fbpx

Sugar Man – w poszukiwaniu legendy

Sugar Man
Gutek Film

Mógł zostać drugim Dylanem albo Hendriksem, a świat o nim nigdy nie usłyszał – do naszych kin wchodzi film, na którego punkcie oszalała widownia na całym świecie. 24 lutego powalczy o Oscara. Nie ma znaczenia, czy wygra, czy nie, bo już teraz odmienił życie zarówno swojego twórcy, jak i tytułowego Sugar Mana.

Sugar Man
Gutek Film/więcej w galerii

Najpierw organizatorzy największego festiwalu filmów niezależnych Sundance postanowili tym obrazem rozpocząć filmową ucztę. Publiczność oszalała. Na kolejnych festiwalach: w Los Angeles, Nowym Jorku czy Melbourne „Sugar Man” dostawał kolejne nagrody, a jego twórca, szwedzki reżyser i scenarzysta Malik Bendjelloul, tylko przecierał ze zdumienia oczy. I choć wierzył w sukces wyjątkowej historii, jaką jego dokument opowiada, to trudno uwierzyć, że film – który chwilami kręcony był komórką, z braku środków finansowych – dotarł aż do oscarowej short listy. 24 lutego dowiemy się, czy muzyczny dokument o piosenkarzu-widmo, który mógł zrobić karierę większą niż Bob Dylan i do dziś nie wiadomo, dlaczego tak się nie stało, zostanie doceniony przez zblazowaną hollywoodzką socjetę. Niewątpliwie jednak „Sugar Man” to jeden z najbardziej niezwykłych dokumentów, jakie widziałam.

Trudno pisać o tym filmie, nie psując widzom przyjemności z jego oglądania. Za wszelkie tzw. „spojlery” przepraszam. Historia o tajemniczym Sugar Manie ma dwa początki. Pierwszy, choć nie chronologicznie, to historia samego Malika Bendjelloula, który – podróżując z kamerą po RPA w poszukiwaniu tematów – natrafił na fanów muzyka o imieniu Sixto Rodriguez. Był rok 2006. Dwa lata potem, po zebraniu sporego materiału, Bendjelloul postanowił w pełni poświęcić się nakręceniu historii niezwykłego człowieka. Wielokrotnie tracił nadzieję, bo fundusze na dokument szybko się kończyły. W filmie niektóre sceny nakręcił po prostu telefonem komórkowym. Bezrobotny i biedny, właściwie zrównał się finansowo z losem swojego bohatera, bo postanowił opowiedzieć historię nikomu nieznanego piosenkarza latynoskiego pochodzenia z dzielnicy robotniczej Detroit, który w latach 70. grywał w tamtejszych barach. I tu mamy drugi początek tej historii. Niejaki Sixto Rodriguez zachwycił dwóch znanych producentów muzycznych, którzy zobaczyli w nim silną konkurencję dla Boba Dylana. I choć nie bardzo spodobał im się jego „niegwiazdorski” image – Sixto grał w spelunach, siedząc tyłem do widowni, miał wybitnie latynoską urodę, co w tamtych czasach raczej nie otwierało wszystkich drzwi – to zachwycił ich zupełnie jego styl muzyczny oraz oryginalne, mocne teksty ze społeczną i polityczną nutą. Dzięki nim Sixto Rodriguez nagrał dwie płyty. Sprzedały się w sumie w kilku egzemplarzach. To był szok. Ameryka nie chciała tego piosenkarza.

Chwilę później jedna z płyt Rodrigueza trafia do odciętej od świata z powodu apartheidu Republiki Południowej Afryki. Jego utwory zaczynają być kopiowane na masową skalę, a on sam – niczego nieświadomy budowlaniec w Detroit – staje się poetą przeklętym, którego śpiewają wszyscy przeciwnicy systemu. Pikanterii temu dodaje fakt, że nikt nie wie, kim jest tajemniczy Rodriguez, a niedługo potem pojawia się plotka, że artysta popełnił samobójstwo podczas jednego ze swoich koncertów. Jedynie grupka najbardziej zagorzałych fanów, w tym jeden właściciel sklepu muzycznego (zwany zresztą przez przyjaciół Sugar Man) oraz dziennikarz muzyczny, postanawiają sprawdzić, kim jest człowiek, którego słucha całe RPA.

„Sugar Man” to przede wszystkim rewelacyjnie zmontowany dokument, który wciąga widza w prawdziwe śledztwo, którego celem jest odnalezienie – martwego lub żywego – zapomnianego muzyka. Wciąga w historię i sprawia, że z dziecięcą ciekawością przeżywamy losy prawdziwych bohaterów, którzy prowadzą śledztwo swojego życia.

Z drugiej strony historia Sixto Rodrigueza przypomina opowieść o Kopciuszku, którego nie chciała Ameryka, a o którym marzono na innym kontynencie. Reżyser zadaje pytanie, które nurtuje nas od początku filmu – dlaczego człowiek o takim głosie, melodii i charyzmie, nie zrobił oszałamiającej kariery. Powodów może być kilka, ale – jak sugeruje Bendjelloul – żaden nie jest właściwie tak istotny. Z jednej strony lata 70. to ciągle jeszcze zderzanie się amerykańskich mniejszości etnicznych ze szklanym sufitem, co dla pół-Meksykanina Rodrigueza mogło być decydującym elementem. Z drugiej jego nazwisko – wyraźnie niemedialne, niewpadające w ucho, którego za nic nie chciał zmienić. Wreszcie jego postawa – granie plecami do publiczności, niechęć do medialnego szumu, niezgoda na sprzedawanie prywatności. Niemniej to film o ogromnej nadziei, jest niczym współczesna przypowieść, że ziarno raz zasiane potrafi dać niezwykły plon, a żadna opowieść nie ma tylko jednego zakończenia.

Po tej historii pozostaje wspaniała muzyka, która nie pozwala zatrzeć się w pamięci. „Sugar Man” od dziś w kinach. To historia obowiązkowa.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze