fbpx

Kamil Sipowicz: „Kora jest wolnością”

Kamil Sipowicz: „Kora jest wolnością”
Kamil Sipowicz: historyk filozofii, poeta, pisarz, rzeźbiarz, malarz. Mąż Kory. (fot. Szymon Szcześniak/ LAF)

Psychofizycznie byli jednym. Od śmierci Kory minęło kilkanaście miesięcy. Właśnie ukazuje się jej książka „Miłość zaczyna się od miłości”. To zbiór zapisków, które prowadziła w zeszytach. Notowała pomysły na piosenki, rozwijała ich treść, mierzyła słowa, wreszcie destylowała. Zapisywała cytaty z książek i spostrzeżenia. Odwiedzam Kamila Sipowicza w ich wspólnym domu na Bielanach. Przy bramce wisi jej fotografia. W drzwiach wita mnie Lusia, mała czarna kotka. Jest po operacji ratującej nogę, skacze, chce żyć, nie chorować.

A gdybym zapytał cię o jasność ostatnich wspólnych lat z Korą, kiedy chorowała… Pamiętasz jasne dni?
Było mnóstwo wspaniałych chwil. W Bliżowie na Roztoczu, otoczona zwierzętami, pielęgnowała ogród kwiatowy, warzywny. Projektowała, urządzała, malowała, bardzo dużo czytała. Miała sypialnię, z której widziała wschód słońca, bo wstawała o piątej nad ranem. Kochała słońce, deszcz i wiatr. Lubiła rozpalać ogień w starej glinianej kuchni. Bliżów to piękne miejsce do życia i umierania. Oglądaliśmy filmy, trzymaliśmy się za ręce, obejmowaliśmy się, kochaliśmy się. Byliśmy szczęśliwi. Spędzaliśmy na Roztoczu całe zimy. Kora organizowała święta. Przyjeżdżała rodzina, przyjeżdżali przyjaciele. Cieszyliśmy się życiem, wiedzieliśmy, że każdy moment jest ważny.

To był darowany czas?
Tak. Pamiętam, że kiedy w 2013 roku, po pierwszej operacji w Warszawie, lekarz wyjawił, że nowotwór jest rozrzucony po otrzewnej, jeden z synów powiedział, że matka zaraz umrze. „Na pewno nie teraz” – odpowiedziałem. Byłem przekonany, że będzie jeszcze żyła. I żyła pięć lat z czwartym stopniem nowotworu. Zaczęła się walka. Jedna operacja, druga, trzecia, walka o lek. Byliśmy ludźmi uprzywilejowanymi. Mogliśmy próbować w szpitalach całej Polski. Były Warszawa, Bydgoszcz, był Poznań, Rzeszów, były Gliwice, było Zakopane. Trzy razy uratowałem Korze życie wbrew niej. Nie chciała, żebym wzywał karetkę. Były potworne awantury, ale się upierałem. Samo zderzenie z systemem służby zdrowia, który nie jest stworzony dla ludzi, to horror. Jakby wymyślił go wariat. Tutaj ja byłem taranem, choć Kora czasami tego doświadczała.

Chroniłeś Korę?
Nienawidziła słowa „załatwić”. A ja wszystko musiałem załatwić. Bez załatwiania by umarła. Musiałem poznać lekarzy, specjalistów, umówić wizyty…

Kora widziała twoje emocje?
Emocje były bez przerwy. Było wiele krytycznych sytuacji, spięć, a ja byłem najbliżej. Więc Kora wyładowywała się na mnie. Najgorzej, kiedy jechaliśmy po wyniki. Potworne nerwy. W pewnym momencie zaczęło być ostro. Przerzuty na mózg zmieniają charakter. Na razie nie będę więcej o tym mówił. Na szczęście pojawiła się w naszym domu Magda Klorek, która mnie bardzo odciążyła w opiece, bo byłem już wycieńczony. Pomagali przyjaciele: Robert Wróbel, Przemek Skiba, Dominika Kosmalska, synowie Szymon i Mateusz. A później przyjeżdżało hospicjum.

Myślałeś kiedykolwiek: „Nie dam rady”?
Nie. Działałem jak automat. Rok przed jej śmiercią wyraźnie poczułem opiekę nad nami. Jakąś energię, ducha, kogoś, kto nam sprzyja i pomaga. W pewnym momencie poczułem, że tego już nie ma. Wiedziałem, że sprawy idą w jednym kierunku.

(fot. Szymon Szcześniak/ LAF)

Kiedy Kora zrozumiała, że nie ma nadziei?
Była taka straszna wizyta w Gliwicach, kiedy kuracja się nie udała. Wracaliśmy do Warszawy w takiej rozpaczy… Zrozumieliśmy, że to koniec walki.

Co było po wejściu do domu?
Nie pamiętam. Przy tak intensywnym życiu całe fragmenty mi uciekły. Ale pisałem dziennik. To wszystko tam jest.

Jaki był ten rok od jej śmierci?
Przeżywam żałobę po kimś, kto należał do całej Polski. Nie mogę być z tym sam. To dziwne uczucie. Poza tym jestem dyspozytariuszem Kory. Na początku nie mogłem słuchać jej głosu, a wszędzie słyszałem jej piosenki. Do 30 lipca tego roku, kiedy nastąpił kryzys, nie dopuszczałem do siebie różnych myśli. Musiałem działać, być silny. Nie mogłem roztkliwiać się nad śmiercią, rozpaczą, strachem, przerażeniem. Świat był, ale jakby za mgłą. Wyruszyłem samochodem w szaloną podróż po Europie. Bardzo mi pomogła, bo nastąpiło wiele zawirowań w relacjach z ludźmi. Śmierć Kory wywróciła również porządek przyjaźni, ale i wpłynęła na życie wielu ludzi, którzy nie byli z nią blisko związani. Podróż, w którą wyruszyłem, to było jedno wielkie metafizyczne przeżycie.

Co się działo?
Pojechałem bez planu, nawet ubrań. Drezno, Fryburg Bryzgowijski, gdzie wykładał Heidegger, potem Perpignan na południu Francji, gdzie byłem kiedyś z Korą… We Francji uszkodziłem samochód, w hotelu w Hiszpanii ukradli mi z sejfu wszystkie dokumenty, pieniądze, ubezpieczenia. W takim dziwnym stanie zatrzymałem się u przyjaciela. Potem, w trasie, na północy Hiszpanii, doświadczyłem bardzo głębokiego duchowego przeżycia połączonego z piękną wizją. Od tego czasu wierzę, że istnieją anioły i transcendencja. W trakcie tej podróży miałem potworne kłopoty z żołądkiem, zębem, jechałem nocą autem z rozbitym światłem przez tunele, gigantyczne mosty, wszystko było na skraju.

To był przełom?
Częściowo. Bywało, że czułem się jak bodhisattwa w miniaturowym wymiarze, to w buddyzmie istota wzbudzająca myśl o oświeceniu, pomagająca innym w dążeniu do dobra. Na Piotrkowskiej w Łodzi jakiś chłopak miał przy mnie atak padaczki. Wezwałem pogotowie. Pół godziny później wszedłem do antykwariatu, gdzie jakaś kobieta chciała sprzedać książki, bo jej córka umiera na raka. Pomogłem jej. Był to czas, kiedy wiele osób prosiło mnie o pomoc. Zauważyłem, jak się zmieniam.

Co się zmieniło?
Uspokoiłem się. Kiedyś byłem bardziej agresywny. Ubolewam, że Kora już nie znała mnie takiego uspokojonego. Ale całe nasze życie to były wybuchy. Awantury były ostre, nieudawane. Kiedyś, w czasach bez komórek, pokłóciliśmy się, płynąc na Mykonos. Każdy poszedł w swoją stronę. Pięć dni się szukaliśmy. Ale po kłótniach zawsze się spotykaliśmy… Może gdybym w czasie jej choroby nie był taki nerwowy, byłoby łatwiej. Ale taka żałość często zdarza się w żałobie. Żyliśmy jak na bombie. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że Kora umiera… Chociaż bardzo silnie przeżyłem swój powrót z Bliżowa do Warszawy 23 lipca, pięć dni przed jej śmiercią. Po raz pierwszy nie zadzwoniła do mnie, żeby zapytać, czy dojechałem bezpiecznie. Leżała już bez świadomości… Może ze świadomością, nie wiem. Ale nie było już z nią kontaktu.

Zrozumiałeś?
Zrozumiałem, ale byłem otępiały. Chciałem mieć złudzenia. Do końca ratowałem jej życie. Na samym końcu już rozpaczliwie. Ciężko pogodzić się ze śmiercią ukochanej osoby. Absolutnie wierzę w jej istnienie. Wierzę, że Lusię znalazłem dzięki Korze. Szedłem na spacer lasem w Bliżowie, były ze mną cztery psy. Raptem usłyszałem pisk. Spojrzałem w górę. Na gałęzi siedziała mała czarna kotka, piszczała. I mimo że byłem z psami, zeskoczyła, przybiegła i wskoczyła mi na ręce.

Kora staje się twoją przewodniczką?
Tak, na pewno.

A za życia nią była?
Za życia też, chociaż inaczej. Teraz nasza relacja jest czysta. Jest tylko dobro. Nieustannie czuję, że się troszczy, dba o mnie. Przeczytałem niedawno opowiadania japońskiej pisarki Yūko Tsushimy „Jestem, tęsknię, mówię”. W momencie mojej głębokiej rozpaczy książka wypadła z biblioteki. W ogóle nie wiedziałem, że ją mam, nie pamiętałem, że ją kupiłem. Wszystkie opowiadania są wstrząsające, dają wskazówki do najważniejszych odpowiedzi dotyczących śmierci i tego, co dzieje się z naszymi zmarłymi. I tego, co z nami się dzieje.

O was?
Najważniejsze dla mnie opowiadanie to „Kłos Panny Watashi Supika” o córce Demeter, Korze, która tu nie jest wymieniona z imienia. Było przeze mnie dawno przeczuwane. Niby banalna opowieść o wizycie rodziny w pięknym ogrodzie botanicznym gdzieś w Japonii, ogród przechodzi w dżunglę, góry, strumienie, wodospady. Nagle pojawia się słowo „jaspika”, słowo z tamtego świata: Ja, Spica, gwiazda w gwiazdozbiorze Panny: „…to imię znaczy kłos pszenicy”. Demeter zawsze trzyma w lewej ręce kłos pszenicy. Kora jest tym kłosem, pojedynczym źdźbłem trawy o niebieskich kwiatach, który wyrwała z ziemi, i wtedy pochłonęła ją ciemność, z której wybiegła ku złotej poświacie. Odnajdę fragment: „Znajdowałam się w jej wnętrzu. Nie byłam już sama. Takie było moje umieranie. Lecz gdy się już umrze, przestaje się rozumieć, czym jest śmierć. I nie ma się pewności, czy naprawdę się żyje. Przestaje to mieć znaczenie. Jasne się staje tylko, że w żaden sposób nie da się już tak żyć jak przedtem na ziemskim świecie. Dlatego zachwycam się każdym dniem na ziemi […]. Gdy się ocknęłam, byłam gwiazdą na wieczornym niebie […]. Tęsknię za lśniącymi w słońcu morzami i lasami, ptakami, zwierzętami i ludźmi. Brakuje mi ciepła dnia”. To ostatnie zdanie czytam osobiście: Brakuje mi mojego męża, moich synów, moich przyjaciół… Mam nadzieję, że kiedyś spotkam się z Korą. Twarzą w twarz.

Śni ci się?
Często. Nawet dzisiaj. Śniła mi się Kora i Placho, gitarzysta Maanamu. Ktoś grał „White Room” Creamów… A Ginger Baker grał na perkusji. Pamiętam ten utwór z młodości. Robił na nas wielkie wrażenie. Więc śniła mi się Kora i śnił mi się Placho, i „White Room”.

Co było po przebudzeniu?
Ucieszyłem się, że mi się śniła. Bo był czas, kiedy się nie śniła.

Kora Jackowska i Kamil Sipowicz z Ramoną (fot. BEW)

Tęsknisz?
Za życiem, jakie mieliśmy. Wracają wspomnienia. Wczoraj pojechałem rowerem na Bielany, gdzie studiowałem na ATK. Są tam takie małe domki, eremy. Kiedyś byliśmy tam z Korą. Szymona mieliśmy w nosidełku, a Mateusza w wózku. Kora chciała zmienić mu pieluchę. Zapukaliśmy do eremu, wyszła zakonnica. Poprosiliśmy o wodę. Zapytała: „A jak ci chłopcy mają na imię?”. Kora odpowiedziała: „Szymon i Mateusz”. „Jakie dziwne imiona, jakie dziwne…” – kręciła głową zakonnica. „No, przecież z Ewangelii. A siostra jak ma na imię?” „Kunegunda” [śmiech]. Kiedy studiowałem na Bielanach, tam się z Korą spotykaliśmy. To były całe wyprawy. Inne życie.

Lepsze?
Piękne, bo byliśmy młodzi.

Co pamiętasz z 1974?
Sylwestra u Joasi Borawskiej na Noakowskiego, nic jeszcze między nami nie było powiedziane, ale coś wisiało w powietrzu. Kiedy wychodziłem, Kora była niezadowolona. Pierwsza poczuła do mnie miętę. Ja po prostu nie wierzyłem, że taka kobieta może się mną zainteresować. Jak wielu ludzi przychodziłem do Marka i do Kory. Był kult parzenia herbaty, były rozmowy o mistyce, buddyzmie zen, chrześcijaństwie. Marek zapraszał świadków Jehowy albo przedstawicieli sekt, nawet opętanych, bo się tym wtedy fascynował. Skłaniał Korę ku religii, ja ku filozofii.

Wokół Kory zawsze był wianuszek mężczyzn. Adorowali ją. Tworzyli dwór. I to długo przed tym, zanim zaczęła śpiewać. Słuchaliśmy muzyki, następowały rewolucje: hipisowska, punkowa, nowofalowa, reggae. Pięć osób na krzyż słuchało takiej muzyki, a my byliśmy wśród nich. Muzyka była bardzo ważna. Była kluczem do naszego życia.

Kora zapisała: „Punk – zwalał z nóg i pieprzył mózg”.
Bo jak do nas dotarł, przeżyliśmy wstrząs. W 1977 roku John Porter i Marek Jackowski w klubie Pod Kurantami wykonali „Pretty Vacant” Sex Pistols. Nikt nie miał jeszcze pojęcia, że taka muzyka istnieje, wywracała dotychczasowe przyzwyczajenia estetyczne. Mocne uderzenie. Dzisiaj właściwie już takich uderzeń nie ma.

Dojrzewaliście z Korą przy sobie?
Oboje byliśmy niedojrzali. Tak mi się wydaje z perspektywy czasu. Byliśmy właściwie dziećmi, co widzę, oglądając zdjęcia. Dużo było szaleństwa i brak odpowiedzialności.

Które z tamtych zdjęć lubisz?
Zrobił je nasz przyjaciel Mirek Bereza, studiował na ATK, później został zakonnikiem. Też już nie żyje. Widzę tu, że już jesteśmy zakochani, ale jeszcze tego nie wiemy.

A w tle rzeczywistość, opresyjny system…
Działy się różne niebezpieczne rzeczy. Przez studia na ATK miałem problemy ze Służbą Bezpieczeństwa. Szantażowała mnie. A kiedy SB u mojego kumpla, który współpracował ze Studenckimi Komitetami Solidarności, znalazła haszysz, chciała ze mnie zrobić donosiciela. A było tuż po zabójstwie Stanisława Pyjasa. Kora i Marek w wynajętym mieszkaniu, ja z matką, która nie miała żadnych znajomości. Gdzie miałem się podziać? U kogo szukać wsparcia? Była groza, której dzisiaj ludzie już nie są w stanie zrozumieć. W tym sensie razem dojrzewaliśmy. Pamiętam moment, kiedy Kora zaczęła śpiewać, na początku moje teksty, pierwszy był „Derwisz”, brał się z religii sufi, taki mistyczny homoerotyk. Pamiętam, jak jeździliśmy busikiem w trasy z Maciejem Zembatym, Kora i John Porter śpiewali u niego w chórku. Wkurwiali się, bo nie trzymał tonacji.

