1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Profesja jak z Instagrama: czy wymarzona praca istnieje?

Profesja jak z Instagrama: czy wymarzona praca istnieje?

Wymarzona praca zgodna z naszą pasją i talentami? Jak ją znaleźć? Specjaliści tłumaczą, na czym naprawdę polega praca idealna. (fot. iStock)
Wymarzona praca zgodna z naszą pasją i talentami? Jak ją znaleźć? Specjaliści tłumaczą, na czym naprawdę polega praca idealna. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dobrze płatna, prestiżowa, atrakcyjna pod względem lokalizacji i godzin pracy, no po prostu idealna… Czy taka praca istnieje? Zdaniem Sylwii Sosnowskiej i Radosława Iwańczuka z Grupy Pracuj – tak, tylko aby ją znaleźć – najpierw musimy wiedzieć, kim jesteśmy i czego chcemy.

Media społecznościowe i amerykańskie filmy stworzyły nam pewien wzorzec pracy marzeń: nie dość, że odbywa się w pięknych wnętrzach, to jeszcze jest okazją do rozwoju, spotkań z fascynującymi ludźmi oraz źródłem zarobków pozwalających żyć na bardzo wysokim poziomie. Czy dla państwa brzmi to jak realny opis czy raczej piękna idea?

Sylwia Sosnowska:
Praca idealna jest idealna dla każdego z nas w inny sposób. Każdy ma bowiem inne potrzeby, przekonania i wartości. Podam prosty przykład: dla mnie praca, którą wykonuję, może być idealna, ale gdy zarekomenduję kolegę do tego samego zespołu, to on może mieć zupełnie inne wrażenia, bo ma inną perspektywę. Dlatego jestem zwolenniczką szukania pracy może nie idealnej, ale po prostu dobrze dopasowanej do naszego charakteru i potrzeb.

Radosław Iwańczuk:
W przekazach, o których pani mówi, jest pewne uogólnienie – są one bowiem kierowane do bardzo szerokiego grona odbiorców. Każdy z nas pewnie ma własny obraz pracy idealnej i sztuką jest tak kierować swoją ścieżką zawodową, by obraz rzeczywisty pokrył się z tym, który mamy w głowie. Powinniśmy też pamiętać, że dziś miejsce pracy stało się w pewien sposób produktem marketingowym, takim samym jak sprzedawane nam produkty. Firmy zabiegają o pozyskanie najlepszych pracowników, tworzą więc produkt, który ma spodobać się każdemu. Z drugiej strony to my powinniśmy wiedzieć świadomie, jaka praca będzie najbardziej pasowała do naszych potrzeb i stylu życia.

Czy dziś myślimy bardziej, co dana praca może mi dać? Czy raczej: co ja mogę wnieść do tej pracy? Jesteśmy bardziej roszczeniowi czy idealistyczni?

S.S.
: Moim zdaniem jest pół na pół. Podejmując decyzję o wyborze pracy, kierujemy się tym, by odpowiadała naszym kwalifikacjom i była rozwojowa, ale kwestia finansowa nadal jest kluczowa. Poza tym, ponieważ rynek jest o wiele bardziej konkurencyjny niż kiedyś, ważne stają się tzw. benefity w postaci karnetów sportowych, przedszkola dla dzieci, opieki medycznej, dofinansowywania szkoleń itp.

Czy to trochę nie psuje rynku? Gdy firmy, zabiegając o pracowników, skupiają się na przebijaniu oferty poprzednika, przestaje być ważne to, czy ja i praca pasujemy do siebie, tylko kto da więcej.

