1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Felieton Olgi Kozierowskiej: Kobieta kobiecie wilkiem

Felieton Olgi Kozierowskiej: Kobieta kobiecie wilkiem

fot.123rf
fot.123rf
W zdrowej rywalizacji zwycięstwo to rozwój. Chcesz być zwycięzcą? Nie zostawiaj za sobą trupów, nie pal mostów. To nie średniowiecze ani harem. Zmień reguły gry. Zyskasz satysfakcję i poczucie szczęścia.

Nowoczesny gabinet w budynku jednej z międzynarodowych korporacji. Za biurkiem siedzi 36-letnia Ewa. Dyrektor PR, jednocześnie członek zarządu. Atrakcyjna, ambitna, nic dodać, nic ująć, kobieta sukcesu. Siedzi i patrzy z rozgoryczeniem w okno. Lęk przed utratą pozycji, na którą tak długo pracowała, zaczyna przejmować kontrolę nad jej zachowaniem. Myśli stają się nie do zniesienia. Co ten babsztyl w sobie takiego ma, że wzbudza ogólny podziw? Przecież ona tylko wykonuje zadania, które wyznacza jej Ewa. Owszem, dobrze je wykonuje, ale żeby zaraz takie pochwały? Sam prezes zajrzał dziś do Ewy, by pogratulować jej posiadania tak wspaniałego pracownika. – No, Ewa, gratuluję organizacji dzisiejszej konferencji. Przyznam też, że Joanna zrobiła na wszystkich duże wrażenie, nie doceniałem jej – powiedział z błyskiem w oku. – To, jak poprowadziła dzisiejszą konferencję, na długo zostanie w naszej pamięci. Może powinnaś ją ze sobą wziąć na doroczny kongres w Brukseli? Pozna wszystkich ważnych – dodał, wyczekując pozytywnej odpowiedzi.

– Co???! – wykrzyknęła w myślach Ewa. Jeszcze tego by brakowało. Joanna u boku Ewy w Brukseli? Nigdy w życiu.

Z udawanym spokojem powiedziała prezesowi, że zapyta Joannę, lecz z tego, co wie, w tym czasie chyba ma zaplanowany krótki urlop, więc może następnym razem. – Ale ja już jej to zaproponowałem. Była zachwycona – odpowiedział nieco zmieszany prezes. – Oczywiście ostateczną decyzję pozostawiam tobie – uśmiechnął się i wyszedł z gabinetu. Ewie pozostał przed oczami widok z okna i lękliwe myśli.

Strach ma wielkie oczy

Joannę zatrudniła jako swoją zastępczynię niecały rok temu. Długo szukała odpowiedniej osoby na to stanowisko. Kompetentnej, doświadczonej, otwartej na wyzwania. Joanna przypominała jej ją samą sprzed kilku lat. Nie widziała w niej do tej pory rywalki. Teraz wszystko się zmieniło. Projekcje potencjalnych, nieetycznych zachowań Joanny przewijały się w myślach Ewy bezustannie. Na tyle często, że sama w nie uwierzyła, choć rzeczywistych przesłanek nie było. W efekcie zrobiła wszystko, by Joanna nie pojawiła się na kongresie w Brukseli. Przestała też dawać jej ambitne zadania, w szczególności takie, przy których mogłaby się wykazać osiągnięciami. Z dziennikarzami zaczęła się spotykać sama, by przypadkiem Joanna nie wyrobiła sobie zbyt dobrych relacji z mediami. A prowadzenie konferencji prasowych oddała chłopakowi zatrudnionemu na stanowisku specjalisty ds. PR. Z pochwałami prezesa na jego temat nie miała problemów. Pokazała Joannie, kto tu jest szefem. Czy dało jej to satysfakcję? Wręcz przeciwnie. Nie dość, że czuła się zagrożona, to jeszcze miała poczucie bycia złą szefową. Towarzyszył jej też strach, że ktoś to zauważy.

Dostajesz, co dajesz

Po kilku miesiącach pracy w niezdrowej atmosferze Joanna złożyła wypowiedzenie. Dostała pracę w konkurencyjnej firmie, na stanowisku analogicznym do stanowiska Ewy. Na odchodnym powiedziała: – Nie rozumiem tego, co się stało, twojej niechęci i blokowania mojego rozwoju. Byłaś dla mnie wzorem, do czasu. Czym rzucisz w ścianę, do ciebie wróci, zapamiętaj to. Spakowała swoje rzeczy i wyszła.

Przez swoje lęki i brak poczucia własnej wartości Ewa straciła nie tylko dobrego pracownika, ale przede wszystkim szacunek do siebie. Choć będzie z tym uczuciem walczyć, ono i tak dojdzie do głosu, jak tylko pojawi się kolejna rywalka. Ewa padnie ofiarą własnych nienasyconych ambicji. Zapamięta też na zawsze ostatnie słowa wypowiedziane przez Joannę na pożegnanie. Słowa, których zacznie się bać.

Co może zrobić w tej sytuacji? Ma dwa wyjścia. Pierwsze, to okopać się i walczyć, zużywając całą energię na to, jak zniszczyć kolejne przeciwniczki. Wtedy jednak będzie ślepa na wszystko, co ją otacza, może ominą ją szanse na zbudowanie biznesowych relacji z właściwymi ludźmi, do tego zje frustracja, którą przeniesie na domowe ognisko. I ten obszar też straci. Rachunek zatem prosty. Nie zyskuje nic prócz chwilowej satysfakcji, że się udało „wygrać”.

Drugie wyjście, to skupić się na własnym rozwoju, działać i pokazać, co przy współpracy z innymi i wykorzystaniu ich i własnych talentów jest w stanie osiągnąć. Świat jest konkurencyjny, ale stale wygrywać będą ci, którzy pracują na to, by każdego dnia być lepszą wersją siebie.

Zapraszam do akcji „Solidarność kobiet ma Sens”

[embed]http://youtu.be/GhNKtUq3YIo[/embed]

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Wierzę w siłę kobiet

Jolanta Karny, wiceprezes firmy ubezpieczeniowej Aviva (Zdjęcie: Piotr Furman/ www.pfurman.com)
Jolanta Karny, wiceprezes firmy ubezpieczeniowej Aviva (Zdjęcie: Piotr Furman/ www.pfurman.com)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
O tym, jak być dobrą liderką w trudnych czasach, ale też jak nie bać się spełniać swoich marzeń i iść przez życie z podniesioną głową – rozmawiamy z dr Jolantą Karny, wiceprezes firmy ubezpieczeniowej Aviva.

Końcówka mrocznego 2020 roku jest odrobinę jasna pod jednym względem – bardziej słyszalny jest teraz głos kobiet. W Polsce nawet ten wkurzony i niezbyt uprzejmy. W Stanach Zjednoczonych – głos nowej wiceprezydent Kamali Harris. Nadchodzi czas kobiet? Tak, i ja się z tego ogromnie cieszę. Całym sercem wspieram kobiety, a moim marzeniem i misją jest, żeby były obecne w wielu branżach i dziedzinach. Żeby były pewne siebie, osiągały swoje cele. I by same widziały tam swoje miejsce.

Skończyłam fizykę, studiowałam więc w bardzo męskim środowisku. Tam najważniejszy był kapitał intelektualny, wszyscy skupiali się raczej na tym, co mamy w środku, a nie co na zewnątrz. A jednak i tam na pierwszym z egzaminów usłyszałam żartobiliwe pytanie, czy przyszłam na serio studiować, czy znaleźć męża. Notabene zrobiłam i to, i to. Mój mąż obecnie wykłada na Wydziale Fizyki. Potem zderzałam się z różnymi środowiskami, w których okazywało się, że płeć ma jednak znaczenie. Dlatego bardzo się cieszę z nowej pani wiceprezydent i z jej przemówienia, w którym powiedziała między innymi, że szklany sufit został przełamany i że jako kobiety możemy osiągać to, o czym marzymy. I niekoniecznie musi się to wpisywać w jakikolwiek kanon zawodów czy aktywności przypisanych kobietom.

Jeśli zaś chodzi o ostatnie wydarzenia w Polsce, to rzeczywiście mam wrażenie, że głos kobiet jest coraz mocniejszy. I choć jest to często głos niejednorodny – bo przecież wszystkie mamy swoje poglądy i często są one od siebie odmienne – to łączy nas to, że chcemy prawdziwej zmiany na lepsze. A jak kobiety się do czegoś biorą, to na poważnie. My nie odpuszczamy. Dlatego mocno wierzę w pozytywną rewolucję kobiet.

W wielu analizach na temat przedsiębiorstw podkreśla się, że mężczyźni są lepszymi liderami na spokojne czasy, natomiast kobiety – na niespokojne, bo one zgrabnie dotykają wielu płaszczyzn i potrafią łączyć pozornie niemające ze sobą związku obszary. To tym się charakteryzują przywódcy idealni na zmienne czasy, a my żyjemy przecież w bardzo zmiennych czasach. Spójrzmy na Nową Zelandię kierowaną przez Jacintę Ardern – jaki wspaniały styl i ogromna skuteczność.

Może zamiast szukać nowych liderów, trzeba zacząć szukać nowych liderek? Czy w przywództwie płeć ma znaczenie? Myślę, że przywództwo kobiet jest inne niż przywództwo mężczyzn, co nie znaczy, że jest lepsze, ale z pewnością inne. Ja bardzo lubię różnorodość – w pracy, życiu rodzinnym i społecznym. Uważam, że bardzo przydaliby nam się zarówno nowe liderki, jak i nowi liderzy. Z własnego doświadczenia wiem, że jako kobiety jesteśmy wyczulone na znaczniej więcej sygnałów, kładziemy duży nacisk na mówienie „my”, na myślenie grupą i na dążenie do rozwoju jednostek. Potrzebujemy nowej jakości zarządzania i przywództwa zarówno w wykonaniu mężczyzn, jak i kobiet. Ale po czasach męskich rządów przydałaby się nam pewna odmiana, inny punkt widzenia. Kobieca ręka?

Aviva, którą pani zarządza, wyróżnia się sporą liczbą kobiet w zarządzie. Mamy chyba idealny parytet – 50 na 50. Oczywiście Aviva ma kilka spółek i w każdej z nich jest odrobinę inaczej, ale my, panie z Avivy, lubimy mówić, że Aviva jest kobietą. W naszym zarządzie kobiety piastują stanowiska nietypowe. Przywykliśmy już do tego na rynku, że kobiety ze względu na swoje miękkie kompetencje są zwykle szefowymi HR, i u nas też tak jest, ale też szefem produktu majątkowego jest kobieta, szefem ryzyka i audytu również, jak i działu prawnego, a ja zarządzam sprzedażą i marketingiem. Mamy otwarte środowisko pracy. Panowie w firmie od początku nas wspierali w rozwoju, nigdy nie było podziału na męskie i kobiece działy. I ogromnie mnie to cieszy. Bo sama wiem, że kobiety potrzebują mieć wsparcie i motywację do tego, by szły dalej, by osiągały więcej. Szczególnie doceniam wsparcie ze strony mądrych mężczyzn, którzy stawiają na równoprawność, cieszą się z sukcesów kobiet. Nie bez przyczyny wciąż jest jednak mniej kobiet na stanowiskach zarządzających – bardzo często to one same dalej nie chcą iść. Oczywiście to o wiele bardziej złożona kwestia, bo tę rezygnację często wymusza na nas sytuacja rodzinna – nadal, kiedy dziecko jest chore, to w domu zostaje z nim jednak mama, a nie tata. Ale prawdą jest też to, że nie potarfimy zawalczyć o siebie i swoją pozycję.

Do dziś pamiętam zebranie na temat wyników sprzedażowych w naszej firmie. Najpierw głos zabrał mężczyzna. Opowiadał, że były bardzo trudne warunki, ale i tak osiągnęliśmy 75 proc. planowanej sprzedaży, przedstawiając to jako wielki sukces. Potem mówiła kobieta: „Osiągnęliśmy 85 proc., ale mogliśmy więcej”, pozostawiając niedosyt. My musimy nauczyć się mówić o swoich sukcesach, nie być nadmiernie skromnymi. Dzisiejszy świat biznesu to świat, któremu przyświeca hasło: „Fake it till you make it”, czyli: „Udawaj, póki tego nie osiągniesz”. Steve Jobs potrafił to fantastycznie robić. My, kobiety, najpierw wykonujemy tytaniczną pracę, a potem oczekujemy, że inni nas za to docenią, bo sami to zobaczą. Nie, nie zobaczą, chyba że to my zwrócimy im na to uwagę. Kobiety, które spotykam na swojej drodze jako coach czy mentorka, są naprawdę niezwykłe – zawsze jednak proszę, żeby tak jak silnie walczą o innych, potrafiły zawalczyć o siebie.

Tak nas się wychowuje – żeby się nie przechwalać, nie popisywać. Na szczęście coraz częściej kobiety mówią: „Jestem z siebie duma”. Ale jakim wysiłkiem, wręcz konfliktem wewnętrznym jest to okupione! Jaką wielką pracą nad sobą! Kiedyś w towarzystwie prezesek różnych firm doszłyśmy do wniosku, że choć różnią nas i kierunki studiów, jakie ukończyłyśmy, i ścieżki kariery, i modele rodziny, jakie tworzymy – to jedno mamy wspólne: każda z nas miała rodziców lub przynajmniej jedną osobę w rodzinie, która mocno w nią wierzyła. I bardziej niż słowa: „To nie wypada, przecież jesteś dziewczynką”, słyszałyśmy: „Okay, rób, co chcesz, tylko uważaj na siebie”. Dostawałyśmy przyzwolenie na próbowanie różnych możliwości. Ja nigdy nie słyszałam, że nie mogę czegoś zrobić, bo jestem dziewczyną. Moje koleżanki też nie. I to nam pozwalało eksplorować świat.

Są ciekawe badania ukazujące wiarę w siebie dziewcząt i chłopców. Okazuje się, że do 13. roku życia nie ma w tej sprawie większych różnic miedzy płciami, natomiast po tym wieku dramatycznie spada wiara dziewczyn w swoje możliwości. Bo jesteśmy bardziej niż wcześniej otoczone stereotypami na temat tego, jak powinnyśmy wyglądać i jak się zachowywać. Stajemy się podatne na ocenę i skrzywdzenie. I dlatego my tę wiarę musimy potem odzyskiwać. I robimy to! Te same badania pokazują, że po czterdziestce kobiety są silniejsze psychicznie i mają większą wiarę w siebie niż mężczyźni.

Kobiety wtłacza się w rolę opiekunek, co nie jest wcale takim złym pomysłem biznesowym. Firmy ubezpieczeniowe, jak Aviva, często odwołują się do kobiecej postaci. Bycie opiekuńczą to sedno pani pracy? Moim zdaniem to właśnie sedno kobiecego przywództwa – zapewnianie poczucia bezpieczeństwa, myślenie o wszystkich. Jeśli chodzi o firmy ubezpieczeniowe, to one na początku swojego istnienia miały głównie finansowy charakter. A tym, jak wiadomo, zajmowali się panowie. Z czasem nastąpiła jednak duża zmiana. Do aktywów i finansów doszedł nowy proflil – opieki nad zdrowiem, nad domem, nad życiem. I tu kobiety mają ogromne pole do popisu. Wierzę, że zapewnianie ludziom poczucia bezpieczeństwa to nie tylko misja, ale i fajna przestrzeń biznesowa. Kiedy dziecko robi coś po raz pierwszy, na przykład uczy się jeździć na rowerze, to rodzic go przecież ubezpiecza, krzyczy: „Jestem za tobą, złapię cię, jak upadniesz”. Potrzebujemy tego w życiu.

Moją pasją są ekstremalne, dzikie podróże. Zawsze przed wyjazdem dzwonię do mojego działu i pytam pracowników: „Sprawdźcie, czy ja w moim ubezpieczeniu mam… poszukiwanie, na wypadek gdybym zgubiła się w buszu”. Oni się tym zwykle bardzo stresują, bo to dość niestandardowe pytania, natomiast dzięki takiemu ubezpieczeniu ja czuję się bezpieczniej. I tym bardziej troszczę się o moich klientów – kiedy komuś dzieje się coś złego z dala od domu, wiem, jak bardzo potrzebuje wtedy kogoś, kto co prawda siedzi przy biurku w Warszawie, ale jest w stanie zorganizować pomoc lekarską w Polsce, która dotrze do każdego miejsca na świecie.

Podstawą są właściwe priorytety. Kryzys powoduje, że odrzucamy rzeczy, które są blichtrem i szumem, a skupiamy się na tym, co jest naprawdę ważne, tak w biznesie, jak i w życiu.

Ten rok zachwiał naszym poczuciem bezpieczeństwa. Jak teraz być dobrą liderką? Podstawą są właściwie priorytety. Kryzys powoduje, że odrzucamy rzeczy, które są blichtrem i szumem, a skupiamy się na tym, co jest naprawdę ważne, tak w biznesie, jak i w życiu. Zawsze powtarzam moim pracownikom: „Statek nie tonie, bo nie wpuszcza wody do środka”. Dlatego szalenie ważne jest, by mieć w samej sobie oparcie. By nie wpuszczać tej wody złych informacji do naszego środka. Nasza siła musi być oparta na sile wewnętrznej. Tym bardziej że pracownicy oczekują dziś od liderów dużo więcej. Nie chodzi tylko o rozdzielanie obowiązków, ale o pewność, że wiemy, dokąd płyniemy. A żebyśmy to wiedzieli jako liderzy, musimy skupić się i wyciszyć i dobrze prowadzić zarówno ludzi, jak i firmę.

Jak tę wewnętrzną siłę budować? Budując silne zaplecze. Jesteśmy pokoleniem, któremu zostały dane ogromne możliwości, w związku z czym przedkładaliśmy często sukces zawodowy nad dobre relacje. A to, co daje nam siłę do pracy, to są nasze pasje i więzi międzyludzkie. Te w pracy, i te w domu.

Pamiętam pierwsze rozmowy z moimi pracownikami po marcowym lockdownie – to w większości były prośby o to, by włączyć na chwilę kamery podczas zdalnej konferencji, żebyśmy mogli chociaż się zobaczyć, lub by jakoś się spotkać. To pokazuje, jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka, by poczuć się dobrze. Moim zdaniem to trudny, ale i wartościowy czas. Mamy rodziców, o których się boimy, martwimy się też o pracę, o pieniądze. Jest w nas dużo obaw i lęku. Ale też dostaliśmy niepowtarzalną okazję, by złapać nową życiową równowagę, zobaczyć, co naprawdę ma znaczenie, a bez czego możemy się obyć. My w Avivie oferujemy naszym pracownikom wiele aktywności typu wellbeing oraz porady psychologa, uważam, że to bardzo cenne i potrzebne wsparcie. Bo jak mamy prowadzić innych dalej, opiekować się nimi, jeśli sami się sobą nie zaopiekujemy?

Jaką radę na przyszły rok dałaby pani kobietom? Wspierajmy się – dobrym słowem, uśmiechem, gestem. Dbajmy o relacje, o nasze przyjaźnie. I przede wszystkim, Drogie Kobiety, zadbajmy o czas dla siebie. Życzę nam wszystkim, aby 2021 był naszym rokiem.

Jolanta Karny, doktor nauk ekonomicznych, wiceprezes Avivy odpowiedzialna za sprzedaż, marketing, strategię i cyfryzację, absolwentka Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończyła studia podyplomowe z zakresu Business Management na Uniwersytecie Tennessee (USA), z doradztwa inwestycyjnego w Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz z rozwoju organizacji w Saïd Oxford Business School. Coach i mentorka. Mama trzech synów, globtroterka. Jolanta Karny, doktor nauk ekonomicznych, wiceprezes Avivy odpowiedzialna za sprzedaż, marketing, strategię i cyfryzację, absolwentka Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończyła studia podyplomowe z zakresu Business Management na Uniwersytecie Tennessee (USA), z doradztwa inwestycyjnego w Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz z rozwoju organizacji w Saïd Oxford Business School. Coach i mentorka. Mama trzech synów, globtroterka.

  1. Styl Życia

Osobno, ale razem. Cohousing - dom wielopokoleniowy w praktyce

(Fot. Owsch)
(Fot. Owsch)
Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Heidi mieszka pod 15. Ma krótkie siwe włosy, miłą aparycję pani po siedemdziesiątce, ale w jej oczach czai się łobuzerski błysk. – Dom spokojnej starości – to brzmiało w moich uszach naprawdę okropnie. Wiedziałam jednak, że będąc sama, nie poradzę sobie tak dobrze, jak bym chciała, a nie mam zamiaru być obciążeniem dla moich dzieci. Postanowiłam więc, że poszukam innego rozwiązania, innego sposobu – opowiada. Jest jedną z 25 kobiet, które mieszkają w Older Woman’s Co-Housing (OWCH). To minikompleks mieszkaniowy usytuowany w High Barnet w Londynie, zaprojektowany, zarządzany i zamieszkiwany przez grupę starszych pań. Średnia wieku: 73 lata. Każda z nich ma swoje niezależne i w pełni funkcjonalne, choć niewielkie mieszkanie (część posiada je na własność, inne są wynajmowane). Do dyspozycji mają także przestrzenie wspólne – dodatkową dużą kuchnię, salę spotkań, pokoje gościnne dla odwiedzających, duży ogród. Raz w tygodniu panie przygotowują wspólnie kolację dla bliskich i przyjaciół, na co dzień razem malują, zajmują się ogrodem, ćwiczą jogę. Dbają o siebie, pomagają w zakupach, a gdy któraś zachoruje, przynoszą zupę i zabawiają rozmową.

– Kiedy się starzejesz, na ogół przestajesz czuć się bezpiecznie, ale tutaj jest inaczej – tłumaczy Heidi i przyznaje, że podoba jej się życie we wspólnocie z kobietami, które myślą podobnie jak ona. – Czuję się niezależna. Mogę spędzić dzień, nie robiąc nic ponadto, że powiem „cześć” sąsiadce. Innego dnia zrobię lunch dla kilku osób. I każda z tych opcji jest OK. Znalazłam sposób, by czuć się samodzielną i silną tak długo, jak to możliwe – tłumaczy.

Coś od siebie

OWCH to znakomity przykład cohousingu (czyli współmieszkania) – mieszkaniowego konceptu, który może być rozwiązaniem wielu problemów starzejącego się i coraz bardziej zatomizowanego społeczeństwa. To inicjatywa oddolna. Zaczyna się od zawiązania pewnej wspólnoty – może to być grupa przyjaciół, grono osób o podobnych zainteresowaniach, filozofii życiowej, stylu życia albo na przykład w podobnym wieku. Grupa ta razem buduje dla siebie miejsce do życia (może to być blok, kompleks mieszkań czy osiedle domków) dostosowane do ich potrzeb. W przeciwieństwie do komuny tutaj każdy z mieszkańców ma swoją własną, niezależną przestrzeń mieszkaniową, ale równocześnie powstają też obszary wspólne – ogród, świetlica czy otwarta kuchnia, z których mogą i powinni korzystać wszyscy. – W cohousingu mieszkać może każdy, ale nie każdy będzie chciał – śmieje się Agnieszka Labus, naukowczyni i architektka, która zawodowo zajmuje się alternatywnymi i innowacyjnymi sposobami zamieszkania dla starzejącego się społeczeństwa. – To koncept, który wymaga wejścia w interakcję, dawania czegoś od siebie, zaangażowania. To właśnie dzielenie się z innymi mieszkańcami wiedzą, umiejętnościami czy pracą wnosi nową jakość – tłumaczy. Idea nie jest nowa. Za pierwszy cohousing uważa się powstałe w Danii na przełomie lat 60. i 70. Sættedammen. Wspólnotowe osiedle kilkudziesięciu domków, których mieszkańcy dzielą wspólną przestrzeń i kolektywnie animują życie społeczności. Cohousingi powstają na całym świecie. Idea ta szczególnie popularna jest w krajach skandynawskich i Holandii, gdzie funkcjonuje ponad 300 tego typu społeczności, ale z równym powodzeniem powstają one na przykład w Stanach Zjednoczonych. Większość tego typu miejsc jest wielogeneracyjna – w jednej przestrzeni mieszkają osoby starsze, rodziny z dziećmi czy single. Są jednak i takie, jak chociażby OWCH, które zamieszkiwane są wyłącznie przez seniorów. – Cohousing może przybierać różne kształty. Dla mnie jako architektki bardzo ważny jest w tym zjawisku proces partycypacyjny. Przyszli mieszkańcy aktywnie uczestniczą w całym procesie planowania i projektowania swojej przestrzeni – są zaangażowani w wybór i kupowanie działki, pracę z architektem (który bardzo często jest jednym z członków społeczności) czy doglądanie postępów w budowie, a także dobieranie wyposażenia wnętrz. To proces, który łączy, pozwala się lepiej poznać, wyjaśnić ewentualne niejasności i stworzyć fundamenty zgodnej egzystencji – tłumaczy. Podczas stażu na Uniwersytecie w Westminster Agnieszka Labus towarzyszyła między innymi grupie OWCH na etapie ostatnich ustaleń przed przystąpieniem do realizowania inwestycji. – Panie uzgadniały każdą, nawet najmniejszą decyzję, taką jak chociażby to, czy zmywarka powinna być w każdym mieszkaniu, czy może lepiej będzie zdecydować się na jedną w przestrzeni wspólnej – śmieje się Labus.

Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH) Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH)

Sąsiad najlepszy z możliwych

Droga, która prowadziła Heidi i resztę lokatorek OWCH do momentu podjęcia decyzji w kwestii zmywarki, była wyboista. I bardzo długa. Historia zaczęła się w 1998 roku, kiedy to dwie wówczas sześćdziesięcioparolatki, Madeleine Levius i Shirley Meredeen, usłyszały po raz pierwszy o idei cohousingu podczas warsztatów prowadzonych przez Marię Brenton z University of Wales. Po wykładzie poszły do pubu i postanowiły, że wybudują dla siebie dom. Na pierwsze spotkanie w domu Meredeen przyszło osiem kobiet. Nie miały żadnego przygotowania, doświadczenia, kontaktów. Ale były zawzięte i przekonane, że cohousing to rewelacyjne rozwiązanie. Miejsce dające tyle wsparcia i tyle swobody, ile im potrzeba. Liczyły, że uda im się zrealizować ten projekt w ciągu pięciu lat. Od pomysłu do realizacji minęło jednak niemal 20. Przez ten czas projekt przechodził wzloty i upadki, pojawiały się różne propozycje lokalizacji, trwała walka o dofinansowanie i włączenie miasta w realizację projektu, kolejne potencjalne mieszkanki dołączały do grupy i z niej odchodziły. Levius umarła w 2005 roku. Z pierwotnej ekipy założycielskiej tylko Meredeen doczekała dnia, kiedy 26 kobiet w wieku od 50 do 87 lat wprowadziło się do nowiutkich mieszkań w londyńskim Barnet. – Grupa kobiet, które się znają, dzielą wspólne wartości, robią wspólnie różne rzeczy i dbają o siebie nawzajem. Czy można wymarzyć sobie lepszych sąsiadów? – zastanawia się Maria Brenton. Ta sama, której wykład ponad 20 lat temu zainspirował Madeleine i Shirley do działania. Od tamtego czasu towarzyszyła ekipie OWCH we wszystkich posunięciach. Chociaż sama nigdy nie stała się częścią wspólnoty, jest wielką orędowniczką idei senioralnego cohousingu. – To sposób na uczynienie życia starszych osób zdrowszym, szczęśliwszym, bardziej aktywnym i, co ważne, niewymagającym zewnętrznej bądź instytucjonalnej opieki. To inicjatywa, która wzmacnia kobiety, dając im poczucie sprawczości, oddaje im decyzyjność we wszystkich sprawach dotyczących wspólnej przestrzeni i wspólnego życia – tłumaczyła w jednym z wywiadów. Dla wielu kobiet przeprowadzka do High Barnet była jak początek nowego rozdziału w życiu. – Może to i późny początek, ale to jeden z najlepszych momentów mojego życia. W czasach rosnącej społecznej izolacji, samotności to wspaniałe być częścią takiej grupy – śmieje się 74-letnia Janet Wood, członkini OWCH. To projekt rewolucyjny na skalę światową głównie dlatego, że wymyślony został jako miejsce przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Są wśród nich: lekarka, pielęgniarka, nauczycielka, projektantka, aktorka. Część z nich jest rozwiedziona, niektóre są wdowami, inne od zawsze były singielkami. Decyzja o tym, że mężczyźni nie mogą zostać członkami wspólnoty, była kolektywna. – To nie jest tak, że nienawidzimy mężczyzn. Chodzi o to, że to kobiety zazwyczaj pozostają osamotnione na starość i to one potrzebują wzajemnego wparcia – tłumaczy Shirley Meredeen.

Niezależność zaprojektowana

Dane i statystyki z ostatnich lat nie pozostawiają złudzeń. W Wielkiej Brytanii połowa osób po 75. roku życia mieszka sama. Powstało tu nawet ministerstwo ds. samotności. Dla większości z nich telewizja jest jedynym kontaktem ze światem. W Szwecji, w samym Sztokholmie, samotnie mieszka aż 58 proc. populacji. W Polsce wcale nie jest lepiej. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że co czwarte gospodarstwo domowe jest prowadzone przez jedną osobę. Według szacunków do roku 2035 odsetek takich gospodarstw ma wynieść 30 proc. Naukowcy nie mają wątpliwości, że samotność ma na nas wyniszczający wpływ. Julianne Holt-Lunstad, psycholożka z Uniwersytetu Brighama Younga, posiłkując się wynikami 70 badań naukowych, dowodzi, że samotność zwiększa śmiertelność w takim samym stopniu co otyłość czy wypalanie 15 papierosów dziennie. Nicole Valtorta z Uniwersytetu Newcastle ustaliła z kolei, że prawdopodobieństwo ataku serca u osób osamotnionych rośnie o 29 proc., a zagrożenie udarem – o 32 proc. – Starzejące się społeczeństwo to duże wyzwanie dla administracji i architektów – przyznaje Agnieszka Labus i dodaje, że na całym świecie odchodzi się od koncepcji domów starców, stawiając na zapewnienie możliwie wygodnej starości w miejscu zamieszkania. – Mieszkania i miejską przestrzeń trzeba planować tak, by dawały niezależność jak najdłużej. To poprawia samopoczucie i daje energię do działania. Nie obciąża też budżetu opieki społecznej, a więc wydatków państwa. Co­housing to wbrew pozorom rozwiązanie oszczędne – mieszkańcy dzielą się kosztami, mają na przykład jeden czy dwa samochody do dyspozycji, zrzucają się na obecną na stałe opiekunkę czy serwis sprzątający. W przypadku cohousingu senioralnego ważne jest, by przestrzeń była dostosowana do potrzeb osób starszych, ale nie przypominała instytucjonalnych ośrodków pomocy. Elementy „pomocowe” trzeba wprowadzać z wyczuciem. W OWCH wszystkie kontakty i gniazdka są w zasięgu ręki osoby poruszającej się na wózku, na korytarzach montowane są poręcze, mieszkania zaplanowane są tak, by można było je dowolnie dzielić – w sytuacji, gdyby któraś z kobiet musiała zamieszkać z opiekunem.

– Ważne było to, by mieszkania, w których osoby starsze spędzają więcej czasu, były jasne, z dobrym dostępem światła dziennego (przeciwdziała ono depresji pojawiającej się często w starszym wieku), by na przykład sala wspólna spełniała standardy akustyczne dostosowane dla osób gorzej słyszących – opowiada Agnieszka Labus. Dodaje też, że istotne jest też to, by mieszkania usytuować nie na przedmieściach, ale blisko miejskiej infrastruktury: przystanków komunikacji miejskiej, szpitala, przychodni, sklepów, parków czy kina. Lokalizacja jest także ważna ze względu na bycie częścią społeczności lokalnej. Takie założenia jak cohousing zwykle są otwarte w wybrane dni dla ludzi z zewnątrz, ich mieszkańcy wychodzą z inicjatywą organizacji różnych wydarzeń integracyjnych.

Powrót do przyszłości

W Polsce pojawiają się pierwsze, pilotażowe inicjatywy nawiązujące do idei cohousingu. Na razie nie dotyczą tylko seniorek i seniorów. W Łodzi powstał Dom Wielopokoleniowy w zaadaptowanej XIX-wiecznej wilii, we Wrocławiu powstało osiedle Nowe Żerniki, w Warszawie przy ulicy Stalowej 29 trwają prace przed otwarciem kamienicy wielopokoleniowej. – Na razie tego typu rzeczy dzieją się u nas punktowo, nie systemowo. Bardziej wykorzystują one elementy co­housingu, niż realizują tę koncepcję w czystej postaci, ale i tak warto je doceniać – zauważa Labus. Jej zdaniem pojawienie się oddolnego cohousingu senioralnego w Polsce to kwestia 10–20 lat. Dzielenie, wspólna pralnia czy świetlica starszemu pokoleniu wciąż nie kojarzy się najlepiej, przypomina raczej czasy komunizmu niż wymarzoną opcję na starość. – Młodszym pokoleniom, dla których grupa przyjaciół często staje się rodziną z wyboru, takie wspólnotowe myślenie jest bliższe. Kiedy więc zaczną się zastanawiać, jak spędzić starość, pomysł cohousingu może trafić na podatny grunt – uważa Labus. Jej zdaniem jednak, aby takie koncepty można było wprowadzać w życie, konieczne będą zmiany systemowe. – Wciąż brakuje myślenia o konieczności wprowadzania podobnych rozwiązań. Oczywiście, jeśli ktoś jest zdeterminowany, to sobie jakoś poradzi, ale żeby było to rozwiązanie stosowane częściej, muszą zostać wprowadzone mechanizmy prawne, finansowe, które będą takie działania wspierać i ułatwiać.

Cytaty z wypowiedzi mieszkanek OWCH pochodzą z filmu „Senior House. How to do it”. 

  1. Psychologia

Mądra kobieta - co to naprawdę znaczy?

Mądrość to sztuka patrzenia w specjalny sposób: do wewnątrz i na zewnątrz. To najważniejsze przesłanie dla każdej mądrej kobiety - możesz być połączona ze swoimi emocjami, potrzebami, intuicją, ale też być w kontakcie ze światem zewnętrznym. (Fot. iStock)
Mądrość to sztuka patrzenia w specjalny sposób: do wewnątrz i na zewnątrz. To najważniejsze przesłanie dla każdej mądrej kobiety - możesz być połączona ze swoimi emocjami, potrzebami, intuicją, ale też być w kontakcie ze światem zewnętrznym. (Fot. iStock)
Mądra kobieta. Czyli jaka? Doskonale wykształcona, zajmująca prestiżowe stanowisko? A może wręcz przeciwnie – taka, która robi tylko to, co chce, bo umie zadbać o swoje potrzeby? Zanim przeczytasz ten tekst, odpowiedz sobie na to pytanie. Liczy się pierwsza opcja, nawet jeśli wydaje ci się bez sensu.

Pamiętam, że mama często mi powtarzała: „Tylko nie bądź głupia”, co (a przynajmniej tak to wtedy rozumiałam) oznaczało, że mam między innymi: uważać, bo ludzie są źli i chętnie wykorzystują innych; nie wierzyć facetom, bo im w głowie tylko jedno; za bardzo się z nikim nie zaprzyjaźniać, bo ludzie odchodzą, jak tylko przestajemy być im potrzebni.

Do dziś nie mam pojęcia, czy niebycie głupią było jednoznaczne z byciem mądrą i kim tak naprawdę jest mądra kobieta. Dlatego postanowiłam podrążyć temat. Dla siebie i dla wszystkich kobiet.  Wielu inspiracji dostarczył mi pewien webinar o intrygującym tytule „Ta, która Wie”.

Umieć przyjąć wsparcie

Ania Rogowska jest psychologiem, praktykiem hawajskiej pracy z ciałem i masażu Lomi Lomi Nui, ukończyła również kurs terapii czaszkowo-krzyżowej, a w pracy korzysta z malowania intuicyjnego Vedic Art. Jednym słowem, pracuje z ciałem, umysłem i sercem. W pomaganiu innym prowadzą ją sny, baśnie oraz historie opowiadane przez ciała klientek. Oprócz sesji indywidualnych zwołuje także kobiece kręgi.

Jej klientkami najczęściej są kobiety, które pomagają innym, czyli terapeutki, fizjoterapeutki, masażystki, bo, jak sama twierdzi: – Dla kobiet zawodowo zajmujących się pomaganiem możliwość pobycia z innymi kobietami w bezpiecznej przestrzeni zaufania i życzliwości, gdzie jest miejsce na „nie wiem”, przyzwolenie na siłę, ale też słabość, możliwość usłyszenia samej siebie i bycia wysłuchaną – jest jak miód na obolałe serce.

Podczas wspomnianego webinaru wyjaśniała, że bycie terapeutką to bardzo odpowiedzialna i niezwykle samotna ścieżka. Ale także, że droga służenia czy też pomagania innym zwykle zaczyna się od poczucia własnej emocjonalnej rany, chęci znalezienia najskuteczniejszej metody, by ją uzdrowić – jest bowiem w nas, pomagających, zbyt mało zaufania, żebyśmy dopuściły kogoś do swojej rany. W nas, terapeutkach, ale też w nas, kobietach. Przecież tak lubimy pomagać, opiekować się, dbać, troszczyć się, uzdrawiać. Dlatego też samotność, wrażliwość, czucie, czego potrzebują inni – dotyczą nas wszystkich. Cudownie, bylebyśmy tylko nie robiły tego kosztem samych siebie.

Jeśli chcemy pomagać bez szkody dla siebie, musimy być mądre. Czyli  pomagać z miejsca swojego emocjonalnego zranienia, ale samej też potrafić poczuć swoją ranę i zaufać uzdrawiającej mocy innych kobiet.

Uzdrowienie w jeden dzień

Maria pewnego dnia obudziła się jak zwykle o świcie, żeby przygotować śniadanie mężowi i dzieciom. Robiła to każdego dnia, od ponad 20 lat. Jednak tym razem nagle usłyszała głos, który jej powiedział: „Dosyć tego służenia!”. Nie był to żaden bunt, może bardziej żal, że o nią nikt nie dbał tak, jak ona dbała o innych. To zabolało, ale zaraz potem pojawiła się pewność, że od dziś będzie się zajmować w pierwszej kolejności sobą, a dopiero potem resztą świata, i że tak jest OK. Mądra kobieta czuje, kiedy dokładnie jest ten moment, żeby „porzucić” świat i zająć się sobą.

Iwona od trzech lat prowadziła z mężem rodzinny biznes gastronomiczny, mąż w pracy i w domu odgrywał rolę surowego szefa, ona – uległej podwładnej. Skończyła studia prawnicze, ale wszyscy mówili jej, że w tym zawodzie na pewno się „nie wybije”, bo tylko dzieci prawników z dziada pradziada mają jakieś szanse. Mąż nawet żartował z tych jej głupich marzeń. I nagle, pewnego dnia, do dziś nie umie powiedzieć, dlaczego akurat wtedy, złożyła aplikację do jednej z bardziej prestiżowych kancelarii i została przyjęta, ku zdziwieniu całej rodziny.

Ania Rogowska tłumaczy, że tym, co nas powstrzymuje, przed zadbaniem o siebie, są różne głosy w naszym umyśle. Jeden z nich nazywa głosem Sinobrodego, dominującym i kontrolującym głosem tego, który wie lepiej od nas, ale który tak naprawdę chce jedynie odebrać nam naszą siłę. Dlatego zamraża nas w niedziałaniu. Inny, równie paraliżujący, to głos Macochy, która wciąż powtarza, że jesteś: nie taka, jak trzeba, niewystarczająca, niczego nie potrafisz zrobić dobrze i nic ci się nigdy nie uda. Ten głos podkopuje naszą wiarę w siebie, torpeduje nasze starania, unieważnia sukcesy. Oczywiście, jeśli mu na to pozwolimy. I bardzo często to, niestety, robimy. Chcąc zagłuszyć w sobie te okrutne, raniące komunikaty, wrzucamy się w scenariusz bezustannego pośpiechu i nadmiaru bodźców – biegniemy przed siebie, nie rozglądając się na boki, i trudno nam się zatrzymać.

Tymczasem mądra kobieta potrafi usłyszeć, a następnie uciszyć wszystkie negatywne głosy, które w nią nie wierzą. Ma odwagę pójść za głosem swojego serca.

W gabinetach psychologów takich jak Ania coraz częściej pojawiają się kobiety, które przez lata chorowały, zmagały się z różnymi dolegliwościami, a potem nagle, pod wpływem snu, przeczucia czy informacji o warsztatach lub podróży, która spadła na nie „jak grom z jasnego nieba” – wyjechały na drugi koniec świata, zmieniły dietę, rzuciły pracę albo partnera, zaczęły malować, tańczyć albo medytować i… ich ciała zdrowiały.

Bo mądra kobieta potrafi czytać znaki i słyszy wołanie innych ludzi, którzy mają podobne tęsknoty, ale  także słyszy głos swojej duszy.

Podczas webinaru Ania wspomniała o baśniach, z których od wieków czerpiemy mądrość. I o pewnej wiedźmie, która patrzy w specjalny sposób: jednym okiem do wewnątrz, a drugim na świat. To chyba najważniejsze przesłanie dla każdej mądrej kobiety – możesz być blisko siebie, połączona ze swoim centrum (swoimi emocjami, potrzebami, intuicją, a także mądrością przodkiń), a jednocześnie w kontakcie z tym, co dzieje się na zewnątrz. Bo to, że dbasz o siebie, pokazuje, że umiesz też zadbać o innych.

  1. Psychologia

Kobieta ma takie samo prawo jak mężczyzna do bycia wojownikiem

W mężczyznach zawsze widzimy zwycięzców, wojowników, mistrzów. Zapominamy, że kobiety również mogą być wojowniczkami, osiągać cele i odnosić sukcesy. (Fot. iStock)
W mężczyznach zawsze widzimy zwycięzców, wojowników, mistrzów. Zapominamy, że kobiety również mogą być wojowniczkami, osiągać cele i odnosić sukcesy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W procesie socjalizacji kobiety są przygotowywane do pełnienia określonych ról społecznych – żony, matki, opiekunki. – Czasem jednak zapominamy, że dziewczynka ma takie samo prawo jak chłopiec do bycia wojownikiem – mówi psycholog Ewa Jarczewska-Gerc.

Czym jest kobiecość?
Nie istnieje jeden wzorzec kobiecości. Oczywiście jest jedna rola, wspólna kobietom, niezależnie od tego, gdzie żyją, w jakich czasach – czyli ta, która wiąże się z funkcją prokreacyjną. Tylko kobieta jest w stanie urodzić dziecko, to jest jej biologiczna rola, mająca na celu podtrzymanie ludzkiego gatunku. To jest ten wspólny mianownik, który łączy kobiety z różnych czasów i różnych kultur. Życie kobiety jednak nie składa się wyłącznie z jej biologicznej predestynacji do urodzenia dziecka, te role się zmieniają i są bardzo różne, w zależności od czasów, w jakich żyjemy i w zależności od kultury. Są kultury patriarchalne, które mocno ograniczają rolę kobiety, sprowadzając ją z jednej strony do obiektu seksualnego, z drugiej do bycia matką, urodzenia dzieci itd., odbierając jej prawo do pełnej realizacji siebie jako człowieka. Mężczyzna traktowany jest wtedy jako ten, który rządzi, wyznacza prawa, a kobieta jako ta, która musi ich przestrzegać i je zaakceptować.

Czy kobiecość budzi się w nas w jednym, konkretnym momencie, czy następuje to etapami?
Nasza kobiecość zmienia się z wiekiem, ale ona jest w nas od samego początku – inna jest kobiecość trzylatki, a inna dorosłej kobiety. Na pewno można wyszczególnić ważne momenty w odkrywaniu nowych rejonów kobiecości, czyli np. inicjacja seksualna, która wiąże się z rozbudzeniem energii erotycznej, bez wątpienia również urodzenie dziecka budzi nowe aspekty kobiecości, związane z instynktami macierzyńskimi. Kolejnym ważnym momentem jest menopauza, kiedy to za sprawą zmian hormonalnych kobiecość wkracza w inny wymiar. Przez całe życie wchodzimy w nowe etapy własnej kobiecości.

Ale chyba są też takie momenty, kiedy zatracamy swoją kobiecość, niezależnie od tego, czy doświadczyłyśmy macierzyństwa, czy nie. Czasem po prostu tracimy kontakt z kobietą w sobie.
Ja bym raczej powiedziała, że my nie tyle tę kobiecość tracimy, ile przechodzimy w inne jej formy. Bo nie ma przecież jednego wzorca kobiecości, którego zawsze będziemy się trzymać. To, że np. nie mamy ochoty na jakimś etapie życia na seks, który jest formą wyrażania kobiecości, albo rezygnujemy z dbania o wygląd zewnętrzny, nie musi oznaczać, że tracimy własną kobiecość. Możemy też w pracy spychać na bok cechy utożsamiane z kobiecymi na rzecz cech stereotypowo postrzeganych jako męskie, czyli bycia silną, zdecydowaną. Ale to może po prostu wynikać z tego, że te cechy w danym zawodzie się lepiej sprawdzają. Są kobiety, które nigdy nie założą rodziny, które wolą np. podróżować po świecie, rozwijać się wewnętrznie albo realizować zawodowo, i one są tak samo kobiece jak te, które spełniają się na łonie rodziny. Po prostu inaczej wyrażają swoją kobiecość.

Jaką rolę w kształtowaniu kobiecości pełnią ważne kobiety w naszym życiu, czyli matka, babcia, ciocia?
Bardzo ważną, i warto zwrócić uwagę na to, że jest nie tylko matka. Na pewno babcie mają ogromny wpływ, także ciocie czy kobiety z najbliższego środowiska – to może być nauczycielka w szkole, to są te ważne osoby, które wpływają na postrzeganie kobiecości. Bez wątpienia jest tak, że my w sposób absolutnie naturalny, na skutek modelowania przyjmujemy wzorzec, który reprezentuje nasza mama. Jest dla nas najbliższą kobietą, obserwujemy, jak się zachowuje, dziewczynki często naśladują mamę, chcą robić te same rzeczy związane z kobiecością co ona. Oczywiście w pewnym momencie przychodzi kryzys, zaprzeczenie, kiedy odchodzimy na chwilę lub na zawsze od modelu reprezentowanego przez matkę.

Dziewczynki są wychowywane do pełnienia w przyszłości określonych ról społecznych, do bycia żoną, matką, opiekunką. Czy nie jesteśmy trochę programowane?
Tak, i to programowanie, które działa jak imprinting, czyli wdrukowanie, zaczyna się już w momencie, kiedy podczas USG rodzice dostają informację, czy na świat przyjdzie dziewczynka, czy chłopiec. Czasem nawet jeszcze wcześniej – kiedy planujemy ciążę lub na jej początku. To programowanie jest z jednej strony naturalne, bo różnice między płciami są niezaprzeczalne. Jednak z drugiej strony przez to już na etapie życia płodowego dziecka tworzymy pewne oczekiwania, planujemy mu życie. W przypadku chłopców od razu programujemy zwycięzców, wojowników, mistrzów, a o dziewczynkach myślimy sobie: „wspaniale, będę miała pomoc”, „nauczę ją gotować”. Nie wolno jednak zapominać o tym, że dziewczynka ma takie samo prawo jak chłopiec do bycia wojowniczką, do osiągania celów, sukcesów. Dlaczego kobiety wciąż mniej zarabiają niż mężczyźni? Bo same uważają za absurdalne, że mogłyby zarabiać tyle samo co oni. A to wszystko właśnie przez programowanie, które sprawia, że pewnych rzeczy nawet nie oczekujemy po sobie.

Z jednej strony programowanie ma swoje plusy, bo większości dziewczynek przydają się umiejętności przekazywane przez kobiety w rodzinie, ale chyba równie często dotyczy ono emocjonalności?
Tak, zgadza się. Inaczej kształtujemy emocjonalność u chłopców i inaczej u dziewczynek. Wciąż np. jest duże przyzwolenie na to, żeby dziewczynki mogły sobie popłakiwać, okazywać słabość, a u chłopców nie ma takiego przyzwolenia. Oni więc z kolei mają problem z okazywaniem emocji.

Niedawno byłam recenzentką pracy magisterskiej na temat związku między inteligencją emocjonalną i syndromem Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA). Z badań autorki wynika, że mężczyźni, którzy wychowywali się w rodzinach alkoholowych, mają wyższy poziom inteligencji emocjonalnej niż ci, którzy wychowywali się w rodzinach, gdzie problem alkoholowy nie występował. Natomiast wśród kobiet nie stwierdzono większych różnic. Skąd taki wynik? Otóż chodzi o to, że z racji tego, że ci mężczyźni dorastali w specyficznych warunkach, wykształcili w sobie lepszą zdolność do radzenia sobie z emocjami i do ich rozumienia. I zauważmy, że w tych rodzinach nie było programowania na macho, tam w ogóle niewiele się pewnie zajmowano tymi chłopcami, oni musieli sami nauczyć się rozumieć emocje własne i innych, aby zaadaptować się do trudnych warunków. Dlatego ja bym uzupełniła oba programy – u dziewczynek oprócz przyuczania do bycia matką, kobietą, dodałabym też element samorealizacji, wygrywania, osiągania sukcesu poza życiem rodzinnym. A program chłopców do bycia zwycięzcą warto wzbogacić o bycie dobrym człowiekiem, partnerem, w przyszłości kochającym ojcem.

A jak to jest z wyrażaniem złości u dziewczynek i chłopców? Bo chyba w przypadku chłopców jest większe przyzwolenie na to, by okazywali ją w sposób jawny, a od dziewczynek wymaga się raczej jej tłumienia.
To są właśnie te obszary, gdzie bardzo niekorzystne jest rozróżnianie płci. Bo czy to chłopiec, czy dziewczynka, od początku warto uczyć konstruktywnych form rozładowywania złości. Taka kobieta będzie tłumić całe życie swoją złość, a potem trafi jej się mąż alkoholik i po którejś awanturze weźmie nóż i wbije mu w plecy. Bo po tylu latach tłumienia złości po prostu nie będzie w stanie nad sobą zapanować. Chłopcy mają większe przyzwolenie na wyrażanie złości, nawet poprzez agresję, bo to są chłopcy, „chłopcy tak mają”. A to nieprawda. Nie możemy na to przyzwalać. Zresztą w tej chwili dziewczynki w wieku gimnazjalnym są często bardziej agresywne niż chłopcy. Na szczęście powstaje coraz więcej inicjatyw uczenia dzieci rozumienia swoich emocji i rozładowywania ich w sposób niezagrażający sobie i innym.

Aczkolwiek chyba zdrowsze jest pójście w takie fizyczne rozładowanie złości niż w tłumienie?
Tłumienie nie jest dobrą strategią, chociaż na temat rozładowywania złości są sprzeczne teorie. Zgodnie z klasyczną teorią „hydrauliczną” Freuda, gdy złość się kumuluje, to potem musi eksplodować, tak jak hydrant, który gdzieś się przypchał, a potem wybucha fontanną wody. Ale są też badania pokazujące, że im bardziej agresywnie rozładowujemy złość, tym bardziej ona narasta. Czyli jeżeli jest to forma aktywna, typu bójka czy uderzanie w coś, to tym bardziej potem narasta w nas tendencja do złości i do tego, żeby ją w ten sposób rozładowywać. Ale nie jest też dobre kierowanie złości do środka, kumulowanie jej – badania prowadzone od lat, choćby przez zespół Jamesa Pennebakera, dowodzą, że jak kumulujemy złość w środku, to zaczynamy chorować, także fizycznie. Taką formą nierobiącą nikomu krzywdy jest mówienie, pisanie albo narysowanie tej złości. To może się wydawać śmieszne, ale weźmy kartkę, narysujmy tę złość, powiedzmy komuś o niej, a zauważymy, że emocje zaczną opadać.

Jako kobiety często słyszymy, że np. do trzydziestki powinnyśmy wyjść za mąż albo do 35. roku urodzić dziecko. Jak odróżnić własne potrzeby od tego, co nam narzuca otoczenie?
Teraz kobiety coraz częściej słyszą też, że w ogóle nie powinny mieć dzieci albo że dobrze mieć je później. I to też jest forma programowania. Tak więc te narracje są dwie, ta bardziej tradycyjna, patriarchalna, że trzeba wyjść za mąż i mieć dzieci, ale coraz częściej też pojawia się narracja typu: „nie myśl teraz o rodzinie, myśl o sobie, realizuj się w pracy, na studiach, a urodzenie dziecka zostaw sobie na później”. Jako psycholog motywacyjny mogę powiedzieć, że odróżnienie tego, czy robimy coś dlatego, że tego chcemy, czy dlatego, że oczekują tego od nas inni, jest bardzo trudne. I nie dotyczy to tylko roli, jaką mamy pełnić jako kobiety, ale większości celów, jakie sobie stawiamy. Posłużę się przykładem dziecka, które jest zmuszane do gry na pianinie – na początku samo mówi: „Mamusiu, tak bym chciał grać na pianinie”, więc matka kupuje pianino i zapisuje je do szkoły muzycznej. Później okazuje się, że to granie wymaga godzin ćwiczeń, powoduje ból palców itp. I nagle staje się zewnętrznym celem – dziecko już nie chce tego robić, ale matka je zmusza. Mija parę lat, dziecko wraca do domu, przeżyło jakiś stres w szkole. Siada do pianina, zaczyna grać i nagle odkrywa, że granie go relaksuje i że dzięki niemu może rozładować swoje emocje. I znowu gra na pianinie staje się celem wewnętrznym. Granica między tym, czy coś jest zewnętrznym celem, czy wewnętrznym, jest bardzo cienka. Myślę, że akurat w przypadku decyzji o macierzyństwie kobiety rzadko ulegają wpływom otoczenia i że są mało podatne na to, żeby słuchać, co mówią im inni.

Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog SWPS, zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi.

  1. Styl Życia

Szczęście Polek w czasie pandemii

Pandemia dla wielu Polek okazała się być skuteczną nauczycielką work-life balance. (Fot. Getty Images)
Pandemia dla wielu Polek okazała się być skuteczną nauczycielką work-life balance. (Fot. Getty Images)
Polki są bardziej obciążone obowiązkami niż ich partnerzy i dzieci. Szczęcie budują na dwóch filarach - relacjach z bliskimi i zdrowiu. Jakim czasem był dla kobiet dotychczasowy okres pandemii? Odpowiedzi szukamy w rozmowie z badaczką i psycholożką społeczną Martą Majchrzak.

„Szczęście i kobiecość w czasie zmian”* to badanie, zlecone przez Gedeon Richter Polska w maju tego roku, dotyczy dobrostanu kobiet w czasie pandemii. Co z niego wynika? Wyniki badania wskazują, że aż 48 proc. Polek zauważa, że ich życie podczas pandemii zwolniło. To może być jedna z najważniejszych korzyści z pandemii, jakie odniosły kobiety. Wiele z nas odzyskało swój czas, a co za tym idzie umiejętność cieszenia się chwilą. Polki przekonały się, że wolniejsze tempo życia to wielki luksus, odpoczynek od presji wiecznego pośpiechu. Często chciałybyśmy, żeby ten wolniejszy rytm już z nami został, chciałybyśmy nieco wolniej żyć. Jak widać pandemia dla wielu Polek okazała się być skuteczną nauczycielką work-life balance. Dla 27 proc. Polek efekt pandemii jest odwrotny – mają mniej czasu i są bardziej zajęte niż przed koronawirusem. W wielu domach konieczność zamknięcia zadziałała jak papierek lakmusowy, pokazała jak na dłoni nierówności podziału obowiązków domowych, z których znaczna większość przypadła kobietom. W danych odzwierciedla się obraz polskich gospodarstw domowych, w których kobiety mają prawie dwa razy więcej zadań niż ich partnerzy.

No właśnie, z badania wynika, że do pracy zawodowej doszło nam wiele innych obowiązków: pomoc dzieciom w nauce online, gotowanie, pranie, sprzątanie, zakupy… I choć dużo mówimy o partnerskich relacjach, to jednak większość prac domowych kobiety wzięły na swoje barki. W procesie socjalizacji my kobiety jesteśmy nauczone tego, żeby dużo brać na swoje barki. Większość pracujących Polek jest znacznie bardziej obciążona domem, dziećmi i rodzinną logistyką niż ich partnerzy. W sytuacjach kryzysowych to przeciążenie staje się trudne do zniesienia. Żyjemy w patriarchalnym systemie i choć w wielu domach obie płcie uczą się nowego podziału ról i dzielenia obowiązków, to póki co system nie sprzyja kobietom. Model kulturowy i historia naszego kraju sprawiają, że my kobiety mamy niejako wdrukowaną gotowość do tego, żeby w razie trudności brać sprawy w swoje ręce, kosztem swojego czasu. Mężczyźni na tym zyskują - oni swój czas poświęcają na rozwój zawodowy albo osobisty.

Jest też drugi aspekt tej sytuacji - całkiem chętnie bierzemy na siebie sprzątanie, gotowanie i lekcje dzieci, bo mamy takie przekonanie, że nikt inny nie zrobi tego lepiej od nas. Dążenie do perfekcji jest naszym wrogiem. Chęć bycia idealnymi sprawia, że jesteśmy często umęczone, sfrustrowane, pełne pretensji. Widać więc wyraźnie, że chcąc zmienić tradycyjny podział obowiązków w rodzinie, mamy do przepracowania nie tylko relację z partnerem, ale musimy również na nowo zdefiniować sobie obszary, w których chcemy dążyć do bycia superwoman.

Tkwimy w schematach. Bardzo trudno jest nam kobietom przełamać w sobie wzorzec poświęcania się, stawiania siebie na ostatnim miejscu. Mimo pozorów nowoczesności wiele z nas aspiruje przede wszystkim do bycia idealną mamą, żoną, panią domu, jednym słowem do bycia dobrą dla innych, bardziej niż dla siebie. Ciężko radzimy sobie z oceną samych siebie oraz innych, kiedy świadomie rezygnujemy z jakichś „obowiązków”. Wolimy się umęczyć, żeby tylko dobrze wypaść w oczach własnych i cudzych.

Dodatkowo żyjemy w społeczeństwie, w którym kobiety stawiające głównie na rozwój zawodowy, oceniane są raczej negatywnie - zarówno przez inne kobiety, jak i mężczyzn - jako te nierodzinne, niekobiece, kobiety-czołgi.

Mimo przekazywanego często przez media wzorca niezależnej kobiety sukcesu jest jasne, że nie dla każdej kobiety emancypacja będzie uszczęśliwiająca.

Dla wielu Polek, ten tradycyjny model  jest w pełni zadawalający - wiele kobiet czerpie satysfakcję i są dumne z tego, że świetnie radzą sobie jako mamy, żony, panie domu. I szanujemy to. Jednak uważam, że warto przypominać o kosztach tego modelu. Kosztach, które ponoszą kobiety. Mam na myśli niższą pozycję społeczną kobiet, feminizację ubóstwa, niższe emerytury i niewykorzystany potencjał intelektualny wielu z nas.

Co mówią dane na temat poczucia szczęścia Polek w czasie pandemii? 14 proc. Polek deklaruje, że obecnie czują się bardziej szczęśliwe niż przed pandemią. 40 proc. mówi, że czuje się mniej szczęśliwa, a dla pozostałych poczucie szczęścia nie uległo zmianie – czują się tak samo jak przed pandemią.

Dążąc do szczęścia stawiamy na miłość, bliskość i rodzinę - powiedziało tak aż 21 proc. badanych. Relacje są dla Polek najważniejszym komponentem szczęścia - dają im  poczucie sensu i celowości życia, częściej niż sukcesy zawodowe, czy samorozwój.

Na drugim miejscu (15 proc.) Polki wskazały na spełnienie i docenienie. Chodzi tu zarówno o samorealizację zawodową, jak i tę na gruncie rodzinnym.

Badaliście również blokady szczęścia. Co zaburza Polkom zadowolenie i radość? Brak poczucia bezpieczeństwa, izolacja społeczna, poczucie zamknięcia, obawy o zdrowie. Pandemia wygenerowała szereg niepewności dotyczących przyszłości. To wywołuje w nas napięcia, które nie sprzyjają poczuciu spokoju i harmonii. Jak wskazują dane więcej niż 1/3 Polek zauważa podczas pandemii zwiększoną labilność emocjonalną. Wiele kobiet skarży się na mniej stabilny niż przed pandemią nastrój. Doskwiera nam częściej irytacja, podenerwowanie, zły humor. To skutki przeciążenia i stresu, który w naturalny sposób przekłada się na stan emocjonalny. Brak stabilności jako takiej, nieprzewidywalność życia i nagle wykształcona świadomość ograniczonego wpływu na to, co ono niesie, są dla wielu trudne do zniesienia.

Podsumowując większość kobiet wyraźnie odczuła negatywne skutki pandemii. Izolacja, strach, brak poczucia bezpieczeństwa, liczne ograniczenia negatywie wpłynęły na obniżenie poczucia szczęścia polskich kobiet.

Aż 54 proc. twierdzi, że nie potrafi określić, czy są szczęśliwe, czy nie - jak to skomentujesz? Myślę, że to jest grupa kobiet, która nauczyła się czerpać radość z mikroelementów życia. Żyją z dnia na dzień, łapią radosne chwile. Dla nich szczęście to jest zbyt duże słowo. Myślę, że te kobiety, które nie chciały zadeklarować, czy są szczęśliwe, czy nieszczęśliwe można nazwać realistkami - potrafią doceniać radosne chwile, ale mają świadomość, że są to tylko momenty. Wiele zależy od przyjętej definicji szczęścia. Jeśli uznamy, że szczęście to trwałe zadowolenie z życia, będzie nam trudniej uznać się za szczęśliwe. Warto wspomnieć, że 55 proc. Polek wierzy, że można być szczęśliwą mimo przeciwności losu, a optymizm i usposobienie pomaga im w codzienności. Dla 24 proc. szczęście to życie w zgodnie ze sobą, ze swoim charakterem. Dla innych źródłem szczęścia jest oderwanie od rutyny, dla niektórych życie w służbie innym. Ważne, żeby znaleźć swoją drogę, zauważając i biorąc pod uwagę również te mniej przetarte ścieżki.

* Raport „Szczęście i kobiecość w czasie zmian” powstał na podstawie badania, które przeprowadzono w maju 2020 przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy Gedeon Richter Polska Sp. z o.o. Badanie przeprowadzono na Polkach w wieku 18+ lat, próba reprezentatywna ze względu na cechy demograficzne wyniosła N=1000.