Przeszłość też was do siebie zbliżyła?
Na pewno. Byłem półsierotą. Matka podrzucała mnie po ciotkach, obcych ludziach. Chciała mnie zostawić u zakonników w Śródborowie. Zaprowadziła mnie tam… Byłem przerażony. Korę zostawiono w czymś takim, kiedy miała trzy lata… Byłem niedawno w Krakowie. Pojechałem na Grottgera, gdzie w dzieciństwie mieszkała. Popłakałem się, bo dotarło do mnie, że to piękna, secesyjna kamienica z wielkimi mieszkaniami, dookoła ogrody buzują, są inne piękne domy, a Kora mieszkała w piwnicy.

„Trudno jest mieć wspomnienia z dzieciństwa, jak się nigdy nie było dzieckiem” – napisała.
Przedzielali to pomieszczenie kocem. Kora powiedziała mi, że kiedy układała jakieś rzeczy, bracia zawsze je rozrzucali. Życzyła im śmierci. Była piątym dzieckiem. Miała starego, schorowanego ojca, który się wstydził, że jest przy niej taki stary, i kazał w obecności innych mówić do siebie „dziadku”. Matka była chora na gruźlicę. To jak tam było? Obok była rzeka Młynówka, gdzie Kora chodziła, niedaleko tzw. granda, gdzie chodziło się na jabłka i śliwki, i był kościół św. Szczepana, gdzie ksiądz ją molestował.

Kiedy ci o tym powiedziała?
Daj spokój. Są gorsze rzeczy, ale nie będę o nich mówił. Nie mogę. Nie pamiętam kiedy. Była małym dzieckiem w świecie mężczyzn.

W wywiadzie, który z Korą zrobiłem, mówiła, że najważniejszym tematem jej życia jest matka, że nigdy nie przestała za nią tęsknić.
Bardzo ją kochała. Matka nauczyła ją pielęgnować własne ciało, dbać o higienę, kochała jej osobowość. Kiedy w latach 60. Kora ubierała się ekstrawagancko, chodziła w kolorowych sukniach czy minispódniczkach, matce to się podobało. Ale Kora miała ambiwalentny stosunek do matki, bo nie udźwignęła ciężaru i wysłała ją do domu dziecka, jednego, drugiego… Do ludzi, którzy nie zawsze byli normalni.

Wybaczyła mamie?
Nie wiem. Miała piękne sny z matką. Widocznie była wyjątkowa. Kiedy Kora umierała, widziała całą swoją rodzinę – braci, ojca, matkę. Czekali na nią.

Kora była miłością?
Kora była i miłością, i złością, i tęsknotą. Kora była wszystkim. Była żywiołem, dlatego kiedy umarła, chciałem zrobić żertwę i ją spalić jako mocny energetyczny przekaz pogański albo zoroastriański. Ale na szczęście odradzono mi to, bo wylądowałbym w więzieniu. Mimo niesprzyjających warunków Kora dzięki woli i samoświadomości stworzyła siebie. Chciała dla ludzi oświecenia, dobra, miłości. Kora była wolnością. Jest wolnością.

(fot. Szymon Szcześniak/ LAF)

Kamil Sipowicz: historyk filozofii, poeta, pisarz, rzeźbiarz, malarz. Mąż Kory. Autor książek, m.in.: „Kora i Maanam. Podwójna linia życia”, „Heidegger: degeneracja i nieautentyczność”, „Hipisi w PRL-u”, „Czy marihuana jest z konopi?”, „Kora, Kora. A planety szaleją”, „W obronie Kory i wolności. List do premiera”, a także siedmiu tomików wierszy. Teraz zdecydował się pokazać światu zapiski Kory z lat 2003–2018 – książkę „Miłość zaczyna się od miłości” wydała Agora.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze