fbpx

Rozwój: medytacja labiryntu

medytacja labiryntu
123rf.com

Idziesz nie po to, żeby rozwikłać łamigłówkę, ale by wejść głębiej w siebie. Jest jedna ścieżka, ale każdy może ją przejść po swojemu. Ważne, żeby przesuwać się do przodu.
Aula jednego z warszawskich liceów. Stonowane światła, zapach kadzidła. A pośrodku on – a właściwie ona, bo Sylwia Hanff, propagująca ideę labiryntu w Polsce, zwykła używać określenia „Pani Labirynt”. Pani jest wielkim, okrągłym płótnem z wymalowaną skrupulatnie ścieżką. Odwzorowuje wiernie słynny labirynt z katedry w Chartres (Francja). Ze zwojami zapraszającymi do środka, do centrum. Z płatkami pośrodku, rzeczywiście bardzo kobiecy.

Labirynt to wspólny wzór dla całej ludzkości, silne narzędzie występujące w kulturach całego świata. Chodzenie po nim pozwala uspokoić i rozjaśnić umysł, zintegrować ciało i duszę, pogłębić zrozumienie własnego życia. Sylwia Hanff objaśnia nas: – Jeśli chcecie pracować z jakimś tematem, dobrze jest przywołać go przed wejściem do labiryntu, a potem odsunąć od siebie – żeby oczekiwania, starania nie zagłuszyły tego, co może się pojawić. Idźcie we własnym tempie – tak jak chcecie, potrzebujecie, mijając inne osoby, obserwując siebie, to, co się dzieje w ciele, w głowie, w sercu. Można tańczyć, siadać, biegać. Chodzi o to, żeby być otwartym, słuchać ciała. To bardzo ważny kanał informacyjny.

Palimy świeczki – z intencją dla siebie, dla innych – stawiamy je w półksiężycach otaczających ścieżkę. Teraz można już rozpocząć podróż. Podchodzimy wolno do wejścia, przed postawieniem pierwszego kroku skłaniamy głowę albo i całe ciało… A potem wchodzimy kolejno, każdy we własne doświadczenie. Niektórzy przyklękają, unoszą ręce, zastygają w różnych pozach. Po dotarciu do centrum siadają, zamykają oczy, kładą się, obejmują. Słychać płacz, śmiech…

Tajemnica róży

Duże znaczenie ma symbolika poszczególnych elementów labiryntu z Chartres, proporcje między nimi. Można by je długo studiować – są tacy, co poświęcają na to całe dziesięciolecia. Półksiężyce okalające ścieżkę (28 na każdą ćwiartkę), obosieczne miecze, liczba zakrętów… – To wzory archetypowe – zapewnia Sylwia Hanff. – Głęboko zakodowane w strukturze wszechświata. Nie ma tu przypadków; choćby liczba kamieni, z których zbudowana jest ścieżka. Jest ich 276 – tyle, ile dni ciąży. Chodzi o symboliczną drogę do ponownych narodzin.

W labiryncie z Chartres zakodowana jest też podwójna spirala – symbol rozwoju o ogromnej mocy. Ale też wejście do wewnątrz i wyjście, śmierć i odrodzenie… – Cały ten wzór jest niczym mandala – tłumaczy Hanff – mamy tu starożytny symbol krzyża wpisanego w koło. To tak zwana kwadratura koła, pełnia, połączenie przeciwieństw: nieba i ziemi, prawej i lewej półkuli mózgu, energii kobiecej i męskiej, stabilności i ruchu… Ten labirynt daje oparcie, bezpieczną przestrzeń. A jednocześnie – przez to, że nie jest symetryczny, że zawiera w sobie tę podwójną spiralę – powoduje poruszenie w umyśle, w psychice, uruchamia procesy przemiany. To narzędzie transformacji, święta przestrzeń, w której łączy się makro- i mikrokosmos, to, co na górze, i to, co na dole.

No i centrum! Rozchylony kwiat róży albo lilii – dla chrześcijan może to być Matka Boska, w innych kulturach Afrodyta, Wenus… W każdym razie symbol miłości, energii kobiecej, odrodzenia, oświecenia. Cel podróży. Labirynt symbolizuje więc drogę życia, ścieżkę, jaką przebywamy, zmierzając do centrum własnej istoty.

Moc płótna

Cztery lata temu Sylwia Hanff przeczytała artykuł na temat medytacji labiryntu. Sam tekst nie był dla niej aż tak istotny, ale ten wzór… – Spojrzałam na niego i w ułamku sekundy poczułam, że wprowadza mnie w doskonały, harmonijny stan umysłu. Oniemiałam. Zaczęłam szukać informacji, znalazłam centralę. Od razu wiedziałam, że tam pojadę, zrobię szkolenie, będę z tym pracować. Czułam, jakbym odnalazła coś, co znam.

Centrala nazywa się Veriditas – to fundacja założona i prowadzona przez Amerykankę Lauren Artress, która zaczęła badać labirynty na przełomie lat 80. i 90., teraz prowadzi seminaria w Chartres – starożytnym miejscu mocy, najsilniejszym po piramidzie Cheopsa.

Od kontemplacji do ceremonii

Labirynty pojawiały się, w różnym czasie, na całym świecie. Były ryte na skałach, tkane w jedwabiu, układane na posadzkach, wybijane na monetach. Budowane. – Średniowieczne miały w środku okrąg, ten w Chartres jest jedynym, który ma rozetę. I jedynym zachowanym z tamtych czasów, można po nim chodzić – podkreśla Sylwia Hanff. – Ludzie z całego świata przyjeżdżają, żeby chodzić po kamiennej ścieżce. Ze swoim życiem, z bardzo poważnymi problemami… Znajdują ukojenie.

Labirynty (budowane i rozwijane, jak ten Sylwii Hanff) wykorzystywane są dziś w psychoterapii, w edukacji, do pracy z dziećmi (choćby z ADHD), do zabawy… Można je spotkać w parkach, szkołach, korporacjach, więzieniach, w centrach medycznych, ośrodkach medytacyjnych, w kościołach i przed kościołami. Zjawisko to, którego początki sięgają lat 90., odnotowano jako Światowy Ruch Labiryntowy. – W Pradze taki labirynt zrobiony z kostki jest w parku, w Edynburgu – na uniwersytecie. Można chodzić po nim dla higieny psychicznej, relaksu – mówi Sylwia Hanff. – W szpitalach jest cennym narzędziem dla pacjentów, ich rodzin, lekarzy. W firmach pomaga zbudować zespół, skupić go wokół jakiegoś celu, bo labirynt to współpraca, nie wyścig. Niektórzy organizują w tej przestrzeni koncerty muzyki uzdrawiającej, pracują z ciałem, ćwiczą.

Można celebrować tu ceremonie (np. spalać to, co wymaga pożegnania). Przeprowadzać rytuały: dla dziewczynek, które przechodzą pierwszą miesiączkę, dla kobiet kończących 60. rok życia. Ale też śluby, powitanie nowego człowieka na świecie, nawet pożegnania… – Niektórzy wykorzystują wzór z Chartres, inni prostsze formy, choćby labirynt klasyczny, siedmiozwojowy. Ja sama miałam w ogródku mały labirynt trzyzwojowy – przyznaje Sylwia Hanff. Klasyczne labirynty zbudowała w Polsce – w Górach Izerskich i na Warmii. Teraz odprawia się tam ceremonie, również w Międzynarodowy Dzień Labiryntu (pierwsza sobota maja).

Odrodzenia labiryntów, jak twierdzi Jeff Saward, jeden z ich największych znawców, mają miejsce wtedy, kiedy „kultury ponownie definiują same siebie”, kiedy następuje ważne przewartościowanie. – Właśnie jesteśmy w takim momencie dziejowym: cywilizacja intelektu z jej rewolucją techniczną przestała nam wystarczać, doszliśmy do ściany, trzeba szukać nowych rozwiązań. Równowagi między energią męską i żeńską, między osiągnięciami Wschodu i Zachodu – twierdzi Hanff. Samo praktykowanie labiryntu może przybierać różne formy. Jedna z nich to po prostu kontemplowanie wzoru. Inna – wodzenie po nim palcem czy długopisem. Ciało też tu bierze udział, kontaktuje się ze wzorem. Sylwia Hanff znalazła w Polsce człowieka – Sławomira Taranowicza z Bartoszyc – który podjął się rzeźbienia takich osobistych labiryntów w drewnie. Ale najmocniej działa wejście do przestrzeni labiryntu, bycie w niej całym ciałem.

Dojść, pobyć, wrócić

Pierwszy etap podróży to droga do wewnątrz, czas na otwarcie, wyciszenie umysłu. – Chodzi o to, żeby zwolnił, nie skakał: a wczoraj, a dzisiaj, a szef, a mąż… Możemy odpocząć, zostawić to, co utrudnia nam kontakt z samym sobą: pośpiech, głosy miasta, wszystkie bodźce zewnętrzne – twierdzi Hanff. Potem jest dotarcie do centrum, wejście do własnego wnętrza. Refleksja, uświadomienie, obudzenie swojego potencjału, kreatywności. Różne komunikaty mogą płynąć… No i wyjście – droga powrotna do świata. Wychodzisz z tym, co odkryłaś, żeby to uzewnętrznić, nadać temu formę, wyrazić siebie w świecie. Na tym etapie integrujemy doświadczenie, informacje, jakie się pojawiły, żeby po wyjściu móc się tym podzielić.

Dla wielu ważny jest też moment przygotowania, jeszcze przed wejściem, ustalenie, z czym się przychodzi. Może to być intencja, konkretny problem życiowy, szukanie odpowiedzi. – Ale można też przyjść bez intencji i po prostu doświadczyć tego, co się dzieje. Labirynt jest szkłem powiększającym, bardzo wrażliwym lustrem; pokazuje to, co w danym momencie jest ważne, gdzie jesteś, czego naprawdę pragniesz – dodaje Sylwia Hanff. – Pomaga to zobaczyć, usłyszeć, poczuć. Umysł zaczyna inaczej pracować, uruchamia się praca psychiki na głębokim poziomie, pojawiają się skojarzenia, myślenie obrazami, symbolami. Przychodzą rozwiązania, bez potrzeby łamania sobie głowy.

Sylwia Hanff pamięta kobietę, która przyszła na medytację labiryntu przypadkowo, bo odwołano jej zajęcia: – Nie miała żadnego wyobrażenia, żadnych oczekiwań. Po doświadczeniu labiryntu podeszła do mnie i wyznała, że nagle dostała odpowiedź na jedno z najważniejszych pytań. Chodziło o problem, którego nie potrafiła rozwiązać od pięciu lat! Moja przyjaciółka, widząc labirynt, zdziwiła się, skąd tyle zamieszania wokół „obrusu”. Potem przyznała, że przejście po nim było jednym z najważniejszych doświadczeń w jej życiu.

Odrodzenie, odświeżenie, odnowa

Nie ma dwóch takich samych przejść przez labirynt, każde spotkanie z nim to niespodzianka. Nie tylko dlatego, że oprawa może być inna (czasem muzyka na żywo, a czasem z taśmy – sakralna, medytacyjna, gongi). Zazwyczaj za każdym razem przychodzi się z czym innym, inaczej przemierza tę samą trasę. Zdarza się, że ktoś skraca sobie drogę, od razu zmierza do centrum. – Często przyciąga nas jakaś część labiryntu, płatek czy półksiężyc. Koniecznie chcemy na nim stanąć. Zawsze jednak zachęcam, żeby zacząć od początku ścieżki – mówi Sylwia Hanff. – Niektóre osoby mają opór przed podążaniem wyznaczoną trasą. Buntują się: „dlaczego wszyscy mają iść tą samą drogą?”. Labirynt jest symbolem ścieżki życia, wszyscy nią idziemy, czy chcemy, czy nie, bo wszyscy się narodziliśmy i wszyscy umrzemy. Ale przemierzamy ją na swój sposób – możesz zwolnić, stanąć, usiąść, iść tyłem, bokiem, tańczyć, wyprzedzać innych, spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy albo i nie…

Bo w labiryncie nie jesteś sama, widzisz też tych, którzy chodzą razem z tobą. Ktoś przyciąga twoją uwagę, ktoś ci się podoba, a ktoś wręcz przeciwnie, to wszystko są tematy do pracy. Podczas przejścia możesz odczuwać różne odcienie emocji, zmiany w temperaturze ciała, jakieś nagłe poruszenie. – W Chartres zdarzyło mi się, że nie chciałam wyjść z labiryntu – wspomina Sylwia Hanff. – Czułam się jak w brzuchu bogini, matki, nie chciałam go opuszczać. Zaczęłam to sprawdzać: dochodziłam do centrum i wychodziłam z niego, żeby się dowiedzieć, co się dzieje, gdzie nie chcę pójść… W tę i z powrotem, przez godzinę. Bolał mnie bok, płakałam. Aż oświeciło mnie: nie chciałam wrócić do domu, nie dostrzegałam, że nie daję już rady funkcjonować tak, jak do tej pory. To doświadczenie pozwoliło mi zmienić życie. Labirynt otwiera nas na własną siłę, na spotkanie ze sobą. Daje odwagę do zmiany. Możesz uświadomić sobie, że czegoś bardzo chcesz. Albo wręcz przeciwnie. Przypomnieć sobie o czymś ważnym, co porzuciłaś, bo tak bardzo się bałaś, że wolałaś tego nie tykać. Mogą odpaść różne zapory, może się okazać, że były iluzją.

Dużo osób mówi, że nie chce wyjść z centrum, tak im tam dobrze… – A przecież to nasza wewnętrzna przestrzeń – możemy ją zapamiętać, wziąć ze sobą, pozostać z nią w kontakcie. Nie chodzi o to, żeby siedzieć w labiryncie, tylko żeby przenieść to doświadczenie do własnego życia – tłumaczy Hanff. – Centrum rzeczywiście uważane jest za łono bogini, stąd symbolika związana odrodzeniem, regeneracją. Może to być odświeżenie, gdy ktoś jest zmęczony, ale też regeneracja życia…

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>