1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Skąd niewidome dzieci czerpią siłę? Rozmowa z Lidią Dudą, reżyserką filmu „Pisklaki”

Kadr z filmu filmu „Pisklaki” (Fot. materiały prasowe)
Dla tych dzieci, jeśli ktoś mówi, to znaczy, że jest. Te siedmiolatki są tak dojrzałe, bo używają słów celowo i świadomie. My, choć jesteśmy dorośli, często się tego wstydzimy, unikamy nazywania swoich emocji – mówi Lidia Duda, wielokrotnie nagradzana dokumentalistka, autorka niezwykłego filmu „Pisklaki”.

Jak można stać się bohaterem Pani dokumentu?
Moi bohaterowie pojawiają się z przypadkowych spotkań. Lubię się przyglądać innym i kiedy jestem między ludźmi, mam wewnętrzną potrzebę rozglądania się. Zazwyczaj jest tak, że trafiam wtedy na jakąś pojedynczą sytuację, czasem jedno zdanie, które nagle mnie zatrzymuje i zaciekawia. Zaczyna się od tego, że czegoś nie wiem, czegoś nie rozumiem albo czegoś jeszcze nie dotknęłam.

A jak to się stało, że Zosia, Oskar i Kinga zostali bohaterami filmu „Pisklaki”?
To też się stało zupełnie przypadkiem. Nie było tak, że postanowiłam, że teraz oto wymyślę sobie film o niewidomych dzieciach. Coś takiego nigdy dobrze się nie kończy, wtedy mamy już jakąś tezę i szukamy bohatera, który dopasuje się do naszego wyobrażenia. Robimy w gruncie rzeczy film o sobie, o swoich teoriach, poglądach i przekonaniach. Wolę przypadkowe spotkania, wtedy dostaję ze świata zewnętrznego jakiś sygnał, który mnie zatrzymuje, i dopiero zaczyna się poszukiwanie. Film „Pisklaki” zaczął się od tego, że odwiedziłam szkołę z internatem dla dzieci niewidomych w zupełnie innej sprawie. Akurat była przerwa, więc poruszałam się dość ostrożnie, żeby nie przeszkadzać dzieciom. I nagle wśród uczniów starszych klas pojawiła się grupka siedmiolatków. Kiedy je mijałam, usłyszałam, jak pani mówi: „To teraz idziemy do internatu”. Popatrzyłam na te maluszki i pomyślałam: „Jak to?!”. Mój pierwszy odruch to było współczucie: „Bidulki, jak one zostały skrzywdzone”. Druga myśl była taka, że te dzieciaczki jakoś jednak muszą dawać sobie radę.

Zamknijmy na chwilę oczy i wejdźmy do cudzego domu, znajdziemy się w ciemności, która jest zagrożeniem. Nie wiadomo, co jest dwa kroki dalej, obce głosy, zapachy, wszystko jest obce. Nasze pierwszaczki wchodzą właśnie w taką obcą życiową przestrzeń. A mają po siedem lat. Zaczęłam się zastanawiać, skąd bierze się ich siła, jakim cudem potrafią sobie poradzić. Chciałam poznać odpowiedzi na te pytania.

Pozostało znaleźć bohaterów, którzy zgodzą się wystąpić przed kamerą.
W szkołach dla dzieci niewidomych i słabowidzących szukałam pierwszej klasy, w której byłaby minimum trójka dzieci. Najpierw zaczęliśmy realizować film w Krakowie, ale w połowie zdjęć musieliśmy z przyczyn od nas niezależnych przerwać produkcję. Zostaliśmy z niedokończonym filmem. Nie muszę chyba tłumaczyć, co to dla nas oznaczało produkcyjnie. Na szczęście producentka Ania Bławut zgodziła się, żebym poszukała innej grupy. Finalnie znalazłam ją w Laskach. To też była trójka dzieci, zaczynały naukę w klasie pierwszej 1 września i my pojawiliśmy się w szkole razem z nimi. Właściwie byliśmy dla siebie obcy, nie znaliśmy się jeszcze, to był skok na głęboką wodę. Ale już po pierwszym dniu – bo pierwszy dzień jest najważniejszy, żeby ocenić potencjał bohaterów na planie filmowym – wiedziałam, że nie zawiodła mnie moja intuicja. Będzie film. Jednak go zrobimy.

Oglądamy pisklaki, gdy zaczynają przymusowy kurs dojrzewania.
On nie będzie bezbolesny. Każde małe zwycięstwo będzie miało swoją cenę, ale muszą się życiowo poobijać, żeby mieć szansę na życiową samodzielność. W domu gwarantem bezpieczeństwa była matczyna, ojcowska dłoń. Musiały jednak ją puścić. W nowym, szkolno-internatowym świecie musiały zbudować nowe relacje, poszukać w nich bezpieczeństwa, uczuć. Pierwsza klasa będzie dla nich najważniejszym życiowym sprawdzianem. Interesowało mnie, w jaki sposób znalazły w sobie siłę, aby temu sprostać, ale równocześnie interesowała mnie „wielobarwność” tych dzieci, to wszystko, co kryje się w ich dziecięcych duszach. Każde z nich ma własną ekspresję. Ta Zosi ujawnia się poprzez śpiew i teksty piosenek, Oskar wyraża się poprzez muzykę.

Lubię kino kameralne, im mniejszy jest dystans do bohatera, im bardziej widz może mu się przyjrzeć, żeby mógł wejść w świat, który dotąd był mu bliżej nieznany – tym lepiej.

Mimo różnic charakteru między dzieciakami powstaje głęboka więź.
Zosia, Oskar i Kinga potrafią wejść w swoje emocje, bo współodczuwają, są w tej samej sytuacji. Niewidomi nie obserwują mimiki drugiej osoby, nie widzą, że ktoś jest zły albo smutny. Dlatego dla nich słowo jest niesamowicie ważne, wszystko trzeba nazwać. Bo jak ktoś mówi, to znaczy, że jest. Bez słów one dla siebie znikają. Te siedmiolatki są tak dojrzałe, bo używają słów celowo i świadomie. My, choć jesteśmy dorośli, często się tego wstydzimy, unikamy nazywania swoich emocji, a one to robią jednoznacznie.

To pierwszy film w Pani dorobku, w którym bohaterami są osoby z niepełnosprawnością. Dlaczego unikała Pani wcześniej tego tematu?
Sądziłam, że film, który ma bohatera z niepełnosprawnością, zbyt mocno narzuca mi narrację współczującą. Może też być od razu zaszufladkowany przez widza. A ja nie lubię definiować bohatera przed końcem filmu. Widocznie musiałam poczekać na swoją filmową historię z niepełnosprawnością w tle i w końcu spotkałam nasze pisklaczki. Nie traktowałam wobec nich taryfy ulgowej, tak samo, jak nie robiłam tego wobec dziecięcych bohaterów we wcześniejszych moich filmach. Musiałam po prostu uwzględnić fakt, że nie widzą. I patrząc na nie, nie myślałam, że są „inne”, tylko że mają trudniej w porównaniu z widzącymi rówieśnikami.

Kadr z filmu filmu „Pisklaki” (Fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu filmu „Pisklaki” (Fot. materiały prasowe)

Jak wyglądała praca na planie?
Można byłoby pomyśleć, że skoro dzieci są niewidome, to łatwiej o nich zrobić film, bo mnie nie widzą. Nieprawda. One reagują na najmniejsze zmiany w otoczeniu, natychmiast wyczuwają czyjąś obecność. To nie są bezbronni bohaterowie, których możemy filmować z każdej strony bez ich wiedzy. Zależało mi na tym, żeby dotknąć prawdy o ich świecie, o ich relacjach, uczuciach; musiałam więc wypracować współpracę z nimi, tak w pół kroku pomiędzy kontaktem a obserwacją, żeby film nie był „za bardzo przeze mnie wyreżyserowany”. Na planie moje sugestie wynikały z obserwacji. Jeśli widziałam, że dzieci w określonych okolicznościach były skłonne rozmawiać głębiej, starałam się im stworzyć filmową przestrzeń do takiej właśnie rozmowy. I rzecz najważniejsza, dzieci mi zaufały, ale ja przecież wiedziałam od pierwszego dnia zdjęć, że po skończeniu filmu odejdę; nasze kontakty nie będą już tak intensywne jak podczas rocznej produkcji. Nie mogłam więc przekroczyć pewnej granicy. To było trudne.

Powstał intymny portret, widzowi zdaje się, że podgląda bohaterów, jakby w ogóle nie było ekipy filmowej.
Nasz ekipa była bardzo kameralna: autorzy zdjęć, Wojtek Staroń lub Zuza Zachara-Hassairi, dźwiękowiec Krzysiu Ridan i ja. Trzy osoby to wystarczający tłum dla trójki dzieci. Sam fakt, że rodzice wyrazili zgodę na filmowanie dzieci, nie kończył sprawy. Dzieci obdarzyły nas zaufaniem, bo traktowaliśmy je po partnersku, to pozwoliło nam skrócić fizyczny dystans. Dostaliśmy od nich przyzwolenie. Takie partnerskie potraktowanie dziecka powoduje, że ono zachowuje poczucie bezpieczeństwa. Wie, że może powiedzieć: „nie chcę”, i my to uszanujemy. Poza tym skupienie całej ekipy nakierowane było na dzieci. Bez zbędnych rozmów i zamieszania na planie. Interesowały nas uczucia, emocje, a one przecież są tak płochliwe.

Zawsze jest taki dylemat, co ostatecznie ma wejść do filmu. Ja rezygnuję ze zbyt mocnych scen, bo wolę to samo powiedzieć łagodniej niż epatować. Nie uciekam od trudnych sytuacji, negatywnych emocji, ale ich w filmie nie szukam, to nie jest mój cel. Zła wokół nas jest tyle, że muszę przytulić się do pozytywnych emocji, żeby mieć też jakąś odporność, siłę. Bez tego nie można oddychać. Robiłam już filmy o dzieciach ulicy, o rodzinach z marginesu, o pedofilii, ale nie szukałam tam tego, co jest dnem i upadkiem, próbowałam znaleźć tam siłę człowieka, jakąś nadzieję.

Powiedziała Pani kiedyś, że interesują panią niejednoznaczni bohaterowie. Na czym ta niejednoznaczność polega w przypadku naszej trójki?
Zawsze jest tak, że patrzymy na kogoś i mamy pierwsze wrażenie, tak ja w tej szkole: „ale bidulki, biedne niewidome dzieci”, i to jest pierwsza warstwa. Mnie interesuje to, co zobaczę, jak przebiję się przez tę oczywistość, że mamy tym dzieciom współczuć, że one są biedne i nieszczęśliwe, bo los je pokarał. Rzeczywiście zostały skrzywdzone przez los, ale czy my w porównaniu z nimi naprawdę jesteśmy silniejsi? Moim zdaniem to właśnie dzięki nim widzimy jak na dłoni, co nam daje siłę, dzięki czemu możemy przetrwać, gdy nasz świat się wali.

Uważam, że niesamowitą siłą napędową, która może dokonać cudów, są nasze emocje, nasze relacje, bliskość z drugim człowiekiem. Drugi człowiek jest nam potrzebny do życia, do tego, żebyśmy się w nim przejrzeli, żebyśmy coś od niego dostali i żebyśmy mogli mu coś ofiarować. Wbrew pozorom w swoich bohaterach szukam siły. Nie są idealni, są tacy jak życie, mają swoje jasne i ciemne strony. Pęknięcia i rysy w obrazie bohatera sprawiają, że on wydaje się bardziej ludzki, pozwalają nam wejść do jego wewnętrznego świata. Idealny bohater nie budzi naszego zaufania. Jest zbyt teoretyczny. Szarość jest wiarygodna. No i pojawia się pytanie, która nasza strona, ta jaśniejsza czy ciemniejsza, będzie w nas dominować. Im później postawimy filmową kropkę w opisie bohatera, tym dla widza lepiej.

Z jakiego powodu robi Pani filmy dokumentalne?
Nie jest tak, że jak zrobimy film, to świat się zatrzęsie w posadach. Możemy coś zmienić jedynie w mikroskali, ale mnie ta skala całkowicie zadowala. Jak wtedy, gdy widziałam wzruszenie rodziców Zosi, Oskara i Kingi po obejrzeniu „Pisklaków”, bo zobaczyli swoje dzieci w mniej oczywistej odsłonie, którą oni znają, ale na zewnątrz jej nie widać. W skali mikro można całkiem dużo zrobić. To jest skala wystarczająca dla indywidualnego człowieka. Lubię rzeczy, które są wykonalne i które przynoszą efekt. Nie zmienię całego świata, ale mogę pokazać, jak można patrzeć na to, co wokół nas. Karmię się rzeczywistością, którą filmuję, non stop dostaję od niej coś, co mnie wzbogaca. A równocześnie sam film to jest przygoda, zaproszenie do świata, który na początku był dla mnie nie do końca oczywisty. Dla widza też nie musi być oczywisty, zapraszam go do podróży.

Lidia Duda (Fot. materiały prasowe)

Lidia Duda, autorka reportaży i filmów dokumentalnych ma na swoim koncie tak uznane tytuły, jak: „Wszystko jest możliwe”, „Uwikłani”, „Bracia”, „Herkules wyrusza w świat” czy „U nas w Pietraszach”. To właśnie ona była rozmówczynią i bohaterką organizowanej przez „Zwierciadło” debaty podczas 19. edycji festiwalu Millennium Docs Against Gravity, na którym można oglądać „Pisklaki”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze