1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Wszyscy jesteśmy twórcami z natury. Obudź w sobie kreatywność

Wszyscy jesteśmy twórcami z natury. Obudź w sobie kreatywność

Bycie artystą w swoim życiu to głównie zmiana sposobu myślenia, wyjście poza schemat. Czysta przyjemność i zabawa.(Fot. iStock)
Bycie artystą w swoim życiu to głównie zmiana sposobu myślenia, wyjście poza schemat. Czysta przyjemność i zabawa.(Fot. iStock)
Kreatywności nie trzeba się uczyć, wystarczy ją odblokować, obudzić, by móc w pełni realizować swój potencjał. To możliwe w każdym wieku – twierdzi Julia Cameron, autorka bestsellerowego poradnika „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę" – jedyne, co trzeba zrobić, to otworzyć się na siebie.

Jest pani pisarką i autorką scenariuszy filmowych, jednak największą sławę przyniósł pani… poradnik. To sukces, czy na jakimś poziomie czuje się pani niespełniona?
Teraz już mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że to sukces. Czuję się spełniona. „Drogę artysty...” kupiły miliony osób na całym świecie. Byłabym niewdzięczna, nie szanując tego. Ale z początku zupełnie tego nie rozumiałam, nie brałam pod uwagę, że to może być moja główna ścieżka kariery. Czasem trzeba po prostu nie opierać się, tylko płynąć z tym, co się pojawia. Ta sytuacja nauczyła mnie pokory.

Czym tłumaczy pani popularność tej książki?
Udało mi się najwyraźniej dotknąć czegoś ważnego i ponadczasowego. Dziś kreatywność to modne słowo, są setki książek i warsztatów na ten temat. I nic dziwnego – zaczynamy rozumieć, że tworzenie jest naszym największym życiowym powołaniem i wyzwaniem jednocześnie. Wtedy, pod koniec lat 80., borykałam się z poważnym kryzysem twórczym, ale nie było żadnych poradników na ten temat, gotowych recept. A ja czułam się wypalona, nie miałam pojęcia, co mam dalej robić ze swoim życiem. Przestałam mieścić się w systemie, nie godziłam się na to, że prawa rynku sztuki zmuszają artystów do chałtur, robienia rzeczy pod publiczkę. Moja kreatywność gasła dławiona oczekiwaniami z zewnątrz. Próbowałam różnych ścieżek, by odnaleźć siebie, szukałam po omacku, eksperymentowałam na sobie. I powoli coś zaczęło się otwierać, choć niekoniecznie w dziedzinie sztuki. Zaczęłam się dzielić moimi przemyśleniami i ćwiczeniami z grupką znajomych, którzy podobnie jak ja cierpieli na kryzys twórczy. Zareagowali niesamowicie: wszyscy poczuli dopływ sił i zaczęli na nowo tworzyć. Zaczęłam robić takie kursy i miałam coraz więcej chętnych. Po kilku latach wydałam książkę… Zanim się obejrzałam, uczenie innych, jak odzyskać twórczą moc, stało się moim głównym zajęciem.

Podobno nauczyć możemy kogoś tylko tego, co sami przeszliśmy.
Jestem tego pewna. Co ciekawe, niejako przy okazji szukania kreatywności znalazłam się na ścieżce duchowej. Odkryłam, że duchowość i tworzenie są ze sobą nierozerwalnie związane. Otwierając się na duchowość, stajemy się twórcami, a przez tworzenie dotykamy w sobie boskości w jej najgłębszym wymiarze. A jest nią tworzenie właśnie. Przez lata moje rozumienie twórczości ewoluowało. Dziś już nie myślę o artyście jako o kimś, kto tworzy dzieło konkretną techniką. Widzę, że kreatywnym projektem może być rodzina, dom, własny biznes – albo po prostu życie. A sensem życia jest znalezienie swojego środka wyrazu, który pozwoli nam zaangażować siebie w pełni, użyć do tego swoich unikalnych talentów. W tym sensie dążenie do tworzenia jest najgłębszym pragnieniem człowieka. Wołaniem serca, duszy. Wszyscy szukamy twórczego spełnienia, czyli połączenia ze swoją boskością. Choć brzmi to górnolotnie, w gruncie rzeczy jest proste. Myślę, że to właśnie przyciąga ludzi do mojej książki. Proponuję kilka konkretnych kroków, które pomagają to odkryć.

Jakie to kroki?
Najważniejsze są trzy praktyki: dziennik poranny, artystyczna randka i spacerowanie.

To nie brzmi specjalnie twórczo…
Wiele osób tak reaguje. Jak takie zwyczajne rzeczy, w dodatku wcale nieangażujące twórczego potencjału, mają im pomóc rozwinąć kreatywność? A jednak pomagają. Mam na to setki dowodów. To nie polega na jakichś zaawansowanych technikach. Technik i naukowych dowodów domaga się jedynie nasz logiczny umysł. Cały sekret polega na tym, że kreatywność KAŻDY ma w sobie, wystarczy się na siebie otworzyć i jej nie blokować. Ćwiczenia, które proponuję, polegają głównie na tym. Dziennik poranny to nic innego jak codzienne zapisywanie strumienia świadomości. Coś w rodzaju opróżniania głowy z myśli i uświadamiania sobie swojego stanu ducha.

Pani to robi?
Codziennie. Budzę się, idę do kuchni, nalewam sobie duży kubek zimnej kawy, siadam w fotelu i piszę. Uwielbiam te chwile. Duże znaczenie mają dla mnie detale. Kolor atramentu, notatnik, w którym piszę. Dawno zrozumiałam, że musi być odpowiednio duży, żebym mogła się rozwinąć w tym pisaniu. Problem z małymi notatnikami jest taki, że podświadomie ograniczamy rozmach myśli, by się zmieścić na stronie. Lubię, żeby papier był odpowiednio gruby, mięsisty, by długopis nie prześwitywał, lubię fizyczne odczucia, jakie daje mi pisanie w nim. Nie ma w tym nic przypadkowego, nie ma pośpiechu.

Nie używa pani laptopa?
Tylko do pracy. A to coś zupełnie innego – rodzaj medytacji, spotkania ze sobą. Ważne jest pisanie odręczne. To bardziej intymne. Poza tym na komputerze piszemy zwykle wolniej albo szybciej, niż myślimy, co powoduje, że wkrada się do tego procesu analizowanie i ocenianie. A chodzi o to, by w miarę możliwości puścić kontrolę myślenia i spisywać to, co w danej chwili mamy w głowie. Bez cenzury i bez poprawiania. Pisanie dla samego pisania nie ma nic wspólnego ze sztuką. Ale ma wiele wspólnego z miłością. W tym procesie chodzi o bycie akceptującym świadkiem siebie samego. Kiedy zapisuje pani te trzy strony rano – bo to mają być trzy strony dziennie, nie mniej – to jest trochę tak, jakby z miotełką w ręku zaglądała pani do różnych zakamarków siebie i wymiatała stamtąd różne rzeczy. I jednocześnie dawała znać wszechświatowi: to lubię, to mi się podoba, a tamto nie. Tym jestem, a taka nie jestem. Tego chcę, a to mi się nie podoba. W ten sposób wysyłamy telegram do naszych muz, które przynoszą natchnienie. Takie wylewanie siebie na papier przełamuje różne blokady, nie tylko pisarskie. Udrożnia myślenie, otwiera nas na samych siebie, oswaja z tym, co w nas siedzi.

Czyta pani potem te wpisy? Zagląda do nich?
Nie. I nie o to chodzi.

Ale słyszałam, że je pani trzyma. Po co?
Są intymnymi świadkami mnie, zapiskami chwili, a nie wydarzeń, raczej emocji i przemyśleń, potrzeb, stanów ducha. Ale szczerze mówiąc, nie wiem. Mam już kilkadziesiąt takich dzienników. Są pięknie oprawione, jestem do nich przywiązana. Kiedyś myślałam, że przydadzą mi się, kiedy będę pisała pamiętnik czy biografię. Ale już napisałam, a pisząc, nawet do nich nie zajrzałam. Córka ma je spalić po mojej śmierci.

Więc to taka sztuka dla sztuki?
W sumie tak. Po mniej więcej dwóch tygodniach takiego pisania dołączamy kolejne ćwiczenie – artystyczną randkę. Polega na tym, że raz w tygodniu wybiera się pani gdzieś w pojedynkę. To może być muzeum czy galeria, ale też dowolne miejsce zupełnie niezwiązane ze sztuką. Można obejrzeć film, popatrzeć na rzekę z mostu czy poleżeć w parku na trawie i pogapić się w niebo. Jedyny warunek jest taki, by ten czas sprawiał pani radość, przyjemność, żeby doświadczyła pani czegoś nowego. Muszę powiedzieć, że na początku miałam trudności z wymyślaniem tych rzeczy, ale z czasem nauczyłam się uwielbiać moje randki, czekam na nie cały tydzień. Ostatnio byłam na wystawie fotografii, ale jeszcze przed oficjalnym otwarciem, bo autorka jest moją przyjaciółką.

Dlaczego w pojedynkę?
Jeśli idziemy na randkę z kimś, zwykle tej osobie poświęcamy większą część uwagi. A tu chodzi o to, by nawiązać relację ze sobą, zakochać się w sobie, a nie w kimś innym. Chcemy poznać swoje uczucia, reakcje, dowiedzieć się, co lubimy, co jest dla nas ważne, doświadczyć siebie w kontakcie ze światem. I nauczyć się to lubić. Z początku to może nie być łatwe, bo uczono nas, że inni są ważniejsi, więc zwykle skupiamy się na innych. Na ich potrzebach czy samopoczuciu. I nie umiemy być sami ze sobą. Podczas randki uczymy się zadawać sobie te pytania, które zwykle zadajemy komuś: „Jak się bawisz? Co ci się w tym podoba?”. I słuchać własnych odpowiedzi.

Zawsze lubiłam sama chodzić do kina. Moja przyjaciółka powiedziała mi jednak kiedyś: „Nie czujesz, że wszyscy myślą, że nie masz z kim iść?”. Dzięki niej zrozumiałem, że takie chodzenie w pojedynkę może być dla kogoś przekroczeniem wielu wewnętrznych ograniczeń.
Które ograniczają też naszą kreatywność. Trzymają ją pod kontrolą. Warto to sobie uświadomić. Nie ma nic złego w tym, że zjemy obiad w samotności. To może być bardzo przyjemne doświadczenie, pełne smakowania tego, co na talerzu, delektowania się widokami, zapachami. Można obserwować innych ludzi, myśleć o czymś interesującym. Kiedy idzie pani na randkę ze sobą, zaczynają się pojawiać myśli, inspiracje, skojarzenia, przeczucia. Można usłyszeć swój własny głos. Dla niektórych osób to olśnienie. Bo nigdy wcześniej tego głosu nie słyszeli. To droga do zakochania się w sobie, bo jak tu kochać siebie, jeśli nawet nie wiemy, kim jesteśmy? Praktykując dziennik poranny i randki, uczymy się żyć bardziej świadomie. Przełączamy się na inny kanał percepcji. Obok racjonalnego, logicznego głosu zaczynamy słyszeć głos intuicji, wolnych skojarzeń, znaków, przyjemności.

A spacerowanie?
To zwyczajny półgodzinny spacer. Najlepiej codziennie, a minimum dwa razy w tygodniu, by dać sobie czas na integrację tego wszystkiego, co się pojawiło. Spacer jest rytmiczny, angażuje ciało, dotlenia mózg. Można po porostu sobie pochodzić albo iść na spacer z konkretnym tematem. Ja zawsze kiedy mam problem czy trudności z decyzją, idę się z tym przejść. Kiedy wracam – mam gotowe rozwiązanie. Angażując ciało, zaczynam mieć dostęp do pokładów wiedzy inaczej niedostępnych. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale też nie czuję takiej potrzeby. Jest takie angielskie wyrażenie body of knowledge (dosł. ciało wiedzy, czyli całość wiedzy). Mało kto zdaje sobie sprawę, że można to rozumieć dosłownie. W ciele jest ukryta wiedza, świadomość, do której nie mamy dostępu innym kanałem niż poprzez ciało. Zdecydowanie nie jest ona dostępna logicznemu umysłowi. Spacer jest najprostszym sposobem zaangażowania ciała i tej wiedzy w nasze życie. Za pomocą omówionych trzech praktyk można obudzić w sobie artystę. Nie tylko żyć bardziej twórczo i świadomie, ale też realnie odnaleźć w sobie nowe powołanie czy talent. Mnie się to zdarzyło. Kiedy miałam 45 lat, zaczęłam tworzyć piosenki.

Wcześniej pani nie próbowała?
Nie. Nie lubiłam śpiewać, nie znałam zapisu nutowego. Dlatego, kiedy pewnego ranka napisałam w dzienniku zdanie: „Będziesz pisać piosenki”, bardzo się zdziwiłam i dopisałam: „Ha, ha, czyżby?”. Wydawało mi się to oczywiste, że gdybym miała talent muzyczny, wiedziałabym o tym, bo jakoś by się wcześniej przejawił. Okazało się, że nie mam racji. Jakiś czas później pojechałam do przyjaciółki, która mieszka w Górach Skalistych. Siedziałyśmy razem nad potokiem i napawałyśmy się widokami, kiedy usłyszałam, jakby w głowie coś mi śpiewało. To była pierwsza linijka piosenki. A potem pojawiła się reszta. Pomyślałam: „O rety, to cała piosenka!”. Powiedziałam przyjaciółce: „Pomyślisz, że zwariowałam, ale słyszę w głowie piosenkę”. I zaśpiewałam jej. A ona miała ze sobą dyktafon i nagrała to. Sama nie wierzyłam, że to się wydarza. Od tamtej pory piszę piosenki. Są proste, ale dają mi dużo radości. To tworzenie w czystej postaci. Do tej pory nie upubliczniłam ich, nie mam takiej potrzeby. Może umieszczę je kiedyś na stronie. Życie jest niezwykłym doświadczeniem, jeśli się na nie otworzymy. Na moje warsztaty przychodzą ludzie nawet po osiemdziesiątce. Naprawdę nigdy nie jest za późno, by zacząć żyć twórczo i bardziej wyrażać siebie.

Podoba mi się, że tak otwarcie dzieli się pani swoją metodą. Zachęca pani ludzi, by robili takie warsztaty sami.
Napisałam tę książkę właśnie po to, by się tym dzielić. Czułam się artystką, na tym chciałam się skupić, a nie na uczeniu innych. Miałam nadzieję, że kiedy to wszystko spiszę i opublikuję, to się ode mnie odczepią i będę mogła zająć się sobą. Los ma jednak poczucie humoru. Dziś sensem mojego życia jest uczenie. Uwielbiam patrzeć, jak ludzie się budzą. Dla mnie budzenie w sobie artysty to przebudzenie do bardziej spełnionego, soczystego życia. Do radości. Ludzie tego nie rozumieją. Kiedy mówię na warsztacie, że mają do zrobienia jakąś pracę, nie kwestionują tego, tylko robią. Ale kiedy mówię, że chcę, by raz w tygodniu się pobawili, np. wybrali się na artystyczną randkę, pojawia się opór: jaki to ma sens, po co to. Wiele osób odmawia. To dla niech zbyt frywolne, głupie, strata czasu. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że cokolwiek osiągnąć można jedynie ciężką pracą. I trzeba za to zapłacić. Skoro więc zapłacili za kurs, poświęcają swój czas, chcą pracować nad swoją kreatywnością, a nie tracić czas na zabawy. Paradoks polega na tym, że właśnie takie myślenie, zamykanie się na spontaniczność, radość i zabawę najbardziej blokuje naszą kreatywność. Bycie artystą to przecież głównie zmiana sposobu myślenia, wyjście poza schemat. Czysta przyjemność i zabawa.

Julia Cameron – pisarka, poetka, autorka scenariuszy filmowych, żona Martina Scorsese. Pracowała z nim przy trzech filmach. Autorka wielu poradników, między innymi: "Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę" i "Nigdy nie jest za późno na nowy początek". Jeździ po świecie z warsztatami i wykładami pomagającymi ludziom odzyskać kreatywność.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chroniczny stres - jak się od niego uwolnić?

W momencie reakcji stresowej wydzielają się w organizmie różne hormony, np. adrenalina. Organizm przygotowuje się na dwie możliwości - walki albo ucieczki. (Fot. iStock)
W momencie reakcji stresowej wydzielają się w organizmie różne hormony, np. adrenalina. Organizm przygotowuje się na dwie możliwości - walki albo ucieczki. (Fot. iStock)
Czy zdarzało ci się być w ciągłym stanie pobudzenia, kiedy cały czas musiałaś być czymś zajęta? Odpoczynek nie dawał ci przyjemności, a w nocy nie mogłaś spać, bo przychodziło za dużo myśli? Czy trudno ci było wytrzymać z ludźmi, którzy nie spędzają aktywnie czasu? Chciałaś robić coś innego, ale nie mogłaś skoncentrować się na aktualnym zajęciu?

Jeżeli te stany są ci znajome, oznacza to, że możesz przeżywać chroniczny stres.

Chroniczny stres to stan podobny do tego, który nasi przodkowie przeżywali w momencie oblężenia twierdzy. Wówczas nie mogli natychmiast zaatakować przeciwnika, tylko musieli czekać na odpowiedni moment. Ten stan pojawiał się kiedy trzeba było przetrwać noc mimo zagrożenia ataku stada wilków. W takich sytuacjach stan ten był wskazany, ponieważ pomagał skoncentrować wszystkie siły i w odpowiednim momencie podjąć decyzję, żeby wziąć dzidę i zaatakować albo uciec. Najczęściej taką decyzję trzeba było podejmować natychmiast.

W momencie reakcji stresowej wydzielają się w organizmie różne hormony, na przykład adrenalina. Organizm przygotowuje się na dwie możliwości - walki albo ucieczki. W związku z tym zachodzą dodatkowe reakcje fizjologiczne takie jak: przyspieszone bicie serca, płytszy oddech, odpłynięcie krwi do kończyn, skurczenie żołądka. Dlatego w takich momentach trudniej nam się myśli abstrakcyjnie a myślenie kreatywne zostaje wyłączone. W czasach, kiedy fizyczna walka była codziennością, takie przygotowanie było niezbędne, bo zwiększało nasze szanse na przetrwanie. W ciągu paru chwil, najdłużej paru godzin, mogliśmy wykorzystać nasze napięcie w walce lub ucieczce. Potem nastawał czas błogiego odpoczynku i regeneracji. We współczesnych czasach nie jest jednak wskazane reagować fizycznie na sytuacje społeczne. Z tego powodu cały stres, który pierwotnie znajdywał szybkie wyładowanie, zostaje stłumiony do wewnątrz, przeradzając się w chroniczny stres.

Jak temu zapobiec?

Przede wszystkim należy zapewnić organizmowi możliwość wypoczynku. A także przestawić mózg z odbierania na wysokich częstotliwościach fal beta na fale alfa, których doświadczamy w głębokim relaksie. W związku z tym, że naszych napięć nie wyładowujemy na bieżąco, kierujemy je do wewnątrz. Potrzebujemy w takim razie zaopiekować się naszym wnętrzem, wysyłając tam duże pokłady zrozumienia naszego stanu i ciepłych uczuć.

Spróbuj pomedytować nad emocją, którą odczuwasz, do momentu aż powoli się wyciszysz i uspokoisz. Ważne jest, aby skupić uwagę na źródle stresu, a jednocześnie biorąc głębokie wdechy. Głęboki oddech jest sygnałem dla organizmu, że wszystko jest już w porządku. Potem możesz się położyć się na chwilę i pooddychać do różnych części ciała, czując jak napięcie powoli odchodzi. Zauważ, że jak w stanie głębokiego relaksu wraca do ciebie energia i pojawiają się nowe pomysły na kreatywne działanie.

  1. Kultura

Roma Gąsiorowska o emocjach w zawodzie aktora

Roma Gąsiorowska uważa, że zanim zacznie się grać, najpierw trzeba zamknąć drzwi do swojego domu. (Fot. Mieszko Piętka/AKPA)
Roma Gąsiorowska uważa, że zanim zacznie się grać, najpierw trzeba zamknąć drzwi do swojego domu. (Fot. Mieszko Piętka/AKPA)
Aby wiarygodnie pokazać emocje, trzeba je zrozumieć, poczuć, a jednocześnie zachować dystans. – Zanim zaczniesz grać, musisz najpierw zamknąć drzwi do swojego domu – mówi Roma Gąsiorowska. Jej zdaniem dobry aktor musi być też dobry dla siebie. 

Aktorstwo to praca wyłącznie na emocjach?
To przede wszystkim nieustająca praca nad sobą. Weryfikacja tego, czego się boimy, jak siebie czujemy, jak radzimy sobie z wewnętrzną krytyką. To praca nad akceptacją każdego aspektu swojej osobowości poprzez odnajdywanie siebie w postaciach i poszukiwanie, gdzie stawiamy granicę, i to na wielu polach. To umiejętność komunikowania się, wsłuchiwania się w to, kim jesteśmy oprócz tego, że jesteśmy aktorem czy aktorką. Dopiero później przychodzi praca z emocjami. W tym zawodzie potrzebne są duża elastyczność i dyscyplina emocjonalna. Nazywam to dystansem, bo trzeba być gdzieś pomiędzy sobą a rolą, aby umieć oddawać autentycznie emocje postaci, ale nie brać ich z siebie i do siebie, umieć oczyszczać tę energię, która towarzyszy sztucznemu generowaniu emocji, a potem świadomie wracać do wewnętrznej harmonii. To podstawowa umiejętność. Tego nie uczy się w szkołach, no, chyba że w mojej (śmiech).

Zawód, który uprawiam, uczy mnie bardzo dużo. Wiele lat zagłębiania się w psychikę nie tylko moją czy osób, które gram, ale każdego napotkanego człowieka. Aby zagrać wiarygodnie, trzeba nie tylko zrozumieć postać i siebie, ale obserwować innych ludzi i mechanizmy, które rządzą naszymi zachowaniami. Aktor zawsze działa w warunkach trudnych. Jest wystawiony na krytykę, wybebesza się emocjonalnie przed publicznością.

Na czym polega to wybebeszanie się?
Wybebeszaniem się nazywam emocjonalne obnażenie. Nie mamy możliwości skontrolowania wszystkiego, co jest odbierane przez innych podczas wchodzenia w emocje postaci. Trzeba zaufać sobie i bezpiecznie przejść przez ten proces, starając się nie oceniać, ale działać w emocjach. Świadomie się w nich „nakręcać”, szukając prawdy i zbliżając się do postaci. A po wszystkim umieć się wyciszyć i zaakceptować efekt. Przeprowadzić wewnętrzny dialog.

Na reżyserii czy aktorstwie przez długi czas nie było podobno żadnych zajęć z psychologii. Psychologia interesuje się filmem, a film – co dziwne – psychologią nie do końca.
No właśnie, różne mechanizmy psychologiczne powinny być podstawą edukacji każdego aktora i aktorki, ponieważ sami z siebie nie jesteśmy tego świadomi. Oczywiście fajnie jest, jeśli wkręcasz się w swoją rolę, a nawet trochę schizujesz, bo jesteś wtedy dziką artystką, a tego się od nas oczekuje. Ale musisz mieć w tym procesie jakąś autokontrolę i samoświadomość. Inaczej to jest eksperyment na żywym organizmie, który nie wiadomo jak się skończy. Bo zanim zaczniesz grać na serio, musisz najpierw zamknąć drzwi do swojego domu. O tym kiedyś się nie mówiło. Aktorzy byli pozostawieni sami sobie i musieli sobie jakoś umieć poradzić z emocjami, które generowali podczas tworzenia postaci. Jedni radzili sobie lepiej, inni gorzej. Dlatego uważam, że podstawą edukacji artystycznej, bo nie tylko aktorskiej, powinny być narzędzia psychologiczne, aby każdy twórca mógł świadomie rozgraniczyć fikcję twórczą i rzeczywistość. To bardzo pomaga w procesie tworzenia, a przede wszystkim w zachowaniu prawdziwego kontaktu ze sobą w życiu prywatnym.

Ja tego wszystkiego uczyłam się krok po kroku, kiedy miałam możliwości doświadczania siebie w postaciach w przeróżnych okolicznościach. Wzbogaciłam to w narzędzia psychologiczne ze względu na to, że się tym interesowałam, i połączyłam to w autorską metodę pracy. Dlatego osiem lat temu postanowiłam otworzyć własną szkołę. Dziś jestem przekonana, że to był dobry ruch, bo narzędzia wsparcia, świadomości i poczucia własnej wartości, które dajemy naszym studentom, powodują, że oni nie tylko osiągają sukcesy statystycznie większe niż aktorzy po państwowych szkołach, ale jako ludzie stają się bardziej stabilni, pewni siebie i szczęśliwi.

Co według ciebie znaczy to wyświechtane określenie „dbać o siebie”?
Być uważnym i czujnym w stosunku do siebie, obserwować, nazywać, analizować, zmieniać, otwierać, przepracowywać, wybaczać, zamykać, akceptować, wspierać… To też, niezależnie od doświadczeń, wyciągać wnioski i zwycięsko z nich wychodzić; stanąć na nogi i poukładać sobie wszystko w głowie.

Czy dzisiaj wsparcie psychologiczne w pracy aktorki to już standard?
Nie wiem. To kwestia indywidualna, ale chyba już od kilkunastu lat zmienia się ogólna tendencja i społeczeństwo nabiera świadomości. Wiele osób w moim zawodzie przechodzi czy przechodziło swoją terapię, co kilkanaście lat temu nie było tak powszechne. Fajnie, że nasze społeczeństwo bierze się za siebie. Myślę, że moje pokolenie jest pierwszym, które może mieć realny wpływ na swoje życie, używając narzędzi samoświadomości szerzej, niż robiło się to 20 czy 30 lat temu. Mamy dziś wiedzę psychologiczną, czytamy książki, dokształcamy się, rozwijamy. W AktoRstudio prowadzimy m.in. coaching dla aktorów i reżyserów. Coaching przydaje się już na pierwszym etapie rekrutacji do szkoły, kiedy trener rozmawia z młodymi ludźmi o tym, co będzie, jeśli się nie dostaną. Jaki mają plan? Jakie są ich zasoby i alternatywna droga rozwoju?

W jaki sposób pracujesz z aktorami i aktorkami jako coach?
Dzięki temu, że przez kilka ostatnich lat trafiały do mojej szkoły przeróżne osoby z rozmaitymi problemami, na różnych poziomach zamknięcia i z odmiennymi zaburzeniami dotyczącymi poczucia własnej wartości – miałam szansę na wypracowanie uniwersalnych metod. Pracuję już nie tylko z aktorami, lecz także z biznesem, prowadzę warsztaty, spicze motywacyjne i indywidualny coaching. Uskrzydla mnie, kiedy mogę dzielić się wiedzą i doświadczeniem, które powodują, że ludzie dokonują w sobie zmiany. Na moich oczach zdarzyło się to wielokrotnie. Na przykład przy „Córkach dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej pracowałam z dwiema młodymi dziewczynami, które już skończyły szkołę aktorską – Złotą i Srebrną Syreną, czyli Michaliną Olszańską i Martą Mazurek, otwierając je na pracę z ciałem, nagością i kobiecością. Rozgrzebywałyśmy na bieżąco różne emocje i próbowałyśmy stworzyć im na planie odpowiednie warunki po to, żeby dziewczyny mogły wydobyć z siebie to, co mają już zakotwiczone w wyobraźni. To nie jest łatwy proces, szczególnie na początku drogi potrzebujesz w tym jakiejś ochrony, kogoś, kto cię poprowadzi. Prowadzę aktorów przed castingami, daję master­classy przed filmem czy serialem, kiedy budują rolę. Pracuję też z młodzieżą, wspierając rozwój ich poczucia własnej wartości opartego na samoakceptacji, pozytywnej motywacji i umiejętności czerpania z kreatywnego potencjału, który jest w każdym z nas.

A jak ty doszłaś do samoświadomości?
To proces. Składa się na niego wiele elementów: doświadczenia życiowe, ciekawość świata, pasja w dążeniu do wiedzy i poznawania narzędzi psychologicznych, wola życia, wewnętrzny optymizm, determinacja, empatia oraz pokora. To mieszanka cech, które mi pomagają w poznawaniu siebie. Samoświadomość to przecież nie jest raz osiągnięty cel czy cecha, którą można nabyć. To raczej pewna droga do poznawania siebie i zgoda na to, aby ciągle nie wiedzieć jeszcze wielu rzeczy o sobie i o świecie, o ludziach. To gotowość do zmiany i otwartość na pokonywanie trudności. Jestem wielką fanką procesu. Lubię wprowadzać do mojego życia pozytywne zmiany i wciąż się uczyć czegoś, co może mnie wzbogacić wewnętrznie i w czymś pomóc.

Jaką metodą pracujesz najczęściej jako aktorka?
Głównie metodą pracy z wyobraźnią. Wypracowałam własne techniki, które polegają na wyciszaniu wewnętrznego krytyka i selektywnym skupieniu, które nie mają nic wspólnego z psychodramą. Ta metoda jest właśnie po to, żeby od siebie odpocząć i uruchomić wyobraźnię, a nie czerpać nieustannie z siebie. Jest wynikiem głębokiej analizy psychologicznej wszystkich postaci i próbą budowania napięć między nimi. Czyli nie tak jak często wykorzystywana metoda Stanisławskiego, w której filtrujesz wszystkie emocje przez siebie, czerpiąc mocno z własnego doświadczenia. Wiesz, co słyszałam, kiedy byłam jeszcze w szkole? „Roma, twoja mama umarła, to może wykorzystaj to, poczuj to teraz, pokaż nam”... A ja czułam, że tak nie można, to nie jest dobre! Nie da się pracować na swoich trudnych emocjach, używając ich do stworzenia postaci i obnażania publicznie najintymniejszych zakamarków umysłu, bez uszczerbku dla własnej osobowości i psychiki. Zawsze wiedziałam, że muszę ochronić przede wszystkim siebie. Dlatego metody pracy, którymi się dzielę, są nie tylko skuteczne, ale i bezpieczne, a jednocześnie pozwalają wejść bardzo głęboko w emocje, które są wiarygodne. Natomiast nie dotykają prywatności.

W psychologii znany jest eksperyment, który dotyczy mimicznego sprzężenia zwrotnego. Polega na tym, że wkładasz ołówek poziomo do ust i dzięki mimicznej reakcji uśmiechu, angażującej mięsień jarzmowy większy, po kilku minutach czujesz się zadowolona. To pokazuje, że nasz wyraz twarzy czy postawa ciała mogą wpływać na doświadczane przez nas emocje.
No właśnie, w tym wszystkim chodzi o większą świadomość swojego ciała. Bo na przykład stan delirki możesz zagrać na różne sposoby. Możesz się najpierw zastanowić, co czuje człowiek w tym stanie, kiedy to przeżywa. I później dołączasz do tego ciało, zaczynasz się trząść, co dzieje się bardziej mechanicznie. To bliskie metodzie Stelli Adler. Z kolei w metodzie fizycznej wychodzisz od ciała i dopiero wtedy zaczynasz coś czuć, nie uruchamiasz głowy.

Myślę, że każdy aktor i aktorka muszą przejść przez metodę Stanisławskiego, choćby po to, by dowiedzieć się o sobie więcej, ale niekoniecznie muszą tą metodą pracować, na dłuższą metę jest to bowiem zbyt eksploatujące. Moim zdaniem powinni znaleźć coś bezpieczniejszego dla siebie. Te metody działały i były potrzebne wtedy, kiedy w teatrze czy filmie grano jeszcze bardzo sztucznie. Teraz już wszyscy przywykliśmy do tego, że bierzemy z siebie i jesteśmy naturalni. Inaczej się nie da. Dlatego uważam, że edukacja aktorów powinna zostać zaktualizowana. I ja staram się to robić.

Czyli my tu o emocjach, a jednak w pracy aktorki wszystko sprowadza się do fizyczności...
Absolutnie nie! Uważam, że dużym błędem jest myślenie o zawodzie aktorki od strony fizyczności, chociaż rzeczywiście teraz zwraca się na to uwagę. To dobry temat na szerszą rozmowę. Ogólnie myślę, że z powodu kultu piękności i ciała oddalamy się od głębi i od podążania za własną intuicją, nie tylko w aktorstwie. Dlatego warto zwracać uwagę na takie sprawy, jak akceptacja siebie i swojego ciała, warto podkreślać naturalność, warto mówić o tym, że się od siebie różnimy i że to jest cenne. Nie zmieniać swojej urody zgodnie z obowiązującymi trendami i przede wszystkim jej sztucznie nie podkreślać. Podam ci pewien przykład: niedawno widziałam okładkę z Angeliną Jolie, spojrzałam jej w oczy i musiałam zasłonić ręką dół jej twarzy. Bo tylko oczy mówiły prawę.

Roma Gąsiorowska, aktorka, coach, reżyserka, producentka, menedżer kultury, założycielka szkoły aktorskiej AktoRstudio, twórczyni kierunku studiów Manager Sektora Kreatywnego na WSG w Bydgoszczy. Właścicielka W-arte Dom Produkcyjny. Znana z ról w filmach: „Pogoda na jutro”, „Rozmowy nocą”, „Wojna polsko-ruska”, „Ki”, „Sala samobójców”, „Listy do M” czy „Podatek od miłości”. Mama dwójki dzieci, żona aktora Michała Żurawskiego.

  1. Psychologia

Męska duchowość. Na czym polega i dlaczego jest tak ważna? - tłumaczy terapeuta

Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Duchowość to nie duchy. To nasze związki ze światem, z Naturą, z Życiem, z Bogiem, z ludźmi, z czymś większym od nas, co przerasta naszą osobowość, indywidualne cele. Poczucie uczestnictwa w całości życia daje radość i spełnienie. Mężczyźni potrzebują tego jak wody na pustyni – mówi Benedykt Peczko.

„Co sprawia, że w kryzysowych czasach tak dobrze prosperujesz?” – zapytałam zaprzyjaźnionego czterdziestoletniego mężczyznę. Odpowiedział bez chwili namysłu: „Bóg!”. O takich mężczyznach jeszcze nie rozmawialiśmy. Znam wielu mężczyzn, którzy się modlą, medytują, fundują sobie odosobnienie, kierują się wartościami. Jeden z nich, sprzedawca, poproszony na zebraniu zespołu, aby podzielił się tajemnicą swojego sukcesu, odparł: „Działam według wskazówek swojego lamy!”. Ten człowiek nie kopie dołków pod konkurencją, w kontaktach z kontrahentami jest otwarty, troskliwy, działa z intencją pożytku dla ludzi. Dlatego ci, którzy robią z nim interesy, czują się bezpiecznie, mają do niego zaufanie, chcą z nim pracować i polecają go innym. W ten sposób działa też wielu chrześcijańskich liderów i biznesmenów. Oni mówią: „módl się i pracuj, a reszta przyjdzie”. Uczestniczą w rekolekcjach, w dniach skupienia, należą do wspólnot wyznaniowych.

Gdzie oni są? Dlaczego tak mało o nich słychać? Widzimy raczej agresywnych, pozbawionych skrupułów, nastawionych jedynie na zysk zdobywców rynku, od których opędzamy się jak od natrętnych much. Ten styl jest tak wszechobecny, że gdy w jakimś momencie życia w mężczyznach rodzą się wątpliwości, pytają mnie, czy aby na pewno wszystko z nimi w porządku, czy są normalni. Znany psychoterapeuta i trener rozwoju osobistego John Seymour na swoich zajęciach prezentował listę działań, które generują sukces. Przebadani ludzie sukcesu wskazywali na wiele takich działań, jednak niektóre się powtarzały. Na przykład utrzymywanie bliskich relacji z ludźmi, przynależenie do grupy wsparcia, do grona przyjaciół, klubu, organizacji, gdzie panują otwartość i zaufanie, praktykowanie jakiejś ścieżki duchowej, działalność charytatywna, społeczna, systematyczne pomaganie cierpiącym, chorym. Miałem klienta, który raz w tygodniu spędzał kilka godzin w hospicjum. Mówił, że to pozwala mu zachować równowagę: „Dopiero teraz wiem, że moje życie jest pełne. Zapomniałem o tym, że są obszary tak samo ważne jak rozwój zawodowy, kariera, zabezpieczanie siebie i rodziny”. Okazuje się, że robienie czegoś tylko po to, by to robić, i obserwowanie, jak inni z tego korzystają, przynosi spełnienie. Wtedy wiemy, że samo istnienie, bycie ma wartość. Odzyskujemy równowagę między działaniem a byciem.

Chodzi więc o to, by wykonując pracę, mieć poczucie, że służy ona jakiejś wyższej wartości, większej całości. To zasadnicza sprawa. Czy pracuję tylko po to, by się utrzymać, czy także realizuję wartość, na przykład troszczę się o zdrowie innych, mam na względzie ich rozwój, bezpieczeństwo, ochronę. Dla mężczyzn taką wartością może być obrona kraju. W Internecie jest mnóstwo relacji z tak zwanych misji pokojowych. Żołnierze jadą, by służyć pokojowi, a na miejscu przekonują się, że nie chodzi o pokój, ale wręcz przeciwnie. Wtedy najczęściej ich system odpornościowy się załamuje. Gdy znika poczucie głębszego sensu, giną także zapał, motywacja, waleczność.

Jakiś czas temu byłem w Szwajcarii. Z samolotu widziałem czołgi, które wyjeżdżały z lasu. Nie wierzyłem własnym oczom. Co się dzieje? Szwajcaria to pokojowo nastawiony, neutralny kraj. Pytam szwajcarskich znajomych, o co chodzi, a oni mówią, że to szkolenie wojskowe, normalna sprawa. Na przykład kursy strzeleckie są organizowane na okrągło, biorą w nich udział wszyscy zdolni do służby wojskowej mężczyźni. W każdym domu w sejfie znajduje się karabin bojowy. W każdy weekend słyszałem strzelanie. Zwiedzając zabytki, widziałem ćwiczenia ze spadochronem, marsze na azymut itp. Szwajcarzy stawiają się na te szkolenia bez szemrania. Całe swoje życie do emerytury uczą się, jak bronić swojego kraju. Jaka w tym idea? To mały kraj. Gdyby najechało go mocarstwo, przypuszczam, że dosyć szybko by go zajęło. Ale wtedy za plecami okupant ma armię żołnierzy, wchodzi do jaskini lwa, wkłada głowę do ula. Dlaczego Szwajcarzy ponoszą taki wysiłek? W imię wartości. Tą wartością jest ich kultura, historia. Szwajcarię, czyli Confoederatio Helvetica, stworzyły trzy nacje – francuska, niemiecka i włoska. Postanowiły, że tworzą taki kraj, dbają o niego, chronią go.

W literaturze motywacyjnej wielokrotnie opisywany jest przypadek pewnego amerykańskiego agenta ubezpieczeniowego, który odniósł nieprawdopodobny sukces. Sprzedawał polisy na życie. Będąc w szpitalu, ciężko chory, trzy dni przed operacją ubezpieczył jeszcze pielęgniarkę i lekarza anestezjologa. Jak to możliwe? – pytano. Przypuszczano, że musiał znać jakieś pierwszorzędne techniki perswazyjne, mieć szczególnego rodzaju narzędzia wywierania wpływu, manipulacji. Był niski, łysawy, nosił okulary z grubymi szkłami, unikał kontaktu wzrokowego, zacinał się podczas mówienia. Badano, co powodowało, że był skuteczny, był czempionem sprzedaży bezpośredniej. Okazało się, że miał głębokie poczucie misji do spełnienia. Tą misją było ubezpieczenie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych. Ale dlaczego? Żeby mogli być bezpieczni. On jako dziecko przeżył kryzys lat 20. Był świadkiem grozy. Ludzie wyskakiwali przez okna. Jego rodzice borykali się z poważnymi problemami. Wtedy postawił sobie taki cel: trzeba zrobić wszystko, aby uchronić ludzi przed ewentualnymi konsekwencjami kryzysów. Potem to realizował. Realizował wartość, która wykraczała poza osobiste cele, osobiste korzyści. Zarobił mnóstwo pieniędzy, których nigdy nie wydał.

Praca dla dobra publicznego, społecznego nas wzbogaca. Ale tę prawdę obrzydzano nam przez 40 lat poprzedniego systemu. Wyśmialiśmy prace społeczne dla ojczyzny. Wylaliśmy dziecko z kąpielą. Praca dla wspólnoty, społeczności lokalnej, kraju zanurza nas w większym systemie, buduje więź ze światem. To coś, co wykracza poza transakcję, wyobcowanie. Gdy takich działań podejmujemy się regularnie, możemy odkryć, że nie jesteśmy oddzieleni od tego, co poza nami. Że świat nie zamyka się w ciasnych granicach naszej osobowości. Być może odkryjemy też nasze połączenie ze Źródłem, z którego wszystko pochodzi.

Ważne są też nasze więzi z przodkami. Jesteśmy potomkami tych, którzy przeszli niebywale długą drogę i zgromadzili mnóstwo doświadczeń, z których my możemy korzystać. Ta łączność z większym systemem rodzinnym daje siłę, oparcie.

Czym jest duchowość? Mężczyznom kojarzy się raczej z duchami. Gdy czytamy książki popularnonaukowe, referujące ostatnie odkrycia z dziedziny kosmologii, fizyki kwantowej, biologii, wtedy coraz wyraźniej widzimy, jakim cudem jest świat, w którym żyjemy, i jakim cudem my jesteśmy w tym świecie. Odkrywanie cudu świata i naszego udziału w nim jest z całą pewnością doświadczeniem duchowym. Jednak duchowość definiowana jest na różne sposoby. Na przykład dla chrześcijanina to personalna relacja z Bogiem, z Kościołem jako wspólnotą wiernych. Psychologiczne rozumienie duchowości rozwinęli psychologowie egzystencjalni – Viktor Frankl, Irvin Yalom, także psychologowie transpersonalni. Duchowość w ich rozumieniu to obszar ludzkiego życia związany z poszukiwaniem i odkrywaniem ostatecznego, nadrzędnego celu i sensu. Z pytaniami: „Po co? Dlaczego?”. A takich pytań unika się w biznesie. Królują inne: „Jak zrealizować projekt? Jakimi środkami? Jakim kosztem?”. Pytania o sens, o znaczenie tego, co robię, czym się zajmuję, kim jestem, po co tu jestem, jakie jest moje miejsce w tym świecie, są pytaniami z poziomu duchowego. Poprzez takie pytania szukamy swojej najgłębszej tożsamości, rdzenia, wewnętrznej istoty. Tej tożsamości nie da się opisać, sfotografować, ująć w słowa. Jest poza rolami, które odgrywamy.

Realizując projekty biznesowe, nie dotykamy tych spraw. Ale gdy myślimy o projekcie, którym jest nasze życie, wtedy pytania o cel, sens i znaczenie domagają się uwagi. Bez odpowiedzi na nie jesteśmy jak dzieci we mgle, całkowicie zagubieni.

Wyobrażam sobie mężczyznę, który mierzy się z takimi pytaniami i chciałby się tym podzielić. To może być wielkie towarzyskie faux pas, narażenie na śmieszność, wykluczenie. Bo musielibyśmy wejść na obszar nieuświadomiony, wyparty, prześmiany właśnie, zdyskredytowany przez ideologie, mody, style, przez lata materialistycznej propagandy. To wszystko powoduje, że sfera duchowości jest obca i groźna, co najmniej niepokojąca, a często przerażająca. Dlatego tak cenne są wspólnoty ludzi wyznających podobne wartości, gdzie możemy swobodnie rozmawiać, dzielić się swoimi przemyśleniami, odkryciami, współodczuwać, dyskutować o inspirujących lekturach.

Z doświadczenia psychoterapeuty wiem, że trudno zgłębiać duchowe tematy, gdy mamy niepozałatwiane problemy emocjonalne, nie uwolniliśmy się od balastu trudnej przeszłości, nadużyć, przemocy, gdy mamy nierozwiązane konflikty wewnętrzne. Problemy nieuporządkowanego życia wyłaniają się na pierwszy plan, zajmują uwagę i wiążą energię. Najważniejsze pytania są w ukryciu, nie mogą się przebić. Gdy zrzucamy z barków kolejne obciążenia, poszerza się przestrzeń naszej wolności, uwalnia się energia, którą naturalnie kierujemy w stronę spraw wcześniej zaniedbanych.

Pytania o sens i znaczenie są kluczowe. Cóż z tego, że mamy świetny jacht albo okręt o napędzie atomowym i wszystkie środki techniczne potrzebne, żeby płynąć, rozwijać prędkość, gdy nie wiemy, dokąd płynąć, po co i dlaczego.

Niełatwa sprawa z tą duchowością. Na szczęście mężczyźni podejmują ten wysiłek: szukają, pytają, czytają, poszerzają swój indywidualny punkt widzenia, wzmacniają więzi z życiem, z większymi systemami. Biznesmen, który na trzy miesiące wycofuje się z życia zawodowego, żeby posłuchać siebie, skontaktować się z nowymi potrzebami, które doszły do głosu. Właściciel średniej firmy, który regularnie odbywa spotkania ze swoim mentorem duchowym. Pracownik korporacji, który zakłada ośrodki edukacyjne służące młodym ludziom. I tak dalej, i tak dalej. Wiele się zmienia.

  1. Psychologia

Wyobraźnia działa non stop

Wyobraźnia wiedzie tam, gdzie prowadzą nas w danej chwili silne emocje. (Fot. Getty Images)
Wyobraźnia wiedzie tam, gdzie prowadzą nas w danej chwili silne emocje. (Fot. Getty Images)
Albert Einstein powiedział: „wyobraźnia jest ważniejsza nawet od wiedzy”. Dlaczego? Bo wiedza jest ograniczona, a wyobraźnią można ogarnąć cały świat.

Wyobraźnia to pomysłowość, zdolność kreacji obrazów w umyśle, możliwa dzięki umiejętności przypominania sobie doznanych bodźców, a także stwarzania nowych. Wykraczanie myślą poza to, co już znamy. Wyobraźnia działa non stop. Tworzeniu scenariuszy, wizji przyszłości czy rekonstrukcji wydarzeń nie ma końca. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że ten proces w naszych głowach trwa. Możemy weń wkraczać i starać się nim kierować – wtedy nazywamy to marzeniami.

Pramatka ceniła kreatywność

Wyobraźnia wiedzie tam, gdzie prowadzą nas w danej chwili silne emocje. Jest rodzajem wzmacniacza tego, co się dzieje w naszej głowie. Jeśli jesteś poruszony spotkaniem z kimś, jest wielce prawdopodobne, że wciąż będziesz wyobrażać sobie to spotkanie. Im ważniejsze zdarzenie, tym żywiej pracuje wyobraźnia, bo wysokie napięcie emocjonalne pobudza imaginację, inspiruje do budowania różnych scenariuszy dotyczących obiektu napięcia. Trudno jest też wyzwolić się od tych wyobrażeń; najlepszym przykładem są sytuacje budzące w nas lęk (np. trudny egzamin) czy emocjonalne podniecenie (np. kiedy jesteśmy zakochani).

Wyobraźnia wykształciła się jako cecha mózgu w toku ewolucji. Była kolejnym instrumentem umożliwiającym przetrwanie – dzięki niej człowiek potrafił przewidzieć, że np. uderzenie kamieniem o kamień pozwoli wykrzesać iskrę. Ale ta cecha przez wieki rozwijała się także z innego powodu: według niektórych koncepcji antropologicznych ogromną rolę w rozwoju wyobraźni, szczególnie jej męskiego, bardzo kreatywnego odpowiednika odegrały... kobiety! Zgodnie z tą tezą kobiety wybierały mężczyzn bardziej twórczych, taki mężczyzna nie tylko umiał szybko rozpalić ognisko, a więc zagwarantować kobiecie i jej potomstwu bezpieczeństwo, ale też potrafił pięknie przyozdobić ciało – a może ozdabiał ściany jaskini rysunkami bawołów? To był dla kobiety sygnał, że ten mężczyzna coś szczególnego umie. Kreatywność była cechą preferowaną w trakcie rozwoju gatunku.

Nie zmieniło się to od epoki kamienia łupanego: człowiek wciąż nieźle prosperuje dzięki temu, że może w wyobraźni przygotować się do różnych zdarzeń, że może „na sucho” sprawdzać różne scenariusze; prześledzić, co się może zdarzyć i jak się do tego przygotować. Wyobraźnia pozwala nam „bez brudzenia sobie rąk” dotknąć czegoś, co może nadejść; zaplanować, przygotować się, zabezpieczyć. Dzięki temu procesowi tworzymy wizję przyszłości, obserwujemy ją wewnętrznym okiem i… możemy zmniejszyć nasze lęki. Bo jeśli ktoś potrafi spokojnie, siedząc w fotelu, przy herbatce wyobrazić sobie w detalach przyszłą nieprzyjemną okoliczność, w pewnym stopniu ma tę sprawę za sobą. Uzmysłowienie sobie najgorszych rzeczy, które być może nastąpią, pozwala przetrwać je w „laboratoryjnych”, bezpiecznych warunkach i powoduje efekt znużenia lękiem. Najgorsze są nowe sytuacje, kiedy nie wiemy, jak się zachować. Przeżycie czegoś w wyobraźni sprawia, że warunki już nie są nowe, a przez to stają się mniej przerażające. To znacznie przytępia lękowi jego ostrze.

Wyobraźnia, rozumiana jako fantazja lub kreatywność, to więcej niż tylko praktyczne zastosowanie zdolności imaginacyjnych. Fantazja jest czymś nad wyobraźnią nadbudowanym; jest efektem rozwijania wyobraźni w kierunku jej nietypowego używania. To owoc oderwania wyobraźni od codzienności, od przewidywania tego, co jest najbardziej prawdopodobne, i krok w stronę konstruowania czegoś nowego,  mniej realnego.

Wszyscy mają wyobraźnię…

…ale nie wszyscy jednakową. To, jak jej używamy, zależy od wielu czynników. Wpływa na to typ pracy naszego układu nerwowego, dotychczasowe doświadczenia, rozwój emocjonalny, ale też mniej „znaczące” zjawiska, jak choćby ciśnienie czy wilgotność powietrza albo to, co zjedliśmy poprzedniego dnia. Na pracę wyobraźni wpływa to samo co na ogólny stan emocjonalny. Mamy obniżony nastrój? Wyobraźnia będzie nam podsuwać ponure wizje. Mamy świetny humor? Wizje będą energiczne i optymistyczne.

Dlaczego o jednej osobie można powiedzieć „człowiek z wyobraźnią”, a inna wydaje się jej pozbawiona? Żywiołowość i sposób pracy wyobraźni są po części cechami wrodzonymi. Ale obserwacje psychologów nie pozostawiają też żadnych wątpliwości, że ogromny wpływ na rozwój zdolności imaginacyjnych dziecka ma środowisko, w którym dorastamy. Większą zdolność i skłonność do zabaw z wyobraźnią wykazują dzieci, które spędzają więcej czasu na wspólnych zabawach z rodzicami, w tym także na opowiadaniu sobie bajek i historyjek (przez obie strony).

Wymagania wobec fantazjowania

Wszyscy przechodzimy trening społeczny, który służy temu, by ukrócić fantazjowanie. Dla społeczeństwa ważne jest bowiem, by każdy jego członek wykorzystywał swój fantastyczny potencjał dla dobra społeczności. Życie społeczne, codzienność, przyjmowanie różnych ról ograniczają i ukierunkowują używanie wyobraźni. W dorosłym rozumieniu powinna czemuś służyć. Czy pójdziemy drogą artysty, naukowca, czy konstruktora, znajdziemy mnóstwo możliwości użycia wyobraźni w społecznie twórczy, uznany sposób. Jeśli wyobraźnia niczemu nie służy i w dorosłym życiu zachowuje cechy dziecięcej fantazyjności, daje pewną lekkość, ale nie daje szczęścia.

Kiedy dojrzewamy, maleje rozdźwięk między tym, co możliwe, a tym, co prawdopodobne. Jeśli nie ma takiego rozróżnienia, fantazja spycha nas w życie pełne nierealnych pomysłów i oczekiwań – i w efekcie nieszczęśliwe. Wymykająca się spod kontroli wyobraźnia może stać się źródłem udręki, gdy w pewnym momencie postrzegasz coś groźnego w zwykłej kupce liści. Taką tendencję mają wszyscy ludzie, ale gdy staje się tak silna, że zaczyna utrudniać życie, kiedy wszystko wydaje się ponurym znakiem, należy zachować czujność, zasięgnąć porady lub nawet zwrócić się o pomoc fachowca. W przeciwnym razie można się zbliżyć do psychozy czy urojeń i wchodząc do tramwaju, słyszeć, jak szum głosów rozmawiających ludzi układa się w szept, w którym wyraźnie powtarza się nasze imię...

Zenon Iwanowski psycholog o specjalności psychologia kliniczna – neuropsychologia, interesuje się szczególnie filozoficznymi i psychologicznymi podstawami badań nad świadomością. Jeden z założycieli Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces.

  1. Psychologia

Fantazjowanie pomaga nam w życiu - przekonują twórcy psychologii zorientowanej na proces

Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Zdarza ci się odpływać myślami podczas zebrania? Nie karć się za dziecięce roztargnienie. Według Amy i Arnolda Mindellów, propagatorów psychologii procesu, śnienie na jawie sprawia, że stajemy się bardziej kreatywni i lepiej rozwiązujemy konflikty.

Według badań naukowców z Izraela ludzie, którzy dużo fantazjują, są bardziej empatyczni. Arnold: Ja bym ujął to tak: ludzie, którzy dużo śnią na jawie i cieszą się z tego, mają wysoki poziom empatii. Generalnie wszyscy śnimy na jawie, chociaż większość z nas ten fakt wypiera. Amy: Nie wszyscy też zauważają swoje śnienia albo dochodzą do wniosku, że nie mają one żadnego znaczenia. Arnold:
Powiem więcej, im mniej fantazjujemy, tym bardziej jesteśmy podatni na różne uzależnienia. Narkotyki czy alkohol pomagają oderwać się od rzeczywistości tym, którzy nie potrafią tego zrobić w inny sposób.

Czy sytuacja, w której zawieszam się, gapiąc się bezmyślnie w jakiś punkt, to także śnienie na jawie? Arnold:
Tak. Twój mózg wyłącza się i zaczynasz fantazjować.

Jak często to robimy? Arnold:
Wielokrotnie w ciągu dnia. Prawdopodobnie przynajmniej raz na dwie godziny.

A czy nie jest tak, że śnimy na jawie wtedy, gdy się nudzimy? Arnold:
To prawda. Śnienie może przegonić nudę. Dodałbym też, że każdy śni na jawie, bez względu na to, czy lubi swoją pracę, czy też nie. Fantazjowanie jest spontaniczne. Ktoś może być bardzo zainteresowany pisaniem artykułu na komputerze i nagle, nie zdając sobie z tego w pełni sprawy, zacząć bujać w obłokach. W efekcie tego np. sprawdza coś na Facebooku.

Dlaczego to robimy? Arnold:
Ponieważ jesteśmy świadomymi istotami ludzkimi. Część z nas robi to notorycznie, cały długi dzień.

Jak to cały!? Arnold:
Jeśli żołądek boli cię od rana i myślisz, że to tylko ból i nic więcej, to jesteś w błędzie. To może być związane z kwasem żołądkowym, zaś ten może wydzielić się w wyniku śnienia w nocy o czymś ostrym, spiczastym, wręcz bolesnym. Czujesz ten sen w swoim żołądku, więc śnisz na jawie cały ten czas. Jeśli nie spoglądasz w swoje sny, nie analizujesz ich, to szybko przekształcają się one w sygnały płynące z ciała.

Czy to sny wywołują dolegliwości w organizmie, czy też problemy zdrowotne wywołują sny? Arnold:
I tak, i tak. Czasami trudno stwierdzić, co było pierwsze.

O czym ludzie fantazjują? Amy:
Jest wiele odpowiedzi na to pytanie. Postrzegamy siebie jako osobę, która np. w danej chwili jest bardzo zajęta albo zmęczona. Proces śnienia wywołuje w głowie stany lub rzeczy, których w danej chwili potrzebujemy. Przykładowo po naszym wywiadzie pan może zacząć fantazjować o obiedzie albo o pięknych kwiatach, które przypadkowo zwróciły pana uwagę.

Czyli fantazjujemy o zwykłych, codziennych rzeczach? Amy:
Tak. Tych, których w danej chwili potrzebujemy. Część naszego ja może być zmęczona albo głodna – stąd ten obiad czy coś wesołego, relaksującego. A część, której nie jesteśmy świadomi, może mieć potrzebę piękna – stąd te kwiaty. Tego, czego nam brakuje, próbujemy doświadczyć właśnie poprzez śnienie na jawie.

Jestem zaskoczony, bo myślałem, że śnimy na jawie o rzeczach, które są dla nas nieosiągalne. Że śnienie na jawie to także forma wyrzucania z siebie jakichś złych emocji – jako dziecko kiedyś fantazjowałem o sprawiedliwości wymierzonej starszym chłopakom, którzy krzywdzili słabszych. Arnold:
Niektórzy fantazjują o rozwiązaniu problemów, np. ktoś został okradziony i fantazjuje o tym, że odzyskuje te rzeczy w zdecydowany sposób. Ale śnienie na jawie wychodzi daleko poza to myślenie życzeniowe. Jest ono kształtowane przez pierwsze sny z dzieciństwa. Najwcześniejszy sen, jaki pamiętasz, organizuje – jak jakiś system w mózgu – wiele snów i śnień na jawie. Aż po ostatnie pięć minut twojego życia. I w ten sposób na nie wpływa.

Naprawdę? Skąd pan to wie? Arnold:
Bo pracujemy z ludźmi, którzy są bardzo bliscy śmierci. Oni wspominają wówczas te pierwsze sny z dzieciństwa. Przykład: pewien mężczyzna pamiętał, że w jego pierwszym śnie dwie siostry podeszły do jego łóżka, a on się wtedy obudził. Jak pan sądzi, co wydarzyło się tuż przed śmiercią tego mężczyzny?

Pewnie coś, co ma związek z tymi siostrami. Arnold:
Tylko on nie miał sióstr. Sprowadził więc dwie kobiety do swojego łóżka tylko po to, by potrzymać je za ręce. I krótko potem zmarł. Byliśmy przy tym z Amy. Podobnych sytuacji widzieliśmy wiele. Stąd wniosek – pierwszy sen, który pamiętasz, organizuje wiele z twoich fantazji, śnień. Jest jak mityczny wzorzec.

Byłem kiedyś na warsztatach Instytutu Eriksonowskiego, organizowanych dla menedżerów, biznesmenów. Tam powiedziano mi, że sytuacje, w których nagle zapatrujemy się ślepo w przestrzeń, odpływamy od rzeczywistości, można wykorzystać do zwiększania swojego potencjału, np. w pracy. Czy psychologia zorientowana na proces także potrafi spożytkować takie chwile do zwiększania naszych możliwości? Amy: Oczywiście. Pracujemy często z terapeutami. Jeśli są mocno zablokowani, to wprawdzie starają się dobrze wykonywać swoją pracę, ale im się to nie udaje. Muszą coś zmienić w sobie. W takiej sytuacji prosimy ich, by na chwilę dali odpocząć swojemu mózgowi, poczuli Ziemię, Wszechświat, to, co krąży wokół ich umysłów. By wyłapywali te myśli, marzenia, fantazje, które się pojawią, wszelkie nowe pomysły, idee, które do nich napłyną. Takie ćwiczenie jest dobrym źródłem kreatywności. Arnold:
Podam przykład ćwiczenia, które zastosowałem, pracując z wysokiej rangi urzędnikami. Chcieli mojej pomocy, bo narastał pomiędzy nimi konflikt. Poprosiłem, by co najmniej przez minutę rozluźniali mięśnie szyi i ramion, zrelaksowali się. Takie warunki sprzyjają śnieniu na jawie. Powiedziałem im, by zwrócili uwagę na myśli, jakie pojawiają się w ich głowach podczas tej chwili relaksu. Jeden z nich stwierdził, że faktycznie rozmarzył się i zobaczył siebie siedzącego nad rzeką. Wtedy poprosiłem wszystkich, by zaczęli udawać, że są nad rzeką i łowią ryby. Podczas tego ćwiczenia z przyjemnością udawali wędkarzy i zapomnieli na pewien czas o konflikcie. Dopiero wówczas wróciliśmy do tematu i w dyskusji znaleźliśmy rozwiązanie problemu.

Jeśli dobrze rozumiem, opowiadając innym o swoich snach na jawie, otwieramy się na nich i zacieśniamy relację, bo mówimy o rzeczach bardzo prywatnych? Arnold:
Śnienie jest dla ciebie, ale jeśli używasz go w biznesie albo innych relacjach, to wtedy otwierasz przestrzeń między sobą a innymi.

Dzieci fantazjują znacznie częściej niż dorośli. Dlaczego? Amy: Gdy dorastamy, zakładamy, że będziemy taką a taką osobą. Dzieci jeszcze tego w sobie nie zbudowały, więc mają łatwiejszy dostęp do snów, dość swobodnie płyną od jednego śnienia do drugiego. Robią to szybko i bardziej świadomie niż dorośli. Arnold:
Dlatego też odmianą rodzicielskiego napomnienia „dorośnij wreszcie” jest: „przestań marzyć”. Czyli: bądź realistą, stań twardo na ziemi! W Australii nauczyciele zwykli karać aborygeńskie dzieci za to, że te śniły na jawie. Bo, w przeciwieństwie do Aborygenów, kultura europejska nie rozumie potrzeby fantazjowania.

Czyli rodzice powinni pozwalać dzieciom na bujanie w obłokach, bo to im pomaga? Arnold:
Nie tylko im. Także rodzicom. Oni również potrzebują takich fantazji. Śniąc na jawie, dzieci otwierają przestrzeń między sobą a rodzicami. Dzieci mogą też pokazać dorosłym, jak to robić – to także może poprawić ich relacje.

W latach 50. w USA mówiono rodzicom, by nie pozwalali dzieciom na fantazjowanie, bo to może doprowadzić je do psychozy lub neurozy. Amy:
Pamiętam przypadek małego dziecka, które leczyliśmy w naszej klinice na wybrzeżu w stanie Oregon. Kilkulatek miał tak ciężką astmę, że gdy dostawał ataku, od razu musiał jechać do szpitala. Posadziliśmy go w środku koła dużej grupy i poprosiliśmy, by bawił się zebranymi tam zabawkami. Wybrał pacynkę Dartha Vadera (negatywny bohater „Gwiezdnych wojen”, usosobienie zła i siły – przyp. red.). Z początku trochę się bał. Zachęcaliśmy go do fantazjowania, że jest Darthem Vaderem, że ma w sobie dużo siły. I tak się stało – podczas śnienia na jawie poczuł tę siłę. Po tym ćwiczeniu jego napady astmy osłabły. Doświadczał tej choroby jako siły, która naciskała na jego klatkę piersiową, utrudniała mu oddychanie. Dzięki śnieniu na jawie w trakcie zabawy odzyskał swoją siłę i uwolnił się od tego nacisku.

Czytałem, że śnienie na jawie może także pomóc w utrwalaniu nauki. Arnold:
Stan zrelaksowania na pewno pomaga w nauce. Zanim stworzyłem POP, moim terapeutą był siostrzeniec Junga. Nim został lekarzem, strasznie obawiał się egzaminów na studiach. Zapytał więc wuja, co zrobić, by się nie denerwować. „Weź apteczkę i połóż ją pod poduszką”. Zrobił tak i zdał wszystkie egzaminy z doskonałymi notami. Ale nie zapewniam, że ten sposób daje 100 proc. gwarancji sukcesu (śmiech).

Dr Arnold Mindell: amerykański fizyk i psychoterapeuta, w latach 70. stworzył psychologię zorientowaną na proces (POP), obecnie popularną metodę psychoterapeutyczną. O POP, snach i pracy z ludźmi napisał 21 książek, które przetłumaczono na 27 języków.

Dr Amy Mindell: psychoterapeutka, propagatorka POP, znana z pracy z ludźmi w stanie śpiączki oraz wykorzystywania sztuki w terapii. Poświęciła temu kilka książek. Prywatnie żona Arnolda Mindella. Razem prowadzą warsztaty i szkolenia na całym świecie.