Szukasz serialu na Netflixie, któremu bliżej jest do „ukrytej perełki” niż do „flagowej produkcji”? Oto kilka propozycji, które zdecydowanie zasługiwały na większy rozgłos. Czy to wiekopomne arcydzieła? Niekoniecznie. Niektóre zaskakują pomysłem, inne bronią się klimatem i bohaterami, ale łączy je jedno – przy wszystkich niezwykle dobrze się bawiłam.
Zastanawiasz się, co obejrzeć na Netflixie? Algorytmy robią, co mogą, aby podsunąć ci pod nos idealnie dopasowane treści. Bardzo możliwe, że na twojej stronie głównej setki tytułów szeregują się, a to pod jasnymi jak słońce hasłami „wzruszające filmy dramatyczne” i „wciągające kryminały”, a to nieco mniej precyzyjnymi „nie ruszam się z kanapy” czy „chcę znów uwierzyć w miłość”. Chęci może i są dobre, ale efekt bywa odwrotny od zamierzonego. Prawdziwa klęska urodzaju sprawia, że przeciętny użytkownik spędza nawet 10 minut na wyborze kolejnej produkcji. A ostatecznie i tak po raz enty włącza „Biuro” albo jedną z nowości Netflixa, o której wszyscy mówili na stołówce w pracy, nawet jeśli nie do końca trafia ona w jego gust. I oczywiście nie ma w tym nic złego, ale być może gdzieś w archiwum odłogiem leżą produkcje, które miały swoje pięć minut dawno albo... wcale, a mogłyby dać mu znacznie więcej frajdy. Dlaczego by ich nie odkopać?
Czytaj także: Ukryte perełki na Netflixie. Byłam w szoku, że znalazłam tam takie filmy
„Derry Girls” (2018-2022)
Nie wiem, co skuteczniej przyciąga przed ekran – stanowiący wyzwanie dla niewprawionego ucha akcent, ścieżka dźwiękowa obfitująca w utwory The Cranberries, Blur czy Take That, czy po prostu zabawna i ciepła fabuła inspirowana osobistymi doświadczeniami reżyserki, Lisy McGee. Twórczyni serialu dorastała w latach 90. w targanej wieloletnim konfliktem Irlandii Północnej. Grupa tytułowych nastolatek z Derry musi więc mierzyć się nie tylko z zupełnie zwyczajnymi dla ich wieku problemami, ale także zamieszkami, blokadami dróg i religijnymi uprzedzeniami. Uczennice katolickiej szkoły zarządzanej przez sarkastyczną siostrę Michael – oraz, na swoje nieszczęście, wychowany w Anglii kuzyn jednej z nich, są równie sympatyczni, co rozkrzyczani i chaotyczni, ale czy ktoś na ich miejscu byłby inny? Równie barwna jest rodzina służącej nam za narratorkę Erin, a galerię drugoplanowych nietuzinkowych postaci dopełniają sąsiedzi czy nauczyciele. Ich oczami śledzimy zarówno epokowe wydarzenia, jak i kamienie milowe w życiu dorastających ludzi – pierwsze miłości, przyjaźnie i rozczarowania. Niech najlepszą rekomendacją będzie to, że fanem sitcomu jest m.in. Martin Scorsese.
„To nie jest OK” (2020)
Jako fankę „To” z 2017 roku ucieszyła mnie decyzja dyrektorów castingu o zorganizowaniu częściowego reunionu Klubu Frajerów. A ponieważ za materiał źródłowy posłużyła powieść graficzna Charlesa Forsmana, twórcy wcześniej z powodzeniem przeniesionego na ekran „The End of the F***ing World”, można było być naprawdę dobrej myśli. Pech chciał, że włodarze Netflixa w dość kameralnym serialu z Sophią Lillis i Wyattem Oleffem upatrywali hitu na miarę „Stranger Things”. Odbiegające od założeń wyniki oglądalności oraz pandemiczne zawirowania skreśliły plany kontynuacji, przez co całość kończy się dość irytującym cliffhangerem. Ci, którzy domknięcia wątków szukali w komiksowym pierwowzorze, szybko przekonali się, że scenarzyści nie byli mu wierni. Mimo to 7-odcinkowa produkcja, czerpiąca z „Carrie” czy „Klubu winowajców”, nadal może zagwarantować udany seans – przede wszystkim dzięki świetnie obsadzonym bohaterom, z którymi aż chciałoby się spędzić trochę więcej czasu. Jeśli masz ochotę na nieco schematyczny, ale wciąż angażujący coming-of-age z nadprzyrodzonymi mocami w tle, „To nie jest OK” nadal jest warte obejrzenia.
„Crashing” (2016)
W roku 2016 na małym ekranie zadebiutowały dwa seriale autorstwa Phoebe Waller-Bridge. Jeden z nich ma dziś status kultowego, o drugim… prawie nikt już nie mówi. Nie będę przekonywać, że „Crashing” jest produkcją równie dobrą, bo tak nie jest. Jeśli jednak cenicie jednocześnie rozbrajające i boleśnie szczere poczucie humoru angielskiej scenarzystki, warto ten tytuł nadrobić. Pierwszy (i jedyny) sezon skupia skupia się na grupie dwudziestokilkulatków, którzy wprowadzają się do opuszczonego londyńskiego szpitala jako „strażnicy mienia”, dzięki czemu mogą po kosztach wynajmować lokum w jednej z najdroższych stolic świata. Pod jednym dachem spotyka się plejada niezręcznych, nieco ekscentrycznych i często przygnębionych (nie tylko z powodu sytuacji na rynku nieruchomości) współlokatorów, między którymi regularnie dochodzi do humorystycznych tarć i napięć. Ot, tylko tyle i aż tyle.
„Zabijaj uważnie” (2024)
Podoba mi się sposób, w jaki nasi zachodni sąsiedzi wykorzystują budżety Netflixa. Poza „Dark”, któremu bezspornie należy się tytuł jednego z najlepiej poprowadzonych seriali w historii platformy, świetnie bawiłam się też choćby przy czarnej komedii o byłej agentce Stasi. „Zabijaj uważnie” – jak sam tytuł sugeruje – również powinno odpowiadać fanom wisielczego poczucia humoru. Ten mało znany niemiecki serial opowiada o prawniku z trudem balansującym między wymagającymi klientami z przestępczego półświatka a życiem rodzinnym. Kiedy zmęczona jego wiecznymi wymówkami żona wysyła go na terapię, Björn zaczyna z zabójczą konsekwencją wdrażać zasady work-life balance, aby odzyskać względy najbliższych i święty spokój. Choć jest to ekranizacja poczytnej książki Karstena Dusse, w serwisach internetowych ma wyraźnie mniej ocen niż „Cassandra” czy „Ukochane dziecko”. A szkoda, bo wielu widzom mogłaby zapewnić zupełnie przyzwoitą rozrywkę na kilka wieczorów. I przy okazji zafundować osobliwy, przyspieszony kurs uważności (i jej niewłaściwego wykorzystania w jednym). Komu podobało się „Jak sprzedawać dragi w sieci (szybko)”, ten powinien odnaleźć się i w tej konwencji.
„Clark” (2022)
Może to syndrom sztokholmski, a może ten efekciarski, pędzący na złamanie karku szwedzki serial naprawdę ma w sobie coś przyciągającego. Na pewno na plus wypada Bill Skarsgård, który w roli Clarka Olofssona wyraźnie odbiega od swojego horrorowego emploi. Główny bohater jest całkowicie szalony, zapatrzony w siebie i robiący w życiu, co tylko mu się żywnie podoba. Jest także oparty na prawdziwej biografii znanego gangstera, dlatego próby wzbudzenia wobec niego odrobiny zrozumienia poprzez snucie opowieści o niełatwym życiu nie każdemu będą w smak. Na ekranie obserwujemy jego losy – od naznaczonego przemocą i problemami psychicznymi dzieciństwa, przez nieustanne brawurowe ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości i liczne romanse, aż po słynny napad na Kreditbanken w Sztokholmie, który uczynił z niego nieoczekiwanego celebrytę. To jego własna, przepełniona adrenaliną wersja wydarzeń, w której – jak uprzedzają twórcy – jest tyle samo prawdy, co kłamstw.