fbpx

Shakti Remembered czyli nirwana w Sali Kongresowej

Remember Shakti - pożegnalny koncert w Warszawie
Inner Space Productions

Przylecieli ze sporym opóźnieniem. Publiczność w stołecznej Sali Kongresowej długo czekała na otwarcie drzwi do audytorium. Organizatorzy przeprosili za niedogodność, tłumacząc, że wiozący muzyków samolot miał międzylądowanie spowodowane złą pogodą. Czy po takich stresach można wyjść, niemal biegiem, zasiąść na scenie i zagrać muzykę, która od czterech dekad kojarzona jest z medytacją i głębią?

Można. Nawet jeżeli początek koncertu był nieco sztywny, zespół szybko się rozkręcił, a jego lider John McLaughlin przeprosił raz jeszcze i podziękował za gorące przyjęcie. Wymiana energii pomiędzy publicznością a zespołem wyzwoliła „masę krytyczną”. McLaughlin przypomniał, że grał na tej samej scenie w 1976 roku z oryginalną formacją Shakti. W jej skład wchodził wtedy znakomity skrzypek, L. Shankar – obecnie jeden z najbardziej rozchwytywanych instrumentalistów na świecie (podpisywał się inicjałem, ponieważ jego imię to… Lakshminarayana).

Shakti to muzyka „dwóch światów”, formacja słusznie uznawana za pioniera stylu World Fusion. Tradycję europejską reprezentuje brytyjski gitarzysta, wsławiony prowadzeniem jednej z głównych grup jazz rocka, The Mahavishnu Orchestra. Pozostali muzycy Shakti (bez względu na inkarnację grupy) pochodzą z Indii.

W składzie zaprezentowanym w Warszawie znalazł się drugi oryginalny członek Shakti, perkusjonista Zakir Hussain, absolutny geniusz tabli. Sekcję rytmiczną kapitalnie wzmacniał V. Selvaganesh, a na mandolinie – drugim instrumencie strunowym – grał U. Srinivas. Nowym, bezcennym nabytkiem zespołu, jest fenomenalny wokalista, Shankar Mahadevan. I to jego udział w formacji usankcjonował fakt, że mamy do czynienia z „nowym Shakti”. Bo zespół instrumentalny, jakim Shakti bywał dotychczas, nagle otrzymał głos.

I to jaki głos! Mahadevan to fenomen wokalny, jego wokalizy dotrzymują tempa wirtuozerskim popisom gitarzysty i mandolinisty, a jego współpraca z bębenkami – potrafi dosłownie wtopić się w sekcję rytmiczną – dodatkowo napędza machinę.

Kiedy mówimy, że jest to muzyka dwóch światów, odwołujemy się najczęściej do skojarzeń banalnych: Zachód-Wschód, jazz-folklor, elektryka-akustyka, wyuczone-intuicyjne. I tak dalej. Tymczasem dla mnie najbardziej fascynującą opozycją w muzyce grupy Shakti jest połączenie pozornych – jak się okazuje – przeciwieństw: wirtuozerii i kontemplacyjności, popisowej biegłości i pierwiastka duchowego.

Do repertuaru weszło kilka utworów nowych, wniesionych przez wokalistę. Wielbicieli dawnego Shakti ucieszyły takie „flagowe” kompozycje, jak choćby „Bridge of Sights”. Fani The Mahavishnu Orchestra rozpoznali pamiętną wariacyjną balladę (nietypowa forma dla stylu fusion) „You Know, You Know”). Ale w misterium muzycznym, jakie tworzą na scenie artyści z dwóch światów, kompozycje przechodzą najczęściej bez zapowiedzi jedna w drugą. Tak się stało między innymi z utworami „Luki”, „Sakhi” oraz „Manamohana Madhusudhana”. Każdy koncert Shakti to energia na przemian wyzwalana i ujarzmiana. To dlatego każdy jest inny. A kompozycje są pretekstem jedynie do swobodnych popisów instrumentalnych. Co nie odbiera im złożoności – przeciwnie. Shakti wykonuje kompletnie powalone metra, nawet jeżeli nie jest to muzyka szczególnie złożona harmonicznie, to w warstwie rytmicznej stanowi nieprawdopodobne wyzwanie – szczególnie dla muzyka europejskiego.

Jakkolwiek zabawnie to zabrzmi, w muzyce Shakti fascynują mnie… pauzy. Może warto powtórzyć znany frazes, że w muzyce cisza jest tak samo ważna jak dźwięk, bo nic nie ilustruje go lepiej, niż maszyna Shakti rozpędzona na scenie. Bo kiedy dźwięki płyną niczym lawina i wydaje się, że za chwilę pochłoną wszystko, staje się cud – lawina zatrzymuje się. Na jedną krótką chwilę, na takt, albo jego kompletnie powaloną i bardzo nieparzystą część. Chwila ciszy. Nie zawsze pełnej, czasami jej oddech wyznaczają jedno lub dwa uderzenia perkusjonistów. I maszyna powraca do szalonego tempa, z jakim pędziła przed tym krótkim „przystankiem”. Ta cisza w muzyce Shakti jest niejako jej negatywem – wyzwaniem, nagłym wyskokiem.

Reszta jest kontemplacją. Nastawiłem się na wieczór muzyki kontemplacyjnej, świadomy, że tej umysłowej potrzeby nie zaspakajają żadne opcje soft czy smooth. Nie pozwolę się przeniknąć innej muzyce, niż znakomita. Tylko takiej oddam się bezwarunkowo. I tak Shakti pochłonęło mnie i oderwało, przenicowało, oczyściło. Wirtuozeria tej muzyki jest jej warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym. Tyle jest na światowej scenie bezdusznej (czytaj: nieuzasadnionej) wirtuozerii, a nawet sam John McLaughlin nie jest tu bez winy. Ale ta fuzja złożoności z duchowością otwiera głębię, w której można się zatracić bez reszty. Za to z przyjemnością.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze