Małgorzata Ostrowska: Tęsknota za wuefem

Małgorzata Ostrowska: Tęsknota za wuefem
Zdjęcia Łukasz Gawroński

Nie przepadała za Panem Kleksem, odkryła go tak naprawdę, gdy już była dorosła, nagrywając „Meluzynę”. Z dzieciństwa Małgorzata Ostrowska pamięta za to prawdziwą Babę-Jagę. Ale i strach o to, że znowu obudzi się i nie będzie pamiętać, co się z nią działo.
Mój pierwszy w życiu adres: ulica Żukowa. Jako dziecko nie zastanawiałam się, kim był Żukow, pewnie w ogóle nie wiedziałam, że to nazwisko, ale podobało mi się brzmienie tego słowa, przyjemny dla ucha dźwięk.

Mój rodzinny Szczecinek to – jak wiadomo – miasto, w którym przed wojną mieszkali Niemcy, więc i nasza kamienica była poniemiecka. Dawni mieszkańcy wyprowadzili się z niej pewnie tak jak stali, zostawili meble, pianino z kandelabrami. W zakamarkach znajdowaliśmy różne rzeczy. Na przykład karty do gry wepchnięte pod linoleum.

Beza z bombką

Kamienica była prościutka, bez ozdobnej fasady, z jednym piętrem i z bramą wjazdową na podwórko, w której zawsze hulał wiatr. Przechodziło się przez tę bramę i zaraz na lewo widać było okna państwa Wiśniewskich, z podokiennym ogródkiem i ławeczką. Bywałam u nich często, ciągnęła mnie tam moja starsza siostra Basia. Pani Wiśniewska była krawcową. Nie zapomnę, jak zobaczyłam u niej na wieszaku sukienkę. Z białej gazy, krótką, typu beza. To była moja sukienka na choinkę w zakładzie pracy mojej mamy. Byłam absolutnie olśniona, bo generalnie nosiłam ciuchy po Basi, a to była kreacja uszyta specjalnie dla mnie, na jedną imprezę. Do tego opaska z papieru ze śnieżynką obsypaną potłuczoną bombką. Przeżycie niemal mistyczne.

Tajemnica długowieczności

Na Żukowa nie mieszkaliśmy długo, jeszcze zanim poszłam do szkoły, przeprowadziliśmy się na 5 Grudnia. Większy metraż i stary piękny budynek. Przed wojną musiały to być ogromne mieszkania, bo nasze, już podzielone, miało z 90 metrów. Na dworze leżały jeszcze resztki pięknych witraży z klatki schodowej, które wymieniono na normalne szyby. Lubiliśmy się tymi kolorowymi szybkami bawić.

Zamieszkał z nami dziadek Ludwik, tata mojej mamy, człowiek absolutnie niezwykły. Dziadek miał wiele talentów i wiele różnych zawodów. Grał na akordeonie, był bednarzem, kaletnikiem, zdunem, szewcem, odziedziczyłam nawet po nim podręczny warsztat szewski i w latach 80. sama szyłam sobie buty na scenę. Czy jako dziecko siedziałam u niego dużo na kolanach, tego nie potrafię powiedzieć, bo zawsze byłam mocno niedotykalska. Niezwykłe jest to, że dziadek dożył 107 lat. Nie wiem, w czym się kryje tajemnica jego długowieczności. Nigdy nie stronił od papierosa, lubił wypić w miłym towarzystwie, pił może nie w nadmiarze, ale korzystał z życia. Poza tym zawsze był pogodny, nigdy nie narzekał. Do tego stopnia, że trudno było wyciągnąć z niego, że coś go boli. Miał może z 93, 94 lata, kiedy trafił do szpitala w związku z przepukliną. Zaczęli go wypytywać, kiedy ostatni raz był w szpitalu, a on na to, że w czasie pierwszej wojny światowej, w Szwajcarii, z carskim wojskiem.

Żył w sumie w trzech stuleciach, urodził się w XIX, a zmarł w XXI wieku. Spokojnie obserwował, jak świat wokół niego się zmienia. Pamiętam, że kiedy w telewizji zaczęli nadawać reklamy, oglądał je z zaciekawieniem, aż w końcu zapytał: „A co to właściwie jest ten Always?”. Mocno się zgorszył, jak mu wytłumaczyliśmy. Dziadek przeżył wiele ze swoich ośmiorga dzieci, wszystkich swoich kolegów, z którymi grał w karty i w warcaby w klubie seniora. Był w świetnej formie, zawsze drobny i szczupły, po setce troszkę utył i trzeba było mu zmieniać całą garderobę. Aż którejś nocy przewrócił się, wstając z łóżka, i złamał kość biodrową. Wstawili mu w kość specjalną płytkę, dobrze zniósł i narkozę, i operację. Wybudził się, szło ku lepszemu, ale po kilku dniach dopadła go jakaś zapaść, nie zdołano go odratować.

Najbardziej przeżył to chyba mój ojciec. Mama, oczywiście, też, strasznie się kochali, ale dziadek z tatą tworzyli wyjątkowy duet. Tata stracił nie tylko teścia, ale i przyjaciela, i męską frakcję w domu.

Baba-Jaga i głupia Marta

Rodzice mieli nienormowany czas pracy, sporo nie było ich w domu, więc kiedy byłyśmy młodsze, zostawała z nami opiekunka, która zajmowała się też takimi rzeczami jak pranie, gotowanie. Opiekunki się zmieniały, ale my za żadną nie przepadałyśmy. Jedna – pamiętam – w kółko kazała nam klęczeć i odmawiać pacierze. Była też taka, o której mówiłyśmy Baba-Jaga. W białej wykrochmalonej chusteczce na głowie, wysoka, chuda, w długiej spódnicy i fartuchu, strasznie nerwowa i spięta, stawiała kroki jak żołnierz. Zdecydowanie bardziej lubiła mnie, jawnie mnie faworyzowała, więc w sumie to może Baśka ją ochrzciła Babą-Jagą?

Nie wiem, jak do nas trafiła, ale wydaje mi się, że to mój ojciec pomógł jej załatwić i wyremontować mieszkanko, właściwie pokój na poddaszu w naszej kamienicy. Zresztą w ogóle moi rodzice mają piękną cechę – są bardzo otwarci na ludzi, przez nasz dom przewijały się różne osoby. Na przykład głupia Marta, znana postać w Szczecinku. Niemka, strasznie ekscentryczna, wojenna trauma musiała jej pomieszać w głowie. Zawsze z dziesięcioro dzieciaków leciało za nią i wrzeszczało: „głupia Marta, głupia Marta!”, a ona przemykała ulicami. Chodziła z dużą torbą i w tej torbie nosiła rudą psinkę z puchatą grzywą i lisim pyszczkiem. To nie był żaden pekińczyk, tylko kundelek z podkręconym ogonkiem, ja to nazywam nowa rasa polska „perełka”. Kiedy perełka się oszczeniła, także szczeniaczki Marta nosiła w swojej torbie. Nie zapomnę takiego obrazka, jak przychodzimy z siostrą z kościoła, a ja kamienieję. Pamiętam to obciążenie, ten dylemat dziecka. Ktoś, z kogo wszyscy się śmieją, siedzi nagle u nas jako gość. I ten wstyd pomieszany z lękiem, bo ja się tej Marty trochę bałam.

Ona nigdy nie nauczyła się mówić dobrze po polsku, wpadała więc czasem do nas pogadać z moim ojcem, który – wychowany w Bydgoszczy, w dawnych Prusach – dobrze mówił po niemiecku.

Inna

Tata przeze mnie osiwiał. Nie pamiętam go z innymi, tylko z siwymi włosami. To było po tym, jak miałam pierwszy głęboki atak, którego, oczywiście, nie pamiętam. Dusiłam się, byłam już sina, dławiłam się własnym językiem. Życie zawdzięczam ojcu. Z rozpaczy i bezsilności wziął dziecko za nogi i porządnie mną potrząsnął – najlepsza rzecz, jaką mógł zrobić. Potem rodzice działali już bardziej świadomie, wiedzieli, jak się zachować, ale nawet jak to wiesz, opanować atak jest bardzo trudno, bo chory, także małe dziecko, ma nieprawdopodobną siłę. Kiedyś ugryzłam ojca do kości, jak dzikie zwierzę.

Teraz społeczeństwo wie o epilepsji więcej, jesteśmy bardziej tolerancyjni. Wtedy taka choroba to było coś bardzo wstydliwego, dzieci, jak się kłóciły na podwórku, obrażały się nawzajem, krzycząc: „masz padaczkę!”.

Do lekarza musiałam jeździć z mamą do Warszawy, bo w okolicy nie było specjalistów. Był też kłopot z lekami, które można było kupić tylko za dolary, a jeszcze wcześniej za bony, które nie dość że były potwornie drogie, to jeszcze był kłopot, żeby je w ogóle zdobyć. Taki absurd w PRL-u, w którym wszyscy niby byli równi, a oficjalną walutą był złoty polski.

Ataki miałam tylko nocne, nigdy, dzięki Bogu, nie przeszły w dzienne, bo proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby atak zdarzył mi się na ulicy, podczas przechodzenia przez jezdnię? Ale i tak wszyscy musieli być czujni. Musiałam wcześnie kłaść się spać, rodzice – mimo że wstawali wcześnie rano do pracy – czuwali jeszcze kilka godzin. Zawsze spała ze mną w łóżku siostra. Taka więź zostaje, Basia, choć od lat mieszka w Szwajcarii, do tej pory ma taki odruch, że musi się mną opiekować.

Wielu rzeczy nie było mi wolno robić. Byłam na przykład zwolniona z wuefu, nie mogłam też jeździć na kolonie. To znaczy byłam raz i, niestety, przydarzył mi się atak. Doszłam do przytomności, kiedy nade mną stały dzieciaki patrzące z zaciekawieniem, a moje łóżko było rozbebeszone. Całkowicie do wymiany, już nie do użycia.

Nie pamiętam ostracyzmu, nikt mnie palcami nie wytykał, ale ja i tak czułam, że jestem inna.

Lody z menzurki

Smak dzieciństwa? Świeżo robione lody. Mama jako chemik pracowała w laboratorium zakładów spożywczych. Jak byłam starsza – w masarni, a jak młodsza – w mleczarni. Ta druga opcja była fajniejsza, szczególnie jak mamę odwiedzałyśmy z siostrą latem. Niby po laboratorium nie można było się kręcić, ale czasem się udawało po szkole wpaść po klucz i chwilę posiedzieć.

Przemykałyśmy z Basią przez korytarz, gdzie stały wirówki do mleka i inne urządzenia. W drugim większym pomieszczeniu były wagi, odważniki, buteleczki i jeszcze dalej szatnia, gdzie wisiały fartuchy. Jak się mamę poprosiło, schodziła na dół po lody do badania. W mleczarni powstawały lody Pingwin, a może to była Śnieżka? Mama przynosiła je nam w menzurkach i my z tych menzurek je potem wybierałyśmy, a na koniec wylizywałyśmy.

Taki skarb

U mnie w rodzinie prawie każdy umiał na czymś grać, wszyscy pięknie śpiewali. Mama miała siedmiu braci i w zasadzie wszystkie ich dzieci muzykowały. Rodzina mamy jest zza Buga i jak się jej siedmiu braci zjeżdżało do nas na imieniny dziadka Ludwika, razem śpiewali stare pieśni białoruskie, z podziałem na głosy, we wschodnich cerkiewnych harmoniach. Do tego dochodziły trzy siostry mojego ojca. Tata, kierownik domu kultury, zawsze śpiewał w chórze głębokim bas-barytonem i się do tych białoruskich pieśni też przyłączał. Żałuję, że byłam mała i nie wpadłam na pomysł, żeby to wszystko nagrać na magnetofon. Taki skarb!

Rewanż

Z epilepsji wyszłam sama. Przeszło mi, kiedy wkroczyłam w wiek dojrzewania. To się czasem zdarza, to taki wstrząs hormonalny dla organizmu, że jest szansa, że ataki mogą całkowicie ustać. Ja miałam takie szczęście.

Co poczułam? Jakoś w miarę naturalnie przeszłam z jednego stanu w drugi. Miałam 12 czy 13 lat, zdaje się, że młodzi ludzie nie mają tak głębokiej refleksji nad sobą. Zastanawiam się raczej, co poczuli moi rodzice, jaka to dla nich musiała być ulga, choć pewnie jeszcze na jakiś czas został w nich strach. Całkiem niedawno, po tylu latach, na padaczkę zachorowała moja psina, owczarek belgijski. Bardzo ją kochałam, ale wiadomo, że to, co czułam, to był tylko ułamek tego, co musieli czuć mama i tata.

W każdym razie odbiłam sobie tę moją chorobę. Jako nastolatka miałam straszny głód sportu, bo to był dla mnie wcześniej owoc zakazany. Więc jak gruchnęła w Szczecinku wieść, że tworzy się sekcja dżudo i jest nabór, od razu tam poleciałam. Zajęcia odbywały się na drugim końcu miasta, w technikum mechanicznym. Sparowano mnie do ćwiczeń z dziewczyną, która była ode mnie ze dwa razy większa. Pierwsze treningi to mata gimnastyczna ustawiona pośrodku sali i pełno ludzi, bo wszyscy chcieli spróbować, ale chętni po trochu się wykruszali, reżim był straszny. Dziewięć razy w tygodniu po dwie godziny, od piątej do siódmej rano przed szkołą, i w sobotę, i niedzielę jeszcze wieczorkiem. Wstawałam o czwartej rano i na swoim składaku przejeżdżałam cały Szczecinek. W końcu zostało nas kilkanaście osób, z dziewczyn tylko ja. Ale i ja odeszłam – w szkole muzycznej postawiono mi ultimatum, zaczęły mi się od treningów trząść ręce. Potem chodziłam na dżudo potajemnie, ostatecznie rozeszło się to tuż przed maturą. Jeszcze jakiś czas miałam większe ramiona, bicepsy, bo na treningu wyciskaliśmy po 200 pompek. To było genialne!

Reflektorem po oczach

Potrafię sobie w życiu namieszać przez tę moją przekorę. Wymyśliłam na przykład, że będę biologiem, chociaż wcale nie miałam z biologii najlepszych ocen, a chemia to była dla mnie czarna magia. Zdawałam w Poznaniu na biologię i, oczywiście, się nie dostałam. Chciałam jakoś przezimować jeden rok, trafiłam więc do Studia Sztuki Estradowej, które prowadził i na które namówił mnie niezrównany Krzysztof Powalisz. Znałam go jeszcze ze Szczecinka, ze szkoły muzycznej. Krzysztof przez lata dyrygował szkolnym big-bandem Koliber, w którym śpiewałam. Jeździliśmy na szkolne konkursy, koncerty po Polsce. Tylko że uparłam się na tę biologię i nie miałam zamiaru kontynuować edukacji muzycznej.

Życie samo zweryfikowało moje wybory. Zostałam w poznańskim studium. Problem w tym, że ta szkoła nie dawała papierów, uprawnień do występowania na estradzie, a wtedy trzeba było mieć takie uprawnienia. Upoważniała tylko do tzw. egzaminu ministerialnego, który się zdawało w Warszawie w Teatrze Żydowskim. Trauma. Dostawało się wezwanie jak do wojska. Człowiek przerażony wychodził na środek sceny, gdzie stało krzesło. Siadał, reflektor po oczach, naokoło ciemno. Na widowni komisja egzaminująca, w której zawsze zasiadały arcyważne osoby. Profesor Bardini, Alina Janowska, Wojciech Młynarski. Miałam szczęście, odpowiadałam z mojego ulubionego malarza – Józefa Mehoffera. Ale pierwsze pytanie, jakie mi w ogóle zadano, było takie: „dlaczego się pani tak ubrała?”.

Byłam w bryczesach, a do nich założyłam trampki. Nic szczególnego, pamiętam, że przede mną na scenę wchodzili w strojach naprawdę dziwnych, scenicznych – szyfonach, tiulach.

Jakie miałam włosy? No normalnie: krótkie, natapirowane, postawione na sztywno.

Sukienki nie całkiem normalne

Chodziłam w spodniach marchewach, bufiastych u góry i obcisłych na dole, szyłam sobie buty i wzbudzałam sensację. Pewnie, że mam sentyment do lat 80. Singla mojej najnowszej płyty nagraliśmy razem z Markiem Jackowskim z dawnego Maanamu – brzmi trochę oldskulowo. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale nie znaliśmy się z Markiem wcześniej, Maanam i Lombard – dwa z najbardziej rozpoznawalnych zespołów lat 80. nigdy nie występowały jednocześnie na żadnym festiwalu ani koncercie. Śmieszne, że nigdy nikt nas razem nie zaprosił.

Wtedy, w czasie egzaminu w Warszawie, byłam już w Lombardzie. Zdałam ten egzamin jako jedyna z zespołu.

Założyliśmy Lombard, bo szukaliśmy pomysłu na siebie. Znaliśmy się ze Studia Sztuki Estradowej, występowaliśmy wcześniej w różnych składach, m.in. w grupie Vist. Śpiewając w Viście, wyglądałam jeszcze całkiem inaczej, chodziłam w sukienkach w kwiatki, choć te sukienki nie do końca były takie normalne. Miały jakieś halki, były rozpinane z tyłu. Trochę na przekór, ale zdecydowanie grzeczniej. Potem też nie od razu miałam włosy na irokeza i makijaż na ćwierć twarzy. Była taka sesja fotograficzna w roku 1981 do pierwszej płyty Lombardu, gdzie fryzjerka zaczesała mi włosy do tyłu. Nagle gdzieś się w tym wszystkim pojawił pazur, który mi się strasznie spodobał. To nie jest ot, tak: pyk i rodzi się wizerunek, to w człowieku dojrzewa. Pamiętam, że jak wystąpiłam w Opolu, mamę spotkały w pracy jakieś nieprzyjemności, usłyszała, że jestem umalowana, jakbym miała mózg na wierzchu. Rodzice może nie wszystkim byli zachwyceni, ale mnie akceptowali, zawsze potrafili uszanować to, że ktoś ma inne zdanie niż oni. Tak samo staram się postępować z moim synem.