fbpx

Małgorzata Rejmer: Złoty Niedźwiedź i czarne owce

Małgorzata Rejmer: Pisanie i pchły

Kiedy w 2009 roku po raz pierwszy stanęłam na placu świętego Grzegorza w Bukareszcie, miałam wrażenie, że w samym sercu miasta dopada mnie chaos, bezwład i sparszywiałość tego miejsca.
Dwa lata później pojechałam do Bośni i uderzyła mnie pustka okien wybitych jeszcze podczas wojny, wypatroszenie przestrzeni i powszechne sposępnienie. Kiedy w sobotę dowiedziałam się, że Rumuni dostali w Berlinie Złotego Niedźwiedzia, a Bośniacy Srebrnego, ucieszyłam się, jakbym po matce była Rumunką, a po ojcu Bośniaczką. Najbardziej straumatyzowana ziemia zrodziła najpiękniejsze owoce, na przekór wszystkim strażnikom ogrodów.

Nie znam sytuacji bośniackiego kina, ale od jakiegoś czasu śledzę to, co dzieje się w rumuńskiej kinematografii. W 2011 roku pojechałam do Klużu, Jass i Bukaresztu, żeby przeprowadzić badania wśród studentów i zapytać ich, co sądzą o rodzimym kinie. Już pierwsze pytanie, „wymień trzy tytuły rumuńskich filmów po 2001” spłoszyło ankietowanych, którzy zaglądali sobie nawzajem w kartki i dzwonili do przyjaciela. Zapytani o odczucia własne, sądzili o rodzimym kinie źle, bardzo źle albo nie mieli zdania, a jeden ze studentów napisał nawet na ankiecie: „Nienawidzę rumuńskiego shitu”. Co nie zmienia faktu, że na pytanie „Czy jesteś dumny z rumuńskiego kina?” aż 60 procent odpowiedziało, że tak.

Uświadomiłam sobie, że w Rumunii nie występuje ani ochota, ani nawet snobizm na oglądanie rodzimego kina artystycznego, powstającego, zdawałoby się, na przekór oczekiwaniom zwykłego widza. Od strony formalnej jest ono surowe i chropowate, bez muzyki, za to z długimi ujęciami, statyczną pracą kamery, niedoświetlonymi wnętrzami, imitującymi codzienną zgrzebność. Od strony treściowej filmy skupiają się na obrazowaniu traum, wypaczeń i klęsk powszednich. Chociaż społeczeństwo rumuńskie od 2009 roku cierpi wskutek kryzysu gospodarczego, media – i telewizje, i gazety, nie licząc kilku tytułów dla „wykształciuchów” o znikomym nakładzie – nie biorą na siebie ciężaru poważnych dyskusji, stawiając bezpardonowo na „info-entertainment”, czyli wiadomości w rodzaju „u cioci na imieninach”, i jest to zjawisko jeszcze bardziej dotkliwe i żenujące niż w Polsce. W sytuacji kulawości publicznej debaty, rolę rozliczeniowo-dyskusyjną przejęło nowe rumuńskie kino, które zajmuje się wyciąganiem brudów, wietrzeniem szaf pełnych trupów i rentgenowaniem schorowanego społeczeństwa.

I dlatego widzowie stawiają opór. W małych miejscowościach kin nie ma, a w największych miastach te studyjne można policzyć na palcach trzech rąk. Rynek przejmują multipleksy, które z zasady nie emitują rumuńskich filmów, bo przecież nikt ich nie ogląda! Średniozamożni mówią: „Po co mam oglądać coś, co widzę za oknem – rozwalone śmietniki, psy bezpańskie, skołowanych młodych i starych tęskniących za Ceausescu, to już wolę amerykańskie filmy, przynajmniej nie są czarno-szare”. Nawet wśród elit i ludzi wykształconych nie ma snobizmu na oglądanie rodzimej kinematografii. Często słyszałam: „No tak, miło jest być spasionym Francuzem i w klimatyzowanym kinie wzruszać się rumuńską nędzą”. Sukcesy zagraniczne są tłumaczone przejściową modą wśród sytych społeczeństw, które Rumunii nie rozumieją, ale na jej nieszczęścia chętnie sobie popatrzą.

Kino rumuńskie naśladuje rzeczywistość 1:1. Przed rozpoczęciem zdjęć reżyserzy miesiącami ćwiczą sceny z aktorami, żeby osiągnąć ten niebywały efekt improwizacji i naturalności, który myli wielu krytyków zagranicznych, zakładających, że w filmach rumuńskich grają piekielnie zdolni naturszczycy. Ponieważ kino jest niedofinansowane i reżyserzy nie mogą sobie pozwolić na wysoką jakość obrazu i dźwięku, cyzelują scenariusze. W dialogach pełno brawury i burknięć, potoczności i przekleństw. Można w nich też usłyszeć echa sztuk teatralnych ze znakomitymi dialogami – tradycję krótkich form literackich, opowiadań i fars Rumuni mają wspaniałą i, w przeciwieństwie do kina, teatr uwielbiają. Reżyserzy często współpracują z literatami. Najjaśniej świecącą gwiazdą wśród scenarzystów jest pisarz Razvan Radulescu, który współpracował z Cristianem Mungiu przy „4 miesiącach 3 tygodniach 2 dniach”, z Cristim Puiu pisał „Śmierć pana Lazarescu”, a z Radu Munteanem – „Wtorek po świętach”. A wraz z Calinem Peterem Netzerem wymyślił, nagrodzony teraz w Berlinie, „Child’s pose”. Zapytałam swego czasu Corneliu Porumboiu, twórcę „12:08 na wschód od Bukaresztu”, kiedy można spodziewać się jego kolejnego filmu, odpowiedział mi: Nieprędko, piszę dopiero siódmą wersję scenariusza.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Fenomen rumuńskiej kinematografii jest tym bardziej imponujący, gdy weźmiemy pod uwagę warunki, w jakich powstają filmy. Nowo mianowany dyrektor Rumuńskiego Instytutu Kultury (ICR), obsadzony z klucza partyjnego po objęciu władzy przez postkomunisów, oznajmił w zeszłym roku, że promowanie dorobku kulturalnego Rumunii należy zacząć od uświadomienia świata, że kaloryfer wynaleziono w Transylwanii. Niepokorni artyści i naukowcy, którzy nie zgadzają się na upolitycznianie kultury i protestują przeciwko zmianom w ICR, trafili na listę niewdzięczników, którzy „dostali pieniądze, a krytykują”. Wszyscy zainteresowani zostali pouczeni, że wprawdzie działalność różnych instytucji komentować można, ale ICR jest instytutem szczególnym i jego akurat krytykować nie wolno.

Rumuńscy filmowcy dostają nagrody w Cannes i Berlinie, podczas gdy instytucja będąca odpowiednikiem polskiego PISF-u finansuje głównie filmy starych wyjadaczy, którzy z rumuńską Nową Falą nie mają nic wspólnego. Młodzi reżyserzy próbują sobie radzić, zakładając własne firmy producenckie. „Najwyższy czas, by politycy się obudzili i zainteresowali promowaniem rumuńskich filmów” – powiedział reżyser Tudor Gurgiu, komentując Złotego Niedźwiedzia dla filmu „Child’s Pose”, – „ale wiem, że Rumuni są mistrzami straconych szans”.

Przypominają mi się słowa Cristiana Mungiu: „Jeśli nie podoba nam się to, co widzimy w rumuńskich filmach, to weźmy się za zmienianie rzeczywistości, a nie za zmienianie języka filmów”.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>