fbpx

„Bestie z południowych krain” otworzyły Nowe Horyzonty

Jeszcze nie doleczyłam wątroby po czeskiej kuchni, na którą składają się głównie mąki i tłuszcze (po powrocie nawet swojski ogórek zdaje się rarytasem), jeszcze nie dosuszyłam ubrań, jeszcze nie dopisałam wszystkich zaległych tekstów, a już jestem we Wrocławiu na Nowych Horyzontach.
Zanim opowiem, co się działo w dniu otwarcia, obrazek z podróży, zresztą nie bez znaczenia dla interpretacji filmu, o którym za chwilę będzie mowa.

Jest dziewiąta rano, w gorączce wbiegam wprost z autobusu do budynku dworca Warszawa Wschodnia. Nic, że bez śniadania, najgorsze, że bez kawy. I stwierdzam, co następuje: w nowym budynku nie ma ani jednego wielkiego zegara, który uświadomiłby mi, czy jestem spóźniona beznadziejnie, czy tylko bardzo, kolejki do kas przeogromne (że też zawsze ludzie pytają o jakieś pociągi na przyszły tydzień akurat wtedy, gdy ja muszę kupić bilet), brak stoisk z jedzeniem. Wbiegam na peron, pociąg podjeżdża, wbijam do pierwszego wagonu, by kupić bilet u konduktora – już się z nim spotykam wzrokiem, już sygnalizuję sprawę, wtem! Rozdziela nas fala dzieci. Pokornie staję pod kiblem, czekam i obserwuję.

Dzieci są grupą zorganizowaną, zarezerwowały sześć przedziałów i tatusia, który stoi i wciąga na pokład najpierw ogromne walizy, potem malutkie dzieci. Walizy są rzecz jasna z gatunku sejfów, żeby dzieciom Boże broń nie pogniotły się w podróży koszulki z muchomorkiem. A Bóg tu nie od czapy, bo kolonia jest organizowana przez Kościół, co poświadczają promienne postaci dramatu: ksiądz oraz siostra zakonna. Dramat polega na tym, że dzieci – mimo pomocy tatusia – bardzo wolno zapełniają zarezerwowane dla siebie przedziały. W końcu któraś mamusia nie wytrzymuje i wchodzi za swoim synkiem wielkości kurczęcia, by pomóc mu taszczyć srebrnego sojuza, następna mamusia myśli, że nie będzie gorsza i już pcha się za tamtą, choć dziecko sobie dawno ze swoją rakietą poradziło. Mamy więc sześć przedziałów, mrowie dzieci i królowe-matki, księdza i zakonnicę oraz – last but not least – kierownika pociągu, który próbuje wytłumaczyć reszcie, że oto odjazd się opóźnia i kto ma wysiąść, musi wysiąść. Któraś z królowych na podniesiony w końcu głos konduktora się odwraca i mówi: „Panie, moje dziecko na kolonię jedzie”, co jest oczywiście argumentem ostatecznym. Konduktor się gotuje coraz bardziej, krzyczy głośniej, baby wysiadają wyskakują z pociągu w biegu, dzieci płaczą, a ksiądz nad tym wszystkim rozpościera ręce w geście błogosławieństwa i rzecze: „Nie ma potrzeby się denerwować, szczęść Boże”.

Tak się właśnie u nas uczy dzieci samodzielności: przez cały rok chucha na nie i dmucha, a potem wsadza na dwa tygodnie do innego gniazda, razem z kosmiczną walizką, by posmakowało fruwania na wolności. Oczywiście najlepiej, gdy tego gniazda treningowego strzegą osoby duchowne, bo to gwarantuje, że loty będą wysokie – uduchowione i w dobrym tonie. Razem z nagrodzoną Złotą Palmą w Cannes „Miłością” Hanekego oraz „Rokiem tygrysa” chilijskiego reżysera Sebastiana Lelio, kolejny międzynarodowy festiwal Nowe Horyzonty we Wrocławiu otworzył film pokazujący dzieci w sposób, o jakim nie śniło się naszym filozofom. Coś podobnego, tylko dużo mniej barwnie, śniło się u nas chyba tylko Pawłowi Huelle w „Weiserze Dawidku” albo Tomkowi Tryznie w „Pannie Nikt”. I może jeszcze Jakimowskiemu w „Sztuczkach”.

Otóż najwyżej siedmioletnia Hushpuppy opowiada widzom o swoim życiu z ojcem w dziwnej krainie, która jest w jakiejś części na pewno „zmyślona”, w innej „prawdziwa”, ale nie jesteśmy w stanie ustalić granic autentyczności. W sposób typowy dla realizmu magicznego to zachowanie narratora gwarantuje zrównanie zjawisk prawdopodobnych i ponadnormalnych. Zasłyszane od dorosłych, sugestywne historie i wycinki „naukowej” wiedzy o świecie stanowią filary wyobraźni dziewczynki, na których wznosi eklektyczny świat rządzący się własnymi prawami. Jest to świat, w którym da się uzasadnić czy przepracować śmierć mamy i w którym za chwilę trzeba będzie jakoś pomieścić śmierć ojca.

Miejsce, w którym mieszkają Hushpuppy, jej tata i ich przyjaciele, nazywa się „Bathtub”. Może to być po prostu nazwa własna, ale jako rzeczownik pospolity oznacza po prostu„wannę”. Metaforycznie jest to więc miejsce, w którym ciągle zbiera się woda, teren zalewowy, coś, co na przemian się oczyszcza i zapełnia. Interpretując to wyobrażenie na podstawie obrazów, które widzimy na ekranie, „Bathtub” to jakiś margines, kres świata – zarówno geograficzny, jak i społeczny, ale liczne akcenty apokaliptyczne każą myśleć o nim także, jako o krainie na końcu czasu. Domy budowane są tu jedynie prowizorycznie, z odpadów innych, lepszych miast, szkoła mieści się w szopie, która dawniej była barem, dom publiczny – pod pokładem statku. Nieustanne powodzie nakazują nie przywiązywać się do porządku.

Ojciec Hushpuppy, świadomy zbliżającego się zagrożenia (które dziewczynka wizualizuje sobie jako goniące ją stado turów), przyucza ją do samodzielnego życia w tym półdzikim świecie. Uczy ją nie tylko łowienia ryb, jedzenia krabów, walki wręcz, ale przede wszystkim tego, jak przekuwać strach w siłę. Film jest wpół baśniową, wpół realistyczną dokumentacją procesu, którego dziewczynka na tym etapie rozwoju nie może być w pełni świadoma, ale który przeczuwa i przeżywa bardzo intensywnie. „Bestie z południowych krain” to wzruszająca i genialnie zrealizowana opowieść o kształtowaniu się potężnego charakteru, pokazuje dziecko jako równego dorosłym człowieka, który potrafi wyczuć, zrozumieć i znieść więcej, niż nam się zdaje. Film został okrzyknięty odkryciem roku na festiwalu w Sundance, zdobył także Złotą Palmę w Cannes za najlepszy zeszłoroczny debiut. Pozostaje tylko liczyć na to, że takich perełek w tegorocznym programie festiwalu będzie więcej.

W sali kinowej we wrocławskim Heliosie nie było ani jednego wolnego miejsca; przed projekcją dyrektor Roman Gutek i dyrektor artystyczna festiwalu Joanna Łapińska zwierzyli się w kilku słowach z trudności oraz ekscytacji, które towarzyszyły wybieraniu „tych jedynych”, zasługujących na szczególną uwagę filmów otwarcia i zamknięcia festiwalu. Jutro już pełnokrwisty festiwalowy dzień, projekcje od 10 rano do 22 w nocy, otwarcie wystaw towarzyszących festiwalowi w BWA oraz pierwsze koncerty w klubie festiwalowym. Jeśli macie wolny weekend, nie zastanawiajcie się długo, jak go spędzić.