fbpx

Magdalena Popławska: Stwarzam się

Magdalena Popławska: Stwarzam się
fot. Piotr Porębski/Metaluna

Wiem już, co jest dla mnie ważne, choć poukładane priorytety miałam od zawsze. Jeśli ktoś wchodzi ze mną w relację, musi to uszanować – mówi aktorka Magdalena Popławska.
Widziałam cię niedawno w „Opowieściach afrykańskich według Szekspira” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Mocna rzecz.

Tak, spektakle Krzysztofa mają siłę, pokazują świat naszych lęków, poruszają trudne tematy, sięgają po tabu. Antysemityzm, rasizm, starość, choroba, pożądanie… To trudne sztuki, dla wymagającego widza. Trwają czasem po kilka godzin, są podróżą w głąb ludzkiej natury, pięknej i okrutnej zarazem. Mimo to nie mamy swojego teatru, błąkamy się po halach fabrycznych, często niedogrzanych, zawsze odległych od centrum. Nasi widzowie muszą włożyć wiele wysiłku, żeby do nas dotrzeć. Poza tym wynajmowanie pomieszczeń dla teatru jest bardzo drogie, dlatego najwięcej wystawiamy za granicą, gdzie trochę zarabiamy, żeby móc znowu zagrać kilka spektakli w Warszawie. Mamy od dawna zarezerwowane miejsce na Madalińskiego, ale zjada nas biurokracja, na liście priorytetów sztuka ciągle jest na ostatnim miejscu. Jednak gdy podczas oklasków po spektaklu widzę wzruszenie widzów, rozumiem, że robimy coś bardzo potrzebnego

Niedługo też zatańczysz…

Claude Bardouil, choreograf na stałe współpracujący z Krzysztofem Warlikowskim, zaprosił mnie do udziału w spektaklu tanecznym, 20 kwietnia mamy premierę w Zachęcie, gramy tylko we dwoje. To dla mnie bardzo wymagający projekt, ale przez to bardzo ekscytujący. Ciężka fizyczna praca i inne niż w aktorstwie wykorzystywanie wyobraźni. Tu nie mogę wyrazić się w słowach, tylko w ruchu, emocjach. Główną inspiracją jest historia Sida i Nancy. Relacja gwiazda – groupie. „Please, Kill Me” Legsa McNeila i Gillian McCain, książka, która była dla nas inspiracją, to zbiór wywiadów z gwiazdami tamtego okresu, bez cenzury. Mówią o życiu na granicy lub raczej ciągłym przekraczaniu granic. Claude robi spektakle performatywne, dużo improwizujemy, więc na premierze może się zdarzyć wszystko.

Na premierę czeka też szwedzki film „Dwa ognie”, w którym grasz Białorusinkę uciekającą z dzieckiem do Skandynawii. Za tę rolę dostałaś nominację Szwedzkiego Instytutu Filmowego w kategorii: najlepsza aktorka.

Uwielbiam filmy, które coś zmieniają w moim życiu, poszerzają światopogląd. „Dwa ognie” to opowieść o kobiecie, która próbuje przetrwać w obcym świecie. Po raz pierwszy miałam do czynienia z uchodźcami, zobaczyłam, jakie historie za sobą mają, jak są upokarzani. Czułam, że swoją rolą reprezentuję tych ludzi, biorę za nich jakąś odpowiedzialność. To mój pierwszy duży film. Chciałam się dobrze przygotować, wczuć w atmosferę życia, które jest mi kompletnie obce. Z Agnieszką Łukasiak, reżyserką i autorką scenariusza, zdecydowałyśmy, że pojadę przed zdjęciami do obozu dla uchodźców w Szwecji. Spędziłam tam trzy dni. Pierwszego rozmawiałam z ludźmi, kręciłam się tam i z powrotem, drugiego dnia już zamknęłam się w pokoju, wychodziłam tylko na posiłki. Wystarczyło mi. Napatrzyłam się na dzieci, które siedzą tam bez nauki. Sfrustrowanych, znerwicowanych rodziców, którzy uciekają ze swoich krajów przed koszmarami, ale zamiast trafić do raju, siedzą w obozach, czekając czasem latami na jakąś decyzję rządu. Ciężko mi się było potem pozbierać, z jaką ulgą wracałam do swojego życia.

Rzeczywiście, wybierasz trudne tematy. Do kin wchodzi właśnie „Lęk wysokości”, film równie niełatwy.

Zagrałam tam niewielką rolę, premiera 16 kwietnia. To film o chorobie – alkoholizmie. I relacji ojciec – syn. Alkoholizm to poważny problem, który ciągle jest ignorowany, a dotyczy przecież tylu pozornie normalnych rodzin. Dlatego cieszę się, że pośrednio mogłam zabrać głos w tej sprawie. Z Bartkiem Konopką, reżyserem, bardzo dużo rozmawialiśmy na ten temat. Zresztą na planie okazywało się, jak wielu ludzi miało styczność z kimś pijącym w rodzinie. Oczywiście, ilu alkoholików, tyle historii, ale schemat zawsze okazywał się ten sam. Przede wszystkim to ogromny wstyd, zaburzone relacje w rodzinie, zamiana ról. Dziecko bierze odpowiedzialność za rodziców i musi być bardziej dojrzałe od nich. A potem w dorosłym życiu ma problemy emocjonalne. W „Lęku wysokości” obserwujemy już dorosłe dziecko alkoholika, które pomimo poukładanego życia, odnoszonych sukcesów zawodowych, emocjonalnie nie umie sobie poradzić. To film o drodze, którą przechodzą obie strony niemogące się wyzwolić z tej ciężkiej choroby.

Rzadko kto chce się przyznać, że jest DDA, że pochodzi z domu, gdzie nadużywało się alkoholu.

„Dorosłe dzieci alkoholików” Janet Woititz to i dla mnie ważna książka, ten problem dotknął też moją rodzinę, zniszczył trochę naszego życia. Wszyscy żyjemy, jakoś sobie radzimy, ukrywamy to, budujemy swój świat. A ważne jest, żeby zdać sobie sprawę z wagi problemu i nie udawać, że on nie istnieje. Terapeuta Bert Hellinger świetnie to ujął, mówiąc, że to nie jest mój ciężar i muszę go oddać osobie, do której należy.

Wzięłaś udział w ustawieniach Hellingerowskich?

Tak. To było dla mnie ciekawe przeżycie, podczas warsztatów nie wiedziałam, czy ja coś gram, bo przecież jestem aktorką, czy nie gram, nie do końca umiałam określić, co się ze mną, we mnie dzieje. Bo niby dlaczego nagle robi mi się słabo, aż muszę się położyć? Dzięki ustawieniom zrozumiałam, że jestem zbudowana z samych sprzecznych wektorów. Po rodzicach, skrajnie różnych osobowościach, jestem i emocjonalna, i racjonalna, zamknięta i otwarta równocześnie. Jak nie potrafię czegoś zrozumieć, blokuje mnie to, dystansuje. Zresztą coś z tych ustawień jest i w aktorstwie. Każdą moją postać traktuję jak reprezentanta. Często jakieś informacje przychodzą spoza mnie. Uwielbiam to „stwarzanie się”. To coś, co ciężko określić, gdy moje ciało samo zaczyna pracować. Podczas prób do „Opowieści afrykańskich…” włożyłam perukę i automatycznie wzięłam grzebień, zaczęłam się czesać. Moje ciało samo zadziałało, tak stworzyła mi się cała postać. To było po części moje, po części nie moje. Hellinger nie pomógł mi w graniu, ale zauważyłam, że mechanizmy znane z jego ustawień działają w moim zawodzie.

A w życiu prywatnym?

Te światy się przenikają. Jak pracuję nad sobą, wierzę, że to zmienia też moje aktorstwo. Bo aktor pracuje przecież na swoich emocjach, wyobraźni. Wierzę też, że odpowiednie role przychodzą do nas w odpowiednim czasie.

„Wszystko jest po coś”, powiedziałaś kiedyś. Może dlatego, żeby robić te wszystkie rzeczy, musiało ci nie wyjść z Grzegorzem Jarzyną, który po współpracy przy TR Warszawa nie zaproponował ci dołączenia do swojego zespołu?

Na pewno. Oczywiście, wtedy bardzo to przeżyłam, dopiero zaczynałam w tym zawodzie. Zostałam zupełnie na lodzie, bez pracy na dobrych parę miesięcy, po tak intensywnym roku w projekcie Teren Warszawa. To było trudne. Depresja, wiadomo. Musiałam się szybko nauczyć, że ten zawód polega na sztuce lawirowania pomiędzy sukcesem a porażką, między ambicjami a możliwościami. Czekanie na telefon, ciągłe wystawianie na ocenę. Lepiej szybko sobie zdać z tego sprawę. Ale nie wierzę w przypadki, raczej w zdarzenia synchroniczne, więc staram się szukać plusów swoich porażek, bo zawsze jakieś są. Poza tym mam silną intuicję, ona bardzo mi pomaga w życiu. Chciałabym tylko bardziej jej wierzyć. Czasem różne strachy, lęki zaburzają mi jej obraz. Do niedawna bałam się wszystkiego.

A nie wyglądasz na strachliwą.

Bo w ciągu ostatnich dwóch lat bardzo się zmieniłam, nareszcie się wyluzowałam. Kiedyś każde spotkanie, np. taki wywiad, wywoływał we mnie strach. Płakałam po każdej sesji zdjęciowej. Naszą dzisiejszą rozmowę i tak będę przeżywać, to nie przeszło do końca, ale mam nadzieję, że krócej. Do wszystkiego podchodzę trochę za poważnie. Dopiero niedawno zaakceptowałam, że jestem aktorką, wcześniej nieustająco zastanawiałam się, co mogłabym robić innego. Teraz wiem, że chcę grać. Kocham to. To moja pasja. Nie szukam już innych zawodów.

Aktorstwo wybrałaś na przekór lękom?

Tak naprawdę wszystko zaczęło się od mamy, która chciała być aktorką, pracowała w teatrze studenckim. Jednak w rodzinie górniczej aktorstwo nie wchodziło w grę. Walczyła o to ze swoim ojcem, w końcu się poddała. Dziś jest polonistką, prowadzi zajęcia metodą dramy i teatr integracyjny z dziećmi niepełnosprawnymi. Zresztą dzięki niej pamiętam moje pierwsze, niestety, traumatyczne, doświadczenie teatralne. Miałam trzy, cztery lata, gdy wystawili „Przygody Sindbada”, mama grała tam czarownicę. Dzieci jej nie lubiły, ale ja wiedziałam, że to mama, i byłam z niej dumna. Do momentu, kiedy pod koniec spektaklu czarownica za karę zamieniana jest w małpę. Wszystkie dzieci szaleją z radości, a ja wpadam w histerię, bo już za tą metamorfozą nie mogłam nadążyć. Chyba od tego się wszystko zaczęło.

Poza tym moja starsza siostra Aleksandra jest aktorką. A ja jeździłam za nią, oglądałam jej egzaminy, spektakle. Wcześniej brałyśmy razem udział w konkursach recytatorskich, do których przygotowywała nas mama. I wszystko byłoby bardzo naturalne, gdyby nie mój wybór szkoły średniej: poszłam do liceum ekonomicznego. Jak Ola kończyła studia aktorskie, to ja broniłam pracy dyplomowej z finansów i rachunkowości. Zawsze miałam problem z podejmowaniem decyzji. Szczególnie dotyczących mojej przyszłości. A ten skrajnie przeciwny kierunek pomógł mi wrócić na właściwą drogę. Jestem uparta, przekorna, mam z tym dużo problemów w życiu, ale czasem mnie ta przekora ratuje.

Umiesz o siebie zawalczyć?

Tak. Wiem już, co jest dla mnie ważne, choć poukładane priorytety miałam od zawsze. Jeśli ktoś wchodzi ze mną w relację, musi to uszanować. Np. mój wegetarianizm. Mam dość wiecznego tłumaczenia się, dlaczego nie jem mięsa. A prawda jest taka, że widzę na talerzu zwierzę, które przed chwilą głaskałam. I mi się to nie zgadza. Wychowałam się po części na wsi. Jako dziecko byłam przy porodzie cielaka, z którym się potem zaprzyjaźniałam, a na końcu widziałam go wiszącego na haku. Im bardziej próbowano mnie zahartować, tym większą wrażliwość to we mnie rodziło.

Wiem, że pomagasz zwierzętom, gdy masz czas, jeździsz do schroniska na Paluchu, wyprowadzasz tam psy na spacer. I nie lubisz o tym mówić…

Bo jeszcze za mało zrobiłam. Mogę tylko powiedzieć, że psy zawsze były obecne w moim życiu. Ratowały mnie w wielu trudnych sytuacjach, były moimi przyjaciółmi, szczególnie w dzieciństwie. Często łatwiej mi było się z nimi porozumieć niż z ludźmi. Zresztą przy rozpadzie rodziny zwierzęta bardzo pomagają dzieciom. Zawsze jest ktoś, kto się chce przytulać, czeka na ciebie, cieszy się na twój widok. Korzystanie z ich emocji było dla mnie lecznicze. Rok temu zdechł mi pies, który był moim kompanem, jeździł ze mną do teatru, siedział na próbach. I dom znowu się zrobił pusty. Oczywiście, już słyszę te głosy, że czas na dziecko, nie na psa, ale każdy ma swoją drogę do odbycia. Może przyjdzie czas na dziecko w moim życiu, a może nie. Na pewno nie będę nic robić, żeby sprostać społecznym oczekiwaniom, które pojawiają się nawet w moim raczej liberalnym otoczeniu. Chociaż zdaję sobie sprawę, że zwierzęta są często substytutem rodziny.

Zawsze robisz po swojemu?

W wielu sprawach jestem dosyć radykalna. Od lat nie mam telewizora. Staram się sprawdzać dokładnie to, co kupuję. Skąd dana rzecz pochodzi, z czego się składa, ile w niej chemii. Przy każdym zakupie zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście tego potrzebuję, np. czy czas już na nowy telefon, skoro stary działa. To wymaga czasem wiele wysiłku. Ostatnio na nowo wyremontowanym lotnisku w Warszawie stałam nad koszami do segregacji śmieci, rozrywając plastikowo-papierowe opakowanie, by poszczególne części wrzucić do odpowiednich pojemników. Po chwili podeszła pani sprzątająca i wyrzuciła wszystko do jednego worka. W takich momentach na chwilę tracę zapał…

Z czego nigdy nie zrezygnujesz?

Z uczciwości i odpowiedzialności. Chociaż uczę się czasem odpuszczać. No właśnie, znowu ten chaos… Życie już mnie nauczyło, że jak jestem czegoś pewna, to zaraz wystawiana jestem na próbę, która wszystko podważa. Więc może raczej powiem tak: chciałabym nie pójść nigdy na łatwiznę ani w pracy, ani w życiu prywatnym. Gdy patrzę na moją mamę, do której jestem coraz bardziej podobna, a która ma w sobie mnóstwo energii, mam nadzieję, że mi też się to uda. Że dopiero się rozkręcam. Widzę, jaki krok milowy zrobiłam w ostatnim czasie. Kompleksy są, będą i trzeba nad nimi pracować. Miałam problemy w relacjach, chowałam się, uciekałam. Jak człowiek się boi, to atakuje, wyszukuje u innych słabe punkty, żeby poczuć się lepszym. A ja chcę być coraz lepsza i otaczać się ludźmi, którzy są świadomi, pracują nad swoimi relacjami. Wybrać swoje życie, na ile jest to możliwe.

Co się wydarzyło dwa lata temu? Już kilka razy o tym wspomniałaś.

30 plus. Wszyscy mnie przed tym ostrzegali. U kobiety to szczególny czas. No właśnie, jest się kobietą. A tak naprawdę nic szczególnego się nie wydarzyło albo też wydarzyło się wiele rzeczy naraz, splot okoliczności. Przestałam się wstydzić. Wielu rzeczy nauczył mnie mój były partner. On jest optymistą, ja ciągle płakałam. Po każdym spektaklu, że mogłam zagrać lepiej, po każdej premierze, że to, co robię, jest beznadziejne. Bartek nauczył mnie, że można być po prostu szczęśliwym, wyluzować. A potem zrozumiałam, że szczęście to jest wybór. Zawodowo też się bardzo rozwinęłam. Znalazłam swoje miejsce w Nowym Teatrze.

Praca w serialu „Usta, usta” okazała się aktorskim wyzwaniem. To przynosi satysfakcję. A mnie ciężko zadowolić. Rozwój zawodowy dla mnie to też proces „niebania się”, czego nikt mi nie uświadomił w szkole teatralnej. Gdy człowiek jest spięty, nic nie zagra, nie jest twórczy. Dopiero jak się wyluzuje, uwierzy w swoje możliwości, to potrafi. W „Ustach…” przeszłam cały ten proces. Rozkręcałam się z odcinka na odcinek. Po tym serialu dotarło do mnie, że chyba nie jestem taką złą aktorką, jak mi się wydawało. Zresztą często teraz słyszę, że się zmieniłam, otworzyłam.Dziś więcej wiem o sobie, prywatnie i zawodowo, wiem, gdzie są moje minusy, gdzie plusy, nad czym jeszcze trzeba popracować. Ale teraz długa droga przede mną, żeby się do tego zastosować. Jestem szczęśliwa, że uprawiam ten zawód, mogę przepracować tyle swoich prywatnych spraw, mnóstwo z niego wyciągnąć dla siebie.

Czemu się teraz uśmiechasz?

Bo cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem. Do niedawna wszystko podważałam, rozpaczałam, że na świecie jest tyle zła, że ludzie nie dbają o innych. To jest męka, gdy człowiek nie widzi sensu życia. Teraz inaczej do tego podchodzę. Kiedyś panikowałam na widok każdego bezdomnego psa, czułam się za niego odpowiedzialna. Moi znajomi nienawidzili jeździć ze mną samochodem, bo ciągle podskakiwałam: „Jezus, uważaj, zwolnij!”. Choć pies był 100 metrów od drogi, ja już oczami wyobraźni widziałam, jak wpada pod samochód. To też przepracowałam. Robię tyle, ile mogę, a pewnych rzeczy nie przeskoczę.

Magdalena Popławska aktorka związana od 4 lat z Nowym Teatrem w Warszawie, gdzie można zobaczyć ją w sztukach Krzysztofa Warlikowskiego „Opowieści afrykańskie według Szekspira”, „(A)pollonia”, „Koniec. Scenariusze”. Popularność przyniosły jej seriale „Usta, usta” i „Przepis na życie”. Do kin wchodzi właśnie film pt. „Lęk wysokości”, w teatrze zobaczymy ją w przedstawieniu Claude’a Bardouila „Nancy. Wywiad”.