fbpx

Miłość kosztuje – „Raj: Miłość” Ulricha Seidla

Miłość kosztuje - "Raj: Miłość" Ulricha Seidla
Against Gravity

Ulrich Seidl, austriacki reżyser, nakręcił trylogię poświęconą trzem cnotom: wierze, nadziei i miłości.
Na festiwalu w Wenecji nagrodę specjalną otrzymał „Raj: Wiara”, a tymczasem na ekrany polskich kin wszedł „Raj: Miłość”. I bynajmniej nie o miłości jest to film.

Mamy oto bowiem taką historię: dobiegająca 50-tki Teresa, samotnie wychowująca nastoletnią córkę, wybiera się na wakacje. I to nie byle gdzie – do nadmorskiego kurortu w Kenii. Tam podstarzali europejscy turyści, a w zdecydowanej większości równolatki Teresy, zażywają słońca, kąpieli a także adoracji młodych Kenijczyków. Najpierw poczciwa Teresa próbuje się opędzać, jak może, od nachalnych młodzieńców, którzy chcą jej wcisnąć wszystko: koraliki, zaproszenie na spacer, przejażdżkę taxi, skuterem, wreszcie seks. W jednej ze scen spacerująca po plaży turystka zostaje dosłownie osaczona przez nachalnych tubylców, i zupełnie nie wie, jak przemówić do ludzi, którzy nie chcą zrozumieć i zaakceptować odmowy.

Against Gravity/więcej w galerii

Bardzo szybko jednak Teresa – po rozmowie z bardziej doświadczonymi koleżankami – przekonuje się, że wakacje w Kenii mogą dostarczyć jej nie tylko opalenizny i powiewu egzotyki, ale też nowych doświadczeń erotycznych. Ale Teresa, świadoma wieku i związanych z tym ubytków bądź naddatków w ciele, nie chce po prostu seksu, ona chce czułości, zrozumienia i wreszcie: miłości.

Film Ulricha Seidla, z obyczajówki o losach pani po 50-tce powoli przeistacza się w opowieść o moralnym staczaniu się bohaterki. Teresa ze „słodkiej mamuśki” – jak nazywają ją młodzieńcy, przeistacza się w emocjonalnego wampira, który wcześniej przeczytał „50 twarzy Greya”.

Austriacki reżyser bez najmniejszego sentymentu pokazuje upodlenie kobiety, która w pogoni za wyimaginowanym uczuciem oddaje coraz więcej z siebie czarnoskórym młodzieńcom, w kraju, gdzie nic nie jest za darmo.

Mamy w „Raju: Miłość” bardzo mocne sceny, gdzie kontrastowo zostali pokazani młodzi, biedni, czarnoskórzy tubylcy, bez prawa do ziemi, na której mieszkają, i jej dóbr, w zestawieniu ze starymi, białymi Europejczykami, którzy szybko zaczynają zachowywać się jak finansowi kolonizatorzy. Przyjeżdżając na wakacje all inclusive, do zamkniętych ośrodków, do których tubylcy mają wstęp jedynie jako pracownicy, traktują podaną ładnie na talerzu egzotykę jak deser po obiedzie. Ale autochtoni odbijają sobie upokorzenie na swój sposób – uwodząc spragnione młodego ciała Europejki, a potem – grając na ich emocjach – wyciągają od nich pieniądze. W końcu nie jest tajemnicą, że ostatnimi osobami, które korzystają na tym, że turyści przyjeżdżają do ich kraju na wakacje all inclusive, są mieszkańcy. Zasadą jest, że cały zysk z takich wakacji trafia do kieszeni organizatora wycieczki, właściciela hotelu – zwykle międzynarodowej korporacji, a podatki – do kasy danego państwa. Lokalni właściciele kawiarni, barów, handlarze biżuterią nie dostają nic, chyba że wyciągną zbłąkanego turystę z zaklętego kręgu all inclusive.

Mamy więc mechanizm wykorzystania, który działa w obie strony: z jednej przyjezdni myślą, że na wakacjach mogą wszystko, że mają prawa do każdej rozrywki, kosztem godności człowieka, z drugiej – w XXI wieku autochtoni nauczyli się, jak sytuację przekuć częściowo na swoją korzyść. Za emocje, których złaknieni są biali, dostają pieniądze, których bardzo potrzebują. Czyje człowieczeństwo na tym traci? I gdzie w tym wszystkim miłość bliźniego? Zobaczcie sami. Jedno jest pewne: w życiu nic nie jest all inclusive.