1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Szwecja, kraj indywidualistów

Szwecja, kraj indywidualistów

Zobacz galerię 10 Zdjęć
W poszukiwaniu egzotyki jedźmy do Szwecji! Tu wakacje spędza się w prymitywnej chatce, mieszkania są na wynajem, nie na sprzedaż, a gdy w związku coś nie gra, bez żalu mówi się „do widzenia”. Dziennikarka, socjolożka i fanka skandynawskich klimatów Katarzyna Molęda przybliża nam kulturę i obyczajowość Szwedów.

„Ma być łatwo! Życie ma nie być torem przeszkód, próbą nerwów i szybkości reakcji, testem inteligencji i odporności na stres i ogólnie ma nie być walką, mordęgą i utrapieniem” – pisze pani w książce „Szwedzi. Ciepło na Północy”. To motto Szwedów?

Tak to właśnie widzę. U nas co krok są jakieś przeszkody, od architektonicznych po te stawiane przez banki, urzędy, operatorów sieci komórkowych czy firmy transportowe, w świecie rzeczywistym i wirtualnym. Czasem są to sprawy pozornie błahe, jak myląca czy niejasna informacja o zakupie prawidłowego biletu na pociąg. Kiedy jednak płacimy zadowolonemu konduktorowi karę, to pojawia się pytanie: czy system, w którym żyjemy, ma nam stwarzać takie sytuacje, które wymagają specjalnych kompetencji, żeby im sprostać?

Do Szwecji sprowadziła panią oferta zawodowa – propozycja pracy na stanowisku konsula Rzeczypospolitej Polskiej. Po czterech latach postanowiła pani zostać tam na stałe. Co panią najbardziej urzekło w Szwecji?

Przede wszystkim Sztokholm. To miasto z architekturą bliską ludziom. Ludzie są tu uśmiechnięci, pogodni, mili, a jedyne miejsce, gdzie jest naprawdę nerwowo, to sztokholmskie metro. Podoba mi się szwedzkie opanowanie i ufność. Teraz nie mam już problemu z zostawieniem klucza do domu fachowcom, choć za pierwszym razem miałam poważne obiekcje. Niewątpliwie to ogromne zaufanie do ludzi wpływa na sposób kontaktowania się z innymi osobami i patrzenia na nie. Drugą stroną medalu jest jawność – tu wszystko o wszystkich wiadomo, każdy może sprawdzić nasze dane personalne w sieci, w tym stan cywilny, a nawet wysokość podatków. Niektórych mieszkających tu Polaków to denerwuje.

Czy różnice kulturowe pomiędzy Polską i Szwecją są duże?

Mimo bliskości geograficznej te różnice bywają wyraźne. I nie mówię tu jedynie o szczegółach typu całowanie pań w rękę, co w Szwecji i w Skandynawii w ogóle jest nie do pomyślenia, a w Polsce się zdarza. To drobiazg, ale i poważniejszych różnic nie brak, szczególnie w kulturze biznesu. Szwedzi mają płaską organizację, ta w Polsce jest bardziej hierarchiczna. U nas nie ma też tradycji konsensusu, wspólnego, czasem bardzo długo trwającego podejmowania decyzji. Ba, w niektórych firmach pracownicy nie wyobrażają sobie, że mogliby otwarcie nie zgodzić się ze swoim przełożonym, który arbitralnie i bez konsultacji podejmuje decyzje jednoosobowo. W Szwecji pracownik – choć są różnice między firmami, rzecz jasna – ma dużą samodzielność w pracy. Nawet zebrania inaczej wyglądają.

Na przykład nigdy się nie przerywa, gdy ktoś mówi.

Właśnie! My jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że ktoś nam wchodzi w słowo, gdy tylko próbujemy zaczerpnąć oddechu. Podczas moich pierwszych rozmów w Szwecji potrafiłam mówić nieprzerwanie przez 10 minut, po czym okazywało się, że rozmawiam z niewłaściwą osobą. Ale nie przerywano mi z szacunku, czekając aż skończę (śmiech). Nawet gdy wchodziłam w słowo, z mojej perspektywy niewinnie, żeby naprowadzić osobę na właściwy trop, było to odbierane bardzo negatywnie, jako niegrzeczne. Często mój rozmówca nawet nie reagował, kontynuując swoją wypowiedź! Ale przyznam, że teraz i mnie denerwuje, gdy ktoś mi wchodzi w słowo. W Szwecji można docenić komfort spokojnej konwersacji bez przerywania. Nauczyłam się mówić wolniej, ale podczas pobytów w Polsce często wracam do szybkiego mówienia, bo widzę, że druga osoba nie chce mnie już słuchać, tylko mówić (śmiech)!

Dla mnie Szwecja to trochę mentalna egzotyka: tu ufa się każdemu, wakacje spędza w spartańskich warunkach, najczęściej w chatce w lesie, i przez całe życie wynajmuje mieszkania. 

Te mieszkania stały się ostatnio potwornym problemem, bo w Szwecji wychodzi się z założenia, że każdy powinien móc wynająć mieszkanie. I teraz w dużych miastach, takich jak Sztokholm czy Göteborg, czeka się co najmniej trzy lata na mieszkanie w „średnio dobrym” punkcie, a jak w dobrym, to może być i piętnaście lat! Ja też jestem ustawiona w kilku kolejkach. Szwedzi oburzają się, że to jest katastrofa polityki mieszkaniowej, a z drugiej strony w Polsce do głowy by nikomu nie przyszło, że państwo ma zapewnić tyle lokali na wynajem, bo u nas po prostu bierze się kredyt i kupuje mieszkanie zgodnie z hasłem „Rodzina na swoim”. Jeśli kogoś stać, rzecz jasna. Bo mieszkanie to nasza prywatna sprawa, nie państwa. Tam dba o to państwo i to jest gigantyczna różnica.

A co do stylu życia, to prawda, że nawet osoby, które mogą pozwolić sobie na luksusy, lubią posiedzieć w swojej chatce i w skromnych warunkach spędzić wakacje. Ale pojawił się też trend wyjazdów do Tajlandii. Szwedzi kochają słońce i lato, wszyscy biorą urlopy w lipcu, a jak mogą tego słońca zaznać w Tajlandii czy innym ciepłym kraju, to chętnie tam jadą.

Z pani książki wyłania się obraz Szweda poczciwego i szczęśliwego. Co zatem z wizerunkiem obecnym w bestsellerowych szwedzkich kryminałach? 

Nie twierdzę, że 9 milionów ludzi jest poczciwych i szczęśliwych, bo niektórzy borykają się przecież z wieloma problemami, także finansowymi, choć faktycznie w Szwecji odsetek osób ubogich, w porównaniu z innymi krajami, jest najniższy. A ten komfort wpływa na to, że mają większą siłę, żeby harmonijnie funkcjonować jako społeczeństwo i zachować spokój w wielu trudnych sytuacjach. Pod względem poczucia bezpieczeństwa i szczęścia Szwedzi plasują się w czołówkach rankingów, także jeśli chodzi o opiekę zdrowotną. Choć oczywiście też narzekają, bo tak to już jest, że nawet najszczęśliwszym wydaje się, że powinno być im jeszcze lepiej. Szwedzi najbardziej boją się chyba katastrofy klimatycznej. Świadomość ekologiczna jest tu bardzo wysoka.

Brzmi trochę jak państwo idealne.

Ale może się wielu ludziom, przywiązanym do innych rozwiązań, nie podobać. Na przykład gdy osoba starsza podupada na zdrowiu, to jej córka – bo najczęściej to kobiety przyjmują taką rolę – nie rezygnuje z pracy, żeby się zająć rodzicami, bo opiekuje się nimi profesjonalista. Ona przychodzi tylko w odwiedziny i utrzymuje relację opartą na partnerstwie, a nie zależności. Zdarza się, że kobiety przechodzą na pół etatu albo zmieniają swój tryb pracy na bardziej elastyczny, by wesprzeć rodziców, ale to jest nieporównywalne z tragiczną sytuacją opiekunów osób starszych lub niepełnosprawnych, jaką mamy w Polsce. Z kolei z perspektywy szwedzkiej jest nie do przyjęcia, że ktoś się opiekuje całodobowo bliską osobą i nie otrzymuje za to godziwego wynagrodzenia.

Związki romantyczne też pewnie są wolne od zależności – czy zatem bardziej prawdziwe?

Socjolog Anthony Giddens mówi o tak zwanym czystym związku, który oznacza wspólnotę uczuciową, intelektualną, seksualną i jest kompletnie niezależny od okoliczności zewnętrznych, jak zależność finansowa czy normy społeczne. I Szwedzi faktycznie najbardziej się do tego ideału zbliżyli. Widać tu dużo większą akceptację dla takich decyzji jak chociażby rozwód, bo to jest sprawa dwojga dorosłych ludzi, sąd nie wnika w szczegóły. A przez to, że jest mniej zależności, teoretycznie mamy więcej miejsca na romantyzm, co sprawia, że Szwedzi – w gruncie rzeczy podobnie jak mieszkańcy całego zachodniego świata – czasem ulegają wpływowi wizji związku opartego na powierzchownym widzeniu miłości jako pełnej porywów, namiętnej pasji. A gdy w związku coś nie gra, mówią „do widzenia”. Częściej niż mieszkańcy innych krajów.

Pamiętajmy, że społeczeństwo szwedzkie jest najbardziej indywidualistycznym na świecie, co oznacza, że pewne normy społeczne są tu mniej ważne niż samorealizacja. „Jestem nieszczęśliwa, to się rozwodzę” albo: „Może rodzice będą niezadowoleni, ale wolę być malarzem niż biznesmenem”. Mogę dokonywać takich wyborów, bo to państwo przejęło funkcję wspierającą, którą w innych krajach sprawuje rodzina lub wspólnota. Czy to dobry model? Na pewno inspirujący. Jestem ciekawa, w jakim kierunku będzie podążał dalej.

Katarzyna Molęda skandynawistka, socjolożka, dziennikarka, w latach 2007–2011 konsul RP w Sztokholmie. Mieszka w Szwecji, ale w równej mierze żyje życiem Polski. Autorka książki „Szwedzi. Ciepło na Północy” i współzałożycielka firmy międzykulturowej Enterculture.

Zobacz: pielęgnacja i makijaż

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lagom - szwedzki sposób na szczęśliwe życie

Słownik szwedzko-polski określa lagom jako „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. (Fot. iStock)
Słownik szwedzko-polski określa lagom jako „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. (Fot. iStock)
Lagom, czyli skandynawski sposób na znalezienie złotego środka - umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. To po prostu szwedzki sposób na szczęśliwe życie.

 

Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Kto odwiedził kiedyś naszych północnych sąsiadów, miał z pewnością okazję zauważyć, że lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia: od architektury przez modę i motoryzację po urządzanie wnętrz czy kuchnię. Brzmi znajomo? Oczywiście, wystarczy przecież zajrzeć do Ikei. Dlaczego zatem dopiero teraz ten termin zaczął robić karierę?

Od ekscesu do pokuty

Nie oszukujmy się: od kiedy umiar jest sexy? Wiele z nas uwielbia się obżerać tylko po to, żeby potem katować się detoksami; wydajemy ostatnie pieniądze na szałowe buty, żeby do końca miesiąca jeść tylko ryż; żyjemy od ekscesu do pokuty. Z tego, na szczęście, nikt nie zrobił jeszcze life­style’owego trendu, choć potencjał marketingowy byłby ogromny. Ze skandynawskich pojęć hygge (wym. huga) miało o wiele łatwiejszą drogę do kariery, bo jak nie myśleć ciepło o idei, która kojarzy się z przyjemnością, gorącą czekoladą, puszystym kocem i ogniem w kominku? Filozofia lagom nie wyklucza co prawda ani koców, ani czekolady, ale zgodnie z trendem przyjemność czerpie się właśnie z tego, że – nieco upraszczając –  koc może być wełniany, a niekoniecznie z kaszmiru, a kubek słodkiego napoju wystarczy dla dwojga. Lagom to skrót od frazy „laget om” – wokół drużyny, dla całego zespołu. Na biesiadach w czasach wikingów butlę miodu pitnego podawano z rąk do rąk i każdy pociągał z niej łyk – taki, żeby zaspokoić pragnienie, ale żeby wystarczyło również dla innych. Dbanie o dobro wspólnoty jest przecież również dbaniem o każdego z jej członków. Szwedzkie przysłowie „Lagom är bäst” znaczy dosłownie „odpowiednia ilość jest najlepsza”, ale tłumaczy się je też jako „umiar jest źródłem cnoty”.

Bez przesady

Cnota, powściągliwość, pamiętanie o potrzebach innych – czy ktoś widział coś równie trudnego do wypromowania? Szwedom nie tylko się to udało, ale zrobili z tego pomysł na życie. Pytać Szweda, co to jest lagom, to jak zapytać rybę, czym jest woda. – To droga środka. Jest jak wewnętrzny głos, który mówi ci, żeby nie budować największego domu w mieście, ale przypomina, że nie chcesz żyć w biedzie. Nie powinieneś być bezczelny, ale nie daj też z siebie zrobić popychadła – tłumaczył w brytyjskim „The Telegraph” producent muzyczny Johan Hugo. – Widać to też w naszych wartościach społecznych – przecież od pokoleń jesteśmy socjalistycznym krajem.

– Lagom to część skandynawskiej psychiki – mówi mi Bronte Aurell, autorka książki kucharskiej „The Scandi Kitchen” i właścicielka szwedzkiej restauracji w Londynie. – Umiar widać we wszystkim, co robimy. Moda nie epatuje przesadą – wystarczy spojrzeć na takie marki jak Filippa K, Acne czy sieć H&M. Szwedzki design to lekcja funkcjonalizmu bez kompromisu z estetyką. Ciekawe też, że Szwedzi, niezależnie od figury, z reguły dobrze czują się we własnej skórze, nagość jest czymś naturalnym, a botoksu stosuje się tam o wiele mniej niż w innych krajach Europy.

By żyć lepiej

Dzięki kilku czarodziejom marketingu lagom zatacza coraz szersze kręgi. Ikea i H&M od lat sprzedają lagom na cały świat, ale w Wielkiej Brytanii meblarski gigant dopiero ostatnio zainwestował w program „lagom living”. Rozdał pracownikom i klientom setki kuponów na niedrogie produkty, dzięki którym można oszczędzać wodę i energię, łatwo segregować śmieci i zdrowiej żyć. Naukowcy z Uniwersytetu Surrey monitorują powodzenie tego projektu, a w brytyjskich sklepach Ikea można się zwrócić o radę do „lagom hero”, który doradzi, które gadżety z ich oferty pomogą nam lepiej żyć.

Na Wyspach, zawsze głodnych nowych trendów, powstał też magazyn „Lagom”. Wydawany co pół roku w Bristolu przez małżeństwo, Elliota i Samanthę Stocksów, celebruje ludzi, a nie pusty image. „Interesują nas osobiste historie, które stoją za pokazywanymi przez nas produktami, i motywacje światowych twórców” – głosi ich strona internetowa. Grupa międzynarodowych autorów prezentuje w każdym numerze ciekawe wnętrza, wywiady z artystami i rzemieślnikami oraz pomysły na spędzanie czasu. Bo ten magazyn, jak tłumaczą jego założyciele, ma pokazywać, że można wieść piękne życie w prostocie i harmonii. Proszę nie ziewać – wywiad z grenlandzkim artystą rzeźbiącym w kości był naprawdę ciekawy.

Czy lagom – w sumie znajomy, ale wciąż słabo wypromowany sposób na życie – będzie trendem roku lub kilku lat? Oby. W świecie, w którym ciągle namawia się nas do konsumpcji, lagom oferuje alternatywę. Pierwszy krok to zdanie sobie sprawy z tego, że prawdziwa satysfakcja z życia nie płynie z ilości nagromadzonych dóbr. To dobre nie tylko dla psyche, ale i dla kieszeni. Drugi to wzięcie odpowiedzialności za swój wpływ na lokalną społeczność i na otaczający nas świat. Można zacząć od dbania o środowisko, ale warto na tym nie poprzestawać.

  1. Kultura

Skandynawskie kryminały – polecamy 5 książek najpopularniejszych skandynawskich autorów

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Skandynawskie kryminały są jednym z najchętniej czytanych gatunków książek na całym świecie. Mroźny klimat Północy stanowi idealne tło do kryminalnych historii, mrocznych zagadek i zawiłych śledztw. Polecamy 5 książek najpopularniejszych skandynawskich autorów kryminałów.

Stieg Larsson „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”

Nie wypadało zacząć naszego zestawienia od książki jakiegokolwiek innego autora, bowiem Stiega Larssona można już śmiało nazywać legendą skandynawskiego kryminału. Na jego fenomen składa się nie tylko niewiarygodny talent pisarski, ale również historia jego samego. W 2008 roku Stieg Larsson, znany w Szwecji jako dziennikarz i publicysta, zmarł nagle na atak serca i tym samym nie doczekał premiery swojej pierwszej książki. W tym samym roku został drugim najlepiej sprzedającym się autorem świata.

A wszystko za sprawą znakomitej trylogii „Millenium”, której pierwszą częścią jest właśnie „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Książka opowiada o dziennikarzu finansowym i wydawcy magazynu „Millenium” Mikaelu Blomkvist, który pracuje nad sprawą kryminalną sprzed czterdziestu lat, kiedy to Harriet Vanger znika nie zostawiając śladu. Pomaga mu Lisabeth Salander, intrygująca hackerka komputerowa. Blomkvist i Salander tworzą niezwykłą parę i wspólnie wpadają na trop mrocznej i krwawej rodzinnej historii. To doskonała, wielowątkowa opowieść, mroczna i pełna znakomicie wykreowanych postaci. Idealny wybór dla tych, którzy dopiero poznają skandynawskie kryminały.

'Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet', Stieg Larsson, Wydawnictwo Czarna Owca, cena: ok. 40 zł "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", Stieg Larsson, Wydawnictwo Czarna Owca, cena: ok. 40 zł

Camilla Läckberg „Księżniczka z lodu”

Camillę Läckberg nie bez powodu nazywa się szwedzką Agathą Christie. „Księżniczka z lodu” to jej debiutancka powieść, która momentalnie przyniosła jej ogromny rozgłos i stała się początkiem doskonałej sagi o Fjällbace. Fjällbacka to rodzinna miejscowość autorki. Małe, nadmorskie miasteczko na Zachodzie Szwecji, z którego Läckberg postanowiła zrobić centrum akcji jej mrocznej i krwawej sagi.

„Księżnicza z lodu” to początek całej historii – w jednym z domów znaleziono zwłoki młodej kobiety. Początkowo wszystko wskazywało na samobójstwo, jednak szybko okazało się, że kobieta została zamordowana. Erika Falc, pisarka i przyjaciółka z dzieciństwa zmarłej kobiety, rozpoczyna prywatne śledztwo, w którym pomaga jej miejscowy policjant Patrik Hedström. Kryminały skandynawskie wyróżnia specyficzny klimat, a powieść Läckberg to jego kwintesencja. Głęboko skrywane w bohaterach emocje, które nagle wybuchają ze zdwojoną siłą, wywleczone na wierzch ludzkie pragnienia i namiętności, a wszystko okraszone tajemnicą i chłodnym klimatem prowincji.

'Księżniczka z lodu', Camilla Läckberg, Wydawnictwo Czarna Owca, cena: ok. 25 zł "Księżniczka z lodu", Camilla Läckberg, Wydawnictwo Czarna Owca, cena: ok. 25 zł

Jo Nesbø „Macbeth”

Jo Nesbø to nie tylko znakomity norweski pisarz, ale również muzyk poprockowy, a kiedyś piłkarz i makler giełdowy. W świecie literackim zasłynął za sprawą genialnego cyklu o Harry’m Hole, niepokornym i bezkompromisowym policjancie dotkniętym piętnem alkoholizmu. My jednak polecamy książkę zupełnie różną od jego najsłynniejszej serii, ale napisaną w równie genialnym stylu norweskiego mistrza gatunku. „Macbeth” powstał z okazji 400-lecia śmierci Williama Szekspira. Choć bohaterowie książki noszą szekspirowskie imiona są zupełnie nowymi kreacjami Jo Nesbø. Tytułowy Macbeth to policjant mieszkający w pewnym przemysłowym mieście, w którym na porządku dziennym panuje korupcja, handel narkotykami i przestępczość. On jest dowódcą jednostki specjalnej i jako jeden z nielicznych funkcjonariuszy nie jest skorumpowany. Po sukcesie przeprowadzonej przez niego akcji przeciwko handlarzom narkotyków jego kariera zaczyna nabierać zawrotnego tempa i prowadzi go do coraz głębszego uzależnienia od władzy. To opowieść o władzy, która uzależnia bardziej niż narkotyki, zaspokaja wszystkie pragnienia i sprawia, że nawet najbardziej szlachetny człowiek może stać się uosobieniem zła.

'Macbeth', Jo Nesbø, Wydawnictwo Dolnośląskie, cena: ok. 40 zł "Macbeth", Jo Nesbø, Wydawnictwo Dolnośląskie, cena: ok. 40 zł

Åsa Larsson „Burza słoneczna”

Åsa Larsson to jedna z najpopularniejszych i najczęściej tłumaczonych szwedzkich autorek powieści kryminalnych. „Burza słoneczna” to jej najbardziej osobista, debiutancka powieść, wcześniej wydawana pod tytułem „Burza z krańców ziemi”, która rozpoczyna serię z utalentowaną prawniczką Rebeką Martinsson w roli głównej. W jednym z kościołów dochodzi do brutalnego zabójstwa pastora. Zwłoki odnajduje siostra ofiary, która niezwłocznie zawiadamia policję i znika bez śladu. W śledztwo angażuje się komisarz Anna Maria Mella, w tym samym czasie w rodzinne strony powraca Rebeka Martinsson, prawniczka ze Sztokholmu. Wkrótce na jaw wychodzą tajemnice rodziny pastorów. „Burza słoneczna” to mroczny kryminał, napisany jednak w delikatny, wręcz kobiecy sposób. Powściągliwe, a zarazem metaforyczne i starannie zbudowane opisy sprawiają, że krwawa akcja nie dzieje się na stronach książki, a w wyobraźni czytelnika.

'Burza słoneczna', Åsa Larsson, Wydawnictwo Literackie, cena: ok. 35 zł "Burza słoneczna", Åsa Larsson, Wydawnictwo Literackie, cena: ok. 35 zł

Henning Mankell „Morderca bez twarzy”

Henning Mankell to rewelacyjny dziennikarz, teatralny reżyser i dramaturg oraz genialny pisarz – postać niezwykła i wybitna. „Morderca bez twarzy” to powieść kultowa, a wykreowany przez Mankella komisarz Kurt Wallander to już pewnego rodzaju ikona skandynawskich kryminałów. Jest to książka wydana blisko 30 lat temu, która jednak w żadnym stopniu nie traci na aktualności i nadal można ją odnieść do wydarzeń współczesnego świata. To historia niezwykle brutalnego morderstwa pary staruszków, które prowadzi wspomniany komisarz Wallander. Nie ma motywów, a jedynym śladem jest powtarzane przez umierającą kobietę słowo „cudzoziemcy”. Informacja przedostaje się do prasy, co przynosi rasistowskie akty odwetu. Dodatkowo w okolicy zaczynają się prześladowania imigrantów. Wallander podejmuje trop, pytania się mnożą, a zagadka staje się coraz bardziej zawiła. To lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą poznać skandynawskie kryminały od podszewki.

'Morderca bez twarzy', Henning Mankell, Wydawnictwo W.A.B., cena: ok. 40 zł "Morderca bez twarzy", Henning Mankell, Wydawnictwo W.A.B., cena: ok. 40 zł

  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!

  1. Styl Życia

Ewa Pajor – drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 8/2020).

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.