fbpx

Koniec Krzysztofa Warlikowskiego

"koniec"
Nowy Teatr

Teatr Warlikowskiego od zawsze wzbudzał ogromne kontrowersje. Zarzucano mu artystyczny egocentryzm, brak klarownego komunikatu ze sceny czy też opieranie się w swoich teatralnych kompilacjach z klasyki współczesnej literatury na ciągle tych samych aktorach. A także śmiałe, erotyczne prowokacje. Myślę, że przyczyną może być złe rozumienie tego wyjątkowego artysty.
Jakiś czas temu byłam świadkiem rozmowy Warlikowskiego z nauczycielkami z pewnego liceum o roli teatru w edukacji polskiej młodzieży. Był dowcipny, dosadny i bardzo jasno przedstawiał swoją wizję teatru: burzenia czwartej ściany, protestu wobec robienia z teatru trudnego widowiska, na siłę zmuszającego młodych ludzi do wdziewania garnituru lub garsonki i ziewania nad kolejną adaptacją „Dziadów”.

Zachwyciła mnie wówczas jego pasja i wiara w widza. Myślę, że on głęboko wierzy w widza, w jego inteligencję, polot i poczucie humoru czy też zwykłą ludzką wrażliwość i empatię. Bo można odbierać jego wizje naprawdę każdym zmysłem. Warlikowski chce bowiem ogarniać wszystkie nasze ludzkie niepokoje, lęki, zachwyty i obawy. To bywa bolesne, obrazoburcze, wymuszające jego sarkastyczną wizję świata. Ale równocześnie obrazy kreowane na scenie urzekają pięknem, oryginalnością i siłą przekazu. Choć często zdają się być na granicy kiczu, ale zawsze podporządkowane są naczelnej myśli twórcy tego zamieszania. Teatr Warlikowskiego po prostu nie pozwala na obojętność. Czerpie z teatru, filozofii, literatury, filmu, magii, tańca, opery, bo to, co ten reżyser ma nam do zaoferowania, jest naprawdę intelektualnym kosmosem.

Ostatnim spektaklem wystawionym na scenie ATM był „Koniec”. To spektakl oparty na wybranych utworach Elizabeth Costello, Johna Maxwella Coetzego, „Procesie” i „Myśliwym Grakchusie” Franza Kafki i Nickel Stuff Bernarda-Marie Koltesa. Rozmach widowiska zapewniła koprodukcja aż czterech europejskich scen: Odéon-théâtre de l’Europe, La Comédie de Clermont-Ferrand, Théâtre de la Place de Liège i wreszcie Hebbel am Ufer w Berlinie. Piszę o tym także po to, aby pokazać, jak bardzo ceni się Warlikowskiego w Europie. Na scenie, poza ruchomą, dynamicznie zmieniająca się scenografią, aktorzy grają także do kamery, co zmusza ich do niebywałej dyscypliny i precyzji. Mało tego, prócz przedstawiania postaci, mają oni za zadanie dystansowanie się wobec teatralnej rzeczywistości i nieustanne wychodzenie poza nią. Zagadywanie do widza, autoironiczne komentarze, tworzenie ze swojej nagości naturalnego kostiumu i pokonywanie jeszcze wielu innych pułapek artystycznych po drodze. Część obcojęzycznej widowni może jak w operze czytać dialogi po angielsku wyświetlane ponad sceną.

Widownia podczas spektaklu była zresztą pełna i reagowała żywiołowo. Z pewnością odwiedzili Nowy Teatr nie po raz pierwszy. Jednak tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie, była gra aktorek Warlikowskiego. Magdalena Popławska, Maja Ostaszewska, Magdalena Cielecka, Stanisława Celińska i Ewa Dałkowska pokazały tak ogromne możliwości kreacyjne, że nie sposób wręcz je opisać. Warto zwrócić uwagę chociażby na ich genialne panowanie nad ciałem. Akrobatyczne układy ruchu scenicznego autorstwa Claude’a Bardouila chwilami wymagały od nich wszystkich prawie cyrkowych umiejętności. Sposób manierycznego chodzenia Ostaszewskiej, erotycznego tańca Popławskiej, chwiania się na gigantycznych obcasach na granicy utraty równowagi Cieleckiej, filuterny taniec Celińskiej czy scena opalania się w słońcu Dałkowskiej to nieprawdopodobne po prostu widowiska. Nigdy wcześniej nie widziałam na scenie takiej pracy z ciałem. Polega to chyba na ogromnym zaufaniu, jakim darzą one reżysera. Miałam wrażenie, jakby puszczały im wszystkie hamulce, przy jednoczesnej ogromnej samokontroli.

Wszyscy aktorzy tego teatru – Maciej Stuhr, Marek Kalita, Jacek Poniedziałek, Wojtek Kalarus czy Zygmunt Malanowicz – mają dar zręcznego i gładkiego wchodzenia w narzuconą im konwencję. Mam jednak przeczucie, że towarzyszy temu niezwykle długi i żmudny proces twórczy: rozmowy, analizy, ćwiczenia, dogłębne studiowanie materii literackiej i przede wszystkim całkowite zaangażowanie w proces twórczy wszystkich pracujących nad spektaklem artystów.

To dopiero początek możliwości i skali teatralnych prowokacji. Warlikowski, jestem o tym przekonana, ciągle jest w drodze. Spotkajmy się z nim. Warto.

„Koniec”, reżyseria Krzysztof Warlikowski, adaptacja tekstu: Krzysztof Warlikowski, Piotr Gruszczyński, produkcja Nowy Teatr

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze