rebootu, czyli produkcji luźno nawiązującej do oryginalnej serii. 

Rozgrywający się w środowisku prawniczym serial "Ally McBeal" to przepełniona niebanalnym humorem historia życia i miłosnych perturbacji pewnej młodej bostońskiej prawniczki. Produkcja zadebiutowała w 1997 roku i od razu stała się hitem - najpierw w Stanach Zjednoczonych, później również w Polsce. Do roku 2005 powstało łącznie 5 sezonów, na które składa się 112 odcinków, a każdy z nich opowiada o innej sprawie, którą zajmuje się tytułowa bohaterka wraz ze swoimi przyjaciółmi.

Charyzmatyczna Ally McBeal (w tej roli Calista Flockhart) ma około 30 lat i jest osobą z niezwykle bogatym życiem wewnętrznym. Posiada szaloną wyobraźnię, jest zabawna, wrażliwa i romantyczna, ale potrafi też dogryźć. Na sali rozpraw radzi sobie znakomicie, jednak w życiu prywatnym miewa zarówno spektakularne wzloty, jak i bolesne upadki. Na co dzień pracuje w bostońskiej kancelarii Cage & Fish, prowadzonej przez jej kolegę z czasów studiów, Richarda Fisha (Greg Germann) oraz jego wspólnika, Johna Cage'a (Peter MacNicol). W firmie spotyka swoją pierwszą miłość – żonatego już Billy'ego Thomasa (Gill Bellows), z którym spędziła swoje dzieciństwo i nastoletnie lata, jednak rozłączyły ich odległe miejsca studiów. W kancelarii Richarda pracuje również jego Billy'ego, Georgia Thomas (Courtney Thorne-Smith). Gdy dawni kochankowie odkrywają, że ich uczucie nie do końca wygasło, sytuacja robi się nieco niezręczna. Żadne z nich nie planuje jednak odchodzić z pracy...

Serial 'Ally McBeal' z Calistą Flockhart zyskał miliony fanów na całym świecie. (Fot. BEW Photo) Serial \"Ally McBeal\" z Calistą Flockhart zyskał miliony fanów na całym świecie. (Fot. BEW Photo)

Po ogłoszeniu powrotu kultowych seriali z lat 90. - mowa tu o oczywiście o "Przyjaciołach" i "Seksie w wielkim mieście" - przyszedł czas na "Ally McBeal". Według doniesień zagranicznych portali, już wkrótce ma postać reboot tego uwielbianego przez widzów hitu. Produkcja jest na razie na wczesnym etapie. W prace nad projektem zaangażowany jest twórca oryginalnej wersji serialu, czyli David E. Kelley (tym razem powraca nie jako scenarzysta, a producent wykonawczy), natomiast w roli nietuzinkowej prawniczki prawdopodobnie ponownie zobaczymy Calistę Flockhart. Wciąż nie potwierdzono jednak reszty obsady. Nie znamy również daty premiery produkcji oraz tego, gdzie ją zobaczymy. Spekuluje się, że nowa "Ally McBeal" pojawi się na platformie streamingowej Hulu, na której dostępne są obecnie wszystkie dotychczasowe sezony serialu. Czy nowa wersja powtórzy sukces oryginału? Tego dowiemy się niebawem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"New Amsterdam" - nowy król seriali medycznych

"New Amsterdam". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Polacy oszaleli na punkcie "New Amsterdam". Serial jest aktualnym hitem na Netflixie i od kilku tygodniu utrzymuje się na szczycie listy TOP 10 najchętniej oglądanych produkcji na platformie. 

Seriale medyczne od lat cieszą się ogromną popularnością. Zaczęło się od "Szpitala na peryferiach" i "Dr Quinn". Później serca widzów podbił "Ostry dyżur", następnie "Chirurdzy" i "Doktor House". Dziś produkcje te spokojnie można określić mianem kultowych. I kiedy wydawałoby się, że złotą erę tego typu seriali mamy już za sobą, na horyzoncie pojawił się "New Amsterdam", amerykański dramat medyczny Davida Schulnera, twórcy m.in "Gotowych na wszystko".

Jeśli lubicie produkcje o lekarzach, z pewnością zainteresuje was ten tytuł. Wyprodukowany dla stacji NBC serial zadebiutował w Stanach Zjednoczonych we wrześniu 2018 roku i bardzo szybko okazał się przebojem. Telewizyjna adaptacja książki "Twelve Patients: Life and Death at Bellevue Hospital" autorstwa Erica Manheimera garściami czerpie bowiem z najpopularniejszych seriali lekarskich, takich jak "Code Black: Stan krytyczny", "Szpital Nadziei" czy "Doktor House". Teraz "New Amsterdam" dostępny jest również dla Polskich widzów, którzy - podobnie jak Amerykanie - oszaleli na jego punkcie. Serial jest aktualnym hitem na Netflixie i od kilku tygodniu utrzymuje się na szczycie listy TOP 10 najchętniej oglądanych produkcji na platformie. Póki co można zobaczyć tam dwa pierwsze sezony. Pierwsza seria liczy 22, a druga 18 odcinków (każdy z nich trwa po około 40 minut). Co ciekawe, trzeci sezon miał już swoją premierę w USA, natomiast nie jest jeszcze wiadomo kiedy będzie on dostępny dla polskiej widowni.

Główną rolę w serialu gra Ryan Eggold, aktor znany z takich produkcji jak "Czarne bractwo. BlacKkKlansman", "Ojcowie i córki" czy "Czarna lista". Na ekranie partnerują mu m.in. Janet Montgomery ("Salem"), Tyler Labine ("Porąbani"), Freema Agyeman ("Sense8") oraz Anupam Kher ("Poradnik pozytywnego myślenia").

Fabuła

Akcja serialu dzieje się w samym sercu Nowego Jorku, a głównym jej bohaterem jest charyzmatyczny doktor Max Goodwin. Ceniący sobie niezależność i spokój lekarz obejmuje stanowisko dyrektora medycznego w jednym z najstarszych publicznych szpitali w Stanach Zjednoczonych, tytułowym New Amsterdam Medical Center. Placówka potrzebuje jednak wielu zmian i to nie tylko personalnych. Bohater robi więc wszystko, aby zrewolucjonizować jej działanie i przywrócić miejscu dawną świetność. Postanawia porzucić swoje przyzwyczajenia, aby zapewnić pacjentom należytą opiekę i zawalczyć o ich prawa przed zarządem szpitala. Teraz każdy nowy dzień to rewolucja. I nie chodzi tu tylko o reformę zaniedbanej placówki. Wiele wyzwań niesie również życie osobiste Goodwina. Mężczyzna dowiaduje się bowiem, że ma raka. I tu pojawia się pytanie: czy będzie walczył o swoje życie tak samo, jak walczy o swoich pacjentów? Ponadto niebawem ma zostać ojcem, co zmusza go także do tego, aby naprawić swój związek - o ile jego pracoholizm i oddanie sprawom szpitala mu na to pozwolą...

Losy doktora przeplatają się też z historiami innych postaci: pacjentów, których niezwykłe historie poznajemy w każdym odcinku, a także ordynatorów najważniejszych oddziałów szpitala, m.in. onkolożki dr Sharpe, kardiochirurga dr Reynoldsa, psychologa dr Frome'a i neurologa dr Kapoora.

"New Amsterdam" - w czym tkwi fenomen serialu?

Choć "New Amsterdam" został już okrzyknięty współczesnym "Ostrym dyżurem", znacznie odbiega od typowych seriali medycznych. Dobrze wypada przede wszystkim pod kątem aktorskim, ponadto jest świetnie zrealizowany, ma piękne zdjęcia oraz znakomitą ścieżkę dźwiękową. Wszystkie te elementy tworzą spójną, wiarygodną całość. Poza tym, twórcy oferują widzom różnorodność i dynamikę wydarzeń, co sprawia, że już pierwszy odcinek wgniata w fotel i jest niezwykle wciągający.

Zdaniem wielu "New Amsterdam" należy rozpatrywać jednak bardziej jako science fiction, niż dramat obyczajowy. Naiwność bohaterów, odrealnienie i masa błędów logicznych to główne zarzuty stawiane pod adresem twórców. Zero brutalności oraz rzetelność i profesjonalizm lekarzy również pozostawia wiele do zastanowienia, a dobroć i gotowość do poświęceń bohaterów staje się z czasem nieco mecząca. Ale może widzowie właśnie tego teraz najbardziej potrzebują - lekkiego serialu z pozytywnym przesłaniem.

Mimo to, produkcję można zaliczyć do udanych. Jest przyjemna w odbiorze, niekiedy nawet wzruszająca, a więc idealna na obecne, bez wątpienia trudne czasy. Być może nie jest to serial przełomowy, jednak warto poświęcić na niego swój wolny czas. Miejmy nadzieję, że potencjał "New Amsterdam", który bez wątpienia jest ogromny, nie zostanie zaprzepaszczony w kolejnych sezonach.

Trzeci sezon

Trzeci sezon serialu, który zadebiutował na antenie NBC w Stanach Zjednoczonych 2 marca, poświęcony jest pandemii koronawirusa. Twórcy postanowili jednak nieszablonowo potraktować temat i skupić się bardziej na ludzkich uczuciach, o czym opowiedział sam David Schulner: "Wszyscy znają historię pierwszej fali, drugiej fali, trzeciej fali. Na pierwszym planie są oddziały intensywnej terapii, respiratory. A my staramy się wyjść poza to, opowiedzieć bardziej ludzkie historie i historie, o których być może nie usłyszymy w wiadomościach, ale które również są ważne". Na ten moment nie jest jednak wiadomo, kiedy trzeci sezon serialu "New Amsterdam" pojawi się w Polsce.

https://www.youtube.com/watch?v=ZvMCbzrToAo

  1. Kultura

"Sky Rojo" - nowy serial twórców "Domu z papieru"

 Verónica Sánchez i Lali Espósito w
Verónica Sánchez i Lali Espósito w "Sky Rojo". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
To prawdziwa gratka dla miłośników mocnych wrażeń i niespodziewanych zwrotów akcji. Na Netflix już za chwilę trafi "Sky Rojo", czyli długo wyczekiwany serial duetu Álex Pina i Esther Martínez Lobato, twórców "Domu z papieru".

To prawdziwa gratka dla miłośników mocnych wrażeń i niespodziewanych zwrotów akcji. Na Netflix już za chwilę trafi "Sky Rojo", czyli długo wyczekiwany serial duetu Álex Pina i Esther Martínez Lobato, twórców "Domu z papieru".

To jest mój klub. Spędzamy noce na czerwonej skórzanej sofie, starając się wyglądać wystarczająco cudownie, by jacyś podli faceci chcieli się z nami kochać. Tak Coral (Verónica Sánchez) opisuje Club Las Novias, dom publiczny, z którego ucieka wraz z Wendy (Lali Espósito) i Giną (Yany Prado). Trzy kobiety wyruszają w pogoń, podczas której na swojej drodze napotkają wiele niebezpieczeństw. Ich plan ma tylko jedno założenie: przeżyć następne pięć minut.

Verónica Sánchez i Lali Espósito w 'Sky Rojo'. (Fot. materiały prasowe Netflix) Verónica Sánchez i Lali Espósito w \"Sky Rojo\". (Fot. materiały prasowe Netflix)

"Sky Rojo" to pełna akcji, adrenaliny i czarnego humoru opowieść o ucieczce. Coral, Wendy i Gina uciekają w poszukiwaniu wolności, a w pogoń za nimi ruszają Moisés (znany z "Domu z papieru" Miguel Ángel Silvestre) i Christian (Enric Auquer), czyli zbiry Romea (Asier Etxeandia) — alfonsa i właściciela klubu nocnego Las Novias.

https://www.youtube.com/watch?v=PSr9xuLhccc

Sky Rojo to historia ucieczki trzech kobiet, ale także opowieść o nich samych - trzech ofiarach handlu żywym towarem, które wyrywają się z matni, w którą są uwikłane. Serial opowiada o ich marzeniach, pokazuje piekło, jakie stało się ich udziałem, przyjaźń i solidarność, jaka je połączyła, a przy tym także niesamowitą energię, która utrzymuje je przy życiu - mówią twórcy Sky Rojo, Álex Pina i Esther Martínez Lobato.

Czarny humor, potężna dawka akcji i czysta adrenalina - oto obietnica "Sky Rojo".  Premiera serialu odbędzie się już 19 marca na platformie Netflix. Serial ma składać się z dwóch sezonów, z których pierwszy ma mieć osiem, 25-minutowych odcinków. Twórcy nazwali go "latynoską miazgą" - co to znaczy? Przekonamy się już za chwilę.

  1. Kultura

Ałbena Grabowska: „Stulecie” ma niesamowite szczęście do świetnych aktorów

 (Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Miłośnicy serialu „Stulecie Winnych” doczekali się na kontynuację losów swoich ulubionych bohaterów. Rozmawiamy z Ałbeną Grabowską, autorką bestsellerowej sagi. 

Miłośnicy serialu „Stulecie Winnych” doczekali się na kontynuację losów swoich ulubionych bohaterów. Rozmawiamy z Ałbeną Grabowską, autorką bestsellerowej sagi. 

Właśnie ruszył trzeci sezon serialu na podstawie twojego „Stulecia Winnych”. Czy jakiś aktor lub aktorka wyjątkowo ujęli cię w nim interpretacją którejś postaci? Muszę zacząć od tego, że „Stulecie” ma niesamowite szczęście do świetnych aktorów. Kingi Preis, Janka Wieczorkowskiego, Kasi Kwiatkowskiej, Arkadiusza Janiczka czy Adama Ferencego już nawet nie wspominam, bo to, że stworzą cudowne kreacje, było dla mnie pewne. Największe wrażenie zrobili jednak na mnie młodzi aktorzy. Przede wszystkim wszyscy przeczytali książkę, choć nie było takiego obowiązku i nikt takiego warunku nie stawiał. Jednak oni uważali, że w pełni zrozumieją swoją postać dopiero kiedy poznają pierwowzór literacki, co było dla mnie ogromnie wzruszające. Kiedy byłam na planie, bo pełniłam tam między innymi rolę konsultantki medycznej, miałam okazję większość z nich poznać i często byłam pytana: „Czy dobrze to zrozumiałem? Czy dobrze to oddałam?”. Mówię tu zwłaszcza o Lidce Sadowej, która grała Annę Iwaszkiewicz i o Ani Grycewicz, która grała Ewę Wierusz-Kowalską – trudną, złożoną postać, nie tyle negatywną, co tragiczną.

Muszę też przyznać, że absolutnie się zakochałam, jeśli chodzi o pierwszy sezon, w Kubie Zającu, który zagrał Floriana Winnego. I w drugim Jakubie – Jakubie Sasaku, który zagrał Damiana – też bardzo dramatyczną rolę. Jego akurat nie poznałam na planie, ale zawsze proszę, by go serdecznie pozdrowić, bo jestem pod ogromnym wrażeniem jego dojrzałej, wyważonej, niehisterycznej interpretacji tej roli.

Pewnym fenomenem okazały się dziewczynki, czyli grające Manię i Anię – Karolina Bacia i Weronika Humaj. Pięknie poprowadziły swoje postaci, pokazały bliskość siostrzaną, a jednocześnie konflikt, rozdracie, ale też osamotnienie czy sieroctwo – w bardzo szlachetny i pełen tęsknoty sposób. Obie mi się bardzo podobały.

W nowym sezonie pojawiają się też nowi aktorzy… Tak, bo dojrzewa nowe pokolenie Winnych. Kamila Bujalska gra Basię, Sonia Mietelica – Ewę, no i niespodzianka: pojawia się Weronika Humaj w roli Kasi. W tym sezonie też zakochałam się w kilku chłopcach – Filipie Gurłaczu w roli męża Basi i Marcinie Francu –wspaniałym musicalowym aktorze, jednym z najlepszych głosów młodego pokolenia, który zagra muzyka Michała juniora skrzypka. Przepiękna, duża rola.

Za fantastyczny uważam pomysł producentów, żeby Weronika, która grała młodą Anię Winną, zagrała teraz jej siostrzenicę, czyli Kasię. To zupełnie inna osobowość i inna ścieżka życiowa. Ciekawa jestem ogromnie, jak widzowie to przyjmą. Moim zdaniem to był strzał w dziesiątkę. Weronika sobie wspaniale poradziła z tą rolą, a nie jest to tuzinkowa postać – aktorka, alkoholiczka, samotna matka, borykająca się z wieloma demonami. Myślę, że sama Weronika też jest zadowolona z tego, jak tę kolejną skomplikowaną rolę udało jej się zagrać.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

No i niczym w kolejnym sezonie „The Crown” mamy też zamianę aktorek grających główne postaci, czyli Anię i Manię... ...co wzbudziło bardzo zażartą dyskusję wśród fanów sagi. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu. Na szczęście podobno tylko ja się przejęłam tymi wszystkimi inwektywami, które padały pod adresem twórców serialu, że jak tak można, że to profanacja... Nikt z obsady nie wziął sobie tego specjalnie do serca, natomiast ja poczułam się wywołana do tablicy i sprowokowana do obrony aktorek, które przecież dopiero teraz możemy ocenić na ekranie.

Miałam okazję poznać Urszulę Grabowską, kiedy byłam na planie, tym razem z moim synkiem, który grał jej ulubionego ucznia, Piwońskiego – to w ogóle osobny temat mój Franek i ja oraz nasze epizody w serialu – widziałam, jak ona interpretuje rolę Ani i byłam zachwycona. Na bazie tego, co pokazała Weronika Humaj, Urszula pociągnęła tę postać w kierunku dojrzałości, nowych doświadczeń i emocji, jakie pojawiły się w jej życiu. Strasznie jestem ciekawa, jak drugą siostrę, Manię zagra inna cudowna aktorka – Magdalena Walach. Muszę też zdradzić coś, czego jej nie mówiłam, a mam nadzieję, że będę miała okazję  – kiedy pisałam „Stulecie”, to nie wyobrażałam sobie wszystkich postaci jako konkretnych osób czy aktorów, natomiast było kilka osób, które sobie umiejscowiłam w głowie i jedną z nich była właśnie pani Magdalena, którą widziałam w osobie Michelle. Miałam ją przed oczami, kiedy pisałam tę postać. Na ramówce poznałam Marysię Pawłowską, która zagrała w serialu Michelle, no i też zrobiła to koncertowo.

Już w pierwszym odcinku nowej serii widzowie przeżyli wielkie emocje. Pamiętam, jakie reakcje wzbudzał pierwszy sezon, zwłaszcza scena, w której nie wiemy, co dzieje się z dzieckiem jednej z bohaterek, Władzi Winnej. A ja pamiętam te oskarżycielskie pytania następnego dnia w sklepie spożywczym: „Co pani zrobiła z tym dzieckiem?”. „Proszę spokojnie oglądać dalej” – prosiłam. Ale to dobrze, że tak się dzieje, że ludzie tak reagują. Uważam, że nie powinno się uładzać i romantyzować pewnych dramatów, bo potem będziemy mieć do czynienia z czymś miałkim, powierzchownym. Wojna w serialu była pokazana w bardzo dramatyczny sposób i czasy PRL-u też zostały odarte z nostalgii, którą czasami zdarza nam się odczuwać wobec tamtego okresu. Bywa, że słyszę: „No i co? Źle wtedy było?”. No źle.

Dokładnie rok temu na łamach „Sensu” powiedziałaś, że horoskop na 2020 rok wieszczy, że to będzie dla ciebie bardzo twórczy okres. Był? I to jak! Napisałam podczas niego trzy książki. A oprócz tego scenariusz do filmu fabularnego i libretto do musicalu. Z tego musicalu jestem chyba najbardziej dumna. Daniel Wyszogrodzki napisał teksty piosenek, muzykę – Tomek Szymuś, a choreografię opracowała Iwona Pavlović. Całość jest oparta na dwóch największych legendach Warmii i Mazur: o królu Sielaw i rodzinie Warmii i Mazura oraz ich córkach: Łynie i Kiesnie, czyli tamtejszych rzekach. Premiera realizacyjna miała miejsce w grudniu w Filharmonii Olsztyńskiej. To niezwykłe przedsięwzięcia, bardzo lokalne. Bardzo bym chciała, by widzowie mogli je wreszcie zobaczyć, jak tylko sytuacja epidemiologiczna na to pozwoli.

A sprawdzałaś, jaki masz horoskop na ten rok? Jeszcze nie, ale mam nadzieję, że będzie to dla mnie rok odpoczynku i zbierania owoców wytężonej pracy minionego roku. No i że będzie sprzyjał mi też osobiście.

  1. Kultura

4 sezon "Opowieści podręcznej" - data premiery, zwiastun

 (Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
"Opowieść podręcznej" powraca. Serial, który od emisji pierwszego sezonu bije rekordy popularności, zmierza ku końcowi. Świat z najgorszego horroru kobiet, chaos i zbliżająca się wojna - to właśnie pokazuje zwiastun 4 sezonu.

Rewolucja w końcu nadeszła. June Osborne, fenomenalnie zagrana przez Elisabeth Moss, przygotowuje się do walki z opresyjnymi władzami Gilead. "Ona knuje. Kto wie, jakie okrucieństwa mogą spotkać nasz prawy naród" - wścieka się ciotka Lydia grana przez Ann Dowd. Szykuje się walka o sprawiedliwość i zemsta, podczas której nie obędzie się bez ofiar.

Platforma Hulu opublikowała zwiastun nadchodzącego sezonu "Opowieści podręcznej", który ma trafić na tę platformę streamingową już 28 kwietnia. June pokazuje w nim zupełnie inną twarz. Rozpala ją wściekłość i robi wszystko, by wymierzyć sprawiedliwość. W tle słyszymy transmisje radiową, z której dowiadujemy się o rosnących globalnych sankcjach nałożonych na Gilead. Presja rośnie więc nie tylko za murami kraju, reszta świata również się zbliża.

https://www.youtube.com/watch?v=pmcWPOH4Yqw

June przemienia się w bojowniczkę o wolność, a Elisabeth Moss po raz pierwszy w swojej karierze staje za kamerą, reżyserując trzy z dziesięciu odcinków sezonu. W 4 sezonie "Opowieści podręcznej" powraca doceniona przez krytyków obsada, w tym Joseph Fiennes, Yvonne Strahovski, Samira Wiley, Alexis Bledel, Max Minghella, Madeline Brewer, O-T Fagbenle, Amanda Brugel, Bradley Whitford i Sam Jaeger.

Serial, oparty na powieści Margaret Atwood, z powodu opóźnienia wynikającego z pandemii koronawirusa, został przedłużony i finalnie ma składać się z pięciu sezonów. W Polsce można go oglądać na platformie HBO. Premiera 4 sezonu odbędzie się 29 kwietnia.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

 

  1. Kultura

"The Crown" - Księżna Diana, czyli sen o Kopciuszku

 (Fot. Getty Images; Netflix)
(Fot. Getty Images; Netflix)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Tydzień po premierze czwartego sezonu „The Crown” brytyjskie media ogłosiły, że padły rekordy oglądalności. Głównym wątkiem jest w nim historia Diany. Co jest takiego w jej postaci, że przykuwa uwagę filmowców, mediów i zwykłych ludzi, zastanawia się socjolog kultury Robert Kulpa.

Czy dziś postać Diany wciąż budzi w Wielkiej Brytanii zainteresowanie? Diana jest obecna w brytyjskiej pamięci kulturowej na różne sposoby. Bezpośrednio, tak jak teraz za sprawą serialu czy kontrowersyjnych ocen wygłoszonych niedawno przez jej brata na temat metod pracy dziennikarza, który przeprowadził z nią pamiętny wywiad dla BBC „Panorama” w 1995 roku. Albo pośrednio, poprzez odniesienia do jej dzieci, Harry’ego i Williama, ich związków czy pozycji w kolejce do tronu. Wzrost oglądalności ostatniego sezonu „The Crown” można tłumaczyć zainteresowaniem jej osobą, ale też tym, że tym razem fabuła dotyczy lat 80., a więc rezonuje z żywą pamięcią znacznie większej grupy odbiorców niż poprzednie sezony serialu.

Niedawno brytyjski minister kultury Oliver Dowden oświadczył, że każdy odcinek z ostatniej serii serialu powinno poprzedzać ostrzeżenie, że to fikcja, a nie dokument. A w „Guardianie” ukazał się felieton Simona Jenkinsa oskarżający twórców serialu o zakłamywanie historii. Czy to nie przesada? Rzeczywiście zareagowano, jakby kwestionowano całą monarchię, ale i autorytet ówcześnie (i obecnie) rządzących torysów. To partia konserwatywna, którą charakteryzują szacunek i poparcie dla rodziny królewskiej. Tymczasem w serialu postaci Diany i Karola (czy Margaret Thatcher) są dość dwuwymiarowe i często przerysowane na potrzeby filmowej narracji. Poza tym wypowiedzi polityków są na ogół obliczone na polityczne cele. Broniąc dobrego imienia rodziny królewskiej i Margaret Thatcher, torysi bronią dziedzictwa narodowego i tego, co angielskie, i w ten sposób chcą budować zaufanie do swojej partii. Lepiej mówić o braku szacunku do narodowych wartości niż o nadchodzącej katastrofie brexitowej.

Czy przywiązania do rodziny królewskiej trzeba bronić? Co o tym mówią sondaże? Nie wydaje mi się. Chociaż w latach 90. poparcie dla rodziny królewskiej znacznie spadło, zmieniła to właśnie Diana. Jej pogrzeb był formacyjnym i wspólnotowym doświadczeniem dla Anglików. W ostatnich latach poparcie dla monarchii jest dosyć stabilne i sięga od 60 do 70 proc., choć są różnice pokoleniowe. Wśród osób starszych to poparcie wzrasta nawet do 80 proc., a w grupie od 18 do 25 lat spada do 40–50 proc.

Rodzina królewska zazwyczaj nie uczestniczy w życiu politycznym czy medialnym, za co zresztą czasami jest krytykowana. Jej strategia to wycofanie i czekanie z boku, aż konflikty i trudne momenty przeminą, a czas zaleczy rany. Stąd też tak wielkie zainteresowanie, gdy ktoś przełamuje tę konwencję,jak było właśnie z Dianą, a ostatnio z Harrym i Meghan Markle. Ich decyzja o „wypisaniu się” z rodziny królewskiej to powiew świeżego powietrza w zatęchłych pałacowych korytarzach, więc nie przypadkiem Meghan jest czasami porównywana do Diany.

Harry i Meghan postanowili zrezygnować ze służby publicznej i uniezależnić się finansowo od monarchii, ale wciąż odcinają od niej kupony. Także w Polsce ukazała się książka „Chcemy być wolni”, w której opowiadają o swojej decyzji i która wszędzie trafia na listy bestsellerów. Ostatnio mówiło się też o ich umowach podpisanych z Netflixem i serwisem Spotify. Myślisz, że ich wycofanie się z dworu było możliwe dzięki przykładowi, jaki dała Diana? Może, ale nie w bezpośrednim sensie. Melanż arystokracji i wyższych sfer z elitą popkulturową istnieje od początku XX wieku. Jeden z takich wczesnych przykładów to Grace Kelly, popularna aktorka, która stała się księżną Monako. Diana poznała zresztą Grace Kelly, była na jej pogrzebie, a 15 lat później sama zginęła w wypadku samochodowym. Historia Grace Kelly to klasyczna bajka o Kopciuszku i trochę podobnie postrzega się Dianę.

Odejście Harry’ego i Meghan i ich związki z kulturą popularną są przejawem funkcjonowania kultury celebryckiej, której Diana była prekursorką. To ona jako pierwsza z rodziny królewskiej stała się medialną celebrytką w dzisiejszym znaczeniu. Lata 90. to czas, kiedy ikony kina ustępują miejsca telewizyjnym, sezonowym celebrytom. To wtedy też znaczenie zyskują paparazzi, bo prasa brukowa coraz intensywniej konkuruje z rosnącymi w siłę kanałami telewizji kablowych, takimi jak całodobowe CNN. W tym samym czasie obserwujemy największe skandale związane z Dianą, w 1992 roku wychodzi książka oparta na przeprowadzonych z nią wywiadach, niedługo potem Karol i Diana ogłaszają separację.

Jak to się stało, że Diana, która pochodzi z arystokratycznej rodziny, stała się Kopciuszkiem? Mimo pochodzenia w świadomości publicznej pojawiła się trochę znikąd, jako zwykła dziewczyna, która ma się stać nową królową. Gdy Karol ją poznał, pracowała jako przedszkolanka, mieszkała z przyjaciółkami. To dlatego łatwo było się z nią utożsamiać.

Lata 80. to konserwatywne rządy Thatcher, czas epidemii AIDS i politycznego sprzeciwu wobec feminizmu i innych ruchów społecznych. Jednocześnie mamy jednak do czynienia z oddolnym dojrzewaniem owoców ruchów feministycznego i lesbijsko-gejowskiego z lat 60. i 70., które zmieniły sposób myślenia o rolach płciowych, seksualności i tradycyjnych normach społecznych. Diana jawiła się ludziom jako młoda księżna, ale też ktoś, z kim można się identyfikować, bo chce żyć po swojemu i kwestionuje patriarchalne struktury rodziny królewskiej. Diana chce sama wychowywać dzieci, a nie oddawać je niani, chce zaistnieć jako równorzędna partnerka Karola i niezależna jednostka, a nie tylko żona ozdoba przyszłego króla. Ogromne znaczenie miało też to, że Diana ujawniła w wywiadzie dla BBC, a potem w książce autobiograficznej swoje problemy. Mówiła o depresji poporodowej, zaburzeniach odżywiania, o kryzysie małżeńskim, zdradach męża, ale też o własnej niewierności. Dzięki temu stała się symbolem, na który nowe pokolenie kobiet mogło łatwo nałożyć swoje oczekiwania wyrosłe na fali edukacji feministycznej. W tym sensie jej popularność to ucieleśnienie nowej wersji snu o Kopciuszku: historia stawania się niezależną, świadomą swoich potrzeb kobietą, która nie boi się o nie zadbać.

(Fot. Getty Images; Netflix) (Fot. Getty Images; Netflix)

Z młodziutkiej, łatwo wpadającej w zakłopotanie i rumieniącej się dziewczyny Diana zmienia się w dojrzałą kobietę, która świadomie rozgrywa media. To jest właśnie ta świadomość pokoleniowa, dlatego księżna Walii staje się figurą, z którą łatwiej się identyfikować młodemu pokoleniu w Anglii, zwłaszcza w czasie ofensywy politycznej konserwatyzmu. Jest głosem pokolenia świadomego medialnej zmiany, zwiększającej się roli telewizji na żywo, tego całego infotainmentu, kiedy to informacje stają się rozrywką. Dianę postrzega się często jako ofiarę mediów. Wszyscy pamiętamy obrazki, jak jest ścigana przez paparazzich. Ale ona nie była bierną marionetką i wiele poświęconych jej opracowań podkreśla, że Diana często wykorzystywała media, aby zdobyć przychylność opinii publicznej i, kolokwialnie mówiąc, coś ugrać.

Wykorzystywanie popularności do tego, by działać społecznie – taki wzór zachowania odnajdziemy u współczesnych sław, takich jak Angelina Jolie czy George Clooney. Ale jedną z pierwszych była właśnie Diana. Przed nią dobroczynność w wydaniu rodziny królewskiej wyglądała nieco inaczej. Zmieniła ten wzór poprzez osobiste zaangażowanie, a nie tylko pojawianie się i uroczyste przecinanie wstęgi. Ważny jest też rodzaj spraw, które ją obchodziły, bo to były jej wybory, zdecydowanie nie tradycyjne, często kontrowersyjne. Wspomagała bezdomnych, angażowała się we wprowadzenie zakazu stosowania min lądowych. Owszem, odwiedzała hospicja i szpitale dla dzieci, ale też szpitale dla pacjentów z AIDS, co było przełamaniem tabu. To właśnie ta działalność otworzyła jej drogę do statusu ikony środowisk gejowskich. Broniła przecież wykluczonych, a w dodatku wśród jej znajomych było wiele homoseksualnych osób ze świata mody czy muzyki popularnej. Diana nie jest jednak figurą queerową przełamującą normy. Jej wybory są często dość zachowawcze, w pewnych sferach jest bardzo normatywna.

Czy nazwałbyś Dianę feministką? Figurę Diany można czytać feministycznie, dużo jest prac naukowych, które interpretują jej postać w kontekście tego, co umożliwiła innym kobietom, ale bezpośrednio nie odnosiła się do feminizmu. Można o niej powiedzieć, że jest córką feminizmu, uosobieniem wysiłków dwóch, trzech pokoleń feministek i feministów pracujących nad zmianą kulturowych ról płciowych, beneficjentką przewartościowywania norm społecznych i obyczajowych. Korzysta ze zmian zainicjowanych przez feminizm, ale go nie buduje, nie tworzy. Można nazwać ją feministką w takim sensie, że jako kobieta żyła po swojemu.

Wiosną na Broadwayu będzie miał premierę musical „Diana”, na początku roku, jeszcze przed oficjalną premierą, ma pokazać go Netflix. Będzie opowiadał o miłości tytułowej bohaterki do Karola i o ich rozwodzie. Jestem pewny, że na półkach scenarzystów w Hollywood jest mnóstwo scenariuszy o Dianie. Zresztą „The Crown” nie jest pierwszym opowiadającym o niej filmem. Był hollywoodzki film z Naomi Watts o romansie Lady Di z chirurgiem Hasnatem Khanem, a Ryan Murphy, twórca „Glee” i „Pose”, zapowiadał, że o Dianie i Karolu będzie opowiadał drugi sezon jego antologii „Konflikt”. I jeszcze szeroko komentowany film Stephena Frearsa „Królowa” z 2006 roku, opowiadający o okolicznościach związanych z jej pogrzebem; nie wspominając o reportażach i filmach dokumentalnych na temat księżnej Walii. Można powiedzieć, że postać Diany weszła do popkulturowego kanonu.

Dr Robert Kulpa jest socjologiem kultury, absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego i University of London. Zajmuje się m.in. tożsamością narodową, płciową i seksualną. Wykłada socjologię na Edinburgh Napier University.