R.I.:
Ciężko powiedzieć, czy można to nazwać psuciem rynku czy nie, ale ja na pewno obserwuję pewną zmianę trendów. Kiedyś, gdy rynek należał bardziej do pracodawcy, przekaz wyglądał w skrócie tak: „Ciesz się pracowniku, że pracujesz dla mnie”. Dziś, gdy w części branż mamy do czynienia z rynkiem pracownika, hasło to zmieniło się na: „Ciesz się, pracodawco, że ten pracownik pracuje dla ciebie”. To są dwie skrajności. Między nimi mieszczą się postawy pracodawców Ω dzisiaj coraz więcej firm uświadamia sobie, jak ważne jest podejście nastawione na pracownika, który wykonuje dla nas pracę. Coraz częściej spotykamy się również z podejściem, że praca nie jest już dla ludzi najważniejsza i z tym muszą się liczyć pracodawcy, którzy – ze zrozumiałych względów – mają wręcz odwrotne oczekiwania. Mówię tu o trendzie światowym, w Polsce nadal mamy do czynienia ze swoistym etosem pracy.

Polacy są postrzegani, zwłaszcza przez mieszkańców Europy Zachodniej, jako naród pracowity, a właściwie zapracowany. Statystycznie wciąż jesteśmy bardzo wysoko w rankingu światowym pod względem liczby przepracowanych godzin. Praca jest nadal ważnym elementem naszego życia. I teraz rodzi się pytanie, w którym kierunku będziemy zmierzać – czy modelu znanego z Korei czy np. Meksyku, gdzie, co zaskakujące, liczba godzin spędzanych w pracy jest pewnie największa na świecie, czy może w kierunku Holandii, Niemiec, Danii czy Norwegii, gdzie pracuje się średnio 30 godzin w tygodniu. Ciężko wyrokować, co jest lepsze czy gorsze, zarówno dla pracowników, jak i firm. Pewnie okaże się to po dobrych paru latach. My na pewno jesteśmy dziś na zupełnie innym poziomie gospodarczym i musimy nadgonić wiele lat zaniedbań – także związanych z warunkami i poziomem wynagrodzenia za pracę – nadal w tych kwestiach mamy sporo do nadrobienia w porównaniu z krajami z tej drugiej grupy.

S.S.:
Na pewno jedno się zmienia w Polsce – wzrastają oczekiwania wobec tego, co pracodawca powinien oferować pracownikowi. Tym bardziej że młodsze pokolenia, które są już na rynku pracy, mają dużą świadomość swojej wartości jako pracowników.  Na rynku pojawiło się nowe pojęcie, work-life blending. Młodzi ludzie chcą mieć dowolność w planowaniu swojego dnia, a ich życie prywatne i zawodowe w naturalny sposób się przeplata. Praca ma stanowić część życia prywatnego oraz być przyjemnością, a nie przymusem. Młodzi pracownicy mówią: „OK, mogę pracować x godzin dziennie, ale rano chciałbym mieć czas na załatwienie prywatnych spraw, potem przyjść do biura na cztery godziny, wyjść i znów coś załatwić, po czym popracować kilka godzin w kafejce, domu lub innym miejscu, o dogodnej dla mnie porze”. Czyli bardziej nastawiają się na efekt niż na siedzenie w pracy od-do i wielogodzinną dostępność. Z takim myśleniem i z takim wyzwaniem pracodawcy będą za chwilę musieli się zmierzyć.

Co zawierałoby się zatem w dzisiejszych oczekiwaniach wobec pracy nie idealnej, ale dobrze dopasowanej? Zarobki, atmosfera, elastyczny czas pracy, przyjazne biuro, benefity? W tej kolejności czy innej?

R.I.:
Wysokość pensji nadal jest na szczycie listy potrzeb pracowników. Kolejne miejsca zajmuje atmosfera w pracy, współpracownicy, możliwość rozwoju i marka pracodawcy. Powiedziałbym, że są to oczekiwania bardzo uniwersalne. W końcu większość z nas chciałaby pracować za dobrą pensję, w fajnej atmosferze, ładnym biurze, z dobrymi benefitami i jeszcze realizować się tam osobiście.

S.S.:
Badania Pracuj.pl pokazują, że rzeczywiście na pierwszym miejscu nadal jest pensja, ale wzrastają oczekiwania wobec benefitów, np. w postaci dofinansowywania do szkoleń i wakacyjnych wyjazdów, możliwości pracy zdalnej czy dodatkowych dni wolnych. Co więcej, sami pracodawcy opracowują kolejne udogodnienia, by skusić pracownika. Kiedyś opieka medyczna i karnet do fitness klubu były bardzo atrakcyjnym dodatkiem, teraz są już w standardzie i nikt ich nie postrzega jako benefit.

R.I.:
Rzadko się jednak zdarza, by – jeśli zarobki podstawowe są zbyt niskie – pracownikowi wynagrodziły to dodatkowe udogodnienia. Jedynie w sytuacjach, gdy postrzegamy dane miejsce jako dające możliwość nauki i wskoczenia na wyższy poziom finansowy po pewnym czasie. I to jest ten paradoks – najpierw muszą zadziałać pieniądze, dopiero potem wchodzą inne kwestie.

Wracając do rosnących oczekiwań pracowników, to one też w dużej mierze są kreowane przez rynek, bo pracodawcy zaczynają się prześcigać w tworzeniu atrakcyjnych wabików. Niektórzy już poszli tropem work-life blending i starają się jak najbardziej odciążyć pracowników od żmudnych zadań dnia codziennego. Dziś w niektórych firmach można przyjść do pracy z rzeczami do prania i wychodząc, odebrać je już wyprane i wyprasowane. I to w ramach pensji. Dziecko jest w przypracowym żłobku czy przedszkolu, nie trzeba się więc martwić, czy zdąży się je odebrać. Gdy ktoś się przeprowadza, idzie do firmowego konsjerża, który wynajmuje mu samochód i ekipę do przeprowadzki. Oczywiście mówimy tu o najbardziej zaawansowanym systemie benefitów. Ale jeśli pracownik słyszy, że jego kolega pracuje w firmie, która ma takie właśnie udogodnienia, zastanawia się, dlaczego jego firma tego mu nie oferuje, skoro jest z niego zadowolona. Dzisiaj system udogodnień często staje się kartą przetargową pomiędzy dwiema równie atrakcyjnymi płacowo propozycjami pracy. I jest to coraz większe wyzwanie dla mniejszych firm, które nie mają tak dużych nakładów finansowych, by zatrzymać pracownika u siebie.

A czy ludzie są teraz skłonni dłużej związywać się z jedną firmą? Czy raczej, w przeciwieństwie do ich rodziców, którzy potrafi całe życie przepracować w jednym miejscu, lubią częste zmiany? No i czy pracodawcom zależy na ich zatrzymaniu?

S.S.:
Mogę wypowiedzieć się w imieniu pracodawców – utrzymanie pracowników kluczowych, wartościowych i istotnych dla firmy jest jednym z priorytetów. To z myślą o nich tworzy się ścieżki rozwoju, programy szkoleń czy benefity. Z drugiej strony kiedy obserwuję, jaki jest średni staż pracy dzisiejszych pracowników, to z ich strony skłonność do związania się na dłużej z jedną firmą jest o wiele mniejsza. Przeciętny staż pracy to dziś około trzy lata w jednej organizacji. Zwłaszcza młodzi ludzie o wiele częściej i chętniej zmieniają pracę, bo z kolei dla nich priorytetem jest ciągły rozwój i polepszanie swojej sytuacji.

R.I.:
Dlatego dziś o wiele trudniej jest utrzymać pracownika, gdyż po prostu ma on więcej możliwości zmiany pracy. Łatwiej jest też o dostęp do informacji, jak pracuje się w innych firmach, i stąd więcej odwagi do zmiany pracy. Natomiast pracodawcy coraz częściej uświadamiają sobie, jak ciężko na tak konkurencyjnych obszarach rynku jest zrekrutować kogoś, kto idealnie wpisałby się w kulturę organizacyjną,jednocześnie wykonując zadania na bardzo wysokim poziomie. Jeśli więc uda się znaleźć takiego pracownika, który w tę strukturę się świetnie wpasował, świadomy pracodawca to doceni i będzie mu zależało na utrzymaniu takiej osoby. Albo na tym, by nakłonić ją do powrotu.

Zdarzają się powroty?

R.I.:
Zdarzają. Po zmianie pracy może okazać się, że nie wzięliśmy wszystkiego pod uwagę i czasem zaczyna brakować nam tego, czego nie docenialiśmy w poprzednim miejscu pracy. Bardzo często dyskutujemy w gronie menedżerów o tym, że jeśli ktoś zmierzył się z ciężkimi warunkami u jednego pracodawcy, to w naturalny sposób łatwiej mu docenić tego dobrego.

Prócz różnic czysto technicznych i mierzalnych – typu płaca, zakres obowiązków i konkretne benefity – to, czy jesteśmy zadowoleni z naszej pracy, zależy w głównej mierze od nas. To, że się nie dopasowujemy do danej organizacji, nie musi być zawsze winą organizacji.

S.S.:
Na pewno, aby być zadowolonym z tego, co się robi, trzeba włożyć w to trochę wysiłku. A aby dopasować się do organizacji, trzeba być otwartym na nowych współpracowników i chętnym do nawiązania relacji. Jeśli tych chęci nie ma, to proces adaptacji nigdy nie zakończy się sukcesem. Natomiast nie każdy musi pracować w strukturach firm, dla takich osób współczesny rynek pracy ma wiele ofert – chociażby własna działalność albo praca poprzez projekty, kiedy tylko na jakiś czas związujemy się z pewną strukturą. Tylko głęboka świadomość siebie pozwoli określić, co jest dla mnie dobre: czy pasuję bardziej do małej czy średniej firmy z rodzinną atmosferą, czy będzie mi lepiej w wielkiej międzynarodowej korporacji, gdzie mam jasno określone zadania i tylko z tego jestem rozliczany. A może mam raczej duszę wolnego ptaka, więc lepiej mi będzie na swoim.

R.I.:
To w ogóle jest Święty Graal rozwoju osobistego Ω mieć dużą samoświadomość i realnie oceniać, czy fakt, że czwarty czy piąty raz zmieniam pracę, bierze się z jej niedopasowania do moich potrzeb, czy raczej z mojego braku dopasowania do jakiegokolwiek zespołu. Trzeba mieć sporą odwagę, by spytać siebie, czy to, że nie mogę się odnaleźć w kolejnym miejscu, nie wynika z tego, że mam w sobie jakąś barierę czy problem, który zabieram ze sobą wszędzie, dokąd idę. A może po prostu nie wiem, co jest dla mnie dobre, i kieruję się tym, co jest dobre dla innych. Niestety w Polsce system edukacji nadal nie jest zainteresowany tym, by pomagać ludziom określać ich mocne strony i wcześniej uczyć się kierować swoim rozwojem zawodowym.

Każdy z nas ma własny obraz pracy idealnej i sztuką jest tak kierować swoją ścieżką zawodową, by obraz rzeczywisty pokrył się z tym, który mamy w głowie. (fot. iStock) Każdy z nas ma własny obraz pracy idealnej i sztuką jest tak kierować swoją ścieżką zawodową, by obraz rzeczywisty pokrył się z tym, który mamy w głowie. (fot. iStock)

 

Są pracodawcy, którzy są zainteresowani pomocą zagubionym pracownikom w odnalezieniu swojego miejsca w organizacji?

R.I.:
Oczywiście, chociaż tych firm nie jest wiele. Pewnie każdy chciałby pracować w miejscu, w którym pracodawca pyta: „Jak ci się u nas pracuje?”, wsłuchuje się w odpowiedź, a potem proponuje, co można zrobić, by pracowało się jeszcze lepiej, bo wie, że zadowolenie pracownika przekłada się na jego skuteczność i lojalność wobec firmy. Ale jest to sytuacja idealna, która nie jest powszechna. A szkoda, bo nie tylko doświadczenie, ale też badania potwierdzają, że to ludzie decydują o tym, czy dana firma odnosi sukces czy nie.

Czy firma, która odnosi sukces, działa dziś na zasadzie rodziny, grupy przyjaciół czy raczej sąsiadów, którzy wprawdzie nie mają ze sobą bliższych ani serdecznych relacji, ale starają się współżyć w zgodzie?

R.I.:
Dla mnie mieści się to pod hasłem „kultura organizacyjna firmy” i tego, co ona sobą chce reprezentować. Są więc zarówno firmy, w których spotyka się rodzinną atmosferę i kładzie nacisk na to, by ludzie lubili ze sobą pracować i spędzali czas także po pracy, jak i takie, które uważają, że lepiej jest nie łączyć tych dwóch sfer. I zarówno jedne, jak i drugie mogą odnieść sukces. I tu pojawia się pytanie do nas samych: w jakiej firmie my wolelibyśmy pracować? Niektórzy nie wyobrażają sobie, by pracować w miejscu, w którym nie nawiązuje się bliskich, serdecznych relacji z innymi, a są tacy, którzy uważają, że praca to tylko praca, i niech tak zostanie. Na szczęście kultura organizacyjna jest tak widoczną cechą firmy, że dosyć szybko można się zorientować, do którego typu trafiamy.

S.S.:
Ale nawet jeśli mówimy o firmach, w których panują, jak to pani określiła, sąsiedzkie relacje, kwestia komunikacji między pracownikami jest bardzo istotna. Nie muszę iść z kolegą z biurka obok na piwo, żeby traktować go po partnersku i budować z nim dobry kontakt.

Podsumowując, dziś mamy o wiele większe możliwości, by znaleźć pracę idealną dla nas, ale najpierw musimy zdać sobie sprawę z tego, co to właściwie dla nas oznacza…

S.S.:
Praca idealna dla nas istnieje, tylko najpierw musimy wiedzieć, czego chcemy. Bo jeśli nie wiemy, czego szukamy, to będziemy szukać bardzo długo.

R.I.:
Ja zawsze polecam, by zrobić sobie taką prostą tabelkę swoich oczekiwań i sprawdzić, jakie firmy je spełniają. Możemy zawęzić jej zakres do kilku kwestii: zarobki, atmosfera w pracy, możliwość rozwoju, dojazd i benefity – i z pewnością znajdziemy pracodawców, których w każdej z tych kategorii w skali od 1 do 10 ocenimy na 10. Inną sprawą jest to, że musimy nauczyć się realistycznie oceniać zarówno oferty pracodawców, jak i opinie na ich temat w Internecie. Praca też jest produktem, i choć nie można jej porównać do kupna pralki, to jej ocena nie powinna być zbyt emocjonalna. Chłodna kalkulacja na pewno zaoszczędzi niepotrzebnych rozczarowań, jak również pozwoli lepiej ocenić, gdzie znajdziemy to miejsce, w którym będziemy czuli się dobrze.

S.S.:
Oczywiście warto czytać opinie w Internecie czy przeglądać zdjęcia na Instagramie, ale najlepiej dotrzeć do źródła, popytać ludzi, poszukać znajomych, którzy mieli z danym pracodawcą bezpośredni kontakt.

R.I.:
No i nie kierujmy się czyjąś hierarchią, ale własną. Podam analogię do sportu i piłki nożnej. Pewnie każdy piłkarz chciałby grać w Realu Madryt czy FC Barcelonie, ale ilu z nich będzie rzeczywiście w nich grało, to już inna sprawa. Idealni pracodawcy są w sytuacji, w której w większości mogą wybierać wśród kandydatów, gdyż w naturalny sposób najwięcej osób chciałoby pracować w takim miejscu pracy.

Z drugiej strony nie trzeba grać w Realu Madryt, by się realizować. Całkiem dobrze można się odnaleźć w mniejszym klubie.

R.I.:
Czasem lepiej być najlepszym zawodnikiem w mniej popularnym klubie niż rezerwowym w tym z pierwszego miejsca rankingów. Wszystko zależy od naszych możliwości i oczekiwań.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.