1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Hiacynt” – jeden z najważniejszych filmów 2021 roku. Rozmowa ze scenarzystą Marcinem Ciastoniem

„Hiacynt” – jeden z najważniejszych filmów 2021 roku. Rozmowa ze scenarzystą Marcinem Ciastoniem

Hubert Miłkowski, Marek Kalita i Tomasz Ziętek w jednej ze scen filmu „Hiacynt” (Fot. materiały prasowe/Bartosz Mrozowski)
Jedna z najbardziej niesławnych akcji milicji obywatelskiej. I najdłużej oklaskiwany film festiwalu w Gdyni. Scenarzysta Marcin Ciastoń mówi, że ta historia po prostu domagała się opowiedzenia.

Ile razy byłeś na planie „Hiacynta”?
Dwa lub trzy, z czego raz w roli statysty.

W której scenie?
Chyba jednak nie chciałbym, żeby widzowie szukali mnie na ekranie… Nie jestem w tej scenie zbyt ważny, raczej stanowię jeden z elementów tła. Wspominam to jako świetne doświadczenie, choćby z tego powodu, że mogłem z bliska i nie narzucając się nikomu, zobaczyć, jak wygląda praca na planie. Przyznaję, trochę wykorzystałem swój status i między ujęciami, zamiast siedzieć w busie, obserwowałem wszystko na podglądzie. Ponieważ projekty Netflixa są często przygotowywane w tajemnicy, za pierwszym razem trafiłem na plan… przypadkiem, będąc na spacerze w okolicach ulicy Chłodnej, gdzie akurat skwer Popiełuszki udawał plac Trzech Krzyży, jedno z ulubionych miejsc spotkań gejów w tamtym czasie w Warszawie.

Kiedy wybrałeś się na ten spacer?
W grudniu 2020 roku, w samym środku drugiej fali pandemii i na samym początku zdjęć do filmu. Mimo starań o utrzymanie najwyższego reżimu sanitarnego zdjęcia kilka razy przerywano, bo zdarzyły się zachorowania wśród ekipy, choć prawdopodobnie nie doszło do nich na planie. Ostatecznie całość kręciliśmy przez blisko trzy miesiące. Pamiętam, że było potwornie zimno, ponuro i wszyscy mieliśmy poczucie przytłoczenia, zamknięcia.

To chyba sprzyjało wczuciu się w klimat filmu, który przecież opowiada o dość ponurym czasie PRL-u i jednej z niesławnych akcji milicji.
Wszyscy czuliśmy się wtedy zahukani i przygnębieni, co rzeczywiście mogło w jakimś sensie pomóc poczuć opresję systemu komunistycznego. Do tego w tamtym czasie wokół naszych lokacji odbywały się strajki kobiet. Ekipa mówiła, że także z tego powodu mieli poczucie, że choć robią film historyczny, to ma on silne powiązanie ze współczesnością.

Jak długo nosiłeś tę historię w sobie?
Samej historii nie nosiłem zbyt długo, natomiast długo trwał proces pisania scenariusza. Temat przyszedł do mnie, kiedy szukałem pomysłu na dyplom w szkole filmowej. Miałem na początku taką myśl, że nie chcę go zmarnować, bo w końcu jest to dyplom na zakończenie szkoły, taka jeszcze wprawka. Byłem po kilku kursach kreatywnego pisania, tworzyłem już krótkie metraże oraz robiłem podejścia do serialu. Nie czułem, bym na tamtym etapie miał w stu procentach opracowany warsztat, ale jednak zebrałem się na odwagę. Po prostu ten temat najgłośniej do mnie wołał. Dostałem też bardzo duże wsparcie od moich wykładowców i kolegów ze szkoły, w tym od Agnieszki Kruk, opiekunki naszego roku. Akcja „Hiacynt” jest doskonałym materiałem na dramat, ale ja instynktownie czułem, że to musi być kryminał.
Miałem wiele inspiracji, na przykład postać kapitana Milicji Obywatelskiej Jana Żbika z kultowego PRL-owskiego komiksu. Oczywiście Żbik był czystą propagandą, choć z czasem autorzy pozwalali sobie na coraz więcej swobody. Jakie to jest fascynujące, że właśnie taki model, taki wzorzec mieli młodzi ludzie w tamtych czasach. I jakie to jednocześnie smutne, że dla osób LGBT nie było wtedy w kulturze i życiu społecznym żadnego punktu odniesienia, nie mieli żadnego reprezentanta. Ja sam też go nie miałem w dzieciństwie. Na konferencji podczas festiwalu w Gdyni śmiałem się, że ten film jest moją odpowiedzią na Stevena z „Dynastii”, czyli pierwszą i jedyną postać geja w polskiej telewizji w latach 90. Tylko że ten wątek w ulubionym tasiemcu Polaków wzbudzał nie tyle gorące dyskusje, ile ciężkie milczenie, a to czasem trudniejsze. Bo jak o czymś nie mówimy, to tak, jakby tego nie było. Jest więc w tym scenariuszu też pewne rozliczenie z moim dzieciństwem.

Kiedy zaczynała się akcja „Hiacynt”, miałeś ile lat? Pięć albo sześć?
Są różne teorie na temat tego, kiedy się ona właściwie zaczęła i jak długo trwała. Przyjmuje się, że początek to 15 listopada 1985 roku, choć niektóre źródła sugerują, że już pod koniec lat 60., a w latach 70. na pewno, odbywały się podobne łapanki i rejestracje gejów, choć nie ma na to żadnych dokumentów i nie były one tak zorganizowane jak akcja „Hiacynt”, która była zaplanowana w konkretne dni i w określonych okresach w roku. Trwała prawdopodobnie do 1987 roku, ale są dane, które mówią, że teczki uzupełniano jeszcze w 1988. Czytając o śledztwach w czasach PRL-u do mojego kolejnego projektu, dowiedziałem się, że ta metodologia pozyskiwania TW, zbierania informacji i szantażowania była też stosowana wobec innych osób kontrowersyjnych dla społeczeństwa i władzy. O ile nie dziwią mnie te same metody, o tyle akcja „Hiacynt” była wyjątkowa z tego względu, że miała nazwę i tryb. Wiemy to z nielicznych dostępnych materiałów, a głównie z relacji świadków.

Czytałam wywiad z Krzysztofem Tomasikiem, autorem książki „Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u”, w którym mówi, że pozyskane wtedy informacje, złożone w tak zwanych różowych teczkach, nadal mogą być wykorzystane do szantażowania wysoko postawionych osób, w tym polityków. Była to więc jawna i zorganizowana akcja zastraszania, prowadzona przez Milicję Obywatelską.
Nie na tyle jednak jawna, by o niej informowano społeczeństwo. Ówczesny rzecznik rządu Jerzy Urban, pytany przez zagranicznych dziennikarzy, zaprzeczał, że akcja miała w ogóle miejsce. Dziś mówi już nieco inaczej: że teczki istnieją. Natknąłem się na wyjaśnienie, że są pilnie strzeżone i nie były ujawniane dlatego, że traktuje się je jako materiały operacyjne. Można się domyślać, że dotyczą wielu osób, które żyją do dziś, i nie mam tu na myśli tylko postaci ze świecznika, ale zwykłych ludzi. Sądzę, że tamte pokolenia funkcjonują nadal w strachu, wyparciu czy też – nazwijmy to wprost – w traumie.

Po pokazie na festiwalu w Gdyni podchodziło do mnie wiele osób, dziękując za poruszenie tego przez lata ukrywanego tematu. Najbardziej wzruszył mnie Ryszard Kisiel, ówczesny działacz na rzecz równouprawnienia osób LGBT, wydawca pisma „Filo”, bardzo ciekawa postać, którą artysta Karol Radziszewski, można powiedzieć, odkrył na nowo i zaangażował w swoją sztukę. W Gdyni podszedł do mnie, przedstawił się i powiedział mi słowa, które mam nadzieję, że mogę przytoczyć: „Udało się panu coś, co się nie udało mnie. Dotrzeć z informacją o akcji »Hiacynt« do mainstreamu”. To oczywiście nie było moim celem czy agendą, ja po prostu szukałem dobrej historii. Kiedy się o niej dowiedziałem, byłem zszokowany, że w ogóle miała miejsce, i to w czasie, kiedy już byłem na świecie. O takich rzeczach nie uczono nas w szkole. Kino i literatura często wypełniają tę lukę. Na przykład przez całe moje dzieciństwo i młodość nie miałem pojęcia, że w rejonie, skąd pochodzę, czyli na Podkarpaciu, Żydzi stanowili najliczniejszą, obok Polaków, społeczność. Dopiero kilkanaście lat temu w Jaśle, gdzie chodziłem do liceum, i w Kołaczycach, mojej rodzinnej miejscowości, zaczęły się pojawiać tablice upamiętniające tych dawnych mieszkańców, naszych sąsiadów. Długo miałem poczucie, że zostałem oszukany w tej sprawie, że coś zostało przede mną zatajone. Podobnie było z akcją „Hiacynt”. Takie historie domagają się opowiedzenia.

Podobno różowych teczek było prawie 12 tysięcy. Większość osób, których dotyczyły, prowadziła podwójne życie, czyli miała rodziny, dzieci, a czasem dość ważną pozycję w społeczności. Nic dziwnego, że mogły być przerażone tym, co władza z nimi zrobi.
I właśnie tego dotyczył szantaż. Choć przecież homo­seksualizm nie był i nie jest przez polskie prawo karany, na co zresztą często powołuje się prawa strona, oburzając się na słowa o prześladowaniu gejów. Ale to nie znaczy, że lesbijki, geje, osoby biseksualne i transseksualne byli akceptowani społecznie i szanowani, kiedy decydowali się żyć w zgodzie z tym, kim są. Dlatego też przez lata i dekady schodzili do podziemia czy chowali się w szafach. Nadal to robią.

Jedna z najbardziej poruszających scen w filmie pokazuje, jak wyglądały przesłuchania. Upokarzające pytania o pozycje seksualne, o mężczyzn, którzy pociągają przesłuchiwanych.
Tak, to jedno z wielu moich odkryć na temat tamtej akcji. Są na to dowody: zeznania świadków i liczne relacje. Miałem też dostęp do nie tyle oryginalnych, ile spisanych dokumentów z takich przesłuchań, w tym słynnej karty homoseksualisty, którą dawano przesłuchiwanym do podpisania.

Mimo nastroju noir w filmie są też sceny zabawne czy nawet radosne, jak pewna domówka…
Reżyser Piotr Domalewski miał koncepcję, by tę scenę jak najbardziej rozbuchać – żeby stała się symbolem przestrzeni wolności i bycia sobą. Joanna Szymańska, producentka, powiedziała, że jeśli uda mu się zrobić imprezę, na której każdy chciałby być, to ma jej zgodę. Myślę, że to się udało, a każdy dołożył do tego swoją cegiełkę. Na przykład „narciarza” dorzucił operator Piotr Sobociński. W tej scenie chodziło też o to, by pokazać koloryt i różnorodność tych wszystkich literek w skrótowcu LGBT. Właśnie przez to, że dziś są dla wielu tylko literkami, a tu przecież zawsze chodziło i chodzi o konkretnych ludzi. I wiesz co, też chciałbym być na takiej imprezie.

Jeden z bohaterów mówi, że to być może już ostatnia.
Odniesienia do dzisiejszej rzeczywistości pojawiają się w filmie kilka razy. Ktoś chce uciec czy być gdzie indziej, ktoś inny się boi, w co to wszystko się przerodzi. Muszę przyznać, że taki nastrój towarzyszył mi w mniejszym stopniu, kiedy pisałem scenariusz, a bardziej od kilku ostatnich lat. Mam przyjaciół, którzy wyjechali z Polski i fajnie, bo możemy ich odwiedzić w innym kraju, ale niefajnie, bo nie ma ich tutaj, gdzie powinni móc spokojnie żyć. Czasem mnie samemu przychodzą do głowy takie myśli, czy nie wyjechać, nie uciec od tego spychania ludzi poza margines.

Mówisz, że każdy włożył do tego filmu coś od siebie. Co dali z siebie reżyser, a co Tomasz Ziętek, który genialnie wcielił się w główną postać?
Serce, wrażliwość, talent… Tomek po prostu ożywił Roberta, to też ogromna zasługa charakteryzacji, za którą zresztą Daria Siejak dostała nagrodę w Gdyni. Przypuszczam, że Piotrek i Tomek spędzili wiele godzin, rozmawiając o tym, jaki ma być ten bohater. Nie chcę zgadywać, co było ich inspiracją, ale może trochę jednak ten kapitan Żbik – zresztą w latach 70. zarzucano Bogusławowi Polchowi, rysownikowi, że robi z niego homoseksualistę. Kiedy zobaczyłem pierwsze zdjęcia z Tomkiem w pełnej charakteryzacji, bardzo mi się ta postać, przefiltrowana przez wrażliwość i wyobrażenia Piotrka i Tomka, spodobała. A wąs, którego w scenariuszu wprawdzie nie opisałem, wydał mi się dość oczywisty. To były w końcu czasy Lecha Wałęsy. Piotr dodał też słynne one-linery o kiszeniu i tym, że Polacy nie cierpią, jak inni Polacy są szczęśliwi. A dzięki zdjęciom Piotrka Sobocińskiego coraz częściej słyszę, że mówi się o „Hiacyncie” jako o kryminale noir.

Ja słyszałam, że to polskie „Tajemnice Brokeback Mountain”.
A ja, że to skrzyżowanie „Zodiaka” z „Tajemnicami Brokeback Mountain”. Kto by się nie cieszył się z porównań do Finchera i Anga Lee? Może to zabrzmi zarozumiale, ale sądzę, że ten film zasługuje na odrębną kategorię. Nie aspiruje do światowego kina, bo nie ma takiego budżetu, ale ta kameralność była też jego celem i atutem dla Netflixa, który szuka lokalnych historii.

Wspominam o tym porównaniu także dlatego, że to pierwsza polska gejowska love story.
Karolina Korwin Piotrowska napisała, że jest to film o miłości… Myślę, że to wyszło organicznie. Tak samo jak z wykorzystaniem akcji „Hiacynt”. To nie miał być manifest czy dokument, tylko to miała być podróż bohatera. To, co się dzieje w jego życiu osobistym, jest zwierciadłem szerszej przemiany, nie tylko dotyczącej uczuciowości czy seksualności, lecz także jego postawy jako człowieka i jako Polaka wobec systemu czy instytucji.

Skoro mówimy o miłości, nawiążę do twojego przemówienia po odebraniu nagrody w Gdyni. Podziękowałeś swojemu pierwszemu czytelnikowi i partnerowi, Rafałowi, ale też powiedziałeś, że w kraju, gdzie jakakolwiek grupa nie może być sobą, zostaje wykluczona, odczłowieczona – tak naprawdę nikt nie może czuć się bezpiecznie. I nie powinien.
Ta edycja festiwalu była wyjątkowa z wielu względów. Po roku niewidzenia się z powodu pandemii i po dwóch latach od ostatniej gali wszyscy byli wygłodniali spotkań i rozmów o filmach, więc panowała radosna, serdeczna atmosfera. A jednocześnie wiele konkursowych filmów poruszało ważne i trudne tematy, do tego podczas trwania festiwalu rozgrywały się straszne sceny na polsko-białoruskiej granicy – chciałem, by to wybrzmiało również w moich słowach, zwłaszcza po poruszającym przemówieniu odbierającej honorowe Platynowe Lwy Agnieszki Holland.

To jak na razie najważniejszy film w twoim życiu – fabularny debiut i od razu wygrana. Zostawiłeś coś w nim z siebie? Jakaś postać jest szczególnie ważna?
W każdej postaci jest coś mojego, bo nie da się stworzyć wiarygodnie emocjonalnej podróży kogokolwiek bez przynajmniej wyobrażenia sobie tego, co się działo w jego wnętrzu. Nie jest to moja osobista historia, ale dużo emocji było przefiltrowanych przez moje doświadczenia z czasu dorastania oraz przez znajomość środowiska osób nieheteronormatywnych dojrzewających w Polsce. W jakimś sensie relacje rodzinne też przypominają moje, choć – podkreślę to raz jeszcze – nie pokazuję tu swoich rodziców. Zawsze jest dobrze przeżyć to, co się opisuje. Bo jeśli wierzysz w to, o czym opowiadasz, uwierzą w to też inni.

Marcin Ciastoń: scenarzysta, tłumacz. Finalista konkursu scenariuszowego Script Pro w latach 2016–2017 za scenariusze „Gorzki fiolet” (wczesna wersja „Hiacynta”) oraz „Powrót”. We wrześniu 2021 roku otrzymał nagrodę za najlepszy scenariusz podczas 46. FPFF w Gdyni. Film „Hiacynt” w reżyserii Piotra Domalewskiego, oparty na nagrodzonym scenariuszu, można już oglądać na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze