1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak dbać o siebie w pracy?

Jak dbać o siebie w pracy?

Czy wiemy jak dbać o siebie, o swoje zdrowie, relacje w rodzinie? Nawet jeśli wiemy, to i tak przy połączeniu tej wiedzy z pracą zawodową, mamy dużą trudność, żeby wszystko razem pogodzić. (fot. iStock)
Czy wiemy jak dbać o siebie, o swoje zdrowie, relacje w rodzinie? Nawet jeśli wiemy, to i tak przy połączeniu tej wiedzy z pracą zawodową, mamy dużą trudność, żeby wszystko razem pogodzić. (fot. iStock)
Masz tendencję do zatracania się w projektach i zapominania o znalezieniu czasu na regenerację? Uważaj, to znak, że źle zarządzasz sobą w pracy. Jak zadbać o siebie pracując? Naucz się to robić tak, by utrzymać życiową równowagę. 

Agata pracowała w agencji reklamowej, w której jako project manager nadzorowała comiesięczne wydawanie magazynu dla jednego z klientów. Jej życie biegło od jednego numeru do drugiego – w ostatnim, najbardziej intensywnym tygodniu zawsze wyrabiała normy godne przodowników pracy z epoki socjalizmu – zostawała po godzinach, rezygnowała z wyjść ze znajomymi, wszelkie sprawy prywatne odstawiała na bok, zajmując się jedynie dopinaniem projektu. Jej szef, widząc zaangażowanie, efektywność wykonanej pracy i wysiłek związany z takim systemem pracy, sam zaproponował Agacie, by potem odbierała sobie dwa dni wolne, żeby się zregenerować przed przystąpieniem do pracy nad kolejnym numerem. I stało się to jej zwyczajem.

Kiedy Agata rozpoczęła pracę w nowym miejscu, okazało się, że nawyk „zachetywania się” wprawdzie pozostał, tylko nikt jej już nie proponował wolnych dni na regenerację sił, a sama też o to nie zabiegała. Po jakimś czasie uświadomiła sobie, że pracując tak nadal, wykończy się, że musi znaleźć sposób, żeby „zarządzać sobą” tak, by chronić swoje zdrowie, utrzymać równowagę między życiem prywatnym i zawodowym, ale też zachować efektywność. Tylko jak to zrobić?

Jesteś cząstką w zespole

Na początek dobrze jest uświadomić sobie, że w pracy zazwyczaj uczestniczymy w procesach, w których bierze udział co najmniej kilka, a nieraz wiele osób. Dlatego szukanie rozwiązania z perspektywy „teraz ja”, która narzuca się jako odwrotność wcześniejszego zaniedbywania własnych potrzeb, może prowadzić na manowce. Trzeba pamiętać, że w pracy jesteśmy częścią zespołu i częścią większego procesu, jakim jest firma, i podlegamy wpływom tej większej całości. Nie da się więc jedynie „zarządzać sobą” w oderwaniu od firmy. Jednym z kluczy do efektywnego zarządzania wydajnością w pracy jest przyjrzenie się temu, jaki rodzaj zaangażowania wykazujemy i co to oznacza dla nas i dla naszego pracodawcy.

Blessing White – firma doradcza specjalizująca się w zagadnieniach przywództwa i zaangażowania – od lat prowadzi globalne badania zaangażowania pracowników. Z publikowanych raportów, opracowanych na podstawie wielu tysięcy wywiadów i ankiet, wyłania się obraz dwóch niezbędnych i powiązanych ze sobą czynników, które powodują, że praca jest efektywna i nie prowadzi do wypalenia zawodowego. Są nimi: udział pracownika w sukcesie firmy oraz osobista satysfakcja ze swojej roli w tejże firmie. Na podstawie tych wyznaczników sprawdzimy, do jakiej grupy należymy i z czym to się może wiązać w przyszłości.

Chomik czy rozwiedziony? - Typy pracowników

Ci, których w badaniach określa się jako „zaangażowanych” oraz „prawie zaangażowanych”, postrzegają swój wkład w sukcesy firmy jako wysoki, a własną satysfakcję z pracy widzą na tym samym – wysokim poziomie. Czyli spełniają się w pracy i czerpią z tego energię do podejmowania kolejnych wysiłków na drodze zawodowego rozwoju. Nie muszą mierzyć się z oporem przed byciem przymuszanym do czegoś i nie marnują na to zdrowia ani energii.

Kolejną grupę definiuje się jako „nowożeńcy i chomiki”. Łączy ich to, że są zadowoleni ze swojej pracy i stanowiska, jednak ich wkład w sukces firmy nie jest zbyt wysoki. Nowożeńcy są świeżymi pracownikami lub znaleźli się na nowym stanowisku i są szczęśliwi, że im się to udało. Jeżeli nie spoczną na laurach i znajdą sens w swojej pracy, z czasem przejdą do ligi zaangażowanych. Chomiki z kolei często sprawiają wrażenie, że pracują ciężko, ale efekty ich pracy są niewielkie. Nie zajmują się ważnymi dla funkcjonowania firmy zadaniami i przez to mają niski udział w jej sukcesach. Niektórzy z nich przyjmują strategię ukrywania się za zasłoną pozorowanej pracy, tak by jedynie pozostać na stanowisku, które ich satysfakcjonuje. Przez innych pracowników często postrzegani są jako figuranci, za których inni muszą robić. To prowadzi do sytuacji, w której ci inni zaczynają z jednej strony czuć się wykorzystywani przez firmę, z drugiej odczuwać objawy wypalenia, bo rzeczywiście pracują więcej niż przewiduje umowa. Jeśli należysz do grupy nowożeńców lub chomików i nie zmienisz swojej strategii działania, bardzo prawdopodobnym scenariuszem jest, w bliższej lub dalszej przyszłości, zrezygnowanie pracodawcy z twoich usług.

„Wypaleni” to grupa pracowników, którzy – odwrotnie niż nowożeńcy i chomiki – obiektywnie z punktu widzenia firmy wykazują się dużą produktywnością, jednak sami nie odczuwają satysfakcji z pracy. Ich stan emocjonalny można określić jako rozczarowanie i wyczerpanie wynikające często z przekonania, że przełożeni podejmują nietrafne decyzje, a współpracownicy nie wykonują swoich obowiązków. Część osób z tej grupy może zdecydować się na zmianę pracy, inni prawdopodobnie zaczną pracować gorzej i z czasem zasilą szeregi „rozwiedzionych”.

„Rozwiedzeni” wnoszą niski lub średni wkład w funkcjonowanie firmy i odczuwają mierną satysfakcję ze swojej pracy. Można powiedzieć, że praca ich nie kręci, a firma nie spełnia oczekiwań, co przejawia się w sceptycznych uwagach i łatwym uleganiu negatywnym nastrojom oraz zarażaniu tymi nastrojami otoczenia. W pracy utrzymuje ich głównie możliwość otrzymywania wypłaty. W zależności od cech osobowościowych energię rozgoryczenia przelewają w nieustanne narzekanie albo w poszukiwanie innego miejsca pracy.

Jak zadbać o siebie pracując?

Żeby podjąć działania naprawcze, trzeba dobrze zdiagnozować swoją sytuację. W przypadku Agaty dobrze byłoby odpowiedzieć sobie na pytania: Co powoduje, że zaczyna przesuwać się na pozycję „wypaleni”? Czy widzi w swoim otoczeniu współpracowników, którzy wpisują się w charakterystykę nowożeńców lub chomików, co powoduje, że przypada na nią nieproporcjonalnie duża część zadań? A może ma wrażenie, że system, jakim jest firma, nie funkcjonuje z jej punktu widzenia efektywnie? Czy ma energię, żeby podjąć działania na rzecz zmiany nieakceptowanych procesów, czy bardziej skłonna jest szukać nowej pracy? Każda z odpowiedzi na te pytania może stać się drogowskazem na drodze poszukiwania rozwiązania. Najważniejsze jest, żeby nie podejmować decyzji jedynie w odniesieniu do swoich indywidualnych procesów, ale by rozwiązania rozpatrywać na tle procesu firmy, działu, zespołu. W innym wypadku rozwiązania nie bywają skuteczne, a nawet mogą wzmacniać niechciane sytuacje. Jeżeli na przykład problem leży w tym, że przejmujesz część nie swoich obowiązków, to praca nad lepszą organizacją nie poprawi twojej sytuacji – jeśli wygospodarujesz sobie więcej czasu, natychmiast znajdą się kolejne rzeczy do wykonania, których przecież nie mogą zrobić ci, którzy mają tego czasu za mało. Rozwiązanie, by było skuteczne, musi zostać powiązane ze źródłem problemu, nie z jego skutkiem.

Asertywność w pracy: jak dbać o siebie i swoje potrzeby? 

Zawsze najlepszym rozwiązaniem jest skonfrontować się z problemem, kiedy zaczynamy go dostrzegać, a nie dopiero wtedy, gdy sytuacja staje się utrwalona. Dotyczy to szczególnie osób, które odczuwają silną niechęć do konfliktów, kłótni, przepychanek i wolą godzić się na niewygody za cenę upragnionego świętego spokoju. Kiedy problem się dopiero pojawia – nie obrósł jeszcze tyloma emocjami, które utrudniają zmierzenie się z nim, więc mniej energii musisz przeznaczyć na jego „obsługę”. Ale nawet jeśli przegapiłaś moment, kiedy rzeczy zaczynały się dziać, warto sprawdzić, co tam ci się uzbierało, i przyjrzeć się temu racjonalnie.

Agata powinna sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chodzi o to, że nie ma możliwości wzięcia wolnych dni za czas, kiedy pracuje „ponadnormatywnie”, czy raczej o to, że musi coś robić za kogoś. W pierwszym przypadku rozwiązaniem będzie rozmowa z osobą, która decyduje o terminach urlopów, przedstawienie jej swojej potrzeby i wskazanie, że jej zaspokojenie pozwoli zregenerować siły, a tym samym – utrzymać efektywność pracy. Jeżeli jednak problem polega na tym, że jest „dociążana” nie swoimi obowiązkami, to rozwiązaniem może być praca nad pogłębieniem umiejętności bycia asertywnym i niewyrażania zgody na przejmowanie czyichś obowiązków.

Tak czy inaczej trzeba zbadać rodzaj góry lodowej, której wierzchołkiem jest „zachetywanie się” w pracy. Nazwany problem to połowa sukcesu. A potem trzeba zająć się jego rozwiązywaniem, bo jak pisze w „Drodze rzadziej wędrowanej” psychiatra M. Scott Peck: „Problemy same nie znikają. Trzeba je rozwiązywać, bo w przeciwnym razie będą nam przeszkadzać w rozwoju. Problemów życiowych nie można rozwiązać inaczej niż poprzez ich rozwiązywanie”.

Ewa Mażul coach, doradca, ekspert ds. komunikacji w biznesie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Psychologia

Kot wie lepiej – manifest bezproduktywności

Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach dominuje przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie gonimy i nie produkujemy. Tymczasem, jak twierdzi dr Joanna Heidtman, bezczynność i odpoczynek są równie istotne jak praca. A nawet istotniejsze!

Współczesna kultura programuje człowieka tak, aby wciąż coś robił, działał, produkował. Jeśli się zatrzymasz, świat cię „wypluje”…
I to dość szybko. To model, który przyszedł do nas ze Stanów Zjednoczonych. Self-made man, ekstremalny kowal własnego losu, czyli wytwór protestanckiego ducha, na którym wyrosła amerykańska kultura – „Kto jest produktywny, ten jest błogosławiony przez Pana” czy „Bezczynne ręce są narzędziem szatana”. Według socjologów tak się narodził kapitalizm, to właśnie protestantyzm leży u jego źródła – ludzie wytwarzali, nie korzystali z tego, co wytworzyli, i znowu inwestowali w ciąg dalszy wytwarzania. Oczywiście dziś jesteśmy już daleko od tych korzeni.

Ale coś nam zostało…
Zostało globalnie rozpowszechnione i „lokalnie”, w większości z nas, zinternalizowane przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie poprawiamy, nie zmieniamy, nie gonimy i nie produkujemy.

Doskonalimy nie tylko „produkt”, ale i samego siebie, bo przecież ciągle słyszymy: „Bądź lepszą wersją siebie”.
No właśnie, te wszystkie trendy rozwojowe, dobre w swojej intencji, zakorzenione z kolei w psychologii humanistycznej, skończyły się tym, że wciąż siebie poganiamy z batem, bo za mało celów jeszcze osiągnęliśmy. Nie można siebie polubić, zaakceptować, po prostu ze sobą być.

Choć z drugiej strony słyszymy też, że mamy siebie akceptować, co prawda raczej warunkowo.
I wychodzi na to, że nawet coś takiego jak akceptacja siebie jest… długofalowym projektem! Aż w końcu działanie staje się naszym uzależnieniem. Ostatnio – zresztą nie robiłam nic szczególnego, a tylko luksusowo czekałam na pociąg – mój wzrok przyciągnął tytuł artykułu z wystawy kiosku: „Zaprojektuj swoje życie, bądź jego architektem”. Zrobiło mi się słabo na samą myśl, że miałabym podjąć się takiego zadania, od razu poczułam się zmęczona. Model produktywności objął niemal każdą sferę naszego życia.

Wspomniała pani o uzależnieniu od działania. Czy jego symptomem jest na przykład sytuacja, kiedy wieczorem mamy wyrzuty sumienia, bo zdarzył nam się dzień, kiedy nie zrobiliśmy niczego, co dałoby się: wziąć do ręki, policzyć, wymienić po przecinku czy użyć? Czujemy się winni i mówimy, że „dzień przeleciał nam przez palce”.
Powiem tak: nie opisała pani jeszcze scenariusza beznadziejnego! Mam klientów, którzy przyznają, że kiedy tylko przystaną w biegu choćby na moment, w głowie natychmiast mają galop myśli, włącza się wewnętrzny krytyk poganiacz, mobilizujący bez względu na to, jakie są potrzeby. Pojawia się niepokój. Takie osoby nie mają szansy poczuć wyrzutów sumienia, o których pani powiedziała, bo do nich nie dopuszczą. I to jest już uzależnienie.

Rozumiem, że wyrzuty sumienia po dniu nicnierobienia są zapowiedzią nałogu?
Bez wątpienia ich pojawienie się powinno zapalić czerwoną lampkę, uruchomić alarm. Natomiast jeśli przystanek w pędzie wywołuje niepokój, oznacza to, że nasz system nerwowy już uzależnił się od napięcia, od bycia w ciągłej mobilizacji, pozostaje pod stałym wpływem układu przywspółczulnego. Jeżeli człowiek przez dłuższy czas – miesiące czy lata – nie przełącza się z systemu mobilizacji na system regeneracji, organizm się w końcu do tego adaptuje i normą staje się dla niego bycie w napięciu.

A koszty są ogromne!
Organizm w trybie mobilizacji to organizm niedotleniony, niedożywiony rozmaitymi substancjami, które krew powinna rozprowadzać, podtruty hormonami stresu. A w konsekwencji pojawiają się fizyczne dolegliwości: stany zapalne, bóle itd. Tak wygląda mobilizacja bez regeneracji. I wbrew pozorom wcale nie tak trudno jest osiągnąć ten stan. Nie pilnujemy siebie, w pewnym momencie przestajemy słuchać swoich potrzeb, bo bezustannie stymulujemy się a to kofeiną, a to tauryną, generalnie wciąż ma być „więcej, dalej, szybciej, jeszcze”.

Czy to oznacza, że produktywność ma sens tylko wtedy, kiedy idzie w parze z naszymi rzeczywistymi potrzebami?
Powiem więcej – tylko wtedy w ogóle będzie produktywnością! Jest bowiem taka prawidłowość: wyobraźmy sobie, że ktoś próbuje osiągnąć jakiś cel, wydatkuje przy tym dużo energii fizycznej i psychicznej, w pewnym momencie pojawia się zmęczenie, jednak cel każe mu je ignorować tak długo, aż sięgnie ono zenitu. Wtedy produktywność – co zrozumiałe – spada. A człowiek wciąż nastawiony na cel jeszcze mocniej dokręca śrubę, czyli pobiera jeszcze więcej z już wyczerpanego organizmu. Łatwo się domyślić – idzie mu coraz gorzej.

Błędne koło.
Produktywność albo bardzo spada, albo kończy się zupełnie. Przypomina mi się teraz „metoda kota”, o której mówił Wojtek Eichelberger. Jak działa kot? Prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. To wszystko wydaje się banalne, wiadomo, samochód nie pojedzie bez benzyny. Każdy to wie, tylko to „nietankowanie” jest realnym problemem wielu ludzi. Każdy z nas ma nad sobą szefów, dyrektorów, nauczycieli. Ten, który nie traci czasu na wizyty na stacji benzynowej, przez długi czas jest doskonałym żołnierzem! Idealnym, to prawda. Widzę to w naszym pokoleniu, pokoleniu 40-, 50-latków. Zasada była i wciąż jest taka: żyje się po to, żeby pracować. „Kupiliśmy” ten schemat, uwielbialiśmy być poganiani, chcieliśmy przeć do przodu, osiągać sukcesy. Byliśmy pierwszym pokoleniem, które zaczęło pracować w nowym systemie społecznym, po transformacji.

Uchylono bramę…
A my weszliśmy, a nawet wbiegliśmy radośnie w ten kolorowy świat, gotowi na wszystko, ku uciesze kiełkujących korporacji. Na szczęście w tym młodym pokoleniu dostrzegam coraz częściej hołdowanie odwrotnej zasadzie – oni pracują, żeby żyć. Nie zamierzają być armią, która idzie na stracenie. To jest lekcja, jaką część młodych odebrała, obserwując pokolenie swoich rodziców, którzy się rozwodzą, wpadają w uzależnienia, wypalają się zawodowo…

Tylko się cieszyć.
W naszym pokoleniu wahadło zdecydowanie za mocno wychyliło się w jedną stronę. Teraz wraca. Na szczęście. Bo konsekwencje uwielbienia produktywności są potężne. Wypalenie obejmuje dziś coraz szersze grupy, kiedyś było charakterystyczne dla tak zwanych zawodów pomocowych. Równie źle sytuacja wygląda, jeśli chodzi o statystyki dotyczące depresji, ona oczywiście ma wiele innych źródeł, ale to jest z pewnością jedna z jej znaczących składowych.

Co możemy zrobić, by nie dopadło nas uzależnienie od działania?
Utrzymanie energetycznego balansu wymaga dyscypliny. Jak już wiemy, mamy tendencję do tego, aby nadużywać swojej energii, żeby ignorować potrzebę odpoczynku, więc – nie ma wyjścia – trzeba narzucić sobie reżim relaksu. Mówię zupełnie poważnie. Już wiele lat temu pisano o „korporacyjnym atlecie”. Naukowcy porównali osoby pracujące w korporacjach do wyczynowych sportowców. Otóż, zawodowy sportowiec ma bardzo rygorystyczną dyscyplinę, jeśli chodzi o trening, i dokładnie tak samo rygorystyczną, jeśli chodzi o regenerację. Jeśli więc chcemy być naprawdę produktywni, musimy regularnie zmuszać się do odpoczynku.

A jak to miałoby wyglądać w praktyce?
Na przykład tak, że wpisuje sobie pani odpoczynek w kalendarz – dokładnie tak samo, jak wpisuje pani: spotkania, zebrania, wolne weekendy, urlopy, aktywność fizyczną itd. I tak jak spotkanie jest sprawą świętą – idzie pani na nie, nawet jak „nic się nie składa”, nie spóźnia się pani z szacunku do osoby, z którą jest umówiona, tak samo wychodzi pani na spacer, gdy „nic się nie składa”, o konkretnej porze, z szacunku dla osoby, z którą się pani umówiła, czyli z szacunku dla samej siebie, a także w trosce o swoje cenne zasoby energii oraz o swoją produktywność. To jedna ścieżka ratunku.

Czyli jest jeszcze jakaś?
Mam na myśli pewien rodzaj wglądu w siebie. Bywa tak, że „produkujemy” na potęgę, bo jeśli tego nie robimy, czujemy się bezużyteczni. Czyli czujemy, że nie jesteśmy warci miłości, akceptacji, pochwały, uwagi. Nie możemy po prostu tylko i aż być. Tutaj źródeł trzeba oczywiście szukać w przeszłości, w sposobie wychowania. Jeśli więc złapiemy siebie na takim ciągłym poczuciu winy i konieczności zasłużenia na miłość, szacunek itd. – warto spróbować zadać sobie kilka pytań: „Dlaczego mam poczucie winy?”, „Kto mi mówi, że muszę działać, bo inaczej mnie nie ma?”. Taką autodiagnozę czasem da się wykonać w domowym zaciszu. A czasem trzeba zwrócić się do psychoterapeuty.

Pomyślałam teraz o tym kocie, który „nic nie robi”, zastanawiam się, co ma tu do powiedzenia czysta biologia. Czy człowiek z natury stworzony jest do działania, czy do regeneracji? Nasz przodek, owszem, polował na mamuta, ale tylko po to, żeby przetrwać. Jeśli nie musiał, raczej specjalnie się nie przemęczał...
Na pewno jesteśmy istotami ciekawskimi, więc dążenie do wrażeń, doznań, które przynosi działanie, jest dla nas ważne. Ale z drugiej strony, na przykład z myśleniem, które jest bardzo energochłonne, nie przesadzamy. Kiedy nie musimy – mkniemy przez życie na automatyzmach. Nasza przodkini używała żaren tylko dlatego, żeby zmielić mąkę. I tyle. Potem je odkładała. Z tego wynikałoby, że zaprogramowani jesteśmy jednak bardziej w stronę tego kota. A to dopiero kultura umieściła nas w blokach startowych. Kultura potrafi być silniejsza niż biologia – „Zrób jeszcze jeden obrót tymi żarnami, żeby do ciebie złe myśli nie przychodziły, człowieku”. I wielu z nas dało się jej przekonać, uwieść.

  1. Styl Życia

Wypalenie zawodowe może dotknąć także ciebie

Jednym z syndromów wypalenia jest wyczerpanie, które przejawia się w poczuciu ogólnego zmęczenia, braku naturalnej energii i zapału do działania, braku radości życia, zwiększonej drażliwości oraz impulsywności. Człowiek czuje się wyeksploatowany i wyczerpany, a równocześnie nie widzi możliwości regeneracji utraconych sił. (Ilustracja: iStock)
Jednym z syndromów wypalenia jest wyczerpanie, które przejawia się w poczuciu ogólnego zmęczenia, braku naturalnej energii i zapału do działania, braku radości życia, zwiększonej drażliwości oraz impulsywności. Człowiek czuje się wyeksploatowany i wyczerpany, a równocześnie nie widzi możliwości regeneracji utraconych sił. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Od dłuższego czasu nie możesz pozbyć się zmęczenia. Nie pomagają wolne weekendy, ani dłuższe urlopy. Nie masz ochoty na pracę i najchętniej uciekłbyś na koniec świata. Być może stałeś się kolejną ofiarą wypalenia?

Żyjemy w świecie nadmiaru informacji, podejmujemy szybko decyzje. Wymagania dzisiejszego świata stale rosną. Normą staje się życie w „niedoczasie”. Są wśród nas z pewnością osoby, które ciągle mają zaplanowany terminarz dnia od rana do późnego wieczora. Można powiedzieć, że istnieje moda na życie w stresie. Świat oczekuje od nas ciągłego wzrostu osobistej wydajności, zaangażowania i doskonałości w każdym wymiarze. Wielu ludziom w naszym społeczeństwie wydaje się, że jeśli nie sprostają temu trendowi, nie będą akceptowani i zasługiwali na szacunek. Podejmują w związku z tym karkołomne działania, aby być na topie. Chcą perfekcyjnie pracować, wyglądać, mieć idealne relacje, otaczać się dobrymi rzeczami. Aż wreszcie osiągają poczucie bycia niewolnikiem trendu, w którym żyją. W końcu niosą ze sobą poczucie pustki.

Największym zagrożeniem zdrowia psychicznego jest złe zarządzanie energią. Wpływa to istotnie na chroniczny stres. Jedną z konsekwencji przewlekłego stresu jest zespół wypalenia. To stan, w którym zaangażowane w różne przedsięwzięcia osoby tracą motywację do działania. Zaczynają odczuwać wyczerpanie emocjonalne, psychiczne i fizyczne, co przejawia się zmniejszonym zainteresowaniem pracą, obniżoną aktywnością oraz brakiem satysfakcji z wykonywanych zadań. Negatywne skutki dotyczyć mogą także życia osobistego oraz relacji z ludźmi. Psychologowie i psychoterapeuci mają coraz częściej do czynienia z coraz większą grupą ludzi cierpiących na zespół wypalenia. Jeśli wczesne objawy wypalenia zostaną w porę zidentyfikowane i na czas zastosowane zostaną odpowiednio dobrane programy, to ok. 70- 80% osób doświadczających wypalenia może „wyzdrowieć" w ciągu 7 miesięcy.

Jednym z syndromów wypalenia jest wyczerpanie, które przejawia się w poczuciu ogólnego zmęczenia, braku naturalnej energii i zapału do działania, braku radości życia, zwiększonej drażliwości oraz impulsywności. Człowiek czuje się wyeksploatowany i wyczerpany, a równocześnie nie widzi możliwości regeneracji utraconych sił. Z perspektywy psychicznej odczuwa się rozluźnienie emocjonalnych więzi z innymi, co często przybiera formę utraty przywiązania i bliskości. Człowiek jest negatywnie nastawiony wobec otoczenia. Często towarzyszą mu zachowania określane jako gruboskórne. Relacje z innymi stają się bezosobowe. Cynizm jest następstwem nadmiernego wyczerpania, a także utraty zasobów emocjonalnych i fizycznych. Następuje zaburzenie równowagi energetycznej. Przewagę stanowi energia stresowa. Brakuje jej rozładowania. U osób dotkniętych tym problemem narasta przekonanie, że obiektywnie nic nie osiągnęły. I tu jest pułapka, ponieważ przekonania takie bardzo często rodzą skłonność do wzrostu samokrytyki i braku samoakceptacji. Wówczas pojawia się poczucie bezsensu i postawa rezygnacji w relacjach. Można zaobserwować wzrost poczucia nieadekwatności zawodowej i relacyjnej, co może prowadzić do przekonania o własnej nieprzydatności i bezwartościowości.

Podsumowując można stwierdzić, że wypalenie jest po prostu skumulowaną reakcją na przewlekły stres. Jego nasilenie zależy między innymi od indywidualnych umiejętności prawidłowego gospodarowania własną energią – dbaniem w pierwszej kolejności o rozładowanie energii stresowej, a następnie regenerację sił. Z tej perspektywy istotne jest, abyśmy byli uważni na swój bilans życiowy.

Jak organizm ostrzega przed wypaleniem zawodowym?

Wypalenie jest doświadczeniem o dużym ładunku destrukcyjnym. Jest to proces powolny i cichy. Nim do niego dojdzie organizm wysyła nam sygnały wczesnego ostrzegania.

Kłopot pojawia się wtedy, gdy ignorujemy te symptomy. Wówczas dochodzi do nasilenia problemu, a finalnie do wypalenia. Występuje ono na ogół u ludzi, cechujących się dużym zaangażowaniem emocjonalnym i silną motywacją do pełnienia wyznaczonych ról oraz zadań. Ich energia dobowa poświęcona jest tylko jednokierunkowo, np. pracy. Dodatkowym źródłem przeciążenia staje się również presja czasu. Ludzie zaczynają funkcjonować rozkładając swoją energię tylko na zaangażowanie w pracę bez wypoczynku. Zapominają wtedy np. o urlopach. Jednakże długie przesiadywanie w pracy i niekorzystanie z urlopów wcale nie idzie w parze z efektywnością.

W jaki sposób organizm ostrzega o grożącym wypaleniu?

Symptomy fizyczne:

  • bóle pleców, napięcie i kurcze w obrębie mięśni szyi i ramion;
  • bóle głowy, mięśni, trudności gastryczne, problemy kardiologiczne;
  • zmiana wagi ciała i nawyków żywieniowych;
  • utrata wagi i zaburzenia apetytu;
  • zwiększona podatność na przeziębienia i infekcje wirusowe;
  • dominujące poczucie zmęczenia;
  • zaniedbywanie aktywności fizycznej;
  • zakłócenia snu;
  • obniżenie potrzeb seksualnych;
  • nadużywanie alkoholu, leków, palenie tytoniu;
  • częste choroby bez rozpoznawalnych przyczyn.

Symptomy emocjonalne i behawioralne:

  • trudności w relaksowaniu się;
  • utrzymujące się poczucie znużenia;
  • obniżony nastrój;
  • stała obecność negatywnych postaw i myśli;
  • długotrwałe resentymenty lub urazy wobec innych ludzi;
  • regularnie występujące poczucie osamotnienia lub izolacji;
  • nawracające lęki;
  • poczucie pustki i brak celów;
  • uczucie przygnębienia;
  • poczucie bezradności;
  • poczucie rozczarowania.

Symptomy rodzinne i społeczne:

  • obniżenie zainteresowania członkami rodziny;
  • łatwiejsze wpadanie w irytację lub złość na członków rodziny;
  • uchylanie się od obowiązków domowych;
  • spędzanie większej ilości czasu poza domem;
  • opór przed wspólnym wypoczynkiem;
  • nadmierne oglądanie telewizji jako sposób ucieczki od problemów.

Symptomy związane z pracą:

  • utrata zapału;
  • poczucie, że wciąż brakuje na czasu na sprawy istotne;
  • niechęć i opór przed codziennym wyjściem do pracy;
  • rosnące poczucie niekompetencji;
  • narastające niezadowolenie z pracy;
  • utrzymująca się złość, żal i pretensje do otoczenia;
  • pielęgnowanie urazów w miejscu pracy;
  • potrzeba skracania pracy;
  • trudności w wyrażaniu opinii, ocen i własnego zdania;
  • schematyczne i mało podmiotowe traktowanie swoich podopiecznych;
  • niechęć do wprowadzania nowości, usprawnień w pracy;
  • obniżenie identyfikacji ze swoją grupą zawodową.
Najlepszą metodą zarządzania stresem jest uważność na samego siebie. Gdy będziemy podchodzić uważnie, wówczas skutecznie będą funkcjonować nasze systemy wczesnego ostrzegania, ponieważ będziemy umieli je odczytywać.

Co robić, by uchronić się przed wypalaniem?

  • rozsądnie zarządzać energią i nauczyć się radzić sobie ze stresem (aktywność fizyczna, relaksacja, odpoczynek na świeżym powietrzu, masaże, prawidłowe odżywianie, odpowiednia ilość snu);
  • być uważnym i mieć przed oczami własne potrzeby oraz ograniczenia;
  • zweryfikować cele/priorytety i wytyczyć realne cele;
  • być asertywnym;
  • zadbać o work-life balance;
  • nie tylko samemu dopasować się do otoczenia, lecz także dopasowywać otoczenie do siebie.

  1. Psychologia

Przeszłość ma wpływ na naszą teraźniejszość

Prof. Bogdan de Barbaro:
Prof. Bogdan de Barbaro: "Wierzę, że jest coś takiego, jak dziedziczenie społeczne, jak mitologia rodzinna, jak lojalność wobec przodków, często niewidoczna i nieoczywista – to wszystko na nas wpływa". (Fot. Getty Images)
Terapeuta rodzin prof. Bogdan de Barbaro twierdzi, że wszyscy bierzemy udział w swoistej sztafecie pokoleń, w której każda kolejna zmiana ma wpływ na poprzednią i na późniejszą. To nas scala i daje poczucie przynależności, ale rodzinne i narodowe mitologie bywają też niebezpieczne. Jak budować je w dojrzały sposób?

Czy stojąc w Święto Zmarłych nad grobem naszych dziadków, pradziadków lub innych dawno zmarłych krewnych, możemy przeżyć coś w rodzaju połączenia, odbyć dialog z dawnymi pokoleniami?
Pyta pani, jak sądzę, o coś, co jest szczególną, niewidoczną łącznością. Rzeczywiście ludzie idą na cmentarz również w celu duchowego spotkania z przodkami. Pewien Amerykanin, który kilka lat temu odwiedzał Polskę i w Dzień Zaduszny był ze mną na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, był oszołomiony ilością ludzi na cmentarzach. W Stanach mają Halloween, które obśmiewa śmierć, jest pretekstem do zabawy, w Polsce w ten dzień może być okazją do odczuwania zadumy i smutku. Być może w naszym kraju jest to dzień szczególnie jednoczący rodzinę. To też dobry przykład na to, że ta sama okoliczność może zwrócić nas ku sacrum albo ku profanum.

W Polsce przodkowie to kategoria „sacrum”?
Myślę, że tak. Dają nam poczucie rodowej łączności. Jako osoba uczestnicząca w szkoleniu terapeutów rodzinnych często mam okazję robić tak zwany genogram, czyli graficzne wyobrażeniem drzewa rodzinnego, z osobami, które mają zostać terapeutami. I to są bardzo poruszające sytuacje. Poruszające dlatego, że tam wartością nie musi być wcale ilość czynów bohaterskich, jest też miejsce na dramaty i zawsze jest spotkanie z jakąś żałobą. Nie ma wśród nas ludzi, którzy nie nosiliby w swoim sercu jakiejś utraty. Mało tego, nosimy w sobie także to, jak śmierć naszego pradziadka wpłynęła na naszego dziadka. Ten, kto analizuje swój genogram, ma za zadanie spotkać się ze swoimi żyjącymi przodkami i dowiedzieć się od nich czegoś więcej o rodzinnej przeszłości. Czasem słyszy różne zabawne historie, przygody, czasem opowieści o krzywdzie i tym, że świat jest zły. Ale wszystkie te narracje w jakiś sposób integrują człowieka. Dodają mu siły. Większość osób po zrobieniu genogramu wyznaje, że to doświadczenie ich wzbogaciło i scaliło.

Czy rzeczywiście to, kim byli nasi przodkowie, ma takie znaczenie dla tego, kim my jesteśmy?
Ja wierzę, że to, co się dzieje i działo z moimi przodkami, ma wpływ na mnie. Wierzę, że jest coś takiego, jak dziedziczenie społeczne, jak mitologia rodzinna, jak lojalność wobec przodków, często niewidoczna i nieoczywista. To wszystko na nas oddziałuje. Jeśli pyta pani o to, czy przeszłość wpływa na teraźniejszość – to nie mam wątpliwości, że tak.

Nawet nie moja przeszłość?
Jest przecież we mnie także przeszłość moich przodków, odziedziczona. Oczywiście nie jest to tak jednoznaczne jak algorytm, ale znakiem tego, że to istotne, jest fakt, iż praktycznie w każdej terapii rodzin częścią terapii jest właśnie praca nad wspomnianym genogramem. Czasami sięgamy daleko, wiele pokoleń wstecz i to może być dla niektórych powodem do dumy. Czasami trudno odtworzyć to, co się działo kiedyś, to, kim byli nasi pradziadkowie. Ale samo szukanie jest ważne. Ludzie dowiadują się rzeczy, dzięki którym mogą siebie lepiej zrozumieć. Na przykład myśleli, że to, co robią, wynika z ich wyboru czy świadomej decyzji, a tak naprawdę jest dokładną realizacją marzenia pradziadka, przekazywanego z pokolenia na pokolenie na nieświadomym poziomie.

Po przodkach, oprócz domu czy koloru oczu, dziedziczymy też różne rodzinne mitologie, ukryte przekazy, zakodowane sposoby radzenia sobie z rozmaitymi kwestiami…
…motta życiowe, uprzedzenia – pozytywne bądź negatywne. Dostajemy je, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I od nas zależy, co z tym zrobimy.

Mogę się zgodzić, że takie dziedzictwo ma na nas wpływ, ale co mi daje wiedza o tym, że mój przodek był komiwojażerem? Jaki to ma związek z moim życiem?
Bezpośredniego związku może nie mieć, to są często bardzo subtelne wpływy. Jeśli pani pradziadek był komiwojażerem, to mogło stworzyć w nim pewne psychiczne konsekwencje pt. bezpieczeństwo podróży lub niebezpieczeństwo podróży, przekazywane następnym pokoleniom, niekoniecznie na zasadzie „pamiętaj, podróżuj” lub „pamiętaj, nie podróżuj”. Przekaz może być w pani zapisany dyskretnie, cienką kreską.

Druga ważna sprawa, która może jest mniej oczywista, każdy z nas jakoś określa, co znaczy jego „ja”. „Ja indywidualne” kończy się na mnie, ale jest też szerszy krąg, w którym to „moje ja” się obraca – jestem członkiem pewnej rodziny, społeczności, wspólnoty europejskiej – te kolejne kręgi są coraz szersze. „Ja rodzinne” jest blisko „ja indywidualnego”. Poczucie tożsamości „ja indywidualnego” jest częścią mojej wewnętrznej siły, poczucie mojego „ja rodzinnego” też. Ta siła może brać się więc z bogactwa osób, które są we mnie, moich przodków. Nie jestem wtedy samotną wyspą, moja wyspa „ja” jest zaludniona.

Czyli wszystko ma znaczenie?
Jeśli uznamy, że życie refleksyjne ma sens, to musi się ono wiązać z refleksją na temat tego, skąd się wziąłem. Niekiedy w przeszłości naszych przodków znajdujemy powody do dumy, a czasem – do zawstydzenia, ale nadal to jest kawałek nas samych.

Porozmawiajmy o tym zawstydzeniu. Jaki wpływ może mieć na nas wiedza, że nasz przodek był złoczyńcą?
Każdy prawdziwy obraz rodziny jest obrazem złożonym. Mitologia rodzinna to bardzo często taki rodzaj ocenzurowanej opowieści. I mam wybór – czy ja chcę o sobie wiedzieć tylko dobre rzeczy, czy mam na tyle siły, by pomyśleć o sobie w sposób złożony, niejednoznaczny: że mam w sobie siłę i słabość. Skoro obie te okoliczności mają na mnie wpływ, to chyba lepiej, żebym poznał obie.

To, czego stajemy się nieraz ofiarą, to jednostronna narracja o naszej przeszłości, widzianej jako zestaw dum narodowych czy rodzinnych. To jest niedojrzałe, dziecinne i nieprawdziwe. Dojrzałe jest bycie w kontakcie z tym, z czego jesteśmy dumni, ale też w kontakcie z czymś, co nas zawstydza. Być może nosimy w swoich sercach – często o tym nie wiedząc – ciężar niechlubnych historii naszych przodków. O jakiejś przemocy, o jakichś wydarzeniach zawstydzających. Mglistość tych spraw sprzed wielu lat nie pozwala nam się nimi zająć i z nimi uporać.

Czyli dobrze jest mieć wśród przodków złodzieja...
Niekoniecznie dobrze, ale warto być tego świadomym i nie udawać, że był bankierem. Na zasadzie: „jestem dumny z Kościuszki, ale jest mi wstyd za Jedwabne”. Ci nasi przodkowie, którzy mieli jakieś udręki, porażki, może nawet zbrodnie na koncie, musieli jakoś sobie z tym poradzić. Ich potomkowie też gdzieś w sobie to noszą, ale nie powiedziałbym, że to działa na zasadzie „ponieważ dziadek był bohaterem, to ja też będę bohaterem”. Takiej przechodniości nie ma, ale jeżeli czyjś dziadek był bohaterem, to we wnuku może być rodzaj obligacji, żeby coś dobrego zrobić. Jeśli był zbrodniarzem, to wnuk może chcieć odkupić zbrodnię swojego przodka. To nie ma bezpośredniego przełożenia, ale nie może nie mieć związku.

Co kieruje nami w poszukiwaniu korzeni? Potrzeba? Brak?
Czasem ciężar jakiejś tajemnicy sięgającej wielu pokoleń wstecz. Niekiedy z tego powodu ludzie mają poczucie, że coś było w nich niescalone i dopiero wyjaśnienie tajemnicy ich scala. To może być też coś bardzo zwykłego: potrzeba dowiedzenia się, skąd przychodzimy. W jakimś sensie w ten sposób poszerzamy naszą rodzinę.

Od zawsze wiedział pan, że pana rodzina pochodzi z Włoch?
Ta „przeprowadzka” do Polski to kwestia czterech pokoleń wstecz, wiedziałem o tym od dziecka. Ale przeżyciem było dla mnie, gdy kilka lat temu odnalazłem listy, z których wynikało, że moja babcia korespondowała z moimi przodkami z Wenecji.

Pyta pani, co to daje. Chyba głównie poczucie przynależności. Żyć bez tego poczucia to tak jakby powiedzieć, że ktoś nie ma nazwiska czy kraju pochodzenia. Oczywiście można wybrać kosmopolityzm, beznarodowościowość, ale i tak jakaś kraina czy grupa ludzi będzie moim korzeniem. Słowo „korzenie” nieprzypadkowo jest w tym kontekście używane, bo oznacza, że nikt mi ich nie wyrwie, że dzięki nim jestem silniejszy, bardziej ugruntowany.  Oczywiście jest też w psychologii i myśli społecznej takie postmodernistyczne spojrzenie, że wszyscy jesteśmy nomadyczni, że ciągle się przenosimy – zwłaszcza duchowo i intelektualnie – i co jakiś czas jesteśmy świadkami nowego krajobrazu, w tym też jest coś pięknego. Można to rozumieć jako krajobraz mentalny, a można dosłownie, jako przemieszczanie się fizyczne. Topos człowieka w drodze, homo viator, jest bardzo nośny i pomaga zrozumieć siebie.

Mówimy: „zapuszczać gdzieś korzenie”, co oznacza, że mamy też taką zdolność, by wybrać miejsce, z którym chcemy się związać.
Zgadza się. Ludzie czasem zadają sobie pytanie: „Gdybym tu nie mieszkał, to gdzie bym się przeniósł?”. Ja bym się przeniósł do Włoch. Przodkowie przekazali mi przywiązanie do pewnych miejsc, podobnie jak legendy. Mój ojciec opowiadał mi, jak uczestniczył w drugiej wojnie światowej, a później walczył w podziemiu, i pamięć o tym we mnie żyje. Noszę też w sobie opowieść o dziadku, który zginął w Katyniu. Wiele lat temu byłem w lesie katyńskim, i to zdarzenie mnie tworzy nie tylko w sensie tożsamości, ale też tego, co jest dla mnie poruszające i ważne. Jestem przekonany, że są dla mnie ważne pewne sprawy właśnie dlatego, że były one ważne dla moich przodków: dziadka, pradziadka, oczywiście z tego, co na ich temat wiem. Jeden z moich pradziadków ma grób we Lwowie, na którym też byłem. Nie chcę trywializować tego tylko do wzruszeń, ale na tym budują się rodzinne mitologie.

Budują się mitologie osobiste, mitologie rodzinne i mitologie narodowe.
Czasem są to mitologie dojrzałe, a często niedojrzałe. W Polsce silna jest mitologia krzywdy i bohaterstwa. To może nas bardzo osłabiać, bo z takiej mitologii wynika ślepota na nasze błędy i zaniedbania. Jeśli nie pasujemy do wersji, w której herbie jest martyrologia i szczególnego rodzaju nadzwyczajność, to może to być pretekstem do wykluczenia nas ze wspólnoty.  Więc jest to mitologia niedojrzała, zanurzona w cierpieniu i wymagająca cierpienia. Wersję wspólnoty nadzwyczajnej i heroicznej trudno uznać za dojrzałą i pogłębioną. Czyż nie jest paradoksem, że w XXI wieku nieraz słyszymy, że „Polska jest Chrystusem narodów”? Bywa to przez polityków używane i nadużywane.  A o czym są pomniki i rocznice w Polsce?  O naszych klęskach.

W swojej pracy pewnie obserwuje pan często, jak dotarcie do jakichś elementów z przeszłości odmienia czyjeś spojrzenie na siebie i świat o 180 stopni.
Poznanie przeszłości zawsze pozwala lepiej zrozumieć siebie, dodaje sprawczości. Sprawczość jest o tyle ważna, że my często realizujemy pewne scenariusze, nie wiedząc, dlaczego je realizujemy. Tu nie chodzi o to, by je porzucić, tylko by je autoryzować. Czasami wymaga to pracy nad zranieniami rodziców czy dziadków, przy czym im bliższe pokolenie, tym wyraźniej to odczuwamy i możemy nazwać. Czasem to jest coś bardziej odległego.

Praca nad nieświadomą częścią historii przodków ma miejsce w metodzie ustawień Berta Hellingera, do której mam bardzo duży dystans, bo wprowadza ludzi w niepokój i zamieszanie, bardziej otwiera rany, a nawet je tworzy, niż je domyka. To mi się nie podoba, choć podzielam pogląd, że w przeszłości są jakieś ważne, niedomówione sprawy. Tak, stale obserwuję, jak odkrywanie tajemnic z przeszłości i ich przepracowywanie domyka blizny i zabliźnia rany.

Czasem nie chcemy zagłębiać się w historię swojej rodziny, odcinamy się od niej, bo nie mamy zbyt dobrych relacji z najbliższym pokoleniem. W książce „I jak tu się dogadać?!” mówi pan, że teoria o toksycznych rodzicach z jednej strony otworzyła ten temat, ale z drugiej go podgrzała i doprowadziła do obwiniania rodziców bez chęci zrozumienia tej trudnej relacji i może też przebaczenia.
Z mojego terapeutycznego doświadczenia wynika, że pozostanie na etapie oskarżyciela nic nie daje. Oczywiście otwiera się wtedy przestrzeń na spotkanie z własnymi uczuciami, takimi jak gniew, rozpacz, ból, wściekłość, ale żeby to się mogło zabliźnić, powinno być też miejsce na zrozumienie, a potem wybaczenie. To, że 40-letni syn idzie do 70-letniej matki i zaczyna jej wygarniać, że nie dość kochała go w dzieciństwie, jest nie tylko niecne, ale też nieskuteczne.

Czy ktoś, kto nie widzi rzeczy, za które mógłby być wdzięczny swoim przodkom, też powinien zrobić swój genogram?
Tym bardziej powinien. Nie jest możliwe, by rodzina nic dobrego nie dała. To dobro może być pokiereszowane, schowane, przytrute, ale praca nad genogramem polega na dotarciu do czegoś, co jest wartościowe, co sprawiło, że ten człowiek jest na takim etapie drogi, a nie innym.

Co może taka osoba odkryć? Że samo życie jest darem?
Nie tylko. U każdej osoby może pojawić się coś innego. Jeśli ktoś zauważa w sobie silne strony, to są powody, by sądzić, że łączą się z tym, co otrzymał. Jeśli ma słabe strony, to możliwe, że znajdzie nie tylko wyjaśnienie, ale też usprawiedliwienie, zrozumienie ich przyczyn.

Przodkowie mają wpływ na nas, a czy w jakimś psychologicznym albo mistycznym wymiarze my możemy mieć wpływ na nich?
Na przykład mężczyzna wyrósł z dziada pradziada w patriarchalnej rodzinie, ale dzisiaj tkwienie w tym patriarchacie jest poniekąd śmieszne, a poniekąd niemożliwe i niedające szczęścia. I dochodzi do zderzenia mitu rodzinnego z rzeczywistością. Ten mężczyzna musi porozmawiać ze sobą i ze swoimi przodkami. Powiedzieć: „Pradziadku, rozumiem, że za twoich czasów było tak, ja mam inaczej, szanuję cię, ale idę swoją drogą”. I to jest to wyodrębnienie, które czyni go samym sobą, uwalnia ze szponów scenariusza sprzed lat. Nie będzie miał w sobie już tego zamieszania, nie będzie toczył wojny pomiędzy dwoma wzorcami: odziedziczonym patriarchalnym i współczesnym.

Bardzo często mówi się, że nie da się zmienić przeszłości. Ja wierzę, że się da. Nie da się wprawdzie zmienić faktów, ale da się zmienić ich interpretację. Jeśli przyjmiemy, że interpretacja jest ważniejsza od faktów, to możemy starać się budować taką narrację o przeszłości, by nam ona służyła. By była częścią naszego wyposażenia. To tak jak idę na strych i w tych szczątkach przeszłości znajduję coś, co trzeba wyrzucić, bo jest przegniłe i zjedzone przez korniki, ale też znajduję skarby, które chcę zachować i postawić na honorowym miejscu. I to jest mój sposób porozumiewania się z przeszłością. Zapoznaję się z zawartością rodzinnych kufrów i wybieram, co chcę zatrzymać, co chcę oddać, a co dać do historycznej gabloty.

Czyli to, kim byli moi przodkowie, ma wpływ na to, kim jestem, ale też w dużej mierze to ja sama buduję siebie i historię mojej rodziny.
Mój ojciec miał taki zwyczaj, że podczas czytania zagryzał palec wskazujący.  Pamiętam, jak mnie to w dzieciństwie irytowało. Nagle, będąc już w wieku dojrzałym, odkryłem, że robię to samo. Bardzo mnie to rozśmieszyło, ale był to też znak, że to, co nazywamy dziedziczeniem, jest taką właśnie sztafetą. To, jaki czas osiągnę, na jakim miejscu będę w sztafecie na kolejnej zmianie, będzie zależało od tych poprzednich zmian, ale też mogę wnieść w nią swój indywidualny dobry wkład. Naszą rozmowę warto spuentować słowami Czesława Miłosza z utworu „Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?”: „…Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny.”

  1. Psychologia

Trzeba ochronić godność każdej osoby, cokolwiek by robiła

Jeśli chcemy wygrać wolność dla siebie i innych, musimy poznać własne projekcje i iść w odwrotnym kierunku – dbać o polityczną poprawność i podnosić wartość kobiet oraz podkreślać ich rolę. (Ilustracja: Getty Images)
Jeśli chcemy wygrać wolność dla siebie i innych, musimy poznać własne projekcje i iść w odwrotnym kierunku – dbać o polityczną poprawność i podnosić wartość kobiet oraz podkreślać ich rolę. (Ilustracja: Getty Images)
Mówimy: „Świat zwariował!”. Naprawdę? Łatwiej nam będzie zrozumieć to, co dzieje się wokół, kiedy poznamy psychologiczne źródła tych wydarzeń czy zjawisk. Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger wyjaśnia zjawisko niechęci do politycznej poprawności.

Żona miała pretensje, że nie pozmywałem, a ja jej na to: „Kochana, niedługo będziesz chodzić trzy kroki za mną i moim osiołkiem!”. Coraz częściej słyszymy takie żarty. Śmiać się z nich?
Wcale nie są zabawne. Raczej seksistowskie i mizoginiczne. Podszyte groźbą: „Uważaj, nie podskakuj, bo stracisz to, co do tej pory wyskakałaś!”. To pozornie żartobliwa ekspresja głęboko skrywanego, lecz ciągle podzielanego przez większość mężczyzn marzenia. Po cichu zazdroszczą oni muzułmanom i łudzą się, że zdominowanie kobiet uczyni z nich prawdziwych mężczyzn. Niestety, tak myślący zdobyli ostatnio władzę w kilku krajach i robią dużo, by w przyszłości kobiety biegły za osiołkiem. Czy nie do tego zmierza stopniowe odcinanie kobiet od antykoncepcji i pracy?

Tym bardziej, w myśl niektórych, pozamykajmy granice przed islamem!
Nie widzę związku. Granic nie ma po co zamykać. Na razie polskim kobietom, a więc i tobie, bardziej niż islam zagraża rodzimy patriarchalny seksizm, także ci polscy mężczyźni, którzy tak żartują. To liberałowie po wierzchu, ale w swoim „cieniu” skrywają zapewne wielką tęsknotę za patriarchatem. A ponieważ nie chcą się przyznać do tego swojego kawałka, więc projektują go na obcych. I to tego właśnie swojego ksenofobicznego kawałka w obcych nienawidzą. Bo łatwiej zobaczyć źdźbło w oku bliźniego niż belkę w swoim. Dlatego jeśli chcemy wygrać wolność dla siebie i innych, musimy poznać własne projekcje i iść w odwrotnym kierunku – dbać o polityczną poprawność i podnosić wartość kobiet oraz podkreślać ich rolę. Robić im miejsce w polityce, zachęcać do tego, by się nią zajmowały.

Jak poznać swoje projekcje i nie mylić ich z prawem do wyrażania własnych poglądów?
Proponuję następujący eksperyment. Jeśli jesteś mężczyzną, który ma wiele negatywnych uczuć do muzułmańskich mężczyzn (lub kobietą, która żywi niechętne uczucia do muzułmańskich kobiet), postąp zgodnie z tą instrukcją: postaw dwa fotele czy krzesła naprzeciwko siebie. Wybierz to, na którym ty będziesz siedzieć, a na drugim – w swojej wyobraźni – posadź stereotypowego muzułmanina. Włącz dyktafon w swoim smartfonie i powiedz mu szczerze, co do niego czujesz, co o nim myślisz, czego się w nim obawiasz i co byś chciał z nim zrobić. Porzuć wszelką poprawność polityczną. Pytaj go o wszystko, co dla ciebie jest w nim najbardziej interesujące i bulwersujące, np.: „Dlaczego chcesz, by kobieta chodziła za tobą? Czemu ma nosić burkę? Czego chcesz  od polskich kobiet?”. Gdy się wygadasz, przesiądź się na drugi fotel – ten, na którym w twojej wyobraźni przed chwilą siedział muzułmanin. Teraz jesteś swoim rozmówcą, muzułmaninem, który słuchał tego wszystkiego, co mówił Polak z drugiego fotela. Wczuj się w muzułmanina, wyraź jego uczucia i sądy, odpowiedz na zadane przez Polaka pytania. Nie oszczędzaj go. Potem  możesz się przesiąść z powrotem na miejsce Polaka i rozpocząć kolejną wymianę z muzułmaninem.  Odsłuchaj nagranie. Jeśli byłeś uczciwy i odważny w tej rozmowie, to przekonasz się, że obie strony mówią podobne rzeczy i mają podobne przekonania oraz emocje. Może się też okazać, że na miejscu muzułmanina poczułeś się dobrze, że wiele z tego, co widzisz w nim, jest w istocie twoje.

Nie będzie to miła konstatacja.
Nie, ale istotna. Pozwala odkryć, że przypisujemy wypartą, wstydliwą część siebie komuś innemu, sądzimy innych według siebie. A to ważne, bo jeśli nie zgadzamy się z ksenofobią innych i z ich uprzedmiotawiającym stosunkiem do kobiet, to trzeba zacząć od wykorzeniania u siebie tych poglądów oraz towarzyszących im emocji. Dlatego ci, którzy na poważnie chcą się wyzbyć nienawiści i resentymentu, nigdy nie wychwalają siebie ani nie poniżają innych. Lecz pracują nad własnymi wadami i ograniczeniami, by je w końcu przekroczyć.

Jak ten eksperyment ma się do politycznej poprawności, skoro opiera się na krytykowaniu innej kultury?
Poprawność polityczna nie zabrania piętnowania zachowań i czynów (choć niewątpliwie była nadużywana przez polityków po to, by tłumić krytykę ich poczynań). Nie przeszkadza w nazywaniu przestępstwa przestępstwem, zbrodni zbrodnią, kłamstwa kłamstwem, oszustwa oszustwem, rasizmu rasizmem itd. Słusznie natomiast przypomina, że nie wolno obrażać i poniżać ludzi, że trzeba chronić godność każdej osoby. Niezależnie od czynów, jakie człowiek popełnił, niezależnie od tego, jakie ma seksualne preferencje, z jakiej warstwy społecznej pochodzi, jakie ma niedomagania czy choroby, jaką płeć, wiek, kolor skóry, wyznanie – powinniśmy w swoim sercu strzec godności tego człowieka i szacunku dla niego. Ale wolno nam potępiać, a nawet nienawidzić tego, co uważamy za błędne czy złe w jego postępowaniu. Polityczna poprawność zobowiązuje nas więc do tego, by odróżniać człowieka od tego, co robi czy głosi. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce mamy z tym tak wielką trudność, skoro jest to zgodne z Chrystusowym postulatem: nienawidź grzechu, ale kochaj grzesznika.

Nie jest prosto oddzielić człowieka od tego, co robi…
Tym bardziej warto to robić. Jeśli chcielibyśmy tej zasadzie sprostać, na przykład w związku, to zwracając uwagę partnerowi, mówimy: „Kochanie, robiąc czy mówiąc to i to – w moim odczuciu – zachowujesz się jak cham. Ja się na to nie zgadzam dla naszego wspólnego dobra!”. Ale nie mówimy: „Jesteś chamem! I nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”. Polityczna poprawność czerpie więc z uniwersalnych przekazów duchowych i można ją śmiało nazwać duchową praktyką miłości bliźniego w świeckim wydaniu. Natomiast moda na wyśmiewanie i odrzucanie jej w imię źle rozumianej wolności słowa uwalnia demony nienawiści.

Z jakiego więc powodu tak masowo porzucamy tę świecką praktykę miłości bliźniego?
Powodem jest dominująca osobowość naszych czasów, czyli osobowość borderline będąca formą dostosowania się do trudnej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Czyli do coraz szybciej zmieniającego się świata, rządów mediów społecznościowych, ogromnej mobilności ludzi, nietrwałości międzyludzkich związków. Już jako dzieci ciągle przenosimy się z miejsca na miejsce, mamy co chwilę nowe przedszkola, nowe szkoły, a więc nowych opiekunów, sąsiadów, kolegów. To wymusza częste zrywanie emocjonalnych więzi. Doświadczamy chaosu, braku oparcia, braku poczucia wartości i wiary w siebie oraz w trwałość więzi z innymi. Wszystko to razem budzi w nas silny lęk, który staje się źródłem nietolerancji, ksenofobii, teorii spiskowych, magicznego myślenia, nacjonalizmu i populizmu.

A polityczna poprawność ze swoim relatywizmem wartości także nie jest inkubatorem borderline?
Odwrotnie – może nas przed nią obronić, bo opiera się na fundamentalnym – z punktu widzenia dorastania do naszej prawdziwej natury – moralnym imperatywie: kochaj bliźniego swego jako siebie samego. A więc może nas skutecznie stabilizować w rozpędzonym życiu. Z tego punktu widzenia hejt, ksenofobia, seksizm, pogarda, nienawiść nie są głosem naszej wolnej i prawdziwej natury, lecz jedynie głosem neurotycznej, zalęknionej osobowości. A ta im głośniej krzyczy, tym skuteczniej zagłusza ogromną potrzebę miłości i głębokiej więzi z innymi ludźmi, również tymi bardzo różnymi od nas.

Czyli ksenofobia, seksizm itp. to dowody na zaburzenia niepewnej siebie osobowości?
Tak, osobowości, która próbuje sobie zapewnić poczucie bezpieczeństwa, poszukując zewnętrznych protez i podpórek w postaci: hierarchicznych organizacji, dogmatycznych zasad, biało-czarnych poglądów. A ponieważ coraz szybciej zmienia się nasza globalna, informatyczna wioska i wzrasta poczucie zagrożenia, więc borderline buduje coraz wyższe mury i tworzy coraz głębsze podziały. W tym kontekście polityczna poprawność to propozycja globalnego odwyku od nienawiści i pogardy, która jednak przerosła naszą narodową i nie tylko naszą gotowość do zmiany. A przecież wszyscy wiemy, że jeśli trzeba wyjść z uzależnienia od alkoholu, to trzeba alkohol odstawić.

I to z tego poszukiwania poczucia bezpieczeństwa borderline wynika też tęsknota za patriarchatem?
Tak, bo on prosto i raz na zawsze wyjaśnia i urządza świat. Bez żadnych wątpliwości. Wiadomo, kto jest kim, jaką odgrywa rolę.

Co więc zrobić, gdy słyszymy dowcip o osiołku?
Nie traktować tego jak żartu. Rozpocząć poważną rozmowę: „O co ci właściwie chodzi? Czy ty byś chciał, żeby tak naprawdę było? Co ty takiego sobą reprezentujesz oprócz tego, że masz inne genitalia, żebym ja miała chodzić za twoim osiołkiem? Czy tobie się przypadkiem w głowie nie przewróciło?”.

Konfrontować się z takiego głupiego powodu?
Oczywiście. Bo jak będziesz milczeć albo się śmiać, to ani się obejrzysz, a będziesz szła za osiołkiem.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.