fbpx

Ostatnia posługa: Małgorzata Szejnert, „Śród żywych duchów”

Ostatnia posługa: Małgorzata Szejnert, "Śród żywych duchów"
Wydawnictwo Znak

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1990 roku, ale jeszcze w londyńskim Aneksie. Doprawdy nie wiem, dlaczego tyle lat czekano z jej wznowieniem, nie mogę jednak powiedzieć, że czas zadziałał na jej niekorzyść.

Wydawnictwo Znak

Przeciwnie: opowieść o poszukiwaniu (i zlokalizowaniu) miejsca pochówku więźniów politycznych zgładzonych lub zamęczonych w więzieniu na Rakowieckiej stała się po latach także opowieścią o ostatnich latach reżimu. Sporządzanym na gorąco zapisem skażonej, sparaliżowanej lękiem świadomości.

O losach bohaterów wojennych, którzy stali się ofiarami powojennych czystek, wiemy dzisiaj znacznie więcej niż dwadzieścia cztery lata temu, kiedy to Małgorzata Szejnert rozpoczęła swoje reporterskie śledztwo, zakończone 28 listopada 1989 roku (książka jest swego rodzaju dziennikiem). Już można o nich mówić. O świadomości świadków – czy to naocznych, czy dowiadujących się prawdy pośrednio – wiemy tyle samo jedynie teoretycznie. Być może dlatego, iż stan lęku i niemocy, który dotknął miliony ludzi, łatwiej wyprzeć z pamięci niż tragedię tysięcy. Dość niezręcznie przedstawia się i ta statystyka, nie lepiej brzmi to „łatwiej”, ale coś przecież jest na rzeczy. W tym dokumencie nie mogło być jeszcze o tym mowy, trudno było autorce analizować psychologiczny mechanizm wyparcia, do jakiego doszło w sytuacji radykalnej zmiany rzeczywistości, po upływie ćwierćwiecza jednak myśl o zbiorowym zniewolonym umyśle ciągle się nasuwa w czasie lektury. Dziś tych, którzy znali prawdę z pierwszej ręki i mogliby dać swoje świadectwo, już prawie nie ma. Właśnie dlatego słuszną decyzją autorki i wydawcy było pozostawienie tej opowieści w jej pierwotnym kształcie.

To, że książka Małgorzaty Szejnert obrosła w nowe znaczenia, jak i to, że dzięki jej wznowieniu można sobie zwyczajnie przypomnieć wcześniejsze dzieło wybitnej polskiej reporterki, która odłożyła własne pisanie, by przez kilkanaście lat szefować działowi reportażu w „Gazecie Wyborczej”, nie jest jednak najbardziej istotne. „Śród żywych duchów” pozostaje wstrząsającą opowieścią o czasach niepojętego koszmaru oraz o tragedii tych, którzy walczyli o niepodległość w pełnym tego słowa znaczeniu, lecz nie byli w stanie wyjść zwycięsko z obu wojen. Tej wojny po wojnie właściwie nie nazywa się wojną, nawet nie wojną domową, ale – znów to powiem – coś chyba jest na rzeczy. Tak jak i w stwierdzeniu, że żołnierze AK i NSZ w tej wojnie czy nie-wojnie „polegli”, choć sama autorka zastrzega, iż raczej „zostali zamęczeni i zamordowani”. Jeśli jednak pomyśli się o tym ostatnim starciu jak o wojnie psychologicznej, to wielu z nich moralnie ją wygrało: milcząc, dochowując wierności ideałom i zachowując lojalność wobec towarzyszy broni. Dlatego zostali ukarani także po śmierci – odebraniem im prawa do godnego pogrzebu.

„Śród żywych duchów” opowiada również o tych, którzy przegrali walkę o swoich uwięzionych bliskich. Musieli ją przegrać, bo w czasach nieludzkich nie da się negocjować, apelując do człowieczeństwa oprawców. Na nic więc się zdało przekonywanie prezydenta Bieruta w listach z prośbą o ułaskawienie, że odrodzony kraj potrzebuje młodej elity, która go odbuduje.

W momencie właściwego odrodzenia ta opowieść o ostatnim akcie eksterminacji elity musiała brzmieć szczególnie mocno, wciąż zbyt mocno, by zdecydowała się ją wydać krajowa oficyna. I do dzisiaj nie straciła swojej mocy.

Małgorzata Szejnert, Śród żywych duchów, Znak, Warszawa 2012, s.398.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze