1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

„Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” Aleksandry Zbroi nagrodzony w plebiscycie Bestsellery Empiku

Książka „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” Aleksandry Zbroi ukazała się nakładem wydawnictwa Agora. (Fot. materiały prasowe)
Intymne świadectwo, które staje się literaturą – tak o książce Aleksandry Zbroi „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” piszą recenzenci. Nie tylko oni docenili poruszający debiut literacki autorki reportaży, wywiadów oraz felietonów, a ostatnio także scenariuszy słuchowisk i podcastów. Książka „Mireczek…” została nagrodzona w plebiscycie Bestsellery Empiku w kategorii Odkrycia. Oto jej fragment.

Pieta Alcoholica

Rozmawiamy przez telefon. Ja i jej rozpacz. Mówi: „Mirek nie żyje. Szłam podlać drzewko, wtedy go zobaczyłam. Idę, patrzę – leży. Jestem tu z nim. Jest taki siny, Oleńko, on jest taki siny. Myślałam, że pijany zasnął pod drzewem. Myślałam, że się czymś ubrudził. Więc klękłam go wytrzeć. Musiał tu leżeć długo. Długo sam”.

Odpowiadam rzeczowo, żeby zadzwonić tu i tu, żeby wracać do domu, zawołać kogoś bliskiego, może sąsiadkę. A ona, że chce zostać pod tym drzewem. „Posiedzę sobie z nim, Oleńko. Ja się nie boję, ja się naprawdę nie boję” – mówi jej rozpacz. Kwili. Czy coś zjadła? Czy piła? Chociaż wody mogłaby się napić. Ciepłej, przegotowanej, jak lubi. Jestem konkretna. Ani śladu rozpaczy.

Za parę minut znowu dzwonię. Ciotka z mężem już w drodze. Będą za półtorej godziny. Po kolejnym kwadransie ponownie wybieram jej numer. „Są już policjanci, ratownicy, jeszcze tylko prokurator” – i dopiero to jest jak uderzenie. Jak to prokurator? Dlaczego on umarł? Mireczek, mój ojciec.

Papo, pa-pa

Wklepuję na fejsa komunikat, że to koniec, że umarł nagle i niezapowiedzianie, że nie miałam okazji poznać własnego ojca, ponieważ on wolał wódę. I jabole, i browary, i pewnie nawet denaturat, bo był uzależnionym typu menela, który zasrywa sobie nogawkę spodni, śmierdzi w autobusie i zalega na dworcach. Potem usuwam to o denaturacie oraz dworcach. Piszę, że ojciec zmarł nagle i że mi smutno. Po chwili dodaję: „Wiele lat temu zabrały go demony plątające się po jego trzewiach i głowie. Nie znaliśmy się – spotykałam głównie tego z trzewi i głowy, który podpowiadał mu, co robić. Że poza wódką jest tylko strach, że nic nie warto. Żeby dał sobie spokój. Tato, przykro mi, że tak się stało. Dzięki Tobie uczę się współczuć. Może to taki ostatni prezent od Ciebie dla mnie”. Słowo „tato” kłuje w oczy, ale w całą resztę przez chwilę wierzę. Potem zostaje tylko to kłucie. „Tato”, „papo”, „papko”, językowe narzędzia tortur.

Na privie

Komentarz pod postem: „O jednego mniej, szkoda, że nie mój”. Po chwili: „Sorry prv”. Na privie: „Nie mogłem się powstrzymać, bo kurwa, ile można to znosić? Oczywiście współczuję”.

„Czasem lepiej bez niż z. Oluś, tak z doświadczenia mówię”.

„Znam to. Kondolencje, mimo wszystko”.

„Mojego też to pewnie czeka”.

„Ja pierniczę, strasznie mi przykro, mogę jakoś pomóc? Powiem ci tak w zaufaniu, że moi też piją”.

„Tak mi przykro, Olu. Nie umiem sobie wyobrazić, przez co przechodzisz. PS Moja mama pije od 11 lat”.

„Mój tata też jest alkoholikiem”.

„Minęło 25 lat. Nie potrafił nie pić, powiesił się w łazience, miałam wtedy 9 lat”.

Itd. Itp.

Aniele Boży

Czy to polski normal patrzeć, jak rodzic się upija, tłucze łapskiem w ścianę, szarpie, krzyczy, wyzywa, traci przytomność na klatce schodowej, chodniku, w rowie, zasypia nad kiblem, zarzyguje sobie twarz, włosy, ręce, rano wali mocne z puszki po 3,49 za pół litra, mówi, że to wszystko przez ciebie, bo byłaś niegrzeczną dziewczynką, po czym wytacza się z domu, a ty się modlisz, żeby nikt z 3C nie skojarzył, że to twój tata?

Trzydzieści dwie wiadomości w godzinę po moim łzawym wpisie i wciąż lecą następne „u mnie też tak”.

Ilu jeszcze Polaków i Polek ma swojego Mireczka, Anioła Stróża, który trzyma pieczę nad ich życiem?

Próbuję znaleźć w Internecie. Jedni piszą, że 40 procent dorosłych doświadczyło rodzicielskiego picia, inni, że 15 procent, czyli i tak setki tysięcy.

W tydzień po śmierci ojca uwierzyłabym nawet w tych 40 procent, parę milionów potomków Mireczka.

Raczej nie być

W słuchawce odzywa się głos koleżanki z poprzedniej pracy. Od trzech lat nie zamieniłyśmy ze sobą słowa. Teraz dzwoni, bo chce, żebym wiedziała, że ona to wszystko zna. Opowiada: mama i picie, picie i mama. „Mam córeczkę – mówi dalej – ostatnio usiadłam z nią, taką małą i bezbronną, w kącie pokoju i leciały mi łzy: jak można tak mało kochać?”. Nad sobą płakałaś? – pytam, bo wiem, że przecież nie przez córkę. A ona, że nie nad sobą, ale nad nią, nad mamą, która choć jeszcze żyje, to jakby dawno już zmarła. I że kiedy naprawdę umrze, może zacznie jakoś bardziej istnieć. „To śmieszne – mówi koleżanka. – Jakby zaczynali być dopiero, kiedy ich nie ma”.

Myślę o tym cały dzień. Bo ojciec faktycznie raczej nie był, niż był. Nie bywał na Wielkanocach, Bożych Narodzeniach, ceremoniach wręczania świadectw, rocznicach, wakacjach, urodzinach. Aktywnie nie uczestniczył w pogrzebie swojego ojca, z którego najlepiej zapamiętałam litanię „jakże on mógł nie przyjść”. Odmawialiśmy ją najpierw w kościele i na cmentarzu, potem na stypie w domu wzniesionym przez zmarłego dziadka. W domu, którego mój ojciec nie pomagał budować. Gdzie paręnaście lat później sam ostatecznie przestał być.

Słownik

„Alkoholik”, „pijak”, „pijaczysko”, „moczymorda”, „ochlej”, „chlejus”, „opój”, „chlor”, „luj”, „menel”, „obszczymur”, „pospolity kloszard”, „dreszcz”, „żul”, „żulian”, „bimbała”, „hołota”, „pajac”, „dziad”, „dziadyga”, „kanalia”, „zbój”, „łobuz”, „zabijaka”, „nierób”, „rodzic dysfunkcyjny”, „pan nieodpowiedzialny”, „alimenciarz”, „degenerat”, „Mireczek” – tak wyglądałoby zestawienie zamienników sformułowania „twój ojciec”, które w latach 1986–2018 słyszałam najczęściej.

Alkoholik

Słowo „alkoholik” jest niepoprawne. Sugeruje, że choroba i człowiek to jedno. Tymczasem choroba chorobą, a człowiek człowiekiem – choruje zawsze ktoś, osoba, podmiot choroby. Powinno się więc mówić: osoba cierpiąca na chorobę alkoholową. A ja? Córka cierpiącego na chorobę alkoholową, która choruje na cierpienie wywołane cierpieniem na chorobę alkoholową. Która choruje na czyjeś cierpienie. Jak to poprawnie powiedzieć?

Drzwi

Żyliśmy z Mireczkiem przez próg. Ja w środku, on na zewnątrz. Przychodził w nocy pokrzyczeć. Kiedy się zmęczył, zjeżdżał plecami po drzwiach i przytykał ucho do ich zimnej powierzchni. Po drugiej stronie ja robiłam to samo. Nasłuchiwaliśmy siebie nawzajem. Potrafiliśmy tak aż do świtu.

Dziś wciąż nasłuchuję. Wieczorami leżę obok śpiącego dziecka i śpiącego męża nieufna wobec ciszy pomiędzy ich oddechami. Czekam na poruszenie na klatce schodowej, stąpanie ciche, potem odważniejsze, głośne, na vibratto uderzanych pięścią drzwi. Czekam na Mireczka. Łapię się na tym, że parę miesięcy po jego śmierci ciągle wypatruję go przez okno lub wizjer. Podglądanie przez dziurki i szczeliny w drzwiach było dla nas tym, czym dla innych rodzin niedzielny wypad do kina.

Pierwsze drzwi były niebieskie, z końca lat siedemdziesiątych. Kiedy skończyłam pięć lat, odpadła z nich farba i wyglądały jeszcze bardziej byle jak. Może dobrze, że Mireczek je wyważył. Tak się zaczęła nasza drzwiowa prehistoria.

Drugie drzwi, epoka brązu, były mocne, zamykane na dwa zamki z eleganckim wizjerem otoczonym żłobioną aureolą z pseudozłota. Mireczek czasami przytulał do niego oko, jakby licząc, że z tej drugiej strony też da się coś zobaczyć. Wyglądał jak rozeźlony cyklop.

Trzecie, beżowe, z gałką i łańcuchem. Łańcuch zawieszono chyba na wszelki wypadek. Gdyby Mireczkowi udało się jednak przełamać opór zamka. Beżowe drzwi miały u dołu szparę, przez którą ktoś z zewnątrz mógł dojrzeć palące się światło. Szybko więc ustawiliśmy przed nimi drzwi czwarte. Ów tandem drzwiowy stanowił niezwykle skuteczną zaporę przeciwmirkową, która chroniła mnie przez całą epokę żelaza.

Drzwi piąte były pancerne. Zero szpar plus zamek Gerda. Wszystko to niepotrzebne, bo Mireczek przestał się wówczas pojawiać. Zrozumiał, że pijany nie wejdzie. I zniknął. Po ośmiu, może dziesięciu latach stanął przed moimi drzwiami znowu. Tym razem na zaproszenie. Spotkanie kolejnej ostatniej szansy czy jakoś tak.

Szóstych drzwi w nowym domu nigdy nie zobaczył. Wyjechał z Warszawy. Mimo to, kiedy zmieniałam mieszkania, bacznie przyglądałam się każdym drzwiom. Rozpaczałam, gdy zrozumiałam, że w przedpokoju zainstalowano czujnik ruchu – światło automatycznie zaczyna świecić przy każdej próbie podejścia do wizjera, przez co trudno ukryć przed pukającym swoją obecność. Schować się. Bawić w nieistnienie.

Mąż nie był w stanie pojąć, czym się tak zamartwiam.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze