1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Życie na dalekiej północy: Spitsbergen

Życie na dalekiej północy: Spitsbergen

Spitsbergen, Norwegia (fot. iStock)
Spitsbergen, Norwegia (fot. iStock)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Ilona Wiśniewska wspomina pierwszy rok w Norwegii jako najbardziej samotny w swoim życiu. Od tego czasu minęło już sześć kolejnych lat. Nauczyły ją nienarzekania, przyniosły miłość i dwie książki. W niezamierzony przez autorkę sposób „Białe” i „Hen”  stały się swoistymi przewodnikami dla podróżujących na Północ.

Co cię zaskoczyło w Spitsbergenie, największej wyspie Norwegii, gdy byłaś tam pierwszy raz?

Przygotowując się do wyjazdu, przeczytałam, że zimą jedynym źródłem naturalnego światła jest tam księżyc.

I jest naprawdę?

Światło wszystko ustawia, niezależnie od pory roku, bo tam zawsze jest zimno. Pamiętam lato na Spitsbergenie, gdy słońce świeciło mocniej, a temperatura dochodziła do kilkunastu stopni. Wówczas, a pracowałam wtedy w muzeum, razem z kolegami wynosiliśmy stoły na zewnątrz i robiliśmy wspólne lunche. Tak świętowaliśmy ciepłe dni, siedząc w słońcu.

Co było dla ciebie najtrudniejszym doświadczeniem przez pierwszy rok pobytu?

To był najbardziej samotny rok w moim życiu, choć nigdy nie bałam się samotności. Jednocześnie sporo się wydarzyło: poznałam wielu ludzi, zaczęłam nowy związek, z moim obecnym mężem. Na początku wyidealizowałam sobie obraz Północy. Wydawało mi się, że zamieszkam w małym domku i zaraz coś napiszę. Nie myślałam, że ten domek trzeba najpierw ogrzać, odkopać ze śniegu, załatwić wodę, i jeszcze coś przeżyć, żeby mieć coś mądrego do napisania. Życie na Północy to dobre ćwiczenie na dzielność.

A wszechobecna ciemność?

Obawiałam się trochę nocy polarnej, bo od dziecka bałam się ciemności, a na Spitsbergenie mieszkałam w ostatnim domu, na końcu ulicy, pod górą, gdzie nie dochodzi światło dzienne. Ale okazało się, że ja się w ciemności najbardziej boję drzew, a jeśli jest pusto, to lęk mija. Poza tym ciemność na Północy jest względna, bo przecież wszystko jest pokryte śniegiem. A do tego jeszcze mamy zorzę polarną, więc nigdy nie jest kompletnie ciemno. W ciemności widać najdrobniejsze różnice w wyglądzie nieba, na przykład to, że w styczniu jest ono już nieco inne, a to znak, że niedługo pojawi się słońce.

Przyszła noc polarna i...?

Przestawiłam się na tryb odbierania świata innymi zmysłami. W pewnym momencie przywykłam do ciemności tak bardzo, że gdy rozmawiałam z siostrą przez kamerkę w komputerze, to przeszkadzało mi światło dzienne, które u niej widziałam. Podczas nocy polarnej ciekawie jest obserwować, jak działa organizm,  jak zwalnia obroty.  Pierwsze ciemne dni witam z  ekscytacją, na stolikach w kawiarniach stawiają świeczki, robi się nastrojowo. Na początku nocy zwykle więcej śpię, a pod koniec cierpię na bezsenność, wolniej pracuję. Każdy reaguje inaczej, ale społeczność jest wyrozumiała. Doświadczenie nocy polarnej jest o tyle niezwykłe, że wtedy okazuje się, ile dzieje się w naszej głowie. Gdyby jeszcze brakowało dostępu do Internetu, byłoby idealnie (śmiech).

Wyobrażam sobie, że życie na Północy płynie zdecydowanie wolniej, nie ma pędu od deadline'u do deadline'u.

Aż tak dobrze nie jest, niektórych gonią deadline'y.  Ale na przykład nie spędzasz godzin na dojeździe do pracy, bo są krótkie dystanse. Znasz okolicznych ludzi i wiesz, że pomogą ci w razie potrzeby. O wiele łatwiej się tam żyje. Spitsbergen to zamknięta, modelowa społeczność na końcu świata, gdzie ludzie przede wszystkim się szanują. Nie ma znaczenia, skąd jesteś czy jaką religię wyznajesz, tylko kim jesteś dla tej wyspy, co możesz jej dać. To są względnie otwarte ramiona – musisz udowodnić, że się przydasz tej wyspie. Gdy mieszkałam na Spitsbergenie, chciałam chodzić na zajęcia jogi, ale nie było instruktorów. Kiedy teraz odwiedziłam wyspę, okazało się, że są trzy nauczycielki jogi, bo akurat takie osoby przyjechały.

Czego się dowiedziałaś tam o sobie samej?

Na przykład w Polsce zawsze miałam kłopoty ze zdrowiem, a tam się okazało, że w ogóle nie choruję. Jest to pewnie związane z   powietrzem. Tam się po prostu dobrze oddycha, a na dodatek świetnie biega, więc nie wypada się nie ruszać, w rezultacie wszyscy są aktywni. Tak sobie myślę, że życie na Północy to dobra inwestycja w starość.

Taka młoda kobieta już myśli o starości?

Posiwiałam trochę, w końcu mieszkam tam siedem lat, jestem kobietą po trzydziestce, czyli według dawnych podziałów – panią w średnim wieku, i czasem tak się czuję, ale lubię to uczucie. Moje podejście do życia ukształtowała cukrzyca, na którą choruję od 10 roku życia. Jeśli w tym wieku słyszysz, że do śmierci będziesz brała zastrzyki i że masz spokojnie żyć, najlepiej pracując za biurkiem, to reagujesz buntem. Jestem tam, gdzie jestem, właśnie dzięki mojej chorobie. Poza tym Północ uczy cierpliwości – świadomość, że słońce pojawi się dopiero za cztery miesiące, to prawdziwa lekcja pokory. Norwegowie nauczyli mnie też nienarzekania.

„Białe” to książka o Spitsbergenie. Napisałaś ją i zostawiłaś wyspę za sobą. Czemu zrezygnowałaś z życia w, jak mówisz, modelowej społeczności?

Mieszkałam już wówczas pięć lat na Spitsbergenie i miałam bardzo fajne życie. Pracowałam z najlepszą przyjaciółką w tamtejszym muzeum, katalogowałam znaleziska archeologiczne z  XVIII wieku. Ale czułam, że potrzebuję czegoś nowego, zmiany. Teraz zdarza mi się tęsknić za Spitsbergenem. Jeżdżę tam, gdy tylko mam możliwość, ale cieszę się, że tam nie mieszkam.

Na temat drugiej książki – „Hen” – wybrałaś Finnmark, daleką norweską Północ, gdzie nawet autochtoni nie zaglądają.

To prawda, nawet Norwegowie nie interesują się tym regionem. A jednocześnie większość spotkanych przeze mnie Norwegów, w  tym mój mąż, pochodzi właśnie z Północy. Chciałam napisać o  tym odtrącanym przez resztę kraju regionie i o  ludziach, którzy mają ważne opowieści do przekazania, ale w większości są już wiekowi, więc za chwilę umrą i nikt nie będzie o nich pamiętał. To był trudny czas z wielu względów. Kiedy pisałam „Hen”, umarł jeden z bohaterów książki, zresztą mój teść. Mocno też przeżyłam historie niektórych osób. Północ sprawiła, że poczułam się staro, jakby tam nie wypadało być młodym. Było mi ciężko emocjonalnie, ale i fizycznie. Ta książka zostawiła we mnie ślad.

W dodatku, niczym bohaterka filmu Alfreda Hitchcocka, zamieszkałaś sama w częściowo opuszczonym domu w Vardø. Dość ponura sceneria.

Tak, ten stary dom był naprawdę straszny. W nocy drewniane ściany i dach wydawały dziwne dźwięki, wiatr świszczał w szparach, a ja nie mogłam spać. Pamiętam, jak śnieg uderzał w okna, a ja słuchałam głosu Wiktora Zborowskiego czytającego „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa i myślałam, że oszaleję. Ostatnie strony książki napisałam po czterech dobach bezsenności.

Czego oczekujesz od swoich bohaterów, oprócz historii z przeszłości?

Na pewno nie oczekuję, że powiedzą mi prawdę. Oczekuję, że powiedzą mi to, czym chcą się ze mną podzielić. Ja w zamian zawsze opowiadam im o sobie. Norwegowie z Północy podchodzą do mnie życzliwie, bo mówię w ich dialekcie i jestem ciekawa tego, co mają mi do powiedzenia. Zwłaszcza starsi mieszkańcy chętnie się otwierają, na co zawsze czekam, bo oni mają czas i byli świadkami prawdziwej wielkiej historii.

Podobno zawsze chciałaś pisać, tylko nie miałaś o czym. W Norwegii to się zmieniło.

Pisanie książki to był dobry sposób na to, żeby poznać ludzi, ale też oswoić i lepiej zrozumieć miejsce, w którym mieszkam. No bo jak opowiedzieć komuś, kto nigdy nie był na Spitsbergenie, co to znaczy, że słońce po raz ostatni jest widoczne na niebie w danym roku? Jak opisać ten moment radości, kiedy wydawało się, że dzisiaj już się słońce nie pojawi, a ono się jednak pojawia – co prawda tylko na dziesięć minut i  nie grzeje, w ogóle bez sensu to słońce, ale wiesz, że następny raz będzie dopiero za cztery miesiące!

Wiesz, że 98 procent Polaków, których w zeszłym roku spotkałam na Spitsbergenie, przyjechało tam z moją książką? Traktują ją jak przewodnik, choć nie było to moją intencją. Jak widać, na własnym przykładzie doświadczyłam tego, że literatura ma moc inicjującą do działania.

Od niemal roku mieszkasz w Tromsø, największym mieście na północy Norwegii. Miła odmiana po skutej lodem Północy?

Przede wszystkim tu czuć zapachy, na Północy tego nie uświadczysz. Pierwszy raz w  życiu mieszkam z  widokiem na drzewa. Przed domem mam klon, dwie brzozy i jarzębinę. Wspaniale jest patrzeć, jak zmieniają się kolory liści, jakie ptaki i kiedy przylatują. To dla mnie nowe doświadczenie.

Życie musi tam jednak płynąć wolniej, skoro jest czas na obserwacje przyrodnicze.

We dwoje z Birgerem, moim mężem, spędzamy dużo czasu na obserwacji przyrody, ale ma to związek z naszą pracą. Oboje piszemy i fotografujemy, Birger przez lata był redaktorem naczelnym gazety na Spitsbergenie. Pamiętam pierwsze tygodnie w naszej hytcie*.  Hytty z założenia są malutkie, nasza ma 50 metrów, więc jest naprawdę spora, ale i tak, zamknięta w niej nieraz przez kilka dni z rzędu, czułam się jak zwierzę w klatce, zwłaszcza podczas nocy polarnej. Musiałam nauczyć się cieszyć z powolnego picia kawy i patrzenia, jak księżyc niespiesznie przesuwa się nad horyzontem. Na Północy zaczynasz na nowo postrzegać czas.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Seriale skandynawskie - przegląd produkcji szwedzkich, norweskich i duńskich

"Most nad Sundem" to jeden z najpopularniejszych i zarazem najlepiej ocenianych skandynawskich seriali. Główni bohaterowie, inspektor Martin Rohde oraz policjantka Saga Noren, badają okoliczności tajemniczego morderstwa, do którego doszło na moście między Danią a Szwecją. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Kino ze Skandynawii od lat cieszy się uznaniem na całym świecie. Okazuje się jednak, że nie tylko filmy z tego regionu Europy są warte uwagi. Dziś polecamy wam najlepsze skandynawskie seriale. W naszym zestawieniu znajdziecie produkcje kryminalne, obyczajowe i komediowe dostępne w polskich serwisach streamingowych. 

Kino ze Skandynawii od lat cieszy się uznaniem na całym świecie. Okazuje się jednak, że nie tylko filmy z tego regionu Europy są warte uwagi. Dziś polecamy wam najlepsze skandynawskie seriale. W naszym zestawieniu znajdziecie produkcje kryminalne, obyczajowe i komediowe dostępne w polskich serwisach streamingowych. 

Seriale szwedzkie

"Most nad Sundem" (4 sezony) - vod.pl

Na moście między Danią, a Szwecja znaleziono ciało. Sprawa zostaje przydzielona dwójce śledczych z graniczących ze sobą krajów. Duński inspektor Martin Rohde oraz szwedzka policjantka Saga Noren szybko odkrywają, że doszło do nie jednego, a dwóch zabójstw. Okazuje się, że górna część ciała należy do znanego polityka, natomiast dolna do prostytutki, a celem zabójcy jest zwrócenie uwagi na bagatelizowane problemy społeczne.

Szwedzki serial 'Most nad Sundem' dostępny jest na vod.pl. (Fot. materiały prasowe) Szwedzki serial "Most nad Sundem" dostępny jest na vod.pl. (Fot. materiały prasowe)

"Kalifat" (1 sezon) - Netflix

"Kalifat" to jedna z najmocniejszych i zarazem najbardziej wciągających produkcji na Netflixie. Planowany atak ISIS na Szwecję łączy losy trzech szwedzkich muzułmanek: matki na zakręcie Pervin, natchnionej studentki Sulle i ambitnej policjantki Fatimy. Ten świetnie napisany dreszczowiec trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty i pozostaje z widzem jeszcze długo po seansie.

Szwedzki serial 'Kalifat' dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe) Szwedzki serial "Kalifat" dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe)

"Gösta" (1 sezon) - HBO GO

"Gösta" to słodko-gorzka opowieść o młodym psychologu dziecięcym, który rozpoczyna swoją praktykę zawodową w małej miejscowości na prowincji. Przeprowadza się tam ze Sztokholmu i wynajmuje mały domek pośrodku lasu. Bohater chce być najlepszym człowiekiem na świecie i pomagać wszystkim napotkanym na swojej drodze ludziom. Czasami mu to wychodzi, ale zdarza się też, że nic nie idzie po jego myśli…

Szwedzki serial 'Gösta' dostępny jest na platformie HBO GO. (Fot. materiały prasowe) Szwedzki serial "Gösta" dostępny jest na platformie HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

"Ruchome piaski" (1 sezon) - Netflix

„Ruchome piaski” to serial na podstawie bestsellerowej powieści Malin Persson Giolito, która została okrzyknięta najlepszą nordycką powieścią kryminalną 2016 roku. W prywatnej szkole średniej na przedmieściach Sztokholmu dochodzi do tragedii. Podczas procesu licealistki Mai Norberg na jaw wychodzą sekrety dotyczące tragicznego dnia, a także jej relacji z Sebastianem Fagermanem oraz jego dysfunkcyjną rodziną.

Szwedzki serial 'Ruchome piaski' dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe) Szwedzki serial "Ruchome piaski" dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe)

Seriale norweskie

"Lilyhammer" (3 sezony) - Netflix

Norwegowie uwielbiają łączyć różne gatunki. Najlepszym tego dowodem jest serial "Lilyhammer" będący wybornym połączeniem komedii, dramatu i kryminału. Serial opowiada historię nowojorskiego gangstera pochodzącego z Włoch, który zostaje objęty programem ochrony świadków i wraz z rodziną zamieszkuje w Norwegii. Produkcja aż kipi inteligentnym humorem i stereotypami na temat skandynawskiego społeczeństwa.

Szwedzki serial 'Lilyhammer' dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe) Szwedzki serial "Lilyhammer" dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe)

"Przybysze" (1 sezon) - HBO GO

Satyryczny serial sci-fi twórców "Lilyhammer". Nad oceanem rozbłyska światło, z którego wyłaniają się ludzie z przeszłości - każdy z innego okresu historii. Nie pamiętają jak przenieśli się w czasie, jest ich coraz więcej i nie ma dla nich drogi powrotu. Kilka lat później Alfhildr z ery Wikingów zaczyna pracować z detektywem Haalandem. Natrafiają oni na trop spisku, który może wyjaśnić przyczynę dziwnych zdarzeń.

Norweski serial 'Przybysze' dostępny jest na HBO GO. (Fot. materiały prasowe) Norweski serial "Przybysze" dostępny jest na HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

"Borderliner" (1 sezon) - Netflix

Tajemniczy serial "Borderline" opowiada historię pewnego śledczego policji z Oslo. Nicolai, bo tak brzmi jego imię, chcąc chronić swoją rodzinę, a konkretnie brata, postanawia zatuszować morderstwo. Gdy jego partnerka Anniken zaczyna drążyć sprawę i podejrzewać podstęp, sytuacja robi się naprawdę napięta. Mężczyzna zostaje schwytany i wkręcony niebezpieczną grę zacierającą granice pomiędzy dobrem i złem.

Norweski serial 'Borderliner' dostępny jest na Netflxie. (Fot. materiały prasowe) Norweski serial "Borderliner" dostępny jest na Netflxie. (Fot. materiały prasowe)

Seriale duńskie

"Rita" (5 sezonów) - Netflix

"Rita" to duński komediodramat o niezależnej i niezwykle elokwentnej nauczycielce, która choć uwielbiana jest przez swoich uczniów, z dorosłymi nie radzi sobie najlepiej.  Najwięcej problemów przysparzają jej relacje damsko-męskie oraz relacje na linii samotna matka-dzieci. Serial świetnie ilustruje duńskie społeczeństwo i różne oblicza rodzicielstwa. Jest pełny ironii, humoru i śmiesznych bohaterów.

Duński serial 'Rita' dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe) Duński serial "Rita" dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe)

"The Rain" (3 sezony) - Netflix

Sześć lat po tym, jak w wyniku epidemii wywołanej morderczym wirusem przenoszonym przez deszcz umiera niemal cała populacja Skandynawii, duńskie rodzeństwo opuszcza bezpieczny bunkier i odkrywa prawdę o losach ludzkości. Wkrótce potem dołączają oni do grupy innych ocalałych, z którymi wyruszają w niebezpieczną podróż poszukując śladów życia.

Duński serial 'The Rain' dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe) Duński serial "The Rain" dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe)

"Ragnarok" (1 sezon) - Netflix

Dramat o dorastaniu "Ragnarok" oparty jest na nowym, zaskakującym spojrzeniu na mitologię nordycką. Akcja dzieje się w małym, fikcyjnym miasteczku Edda, położonym wśród pięknej norweskiej przyrody. Historia kręci się wokół jego mieszkańców, którzy... być może nie są tymi, za których się podają. Dzięki nim doświadczamy drastycznie zmieniającego się świata: topniejących biegunów, ciepłych zim i gwałtownych ulew.

Duński serial 'Ragnarok' dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe) Duński serial "Ragnarok" dostępny jest na Netflixie. (Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Koczownicy XXI wieku - rozmowa z Jessicą Bruder, autorką książki "Nomadland. W drodze za pracą”

Siedemdziesięcioletnia Linda May to jedna z bohaterek książki „Nomadland. W drodze za pracą”. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała autorce książki, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo. (Fot. Jessica Bruder)
Siedemdziesięcioletnia Linda May to jedna z bohaterek książki „Nomadland. W drodze za pracą”. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała autorce książki, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo. (Fot. Jessica Bruder)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Spakować się do samochodu i ruszyć przed siebie – to marzenie wielu wypalonych zawodowo osób. Jednak dla tych, których do życia w kamperze zmusiła konieczność, niewiele w tym romantyzmu. O koczownikach XXI wieku rozmawiamy z Jessicą Bruder, autorką książki, na podstawie której nakręcono nagrodzony Oscarem film "Nomadland".

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki 'Nomadland. W drodze za pracą'. (Fot. archiwum prywatne) Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki "Nomadland. W drodze za pracą". (Fot. archiwum prywatne)

Kilka lat temu kupiłaś minibus i postanowiłaś ruszyć szlakiem ludzi, którzy mieszkają w kamperach, pracują sezonowo i właściwie cały czas są w drodze. Pamiętasz jeszcze te emocje?
Na początku cały czas towarzyszył mi niepokój, bo musiałam bardzo dużo jeździć i to naprawdę dużym autem. Ale martwiłam się też o to, gdzie będę spać, czy będę bezpieczna, gdzie zaparkuję. Wiedziałam, że dla mnie nie jest to początek nowego życia, tylko chwilowa sytuacja, ale i tak się stresowałam.

Pamiętasz pierwszą noc?
Pewnie! Zaparkowałam w miejscu, gdzie był zakaz nocowania w aucie. Bałam się, że ktoś do mnie zapuka, policja zacznie zadawać pytania… Na szczęście szybko przywykłam. Od niedawna w Stanach obowiązuje zakaz nocowania w aucie, co dla mnie jest naruszeniem amerykańskich wolności, bo możesz zaparkować wszędzie, ale nie możesz spać.

Wyobrażam sobie, że to krzywdzący przepis w sytuacji, gdy auto jest twoim domem, a tak jest w przypadku bohaterów twojej książki „Nomadland”. Jakie jeszcze miałaś wrażenia w pierwszych tygodniach?
Bycie w drodze nieustannie dostarcza bodźców, bo cały czas poznajesz nowych ludzi, trafiasz też do nowych miejsc. To jest fascynujące, ale też wyczerpujące. Ja miałam ten luksus, że w każdej chwili mogłam wrócić do domu. Najdłużej w drodze spędziłam dwa miesiące, potem jeszcze kilka razy ruszałam w kilkutygodniową trasę. Pamiętam, jak bardzo zdezorientowana czułam się, gdy po dwóch miesiącach wróciłam do siebie. Sypialnia nagle wydała mi się ogromna, czułam się dziwnie w mieście, nie mogłam się odnaleźć. Ale dla mnie takie wytrącenie z równowagi było bardzo przydatne.

Co masz na myśli?
Gdy decydujesz się uprawiać dziennikarstwo, które wiąże się z tzw. obserwacją uczestniczącą, to trzeba cały czas siebie pilnować, by za bardzo nie zbliżyć się do bohaterów, nie zacząć patrzeć ich oczami. Jasne, biorę auto, spędzam kilka tygodni w drodze i poznaję ludzi, z niektórymi się zaprzyjaźniam, ale muszę pamiętać o tym, że cały czas jedną nogą jestem w ich świecie, ale drugą muszę pozostać w swoim, jeśli chcę zobaczyć cały obrazek, cały kontekst, i zarazem oddać im sprawiedliwość.

Co było dla ciebie najtrudniejsze w takim życiu?
Czas, kiedy pracowałam przy zbiorach buraków cukrowych – to jedna z tych sezonowych prac, przy których chętnie zatrudniają się nomadzi – był dla mnie totalnie wyczerpujący. Jesteś na nogach przez 12 godzin, jest zimno, przewalasz łopatą tony buraków, a obok ciebie tak samo ciężko pracują ludzie w wieku twoich rodziców. To było dla mnie emocjonalnie trudne, bo sama ledwo sobie z tym radziłam. Po całym dniu pracy każdy mięsień w ciele palił.

A druga rzecz: przez cały czas było mi zimno. Nigdy nie udało mi się dobrze ogrzać samochodu. Miałam co prawda grzejnik na gaz, czasem włączałam go i grzałam, dopóki nie szłam spać. Musiałam go wyłączać na noc, żeby się nie zatruć, i często budziłam się zmarznięta w wychłodzonym aucie. Zimno nie pozwalało mi też skoncentrować się i pisać, więc pod koniec dnia robiłam notatki w jakiejś przydrożnej pizzerii.

Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki 'Nomadland. W poszukiwaniu pracy' (Fot. archiwum prywatne) Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki "Nomadland. W poszukiwaniu pracy" (Fot. archiwum prywatne)

Twoi bohaterowie nie wpadli po prostu na pomysł mieszkania w kamperach i dorabiania sobie przy sezonowych pracach. To w większości ci, którzy z powodu kryzysu gospodarczego stracili pracę i domy, i musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tyle że większość z nich dziś jest na emeryturze.
Spotkałam bardzo wielu ludzi, którzy całe życie żyli modelowo: mieli pracę, płacili rachunki, odkładali pieniądze i dbali o rodzinę. I nagle zdarzyła się w ich życiu katastrofa, o co nietrudno, bo płace w Stanach nie rosną; rosną za to raty kredytów czy ceny wynajmu. Wielu z nich nigdy nie marzyło o życiu w kamperze.

W książce zwracasz uwagę na to, jak łatwo twoi bohaterowie zaczynają tworzyć społeczność, wspierać się, a ich ruch z roku na rok rośnie.
Zdecydowanie, ludzi na drodze jest coraz więcej. Bardzo szybko też zaczęli spotykać się w zorganizowany sposób. Jedną z tradycji nomadów jest Rubber Tramp Rendezvous (czyli Zlot Zmotoryzowanych Trampów), organizowany w styczniu na pustyni blisko miasteczka Quartzsite w Arizonie. Trwa dwa tygodnie i jest okazją do tego, by wymieniać się doświadczeniem, nawiązywać przyjaźnie i uczyć nowicjuszy. Zaczęło się od kilku–kilkunastu osób, a parę lat potem, kiedy ja się tam wybrałam, było już tysiąc uczestników. Ludzie chcą być razem, dzielić się tym, co przeżyli. I choć wiele osób, które spotkałam, mówiło mi, że tak naprawdę są introwertykami, to wciąż potrzebowały one życia towarzyskiego, chętnie również pomagały innym. Poza zlotami też pozostają ze sobą w stałym kontakcie.

W jaki sposób?
Dziś wiele osób korzysta z Messengera, wysyłają do siebie wiadomości, dzwonią, dbają o siebie nawzajem, ten aspekt troski o innych był dla mnie bardzo ciekawy. Podczas pandemii, gdy zamykały się parki, a kempingi zmieniły zasady korzystania, ludzie zakładali strony internetowe, gdzie udzielali informacji o tym, co się dzieje w kraju, jak rozumieć obostrzenia i jak się odnaleźć w sytuacji reżimu sanitarnego czy objawów koronawirusa.

Wiele nauczyłam się zwłaszcza od Lindy May, siedemdziesięciolatki, z którą się zaprzyjaźniłam. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała mi, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo.

Nie chcę przedstawiać życia nomadów w romantycznym świetle, natomiast urzekło mnie to, jak ludzie w drodze dzielą się tym, co mają, a jednocześnie potrafią zdobyć albo skonstruować samemu to, czego właśnie potrzebują. Swoją drogą zabawne jest to, że amerykańskie społeczeństwo ma obsesję na punkcie Doliny Krzemowej i przełomowych wynalazków, które zwykle sprowadzają się do tego, że możesz uprać albo wysuszyć pranie pięć minut szybciej, ale nie wpływają realnie na życie zwykłych ludzi.

Mówisz o drobnych wynalazkach, ale dla mnie samo życie nomadów jest wielkim społecznym eksperymentem.
I to mnie pozytywnie zaskoczyło, jak niesamowicie ludzie potrafią się  adaptować do zmieniających się okoliczności, tworząc światy, w których mogą żyć, nawet jeśli są one tak odmienne od tych znanych nam, żyjącym w ciepłych domach czy mieszkaniach. Ale też to, jak mimo różnej sytuacji życiowej są otwarci na zmiany i na siebie. Miałam wrażenie, że łączą ich silniejsze więzi niż ludzi w dużych miastach, choćby w Nowym Jorku, gdzie mieszkam.

Masz poczucie, że dzisiejsi nomadzi powielają tryb życia pionierów, mit założycielski Ameryki?
Wszystko zależy od punktu widzenia. Co innego gdy jesteś w sytuacji, kiedy nie masz wyboru, a co innego, gdy bycie w drodze jest twoją decyzją – wtedy naprawdę mogą cię zachwycać wspaniałe widoki, przestrzeń, przyroda. Sama miałam nieraz wrażenie, że przeżywam piękne chwile na łonie natury. Nie chcę utrwalać amerykańskiego mitu koczownika, choć wiem, że wiele osób ma takie romantyczne podejście do bycia w drodze. A to życie potrafi być naprawdę trudne. Niektórzy z moich bohaterów zakładają, że będą pracować i jeździć po Stanach w nieskończoność. A na przykład Linda May chciałaby jeszcze osiąść gdzieś na stałe.

Jakie były ich reakcje na książkę?
Społeczność nomadów pozytywnie na nią zareagowała, ale wiele osób mówiło też, że to nie o nich. Myślę, że bierze się to z lęku przed stygmatyzacją związaną z biedą, która w Stanach jest wciąż ogromna. Kwestia bezdomności i ubóstwa jest delikatna, łatwo można kogoś urazić. Wiąże się z tym również wstyd, ludzie martwią się, co inni o nich pomyślą. Z drugiej strony, jeśli o tym nie będą mówić, stracą szansę na to, by poprawić swoją sytuację, ale też poznać osoby, które pozwolą im się zorganizować we wspólnotę.

Wydałaś swoją książkę w 2017 roku. Ile zostało w tobie z tego doświadczenia bycia nomadką?
Zrozumiałam, że poradzę sobie w różnych warunkach, że mogę być samowystarczalna. Nawet gdy zaczęła się pandemia, świadomość, że mam w pełni wyposażone auto, że mogę zostawić wszystko i mimo lockdownu po prostu jechać przed siebie, była wyzwalająca.

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Podczas pracy nad „Nomadlandem” spędziła trzy lata w podróży. Za książkę otrzymała nagrodę sieci księgarń Barnes & Noble (w kategorii „Odkrycie”).

Polecamy książkę: 'Nomadland. W drodze za pracą', Jessica Bruder, wyd. Czarne. Polecamy książkę: "Nomadland. W drodze za pracą", Jessica Bruder, wyd. Czarne.

  1. Styl Życia

Holandia – ludzie i ich mentalność. Jacy tak naprawdę są Holendrzy?

Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Gospodarni czy skąpi? Zdystansowani czy skupieni na priorytetach? Na pewno życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni. I to nie wszystko, czego możemy się nauczyć od mieszkańców Holandii.

Łukasz i Iza z małą Sarą przeprowadzili się do Amstelveen na obrzeżach Amsterdamu pod koniec listopada. Niedługo potem pojechali na święta do Polski. Kiedy wrócili, w skrzynce na listy czekały na nich kartki świąteczne od sąsiadów z okolicy. Zresztą ci zaraz sami zaczęli pukać do ich drzwi z prezentami. Para z domu obok zaproponowała rowerek, z którego wyrosła ich córka, może się Sarze przyda?

A przecież potoczna opinia o Holendrach brzmi: są zamknięci, trudno nawiązać z nimi bliższe kontakty. Iza i Łukasz uważają, że jest inaczej.

Nic na pokaz

Gdyby mieli określić Holendrów w kilku słowach, powiedzieliby, że są praktyczni i konkretni. Wierzą na przykład w dawanie rzeczom drugiego życia. Niekoniecznie po to, żeby odzyskać część sumy, którą w nie zainwestowali, przyświeca im myślenie bardziej eko: nam już nie jest potrzebny, niech ktoś skorzysta. Zwłaszcza że fakt, że coś jest nowe, nie stanowi dla nich sam w sobie zalety. Dlatego Sara przez rok jeździła na rowerku od Hailey.

Prymat funkcjonalności widać też na ulicy. Ubrania wygodne, często sportowe, dostosowane do pogody, która – choć klimat tu łagodniejszy niż u nas – nie rozpieszcza. Wilgoć i wiatr to zjawiska raczej codzienne. Makijaż? Od święta. Nic na pokaz. Ma być wygodnie. W szkołach i przedszkolach dzieci wychodzą na dwór każdego dnia. Nieważne, czy leje, czy wieje. Nie ma złej pogody – mawiają Holendrzy – jest tylko nieodpowiednie ubranie.

Najbliżsi sąsiedzi Izy i Łukasza szykują właśnie pokój dla najmłodszego synka. Ale nie zaczynają od przeglądania stron sklepów z meblami w poszukiwaniu szafek i komódek. Han wchodzi najpierw na Marktplaats (holenderski odpowiednik Olx), żeby sprawdzić, czy da się kupić coś z drugiej ręki. Albo coś, co będzie można przerobić – bo lubi majsterkować. I nie wynika to z oszczędności, a z przekonania, że wszystko da się wykorzystać. W miastach na osiedlach działa Repair Café. Raz w miesiącu dłubacze hobbyści spotykają się w określonych miejscach i naprawiają sąsiadom rozmaite sprzęty za darmo. Za każdym razem tych naprawiaczy przychodzi nie trzech czy czterech, a dziesięciokrotnie więcej. I wszyscy mają zajęcie. Choć Belgowie, którzy (z wzajemnością) mają szereg dowcipów na temat Holendrów, twierdzą, że drugim dnem takich działań jest skąpstwo. Trudno to ocenić. Powiedzmy w takim razie: dobrze rozumiana protestancka oszczędność.

Holendrzy jeżdżą raczej starymi samochodami, bo nowa sportowa tesla niespecjalnie się sprawdzi, kiedy trzeba się wybrać z rodziną na wakacje. Skoro o komunikacji mowa, to każdy wie, że Holandia to rowery. Jeżdżą na nich wszyscy. Jak to się stało? Jeszcze 50 lat temu liczba samochodów w tym kraju była gigantyczna. A rząd już wtedy zorientował się, że to nie najlepsza sytuacja. My tę lekcję odrabiamy w przyspieszonym tempie dopiero teraz. Holendrzy zainwestowali wielkie pieniądze w stworzenie rowerowej infrastruktury, ścieżek, parkingów – i w przekonanie ludzi, że przesiąść się na rower to niezły pomysł. I udało się. Pod każdym szkolnym ogrodzeniem są stojaki na rowery, podobnie przy stacjach kolejowych – dojeżdżasz rowerem, zostawiasz go i dalej docierasz do pracy pociągiem.

Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock) Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock)

Dystans czy życzliwość?

Fajnie, miło, kartki na święta, ale jednocześnie mówi się o zdystansowaniu Holendrów. Czy ta życzliwość kończy się na progu domu?

– Nie, nie mamy takiego wrażenia – opowiada Łukasz. – Ten czas oczywiście jest nietypowy, bo mamy nakładkę pandemiczną. I rozumiem, że kiedy przyszedłem do sąsiadki odebrać zostawioną dla nas paczkę, czekałem przed drzwiami w ulewnym deszczu, bo nie każdy wpuszcza teraz ludzi do domu. Jednak z drugiej strony nawiązaliśmy w ostatnich miesiącach wiele nowych znajomości, bo pandemia paradoksalnie zbliżyła ludzi zamiast oddalić. Pewnie rzeczywiście najbliższe przyjaźnie Holendrzy zawierają w szkole czy na studiach, ale nie jest prawdą, że nie dopuszczają do swojego grona innych.

Teorii o zamkniętych Holendrach przeczy też coś, co Iza i Łukasz nazywają „obrotem dziećmi”. Co najmniej trzy razy w tygodniu córka jest odbierana ze szkoły przez rodziców kolegi czy koleżanki i spędza u nich popołudnie. Albo oni zabierają cudze dziecko do siebie. To oczywiście znajomości praktyczne, zgodne z „narodowym charakterem”, ale świadczą o otwartości. I życzliwości – bo kiedy sąsiedzi dowiedzieli się, że Łukasz wyjeżdża i Iza przez jakiś czas będzie z Sarą sama, od razu z różnych stron przypłynęły propozycje pomocy. Znowu – nie teoretycznej: „W razie czego zadzwoń”, a konkretnej: „Mogę brać Sarę na dwa popołudnia w tygodniu, żebyś mogła popracować”.

Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock) Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock)

Holendrzy są w kontaktach z innymi bezpośredni. Otwarcie komunikują, co jest w porządku, co nie bardzo. Na przykład w pracy. – Czasem dla osób z zewnątrz krytyka czy po prostu zdecydowana ocena bywa trudna do przyjęcia – ale nie chodzi o to, żeby komuś dopiec, tylko żeby jasno zakomunikować, co w jaki sposób powinno być robione. Mnie to odpowiada – mówi Iza. – I łączy się to, moim zdaniem, z holenderskim praktycznym podejściem do życia. Mówią, co myślą, nie są mistrzami korpogierek.

Rodzina to priorytet

Praca dla każdego jest ważna, ale rodzina ważniejsza. Najpowszechniejszy model to trójka dzieci, dwójka to minimum. Coraz popularniejsze jest zjawisko: pracujemy tylko cztery dni w tygodniu albo pięć, ale w mniejszej liczbie godzin, zarobki będą niższe, ale za to więcej czasu dla rodziny. Codziennie kwadrans przed 18 wszystkie dzieciaki znikają z ulic i placów zabaw – bo o 18 jest obiad. To święty czas dla rodziny. Wszyscy siadają razem do stołu. Absolutnie nie wypada wtedy wpaść do sąsiada, nawet po sól. Jeśli ci się to zdarzy, czujesz się niezręcznie.

Może zresztą stąd opinia o tym, że Holendrzy są zamknięci. Bo skoro rodzina jest dla nich najważniejsza, siłą rzeczy starają się spędzać z nią więcej czasu, dla reszty świata mają go więc mniej. Pora na poszerzenie grona przypada w weekendy. Urlopy to także czas dla najbliższych, często spędzany wielopokoleniowo: rodziny pakują się do kampera czy dwóch z dziećmi, z dziadkami, czasem ze znajomymi. A na te wakacje mają wypłacaną w maju 13. pensję.

Wspólnota i odpowiedzialność

30 kwietnia obchodzone są urodziny króla. Normalnie jest to wielkie święto, ale w minionym roku oficjalnych obchodów nie było, wiadomo, pandemia. Co nie znaczy, że o tym dniu zapomniano. Ludzie sami sobie organizowali uroczystości. Tak jak w Lejdzie, w której Iza i Łukasz mieszkają od ponad dwóch lat. Tydzień wcześniej do skrzynek w okolicy trafiły zawiadomienia: „30 kwietnia o 12 spotkamy się na placyku na osiedlu, tam odśpiewamy hymn. Prosimy o zachowanie bezpiecznych odległości”. A dzieciaki wyrysowały na placyku na ziemi linie, gdzie powinno się stać, żeby było bezpiecznie. Różni ludzie grają na różnych instrumentach, wzięli je więc ze sobą. Grali, wszyscy śpiewali. Bo ważna jest wspólnota. Ta większa, jak naród, i ta lokalna.

Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock) Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock)

W połowie maja w Lejdzie tradycyjnie jest weekend biegowy – odbywają się biegi uliczne, od maratonu do biegu na 5 km. Na ulicach są nie tylko biegacze, ale i kibice, a kibicują wszyscy lejdejczycy. Ludzie wynoszą z domu krzesełka, siedzą, piją, jedzą, gadają ze znajomymi i nieznajomymi. No i się uśmiechają. To kolejna rzecz, która nieodmiennie mnie w Holandii zachwyca. Że ludzie na ulicach, mijani podczas spaceru czy kiedy biegam, uśmiechają się do mnie i do siebie nawzajem. Machają, pozdrawiają nieznajomych. Pewnie wynika to też z tego, że Lejda nie jest metropolią, w centrum Amsterdamu wygląda to inaczej, ale stolica to przecież miejsce turystyczne.

To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock) To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock)

Parę lat temu spędzaliśmy sylwestra u przyjaciela w Hadze – opowiada Iza. – To jedyna noc w roku, kiedy w Holandii wolno puszczać sztuczne ognie. Jasne więc, że sobie wtedy nie żałują. Parę minut przed północą wyszliśmy, jak wszyscy okoliczni mieszkańcy, przed dom z szampanem – taki zwyczaj – składać sobie życzenia. Panowało fajerwerkowo-szampańskie szaleństwo. Byłam pewna, że ulica następnego dnia będzie wyglądać okropnie. Ale kiedy rano wyszliśmy pakować bagaże do samochodu, okazało się, że po imprezie nie ma śladu. „To normalne – tłumaczył Karel, zdziwiony moim zdziwieniem. – Każdy sprząta przed swoim domem, a na placyku wszyscy razem”…

Sąsiadka Izy i Łukasza co sobotę o 13 chodzi po osiedlu zbierać śmieci. Ma worek, zrobiła sobie chwytak do papierów – i sprząta. Tak postanowiła. Żeby było ładnie. – My już pewnych rzeczy nie widzimy – mówią Iza i Łukasz. – Jest dla nas jasne, że na ziemi nie ma petów, że nigdzie nie leżą śmieci, że każdy sprząta po swoim psie.

Zaufanie w relacjach

Marcin, lekarz mieszkający w Holandii od 20 lat, mówi: – Tu o wszystkim się rozmawia. Teraz na przykład toczy się nie najłatwiejsza dyskusja o eutanazji dzieci. Nie wygląda to tak, że rządzący mówią: wy nas wybraliście, to teraz my będziemy decydować. Tylko: dyskutujemy wszyscy, bo to wszystkich dotyczy. Odpowiedzialność za państwo to w dużej mierze odpowiedzialność obywatelska. Jest zaufanie ludzi do władz i odwrotnie – myślenie, że ludzie są w stanie samostanowić i podejmować słuszne decyzje. W zestawieniu krajów, gdzie na świecie panuje największa wolność, Holandia jest na piątym miejscu. Ludzie mocno też rozliczają polityków. Jeśli któryś zostaje przyłapany na kłamstwie, podaje się do dymisji – bez dyskusji. Podczas pandemii zalecenie dotyczące podróży brzmiało: Nie rekomendujemy. I w tym czasie król z rodziną pojechał na wakacje. Na drugi dzień musiał wrócić, a premier, który odpowiada za działania króla, gęsto się tłumaczył. Bo wzburzenie obywateli było ogromne.

Zaufanie do ludzi widać na wielu poziomach. Choćby w tym, że nie ma czegoś takiego jak L4. Jeśli jesteś przeziębiony, dzwonisz do pracy i mówisz, że nie przyjdziesz. Nie musisz tłumaczyć, co ci jest – bo to sprawa prywatna. Dopiero kiedy twoja nieobecność się wydłuża, pracodawca wysyła cię do wskazanego przez siebie lekarza, który ocenia sytuację. Stwierdza, czy jesteś zdolny do pracy czy nie, na jak długo i jak ma wyglądać reintegracja. Bo jeśli nie ma cię dłużej niż dwa tygodnie, to nie wracasz do pracy w pełnym wymiarze, dostajesz czas na wdrożenie się w obowiązki.

Zaufanie przenosi się też na zwykłe relacje międzyludzkie. Biegniemy z Izą ścieżką – z jednej strony pola tulipanów, z drugiej – gospodarstwa ludzi, którzy te tulipany hodują. Przy gospodarstwie budka, przed nią w wiadrze tulipany. – Bierzesz bukiet, wrzucasz do skarbonki pieniądze – mówi Iza. – I to działa? – pytam z niedowierzaniem. – Oczywiście – dla Izy rzecz jest już naturalna. – Zawsze mam ochotę kupić kwiaty, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak biec z bukietem.

Dla innych i dla siebie

W roku 2019 prawie połowa mieszkańców Holandii powyżej 15. roku życia była zaangażowana w wolontariat. Wolontariuszami są rodzice w klubach sportowych dzieci – a każde dziecko do jakiegoś klubu należy. Za zajęcia płaci się niedużo, jest więc umowa, że rodzice pomagają. Niektórzy są też trenerami, klub funduje im kurs. Wielu wolontariuszy jest wśród emerytów. Bo wtedy wreszcie mają na to czas.

– Moja nauczycielka holenderskiego to emerytka – opowiada Iza. – Chodziłam na zajęcia do stowarzyszenia wspierającego kobiety. Wolontariuszki uczyły języków, szycia, haftowania, cerowania, gotowania. Moja nauczycielka była też wolontariuszką w domu opieki i w kościele, gdzie co sobota gotowała zupę dla bezdomnych. Na emeryturze rzadko kto siada na kanapie przed telewizorem. Kontakt z innymi jest Holendrom potrzebny do życia. Zresztą jeśli człowiek cały czas jest aktywny, to na emeryturze będzie automatycznie w lepszej formie – i fizycznej, i psychicznej. W wolontariacie jest się tu praktycznie przez całe życie.

  1. Styl Życia

Życie w Wiedniu - jak się mieszka w Austrii?

Marta Guzowska jest autorem książki
Marta Guzowska jest autorem książki "Wiedeń. Miasto najlepsze do życia" (Fot. Getty Images; Milan Pinter/Wydawnictwo Wielka Litera)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kiedy już będę podróżowała za granicę, wiem, dokąd najpierw się wybiorę. A może nawet trochę tam pomieszkam... Przekonała mnie do tego Marta Guzowska, która w Wiedniu mieszka od 13 lat.

Wiedeń zawsze mi się kojarzył z bombonierką...
Bardzo trafne porównanie!

Jest tak szykowny, smakowity i zaskakujący. Nigdy nie myślałam jednak, że równie przyjemnie jest w nim mieszkać. Dzięki pani książce zapragnęłam się wręcz do niego przeprowadzić. Podaje pani wiele obiektywnych argumentów za taką decyzją, wspominając chociażby Global Liveability Index, czyli – w pani wolnym tłumaczeniu – Globalny Wskaźnik Życiowości, który obejmuje takie kategorie, jak: stabilność, infrastruktura, edukacja, opieka zdrowotna, kultura i środowisko (w każdej z nich Wiedeń przoduje), ale ja chciałabym spytać o pani subiektywne „za”.
Po pierwsze, woda. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale w Wiedniu jest fenomenalna woda, sprowadzana akweduktem prosto z gór. Ja naprawdę w źródlanej wodzie myję włosy i taką też spuszczam w toalecie. Do tego jest wprost idealna do picia i smaczna. Drugi argument to komunikacja miejska. Jestem słabym kierowcą, ale nawet gdybym była świetnym, to nie chciałabym się poruszać po mieście samochodem. Korki, remonty i w dodatku nigdy nie ma wolnego miejsca do parkowania. Ale w Wiedniu nie ma w ogóle takiej potrzeby. Choć mieszkamy na dalekich przedmieściach, nigdy nie jeździmy do centrum autem. Bardzo ważnym powodem są też ludzie. Wiedeńczycy to oczywiście specyficzna mieszanka fajnych i niefajnych cech, co zresztą można powiedzieć o mieszkańcach prawie każdego dużego miasta, ale ich najlepszą cechą jest ta, że są szalenie uprzejmi w przestrzeni miejskiej, zwłaszcza wobec obcych. Kiedy miałam małe dzieci i chodziłam wszędzie z wózkiem – musiałam go wręcz wyrywać z rąk zupełnie przypadkowych przechodniów, którzy co chwila chcieli mi pomóc go przenieść, wnieść czy przestawić. I to się udziela. Ja też się rzucam od razu, żeby komuś pomóc, właśnie dlatego, że taka jest ogólnie panująca atmosfera w mieście.

Pisze pani, że Wiedeń jako jedno z niewielu europejskich miast zachował urocze kameralne zwyczaje, jak małe kina, które grają ciągle ten sam film.
Wychowałam się w małym miasteczku pod Warszawą i jako dziecko latałam właśnie do takich kin, bo wtedy one jeszcze istniały. A w Wiedniu to nadal trwa. Jest tu wiele takich miejsc i nie mają one wcale najnowocześniejszego systemu nagłośnienia, a często nawet nachylenia podłogi. Ale za to mają mały bar i można wejść na salę z kieliszkiem prosecco! Kolejna sprawa to wiedeńskie kawiarnie, do których nie idzie się po to, by załatwić jakieś interesy czy pracować, ale po prostu po to, by posiedzieć. To oczywiście nie dotyczy już młodego pokolenia, bo ono rzadko bywa w takich miejscach, natomiast pokolenia średnie i starsze przychodzą do kawiarni właśnie po to, by się odciąć od rzeczywistości, zasłonić się gazetą na specjalnym drewnianym uchwycie, wypić w spokoju kawę; albo żeby się spotkać ze znajomymi i poplotkować. Bardzo rzadko zdarzało mi się widzieć tu – mówimy o czasach sprzed pandemii – kogoś z komórką przy uchu.

Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images) Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images)

Nie przypuszczałam, że w historii wiedeńskiej gastronomii jest tylu Polaków. Jerzy Franciszek Kulczycki, założyciel jednej z pierwszych kawiarni w Wiedniu. Franciszek Trześniewski, który w 1902 roku zaczął serwować „otwarte” kanapki (nieprzykryte drugim kawałkiem chleba).
Oba nazwiska są tu tak zniekształcane, że długo nie mogłam się domyślić, iż Kulczycki był Polakiem; dopiero kiedy przeczytałam o nim na tabliczce na ulicy jego imienia, gdzie znajduje się też jego urocza statuetka.

Wiedeń jest oczywiście miastem wielu znanych kompozytorów i malarzy, ale po lekturze pani przewodnika zapamiętałam głównie nazwiska kobiece. Przede wszystkim cesarzowa Sisi, ale też Alma Mahler, o której, przyznaję, niewiele wiedziałam, poza tym, że była żoną Gustava Mahlera.
Miałam dokładnie tak samo. Anegdota, którą opisuję w książce, jest w stu procentach prawdziwa. Otóż kiedy rodziłam córkę, anestezjolog przed cesarką zapytał mnie, jak będzie miała na imię. Powiedziałam: „Alma”, bo bardzo nam się zawsze podobało to imię. Na co on odparł: „Znaczy po Almie Mahler”. Wiedziałam, że był ktoś taki jak pani Mahler, ale niewiele więcej. Zaczęłam drążyć temat i przekonałam się, że Alma była muzą nie tylko Gustava, ale całego Wiednia, moim zdaniem bardzo nieszczęśliwą kobietą i ofiarą swoich czasów, ale też fascynującą osobą. Urodziła się w świecie mężczyzn i przeżyła w nim całe życie. A w takim świecie kobieta musi być jedynie piękna, aby kogoś skusić. Alma miała wielki talent muzyczny, którego nigdy nie wykorzystała. Mąż po ślubie zakomunikował jej wyraźnie, że od muzyki w rodzinie to jest on. Wiedeń długo był bardzo patriarchalnym miastem, ale powoli to się zmienia. Niedawno mieliśmy wybory samorządowe i było w nich bardzo dużo startujących kobiet.

A w jednej z podmiejskich dzielnic, Aspern Seestadt, wszystkie ulice nazywa się na cześć sławnych wiedenek.
To moja ukochana dzielnica Wiednia. Leży nad jeziorem – stąd jej nazwa. Gdyby moje dzieci nie chodziły już do szkoły w innej, daleko położonej części miasta, to chętnie bym się tu przeprowadziła. Cudownie zaprojektowana przestrzeń miejska, a w dodatku, tak jak pani mówi, wszystkie ulice i place, oprócz jednego, mają nazwy na cześć kobiet. Niby drobiazg, ale dla mnie wiele znaczy. Wiedeń zaczyna się robić kobietą. Fajnie jest to obserwować trochę z zewnątrz, bo cudzoziemiec nigdy nie stanie się częścią tego miasta, choćby żył tu długo i miał wielu przyjaciół. Chociaż muszę pani powiedzieć, że moje dzieci czują się wiedeńczykami. Nie czują się Austriakami, którymi zresztą nie są, bo mój mąż jest Węgrem, ale wiedeńczykami – tak.

Wiedeń jest chyba jakimś ewenementem na tle całej Austrii.
Zdecydowanie. Wiedeń to nie jest Austria, tak jak Berlin to nie są Niemcy, Paryż to nie jest Francja, ale też Warszawa to nie jest Polska. Wielkie miasta mają jednak swoją specyfikę, a ta Wiednia jest już przecudowna. Od lat 30. XX wieku jest „czerwony”, czyli zawsze wybory wygrywają tu socjaldemokraci, podczas gdy cała reszta kraju jest mniej lub bardziej prawicowa. Przez wieki był stolicą wielkiego imperium i to poczucie wielonarodowości i wielokulturowości pozostało. Tu każdy jest u siebie i na miejscu. Ale też pozostała po tamtych czasach potworna biurokracja. To bardzo otwarte, nowoczesne miasto, także bardzo proekologiczne.

To chyba znak naszych czasów, że bardziej utożsamiamy się z miastami niż z krajami.
Też to obserwuję. Zwłaszcza w takim kosmopolitycznym mieście, jakim jest Wiedeń, gdzie naprawdę trzeba się namęczyć, by mieć samych znajomych Austriaków, a wręcz jest to niemożliwe. Kocham to. Już się nie dziwię, gdy słyszę, że ciemny jak heban sprzedawca mówi z rozkosznym austriackim akcentem, którego ja nie jestem w stanie się nauczyć, mimo starań. Jak wiadomo, austriacki to nie niemiecki i Niemcy często się śmieją z Austriaków. Powiedziałabym, że niemiecki tu jest bardziej miękki.

Można go wręcz polubić…
No, a poza tym nikt nie zwraca uwagi na błędy. Kiedy tu przyjechałam, mówiłam bardzo słabo po niemiecku i okropnie mnie to stresowało. Jak się okazało, tylko mnie. Do dziś pamiętam, jak nauczycielka moich dzieci mówiła: „Przecież mówisz bardzo dobrze po niemiecku. Rozmawiamy? Rozmawiamy!”.

Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta. Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta.

Chyba najbardziej lubi pani wiedeńczyków za ich dziwactwa.
Oj tak! Nie wiem, jak mogłam kiedyś myśleć, że to jest nudne miejsce; sądziłam, że ciekawy to może być Londyn albo Berlin. No, może poza wystawami, bo mają tu naprawdę przednie muzea. Jakże się pomyliłam! Wiedeńczycy są cudownie pokręceni. Trzeba tylko zlizać ten lukier z zewnątrz i przyjrzeć się temu, co pod powierzchnią. Oczywiście na to trzeba trochę czasu. Na przykład mają wielkie upodobanie do makabresek, uwielbiają czarny humor i plotki. Jak twierdzi mój znajomy Radek Knapp, który też jest pisarzem i mieszka tu od 40 lat, wiedeńczyk, jak ma problem, to najpierw idzie do kawiarni, czyta gazetę, pije kawę i liczy na to, że problem się sam rozwiąże.

To prawda, że Wiedeń jest najpiękniejszy w grudniu i styczniu?
Zdecydowanie tak. Tutejsze jarmarki bożonarodzeniowe to bombonierka do potęgi entej. Robione z ogromnym przepychem. Co prawda kończą się tuż przed świętami, ale umilają ponury adwentowy czas. Niektóre są turystyczne i tandetne, ale wiele jest naprawdę przepięknych. Naszym ukochanym jest jarmark bożonarodzeniowy przy placu Freyung, niedaleko dawnej dzielnicy żydowskiej, obecnie bardzo ekskluzywnej. Druga rzecz to muzyka – przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą dają tu fantastyczne koncerty w kościołach, dostępne dla wszystkich. A w styczniu przed ratuszem rozkłada się wielkie otwarte lodowisko.

To za rok koniecznie przyjadę. Jak tylko pandemia zluzuje. Właśnie, jak wiedeńczycy sobie z nią radzą? W historii mają doświadczenie hiszpanki, na którą zmarł choćby genialny Egon Schiele, ale też cholery i dżumy, na świadectwo której postawili słynną morową kolumnę.
Oni rzeczywiście są w pewnym stopniu zahartowani. Krąży tu obecnie wiele dowcipów na temat pandemii. Bo jak nikomu nie jest do śmiechu, to wiedeńczyk uważa, że właśnie wtedy trzeba opowiedzieć dowcip. Był taki moment, na samym początku, gdy wykupiono wszystko, łącznie z papierem toaletowym, ale to była chwila. Obecnie wszyscy podchodzą do kwestii pandemii ze spokojem. Nosimy maseczki i stajemy w kolejce do piekarni w niedzielę rano w dwumetrowych odstępach – tak, mamy tu piekarnie otwarte w niedzielę, chociaż wszystkie inne sklepy są zamknięte. Nie do końca wiem, czy ten spokój bierze się z pogodzenia z sytuacją, na zasadzie „nie takie rzeczy już przechodziliśmy”, czy z przekonania, że i tak kiedyś wszyscy umrzemy.

Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images) Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images)

A może wiedeńczycy wiedzą, że jak już przyjdzie się im pożegnać z życiem, to spoczną na jednym z tutejszych wspaniałych cmentarzy, pod fantazyjnym nagrobkiem?
I będą mieli wyprawiony wystawny pogrzeb. W książce piszę, że wiedeńczycy lubują się w pompie, a trudno o coś bardziej pompatycznego niż wystawny pogrzeb. W tym mieście memento mori trzeba rozumieć raczej jako: „Pamiętaj, że umrzesz, a twoje zwłoki podczas wspaniałego pogrzebu będzie podziwiać pół miasta”. Tak więc to, co pani mówi, wcale nie jest wykluczone. 

Marta Guzowska, pisarka, dziennikarka, archeolożka. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru za debiut literacki, kryminał „Ofiara Polikseny”. W Wiedniu mieszka z mężem, dwójką dzieci i psem.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera

  1. Styl Życia

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie "Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie