1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. 10 zasad powodzenia w pracy

10 zasad powodzenia w pracy

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kiedy zachować się władczo, a kiedy umiejętnie przeprosić? Kiedy się chwalić, a kiedy być skromnym? Jak przetrwać i osiągać swoje cele w gąszczu relacji, od których zależy nasza praca i życie? Dziennikarka Katarzyna Kazimierowska sięga po najnowsze badania z dziedziny psychologii sukcesu, żeby ustalić, czy w świecie zawodowym bardziej korzystna jest współpraca, czy jednak rywalizacja?

 

Niedobór zwiększa rywalizację

Warto sobie uświadomić podstawową, choć niepokojącą zasadę: to, czy będziemy współpracować, czy rywalizować, warunkują trzy czynniki. Brzmią one następująco: nasze zasoby są ograniczone; ludzie są istotami społecznymi; świat jest niestabilny i dynamiczny. W zmieniającym się nieustannie świecie relacje międzyludzkie są dynamiczne i często uwarunkowane niedostatkiem pewnych dóbr. W związku z tym pracujące w jednym dziale przyjaciółki mogą szybko przestać się ze sobą przyjaźnić, gdy w poniedziałek szef da im do zrozumienia, że pod koniec tygodnia awansuje tylko jedną z nich, biorąc pod uwagę efekty ich pracy z bieżącego tygodnia. Już po chwili wzajemną sympatię i pomaganie sobie zajmie cicha rywalizacja i traktowanie tej drugiej jako konkurentki do upragnionego stanowiska. Smutne, ale prawdziwe.

Wzmacniaj podziw zamiast zazdrości

Nie unikniemy porównań z innymi. Skoro tak, sprawmy, by pracowały na naszą korzyść. Jak piszą autorzy książki: „szukaj korzystnych porównań, jeśli chcesz poczuć się szczęśliwszy, a porównań niekorzystnych, jeśli pragniesz zmotywować się do ciężkiej pracy”. Czyli porównuj się z osobami, którym wiedzie się gorzej, by poczuć się lepiej, ale patrz w górę – na tych, którzy mają lepiej, by zmotywować się do pracy i mieć równie dobrze jak oni. W przypadku z początku tego artykułu, koleżanki zamiast zainspirować się przykładem i też przyłożyć się do pracy, wolały wspólnymi siłami sabotować tę, której wiodło się lepiej. Ale i ona mogła wykazać się sprytem, żeby tego uniknąć. W ich oczach była o krok od sukcesu, a sukces – jak podkreślają Adam Galinsky i Maurice Schweitzer – w oczy kole, mogła zatem to wrażenie zminimalizować. Na przykład gdyby podczas wspólnego lunchu ponarzekała trochę, jak trudny jest kurs, jak bardzo się do tego nie nadaje i jak wiele musi potem nadrabiać w pracy i boi się, że nawali, koleżanki szybko przestałyby jej zazdrościć, a zaczęły współczuć trudnego wyzwania i podziwiać za dzielność.

Władza dodaje punktów

Masz czasem poczucie, że to ty rozdajesz karty? Choćby we własnych czterech ścianach? To dobrze! Poczucie władzy, nawet pozorne, może zadziałać na twoją korzyść. Autorzy książki dowodzą, że już samo subiektywne poczucie władzy wpływa na to, jak jesteśmy postrzegani. A to może zwiększyć nasze szanse podczas rozmowy o pracę czy negocjacji w sprawie awansu. Jak to działa? Osoby z poczuciem władzy mają bardziej wyprostowaną postawę ciała i bije od nich pewność siebie. A pewny siebie pracownik, jak donoszą badania, jest oceniany jako kompetentny i zdolniejszy. Od samego patrzenia na niego akcje firmy idą w górę.

Jak zbudować takie poczucie władzy? Na przykład przypomnieć sobie sytuację, kiedy ostatni raz zachowaliśmy się władczo, przejęliśmy kontrolę, panowaliśmy nad sytuacją. Jak się wtedy czuliśmy? Pozytywne uczucia dodadzą nam pewności siebie, asertywności i siły. Wzmocnić to może np. odpowiednia muzyka. Nie bez powodu zawodnicy przed wyjściem na ring słuchają takich hitów, jak „We will rock you” i „Eye of a tiger”. Zachowuj się, jakbyś był liderem, bo często wszystko zależy od twojego nastawienia – przekonują autorzy. Choć zaznaczają jednocześnie, by nie popaść w przesadę. Nie chodzi o to, aby uwierzyć, że jest się królem (np. królem czterech kółek na autostradzie), ale by poczuć się jak król. A jednocześnie, aby pamiętać, że cały czas jesteśmy w jakiejś hierarchii i że każdemu należy się szacunek. Nic nie powie nam o człowieku więcej niż sposób, w jaki traktuje on tych, którzy stoją niżej od niego.

Zespół górą

Badania pokazują, że najszybciej awansują osoby nastawione na pracę w zespole, z korzyścią dla całej grupy. Ci, którzy mają na względzie tylko własny awans, a nie dobro działu czy firmy, częściej postrzegani są jako zagrożenie, a nie wartościowi pracownicy. Oczywiście, czym innym jest praca w grupie projektowej, a czym innym gra na pozycji atakującego w kadrze narodowej piłki nożnej. Choć autorzy książki zwracają uwagę, że tam, gdzie gra zespołowa ma znaczenie, zbyt wiele gwiazd wcale nie pomaga w zwycięstwie, a raczej dezintegruje grupę i działa demotywująco, bo nie wiadomo, kogo słuchać. Hierarchia jest dobra tam, gdzie jest potrzebna koordynacja. Jednak im bardziej złożone zadanie, tym lepiej sprawdza się minimalna hierarchia, a liczy się głos każdego pracownika. Jak w szpitalu – czasem pielęgniarka, która często towarzyszy pacjentowi, potrafi lepiej ocenić jego stan zdrowia niż lekarz.

Kobieta ma trudniej

Jesteś kobietą? W środowisku pracy zapewne nie masz łatwo. Zazwyczaj zakłada się – twój szef też to robi – że w pracy przyjmiesz postawę przyjazną, kooperacyjną, innymi słowy „kobiecą”. Nie będziesz negocjować warunków pracy, wysokości pensji, raczej nie zwrócisz się o podwyżkę. Jeśli jednak to zrobisz, może zmienić się nie tylko stosunek do ciebie twojego szefa, ale nawet koleżanek z pracy. „Ta, która się rządzi” (ang. bossy), „roszczeniowa” – to tylko niektóre epitety oceniające kobiety, które tak naprawdę zachowują się jak mężczyźni. Czyli przyjmują postawę władczą, agresywną, narzucają ton. Wiedzą, czego chcą. I choć namawia się nas do włączenia się do gry i męskich zachowań, to częściej jesteśmy za nie karane niż nagradzane. Jak wybrnąć z tego impasu? Rozmową z szefem, proszeniem o radę i wsparcie u starszych pracowników. Rola szefów w promowaniu kobiet jest duża. To od nich zależy, czy zbudują środowisko przyjazne dla pracowników, z przejrzystą strukturą awansu i jasnymi regułami gry dla wszystkich. Jak piszą autorzy, równość płci to nie jest gra o sumie zerowej, nikt tu nie traci. Firmy, które cenią kobiety, cenią różne grupy społeczne, są bardziej egalitarne i nastawione na jakość i wsparcie.

Komunikacja, głupcze!

Zwracaj uwagę na sposób, w jaki komunikujesz się z innymi, bo słowa potrafią wzmacniać, ale też pogrążyć – także ciebie. Choćby z pozoru niewinne przezwiska. Są często sekretnym kodem, którego używamy, by mówić np. o szefie czy nielubianych osobach. To buduje poufałość w zespole, ale też może stać się przyczyną utraty zaufania szefa czy innych współpracowników. Znasz pewnie historie o tym, jak to poufny mail skierowany do koleżanki trafił w ręce przełożonego i stał się przyczyną utraty stanowiska.

To, co często też uwiera w miejscu pracy, to poprawność polityczna. Nigdy nie chcielibyśmy być posądzeni np. o body shaming, czyli naigrawanie się z czyjegoś wyglądu czy tuszy, ale czy tym samym nie jest obmawianie koleżanki, która „chyba pomyliła imprezy”? Wciąż często spotykanym zjawiskiem jest też seksizm i mobbing. Choć prawo coraz wyraźniej chroni ofiary, to jednak nazwanie po imieniu dwuznacznych odzywek kolegi czy zachowania szefa wciąż wymaga odwagi.

Ufaj, ale sprawdzaj!

Zaufanie to podstawa funkcjonowania w firmowej dżungli. Co je budzi? Na pewno uśmiech, gotowość do pomocy, kompetencja, która z nas bije, gdy komuś udzielimy wsparcia czy rady. Także nasza wiarygodność – czyli sytuacja, gdy nasza postawa ciała nie stoi w sprzeczności z tym, co mówimy. Ale sympatię i zaufanie do nas mogą zbudować też rzeczy zupełnie nieoczekiwane. Na przykład anegdotki o tym, jak spędzamy czas z ukochanym zwierzęciem, nasze słabostki albo zwykła... niezdarność. Nie ma nic sympatyczniejszego niż osoba o wysokich kompetencjach, umiejętnościach i wiedzy, która wyleje na siebie kawę albo umaże brodę sosem.

A jak uważać w pracy na fałszywych przyjaciół? Gdy czujesz, że ktoś cię oszukuje, zawsze zadawaj dodatkowe pytania. I patrz, czy mowa ciała kolegi i jego rozbiegany wzrok nie mówią czegoś innego niż jego słowa.

Siła przeprosin

Historia obfituje w opowieści o tym, jak do upadku wielu firm doprowadziła zwykła arogancja i nieumiejętność sprostania sytuacji. Niezależnie, czy chodzi o katastrofy lotnicze, wadliwe sprzęty wypuszczane na rynek, czy szpitalne wpadki, w większości przypadków z opresji ratowało proste „przepraszam”. Autorzy książki zwracają uwagę, że każdy, nawet niewielki błąd, może nas sporo kosztować. Dlatego reagujmy od razu, przeprośmy szczerze i zawsze zaproponujmy rozwiązanie, zadośćuczynienie czy choćby obietnicę poprawy – zarówno przed szefem, jak i przed współpracownikiem czy sekretarką; przed każdym, kogo zaufanie zawiedliśmy lub kogo wprowadziliśmy w błąd. Nasza koncentracja na problemie i ofierze może nie tylko wyciągnąć nas z kłopotów, ale i zjednać sojusznika.

Patrz jak inny

Kolejna rzecz, niezwykle ważna, by w relacjach nie kierować się źle pojmowaną empatią, tylko przyjąć perspektywę osoby, z którą się konfrontujemy. Ta pierwsza prowadzi do postawienia problemu innej osoby na pierwszym miejscu. Ta druga – do zrozumienia potrzeb tej osoby, bez tracenia z oczu naszego interesu. Zatem gdy przychodzi do nas menedżer z dodatkowym zadaniem, rozumiemy jego stanowisko, ale musimy mu tak przedstawić naszą zgodę czy odmowę, by w pełni przyjął naszą perspektywę. Taka postawa zawsze sprzyja negocjacjom i sprawia, że obie strony wychodzą z nich zadowolone, a na tym przecież wszystkim powinno zależeć. Dobrym przykładem jest sytuacja, gdy oczekując od kogoś wsparcia, prosimy go o radę. Nie przychodzimy wprost z prośbą o pomoc, tylko z pytaniem, co zrobiłby na naszym miejscu. Prośba drugiej osoby o przyjęcie naszej perspektywy to z jednej strony komplement, a z drugiej budowanie swego rodzaju zażyłości. Zyskujemy poplecznika, którego możemy obdarzyć jeszcze większym szacunkiem.

Nie ciesz się zbytnio...

Na koniec rada, która dotyczy właściwie każdej transakcji, jaką zawieramy w życiu. Nigdy nie radujmy się zbyt radośnie, jeśli uda nam się przekonać drugą stronę do naszych argumentów czy propozycji, bo po chwilowym sojuszu czy porozumieniu zaraz nie będzie śladu. Nasza radość może obudzić podejrzenie, że wygraliśmy znacznie więcej niż się może wydawać. Druga strona może uznać, że sfrajerzyła, a przecież nikt nie chce być frajerem.

 

Adam Galinsky, Maurice Schweitzer, „Przyjaciel czy wróg. Kiedy współpracować, kiedy rywalizować i jak odnosić sukcesy w jednym i drugim”,  Wyd. SMAK SŁOWA 2018

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Męska rywalizacja

Jedni rywalizują po to, aby zdobyć jakieś zasoby. Drudzy chcą wywrzeć na innych wpływ. Jeszcze inni pragną coś udowodnić sobie lub innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania. (Fot. iStock)
Jedni rywalizują po to, aby zdobyć jakieś zasoby. Drudzy chcą wywrzeć na innych wpływ. Jeszcze inni pragną coś udowodnić sobie lub innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania. (Fot. iStock)
Niektórzy twierdzą, że jest kwintesencją męskości, że sączy się do krwiobiegu razem z testosteronem. Inni podkreślają, że to raczej produkt wychowania i społecznych oczekiwań. Co dziś daje, a co zabiera mężczyznom rywalizacja? Z kim teraz toczą boje? I o co? Odpowiedzi szuka psycholog dr Dariusz Parzelski, wspierany przez terapeutę Roberta Milczarka.

Czy rywalizacja to typowo męska cecha?
Przez wiele stuleci do rywalizacji potrzebna była siła fizyczna, która ściśle związana jest z płcią. Współczesna technika daje jednak pewne możliwości, żeby to równoważyć. Dlatego powiedziałbym, że dziś rywalizacja nie ma płci, chociaż faktycznie przez wiele lat miała.

Gdy myślę o mężczyźnie, który z kimś rywalizuje i o coś walczy, to w moich oczach jest on męski.
No tak, ale czy kobiety, które rywalizują i zapewniają zasoby rodzinie, są niekobiece? W różnych czasach co innego będziemy nazywali męskością. Obecnie definiuje ją nie tylko siła, spryt i pokonywanie innych. Nie chodzi o to, by przetrwać, ale też by dobrze żyć: być partnerem, ojcem, przyjacielem, autorytetem.

No właśnie, rywalizacja ma dzisiaj złą prasę. Obecnie stawia się na współpracę. Nawet w sporcie...
Możemy sobie używać innego słowa, ale wiadomo, o co chodzi... W sporcie liczy się przede wszystkim wygrana. Kilkanaście lat temu jedna z moich studentek przeprowadziła badanie w zakresie psychologii sportu na temat idealnego trenera i trenerki. Wybieraliśmy typowo męskie i kobiece cechy oraz pewną liczbę cech neutralnych płciowo. Okazało się, że to trener w porównaniu z trenerką uważany jest za bardziej zdyscyplinowanego, pracowitego i punktualnego, czyli definiowany jest przez neutralne płciowo cechy. Ciekawe, jak te badania wyglądałyby dzisiaj? Z moich obserwacji wynika, że w sporcie nadal istnieje szklany sufit, bo jeśli popatrzymy na żeńskie sporty, to mężczyźni prowadzą większość kadr narodowych – to oni dbają o kobiecy duch rywalizacji.

Zajmował się pan psychologią sportu, teraz zajmuje się pan biznesem – czy w tych dwóch obszarach można mówić o dobrej i złej rywalizacji?
To jest pytanie natury filozoficznej. Przywykliśmy myśleć, że w biznesie, by wygrać, trzeba prowadzić nieczystą grę albo wypracowywać zysk kosztem pracowników. Jednocześnie zachwycamy się odnoszącym sukcesy sportowcem, współczesnym gladiatorem, i myślimy, że to dlatego, że ma talent. Nie widzimy jego wysiłku, czyli setek godzin treningów i wypruwania sobie żył, a czasem także patologii, w jakiej funkcjonuje, żeby ten sukces osiągnąć. Złoty medal to jest tylko wisienka na torcie.

W serialu Netfliksa „Ostatni taniec”, opowiadającym o drużynie koszykarskiej Chicago Bulls, Michael Jordan mówi, że jego duch rywalizacji zniknął, gdy zabrakło mu motywacji. Wtedy musiał odejść ze świata koszykówki.
Jeden może rywalizować po to, żeby zdobyć jakieś zasoby. Drugi chce wywierać wpływ na innych. Jeszcze inny pragnie coś udowodnić sobie albo innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania.

Czym jeszcze różni się rywalizacja sportowa od tej w biznesie?
Mówca motywacyjny Simon Sinek w książce „The Infinite Game” pisze, że sport jest skończoną grą o jasnych regułach. Wiadomo, kiedy się zaczyna i kończy, kiedy się wygrywa, kiedy remisuje, a kiedy przegrywa. Tymczasem biznes jest grą, która nie ma żadnych reguł ani skończonej rywalizacji. Nie ma jednej formuły ligi mistrzów, więc jak się w tym odnaleźć? Myślę, że podobnie jest w świecie kultury, tam również rywalizacja jest grą o nieokreślonych regułach. Bo osoby, które coś tworzą – przedstawienie, muzykę, film, książkę, tekst – chcą, żeby to miało wpływ na innych. Czy ten wpływ jest elementem rywalizacji? Moim zdaniem tak, bo chodzi o władzę nad ludźmi. Potwierdza to zresztą narzędzie do badania motywacji – Profil Motywacyjny Reissa.

Mam wrażenie, że artysta rywalizuje przede wszystkim z samym sobą. W biznesie czy w sporcie zawsze jest drugi rywal.
Pamiętam historię, którą opowiadał mi jeden z amerykańskich psychologów sportu, kiedy ze zdziwieniem zauważył na igrzyskach olimpijskich, że złoty medalista biegu na 200 metrów po zejściu z podium zdjął medal i rzucił go o ziemię. Wyobraża to pani sobie? Swój złoty medal! Inni daliby sobie uciąć ręce, żeby tylko ten medal powąchać... Okazało się, że dla niego celem był nie sam medal, tylko pobicie rekordu olimpijskiego, a tego nie zrobił. Rywalizacja w sporcie oznacza więc także wygranie z samym sobą, bo każdy z nas jest dla siebie największym przeciwnikiem.

A z jakimi emocjami wiąże się rywalizacja?
Z zazdrością, ale także chęcią uznania i zaspokojenia swoich ambicji.

Chyba też z potrzebą triumfu, a czasem nawet pogardą dla przeciwnika – zwłaszcza w sporcie?
Przecież sport jest piękny, uduchowiony, tam się zdobywa medale!

Rozumiem, że mówimy to z przymrużeniem oka.
No właśnie nie. I to jest ta ważna różnica, bo w sporcie rywalizacja jest kwintesencją. Sport bez rywalizacji to jedynie aktywność fizyczna.

Harówka w biznesie nie przynosi medali, a może jednak powinna?
Prawda jest taka, że ludzi trzeba cisnąć i w sporcie, i w biznesie – aby osiągnąć sukces, trzeba się przyłożyć. To nie jest tak, że sportowcy, nawet ci na wysokim poziomie, zawsze robią to z chęcią i zaangażowaniem... Nie ma jednego i najlepszego sposobu zarządzania. Są różne w zależności od sytuacji i osoby. Zarządzanie siłą bywa skuteczne, ale ma wiele ograniczeń. Z kolei demokratyczne podejście często okazuje się nieefektywne. Najlepsza jest hybryda. No i trudniej też powiedzieć o biznesie, że jedna firma współzawodniczy z drugą, to nie jest ten język.

Bo w rywalizacji biznesowej chodzi głównie o pieniądze? A w sporcie niby o co chodzi?
Co tak naprawdę daje sportowcowi medal?

Poczucie, że jestem panem świata, sprawczym, męskim, no, najlepszym!
Tak, ale medal również daje dzisiaj pieniądze. To trochę przypomina mi film „Testosteron” na podstawie scenariusza Andrzeja Saramonowicza. O co faceci rywalizują? O samochody. A po co im te samochody? Żeby zwrócić uwagę kobiet. Oczywiście jest pewna grupa sportowców, którzy robią to dla idei i momentów na podium, ale tym nikt się nie naje. Mam doświadczenie pracy z zawodnikami na wysokim poziomie, którzy gdy tylko poznawali perspektywę tego, ile można zarobić w biznesie, mówili: „to po co ja w ogóle trenuję?!” i przynajmniej przez chwilę zastanawiali się nad zmianą profesji.

Czyli mężczyźni rywalizują głównie o pieniądze?
Nie tylko mężczyźni, kobiety też. Gdybyśmy rozmawiali 30 lat temu, to kierownicze stanowiska w większości zajmowaliby mężczyźni, dzisiaj te proporcje się wyrównują i, co ciekawe, w Polsce są mniej wyraźne niż w krajach starej Europy. Zróżnicowanie płacowe w biznesie jest u nas dużo mniejsze niż w krajach starej demokracji.

To czym różni się rywalizacja męska od tej kobiecej? Wiele badań psychologicznych pokazuje, że mężczyźni rywalizują głównie o zasoby, a kobiety o uwagę.
Wie pani, co się okazało, kiedy w latach 70. badaliśmy zjawisko lęku przed sukcesem? Wyniki pokazywały go jako typowo kobiecą cechę osobowości. Tymczasem obecnie niektóre badania sugerują, że nie tylko przestaje być typowo kobiecą cechą, a wręcz przesuwa się w kierunku...

…typowo męskiej?!
To mężczyźni obawiają się dzisiaj osiągnąć sukces. Bo facet odnoszący sukces to barbarzyńca, a to już nie jest społecznie poważane. Niech pani zobaczy, jak komentuje się to, że ktoś jeździ bardzo drogim samochodem. Że jest pusty, płytki…

Kiedyś mówiło się, że mężczyźni lubią rywalizować między sobą, ale kobietom wolą imponować... To czysta socjobiologia, tyle że dzisiaj to już nie działa. Ewolucja nie nadąża za zmianami społecznymi, bo imponować można komuś, kto jest ode mnie słabszy, tymczasem dziś kobiety stają się równe mężczyznom. Jak więc im zaimponować? Zastanawiam się nawet, czy to wcale nie mężczyźni rywalizują dzisiaj najmocniej, a kobiety. Rywalizują z facetami o należne im miejsce. A jak mężczyźni się z tym czują?
Wielu wymięka. Część musi się na nowo poukładać, a część czuje się zalękniona. To naturalny przejaw szukania odpowiedzi na pytanie: jak sobie poradzić ze zmianą? Trochę jak w sporcie, gdy mówimy, że trzeba znaleźć czas na przegrupowanie i przemyślenie swojej taktyki. A później, przynajmniej tak dzieje się w sporcie, trzeba będzie przygotować się na walkę z przeciwnikiem.

Rywal powinien wiedzieć, że nim jest?
To chyba nie ma większego znaczenia. Często widzę mężczyzn, którzy płyną swoim torem na basenie i gdy dopływają do końca, unoszą ręce w geście zwycięstwa. Podczas gdy ktoś, kto płynął obok, nawet nie wiedział, że się ścigał. „No, ale płynął wolniej… Czyli ja wygrałem” – tak myśli czterolatek, ale i czterdziestolatek. Może my naprawdę się z tym rodzimy?

Dariusz Parzelski, doktor psychologii. Certyfikowany psycholog sportu kasy mistrzowskiej Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Współpracuje z zawodnikami i trenerami w przygotowaniu mentalnym do treningów i startów.

O co dziś warto walczyć? Rozmowa z terapeutą Robertem Milczarkiem

Współczesny mężczyzna ma już wybór, może rywalizować ale nie musi. Tradycyjne modele społeczne wywierały na mężczyzn presję: nie można było pokazywać swoich słabości, trzeba było walczyć o swoje. Tymczasem w obecnym modelu na wielu polach rywalizacja nie jest już konieczna. A mimo to część mężczyzn nadal to robi, testując w ten sposób swoją męskość. Robią to jednak w sposób cywilizowany, czyli rywalizują w sporcie czy biznesie. Myślę, że dlatego przeżywamy dzisiaj wysyp maratonów czy klubów sztuk walki, które pozwalają skanalizować w zdrowy sposób męski pierwiastek agresji. Mam też poczucie, że w dzisiejszym świecie mówi się najczęściej negatywnie o rywalizacji, a przecież to ona warunkuje nasz rozwój. Trochę jak w cyklu życia jakiejś idei, np. w związku dwojga ludzi czy w społeczeństwie. Najpierw jest motywacja deficytu jakichś potrzeb, potem są starania, walka o lepsze życie; następuje realizacja potrzeb, stabilizacja, a później rozpad – i cały cykl zaczyna się od początku. Rywalizacja może napędzać nas do rozwoju, jednak gdy nie obowiązują żadne zasady, staje się bezwzględną agresją. Miarą męskiej dojrzałości emocjonalnej jest umiejętność dostępu do pokładów zdrowej rywalizacji i zdrowej współpracy.

Inna sprawa, że dzisiaj wielu mężczyznom trudno jest odpowiedzieć sobie na pytanie: „o co właściwie warto jeszcze walczyć?”.
Życie jest jasno zdefiniowane: szkoła, dom, praca, rodzina; bywa ciężko, ale nie trzeba już tak mocno skupiać się na przetrwaniu. To wymaga poznawania siebie, swoich wartości i marzeń, o które warto powalczyć w świecie, w którym osobiste zaangażowanie, wychodzenie z inicjatywą i znoszenie dyskomfortów nie jest oczekiwane. Jesteśmy jak najedzony kot, któremu nie chce się już polować. Ale męskość może mieć przecież wymiar bycia solidnym w słowie i czynie, dbania o innych, dotrzymywania obietnic. Obecnie to właśnie mężczyźni stereotypowo postrzegani jako męscy i silni fizycznie, mają trudności z tym, żeby sprostać codzienności życia w relacjach i związkach. Ciężej jest im być wspierającymi partnerami czy ojcami, tym bardziej że oczekiwania partnerek wzrosły i ubiegają się one o swoje prawa. Mężczyźni stają się pogubieni, nie potrafią zdefiniować siebie w nowej rzeczywistości i zdarza się, że uciekają od odpowiedzialności, raniąc bliskich. To kobiety prowadzą ich do psychologów, aby nauczyli się tam nowego wymiaru męskości: komunikacji, wyrażania potrzeb, kontaktu z emocjami. Taka praca nad sobą wspiera budowanie wspomnianego balansu pomiędzy zdrową współpracą a zdrową rywalizacją.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych  www.robertmilczarek.pl.

Rywalizacja kobiet w sporcie. Rozmowa z Ewą Serwotką - psychologiem sportu i Aleksandrą Zienowicz-Wielebską - certyfikowanym Psychologiem Sportu. 

Z jakich powodów kobiety rywalizują ze sobą w sporcie? ES: Współzawodnictwo i rywalizacja, uznawane są za synonimy ale niosą za sobą inną narracje. Pierwsza podkreśla wspólnotę, silniej wybrzmiewa tu wzajemna zależność między zawodniczkami. Bo właśnie dzięki osobie z drugiej strony siatki, planszy bądź boiska, mamy możliwość wzrostu sportowego. Kobiety bardzo często zaznaczają szacunek do współzawodniczki jako tej, która pozwala im czuć adrenalinę i mobilizację.

Czym rywalizacja kobiet różni się od rywalizacji mężczyzn? AZ: Męska rywalizacja powszechnie traktowana jest „bardziej serio”, a damskiej umniejsza się wartość. Może gdybyśmy podchodzili z większą akceptacją do rywalizacji kobiecej to spotykalibyśmy się z mniejszą ilością zaburzeń psychicznych, depresji wśród zawodniczek. Poza tym poczucie więzi, relacyjności i inne aspekty społeczne oraz emocjonalne są wyjątkowo ważne właśnie w sporcie kobiecym.

ES: To głównie zawodniczki rywalizują o uwagę, szacunek, zainteresowanie mediów i sponsorów czy kibiców, żeby pokazać, że to co robią jest równie wartościowe.

Czego uczy, co daje kobietom rywalizacja? ES: Często wśród kobiet podkreślana jest rola lekcji życiowych, które można wyciągnąć ze sportu. Ten transfer umiejętności ze sportu na życie prywatne dotyczy takich aspektów jak: zarządzenie czasem, sumienność, spryt w poszukiwaniu różnorodnych rozwiązań w dążeniu do określonych celów. A to na ile potencjał budowania charakteru poprzez sport będzie wykorzystany, zależy w dużej mierze od otrzymywanego wsparcia ważnych osób: rodzina, trener.

Kobieca rywalizacja jest bardziej ukryta? AZ: Rywalizacja w sporcie z zasady jest otwarta. Natomiast każda zawodniczka posiada swoje indywidualne powody bycia w sporcie, które są bardziej jawne albo ukryte, świadome czy podświadome. Wynika to z wielu rzeczy, m. in. wychowania, przekazywanych wartości od dzieciństwa, poziomu pewności siebie czy poczucia własnej wartości.

Ciekawy przykład przedstawia serial „Przegrani” (odcinek z Sury Bonaly), gdzie motywem przewodnim jest odpowiedź na pytanie: Jak poradzić sobie z porażką w świecie, w którym liczy się tylko zwycięstwo? Surya Bonaly zachwycała fanów łyżwiarstwa figurowego swoimi umiejętnościami. Jednak ze względu na swoje pochodzenie, była jedną z pierwszych czarnoskórych łyżwiarek w światowej czołówce, przez co musiała mierzyć się z uprzedzeniami sędziów.

W życiu często myślimy że nam, kobietom, z rywalizacją nie do twarzy. Rywalizuje każdy, to czysta biologia. ES: W sporcie jest inaczej, pracując z zawodniczkami dostrzegam spójność ich wizji samych siebie jako kobiecych i rywalizujących. Gest zwycięstwa kobiety jest równie mocno odbierany jak gest zwycięstwa mężczyzny

W byciu najlepszą wpisane jest poczucie samotności. Dlaczego kobiety chcą być jednocześnie najlepsze ale jednocześnie takie same jak inne, nie chcą za bardzo odstawać. AZ: Bycie najlepszą i najgorszą wiążę się z poczuciem samotności. Sukces i porażka mają podobne konsekwencje psychologiczne. Warto zwrócić uwagę iż sportowiec niezależnie od wyników spotyka się z samotnością na różnych etapach swojej kariery.

Mężczyźnie łatwiej przychodzi bycie w profesjonalnym sporcie? ES: Czy w ogóle warto dzielić rywalizację na męską i kobiecą? Jedni i drudzy mierzą się ze wszelkimi wyzwaniami uczestniczenia w sporcie: kontuzje, przetrenowanie, życie z dala od rodziny, nieprzewidywalny rozwój kariery. Dbajmy o to jaką my budujemy narracje o sporcie kobiet.

Ewa Serwotka - psycholog sportu, współautorka ,,Poradnika pozytywnego trenera. Model i7W w sporcie" oraz ,,Psychologii osiągnięć dla twórców filmowych", kierownik studiów podyplomowych ,,Psychologia sportu dzieci i młodzieży" na Uniwersytecie SWPS w Katowicach.

Aleksandra Zienowicz-Wielebska - certyfikowany Psycholog Sportu II Klasy Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Od pięciu sezonów związana z drużyną superligi piłki ręcznej kobiet Młyny Stoisław Koszalin. Współpracuje z Akademią Leszka Blanika AZS AWFiS w Gdańsku. Współautorka „Poradnika Pozytywnego Trenera – Model i7W w Sporcie” (2019 r.) oraz "Psychologii osiągnięć dla twórców filmowych (2017 r.). Wykładowca na studiach podyplomowych "Psychologia sportu - w nurcie sportu pozytywnego" na Uniwersytecie SWPS Warszawa.

  1. Psychologia

Porównywanie się z innymi - pułapka niskiej samooceny

Porównując się do innych, tak naprawdę oceniamy siebie... i często niesłusznie. (fot. iStock)
Porównując się do innych, tak naprawdę oceniamy siebie... i często niesłusznie. (fot. iStock)
Zdanie: „Cóż, są od ciebie lepsi” oznacza po prostu: „Jesteś gorsza, nie akceptuję ciebie, bo nie akceptuję siebie”. Jeśli często je słyszałaś, będziesz chciała udowodnić, że to nieprawda, albo pogodzisz się ze swoim losem. I to, i to prowadzi do frustracji.

Porównywanie się z innymi zawsze wynika z niskiego poziomu własnej wartości. Kiedy oceniamy innych jako lepszych, zaniżamy swoją samoocenę. Z kolei kiedy postrzegamy innych jako gorszych, potrzebujemy zatuszować nasze niskie poczucie wartości i często wyparty wstyd. Skrajnymi przypadkami są perfekcjoniści i osoby narcystyczne – ich samoocena jest tak niska, że całe życie koncentrują się na wyparciu uczucia wstydu poprzez dążenie do doskonałości w każdej dziedzinie.

Akceptacja siebie sposobem na rozwój

Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu niektórzy psycholodzy utrzymują, że kiedy zaczniemy akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy, zatrzyma się nasz rozwój. Otóż nie ma nic bardziej błędnego! Kiedy akceptujemy to, kim jesteśmy, mamy dostęp do naszego największego potencjału i z tego właśnie poziomu zaczynamy wzrastać i rozwijać się w radości i spełnieniu.

Aby przekonać się o tym, że doskonałość wynika z samoakceptacji, warto skierować uwagę na odczucia płynące z ciała i przypomnieć sobie chwile, kiedy byliśmy bardzo z siebie zadowoleni, kiedy odnieśliśmy jakiś sukces, zdaliśmy egzamin na dobrą ocenę, sfinalizowaliśmy projekt, spełniliśmy się jako rodzice…

Jeśli wykonasz dobrze to ćwiczenie, z pewnością poczujesz, że akceptacja siebie nie zamyka drzwi do rozwoju, a wprost przeciwnie – otwiera potężne wrota do wzrastania w nowej jakości.

Kiedy zestawiając się z innymi, czujemy dyskomfort, warto z kolei odpowiedzieć sobie na następującą serię pytań:

  • Czego dowiedziałam się o sobie, porównując się z innymi?
  • Czy jestem pewna, że w ten sposób uzyskana wiedza jest prawdziwa?
  • Czy gdyby nie było innych, za taką właśnie osobę bym się uważała?
Porównywanie się z innymi sprawia, że tylko przez kilka sekund czujemy się lepiej lub gorzej. Wszyscy w ten sposób tak naprawdę oceniamy siebie. W skali od 1 do 10 potrafimy ocenić swoją inteligencję, urodę, figurę, seksapil, powodzenie u płci przeciwnej czy nawet szanse na sukces. Ale czy ta ocena jest prawdą o nas, czy może tylko myślą o sobie, do której jesteśmy przyzwyczajeni? Iluzją na własny temat, w którą wierzymy?

Moim zdaniem to nie jest prawda, a ograniczenie, które na siebie nakładamy.

Każde doświadczenie może być dobre

Oczywiście wyjście z iluzji przekonań na temat tego, kim jesteśmy, zajmuje trochę czasu. Zanim podejmiemy intencję uwolnienia się od fałszywych dogmatów, warto postanowić sobie, że od dziś przestajemy porównywać się z innymi, a zaczynamy stawać się lepszą wersją nas samych, czyli cieszyć się i okazywać wdzięczność za to, że życie umożliwia nam rozwój. I nie ma znaczenia, czy dzisiaj potrafię przebiec 10 kilometrów, a miesiąc temu ledwo wydreptałam 4, czy skończyłam studia i wiem dużo więcej niż 5 lat temu – takie myśli są jedynie narzędziem, które ma wywołać uczucie akceptacji i wdzięczności. Traumatyczne przeżycia rozwijają tak samo jak te, które uważamy za największy sukces. Nie ma znaczenia, czego doświadczyliśmy, ale jak na to zareagujemy. Prawie wszyscy chcemy pozbyć się wspomnień dotyczących przykrych wydarzeń, a tak naprawdę na poziomie rozwoju one pomagają nam zmieniać siebie. Kiedy to przyjmiemy i zrozumiemy, każde niepowodzenie i każdy sukces nabierze sensu, staniemy się dumnymi uczestnikami życia, którzy rozwijają się każdego dnia, czasami poprzez bycie szefem firmy, czasami poprzez realizowanie siebie w roli podróżnika, czasami poprzez bycie w depresji lub smutku i bólu.
Wszystko, czego doświadczamy, prowadzi nas do rozwoju, jedyną przyczyną zatrzymania tego procesu jest brak akceptacji tego, czego doświadczamy.

Samospełniająca się przepowiednia

Warto też pamiętać o tym, że przekonania, jakie żywimy w stosunku do innych ludzi, mają ogromny wpływ na osiąganie przez nich efektów w wybranej dziedzinie życia. Udowodnili to w 1968 roku badacze Robert Rosenthal i Lenore Jacobson, stawiając tezę, że ocenianie dzieci przez nauczycieli wpływa na ich wyniki w szkole.

Rosenthal i Jacobson podali nauczycielom nieprawdziwą informację na temat osiągnięć szkolnych pięciorga dzieci w każdej klasie. Powiedzieli, że dzieci te zostały poddane specjalistycznym badaniom, z których wynika, że w ciągu najbliższego roku osiągną ogromne postępy w nauce. Dzieci, które zostały ocenione pozytywnie, rzeczywiście rozkwitły. Naukowcy to zjawisko nazwali samospełniającą się przepowiednią. Działa ona wszędzie tam, gdzie ludzie polegają na oczekiwaniach formułowanych przez innych lub przez samych siebie.

A teraz, mając świadomość tego, że akceptacja siebie wpływa na nasz rozwój i dobre samopoczucie, pomyśl, ile jeszcze czasu planujesz spędzić na rywalizacji z innymi zamiast na prawdziwym życiu?

  1. Psychologia

Matki i córki - czasem ciepło, czasem dreszcz

Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. (Fot. Getty Images)
Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. (Fot. Getty Images)
Dziecko może być dla matki centrum wszechświata, ale i wielkim ciężarem. Matka dla dziecka zawsze będzie postacią centralną. Jaka by nie była.

"Jest dla mnie najważniejsza na świecie” – tak o swojej mamie mówi 36-letnia Asia. „Nie wyobrażam sobie życia bez mojej mamy” – rozczula się Beata, która sama już jest mamą dwóch przedszkolaków. „Moja matka mnie nie lubi” – twierdzi 27-letnia Agata, a Karolina, 40-latka, mówi, że to ona zawsze się czuła matką swojej matki…

Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. Bez względu na to, czy faktycznie uczestniczy w życiu rodziny.

– Córka dlatego jest na świecie, że matka związała się z mężczyzną – mówi Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Gdy mamy te trzy punkty odniesienia, wiele zaczyna się wyjaśniać. Na przykład możemy przyjąć, że matka jest tak silnie skupiona na relacji z mężczyzną, że relacja z córką znika jej z pola widzenia, co może być przeżywane przez córkę jako porzucenie.

Nie bez znaczenia jest także płeć dziecka oraz to, czy było oczekiwane, czy przeciwnie. Także sposób, w jaki przyszło na świat: szybko i bezproblemowo czy może po wielogodzinnych zmaganiach matki. A ojciec: sprawdził się w swojej roli czy odszedł? A jeśli był – to tylko fizycznie czy także emocjonalnie? To wszystko składa się na to, czy matce i córce się uda: nawiązać dobrą relację, dogadać, wspierać się nawzajem i kochać. Bo do zagrania są dwie główne role, ale scenariuszy tego filmu życie może napisać bez liku.

Matka symbiotyczna

Gdy matkę opuścił mężczyzna lub w inny sposób ją zawiódł czy zranił, może ona całą swoją emocjonalną inwestycję umieścić w córce. To może zrodzić między nimi symbiozę w cierpieniu, będą się odnajdywać, dzieląc podobny los – zranienia przez tego samego mężczyznę. Ta wspólnota przeżyć daje poczucie bliskości i więzi, porozumienia bez słów. Na pozór – szczęśliwa relacja, pełna zgoda, ale… niech no tylko znów pojawi się jakiś mężczyzna. Zwłaszcza w życiu córki. Matka może poczuć się oszukana, zdradzona. W obawie, że utraci tę wieź, może wytrenować córkę tak, by ta nie związała się z żadnym mężczyzną.

– Sojusz między matką a córką wyrosły wobec nieobecnego mężczyzny – męża i ojca – narusza rodząca się seksualność córki – twierdzi Droździak. – Trzeba więc wykorzenić seksualność, by mogła trwać więź. W taki sposób, by córka albo musiała się matką opiekować, albo zaczęła bać się mężczyzn.

Symbioza zrodzi się też, gdy ojciec przedwcześnie umarł. Może stać się dla obu kobiet albo idealizowaną z czasem legendą, której w rzeczywistości żaden mężczyzna nie dorówna, albo kimś, kto zostawił je same, może z problemami do rozwiązania albo kredytem do spłacenia.

W poczuciu winy bądź z wdzięczności za matczyny trud wiele córek czuje potrzebę rezygnacji z własnego, osobistego życia na rzecz zajęcia się matką. Mogą też do takiej opieki być „trenowane”.

– Bliska więź jest potrzebna, gdy dziecko jest małe. Jednak gdy charakter tej bliskości się nie zmienia i przedłuża, więź staje się patologiczna – mówi Paweł Droździak.

Matka rywalka

Ta sama płeć to dodatkowa więź, ale i powód do rywalizacji. Gdy córka dorasta i jej kobiecość rozkwita – u matki przeciwnie, uroda zaczyna przemijać. Na nieuświadomionym poziomie może zacząć się rywalizacja o względy mężczyzn, zazdrość o fizyczną atrakcyjność.

Paweł Droździak: – Pewna ambiwalencja w stosunku do córki może wynikać stąd, że z jednej strony matka córkę kocha, a z drugiej – gdy ta zaczyna dojrzewać i być istotą seksualną – pojawiają się wszystkie obawy związane z seksualnością, które matka umieszcza teraz w córce.

Jakie? Przed rozwiązłością córki, przed tym, że będzie wykorzystana, zdradzona albo zajdzie w przedwczesną ciążę. Pojawia się też nieuświadomiony lęk, że w tej rywalizacji kobiecości córka matkę wyprzedzi, zwycięży. Stąd niektóre matki nieustannie krytykują urodę swoich córek albo to, w co się ubierają jako nastolatki.

– Gdy córka dorasta, u matki pojawia się lęk o jej własną seksualność. Ale też chęć uchronienia swojego dziecka przed zranieniem i cierpieniem – tłumaczy Paweł Droździak. – Stąd te wszystkie kłótnie z nastolatkami na temat ubioru. Czasem sprawia to wrażenie, jakby matka w ten sposób odreagowywała na córce własną traumę z czasów, kiedy była tak ćwiczona przez swoją matkę.

Matka równolatka

Niektóre dziewczyny dorastają w poczuciu, że są matką własnej matki. Gdy zastanawiają się, co zrobić z jej smutkiem, jak ją rozweselić, gdy widzą jej nieporadność i bezradność w postępowaniu z ojcem alkoholikiem lub gdy są świadkami przemocy wobec niej i chcą stanąć w jej obronie. Także wówczas, gdy matka obciąża córkę problemami przerastającymi jej możliwości znalezienia dorosłych rozwiązań albo gdy szuka w niej sojuszniczki przeciwko ojcu, a nawet przeciw całemu męskiemu światu. Inna wersja matki niedojrzałej to matka nastolatka – ubiera się i zachowuje, jakby wciąż miała 16 lat, choć dawno przekroczyła już czterdziestkę lub pięćdziesiątkę.

W każdym z tych przypadków poczucie, że jest się dojrzalszą od swojej matki, może prowokować w dorosłym życiu do bycia nadopiekuńczą i odpowiedzialną w stosunku do innych osób, co w konsekwencji prowadzi do próby kontrolowania życia wszystkich wokół… A to męcząca perspektywa – i dla kontrolującej, i dla kontrolowanych.

Matka samodzielna

Jeszcze sto, dwieście lat temu matka samotnie wychowująca dziecko skazana była na poniewierkę, pobyt w przytułkach lub oddanie dziecka do ochronki. Żyjemy w czasach, w których dla wielu kobiet samotne rodzicielstwo jest świadomym wyborem – one nie liczą na partnera, mało tego – niekiedy nie powiadamiają go o tym, że zostanie ojcem. Takimi samotnymi matkami stają się nieraz córki, które widziały swoje matki upokorzone i uzależnione od męża. – Jeśli córka obserwowała, jak strategiczna dla niej osoba jest zupełnie bezradna, w przyszłości sama sytuacja zależności od kogoś może być dla niej tak przerażająca, że nie będzie w stanie żadnej „miękkiej” części siebie pokazać światu – twierdzi psycholog Paweł Droździak. – Jeśli w dodatku ani ojciec, ani matka nie zaspokajają jej dziecięcej potrzeby bezpieczeństwa, może wykształcić w sobie radykalną obronę przed jakąkolwiek sytuacją zależności.

Takie córki, gdy dorosną, mogą pragnąć dziecka, ale nie chcieć męża. Albo – zwiążą się z mężczyzną, ale nie będą nic od niego chciały, niczego potrzebowały, by nie stać się w jakikolwiek sposób zależne, bezradne.

Matka nieobecna

Bywa też, że matki przedwcześnie zabraknie. Dziennikarka Hope Edelman straciła matkę w wieku 17 lat i nie umiała sobie z tym poradzić. Pomocy szukała w czytelniach, bibliotekach, bez skutku. Jej książka „Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty” jest plonem 12 lat spotkań, rozmów z kobietami, które przeszły przez to samo co ona. W domu Hope temat śmierci matki był tabu – wszyscy żyli pozornie tym samym życiem co przedtem. A przecież strata matki nie była tylko faktem z jej biografii. – To był sam rdzeń mojej tożsamości, stan mojego bytu – twierdzi.

Żałoba po śmierci matki nigdy nie kończy się definitywnie. Zmienia intensywność, ale to droga, którą się idzie do samego końca, trwający całe życie proces przystosowywania się i akceptacji. Zwłaszcza gdy strata matki dotyka wcześnie i każe szybciej dorosnąć.

– Przekonując się w początkowych latach swojego życia, że relacje zależnościowe są nietrwałe, poczucie bezpieczeństwa jest efemeryczne, a definicję słowa „rodzina” można przeformułować, córka pozbawiona matki wykształca dorosły wgląd w rzeczywistość, choć wciąż pozostaje dzieckiem, wyposażonym tylko w dziecięce strategie życiowe – mówi Hope Edelman.

Córki pozbawione matki, bez względu na wiek, w którym zostały osierocone, mają cechy wspólne, m.in. dojmującą świadomość własnej śmiertelności, lęk przed utratą najbliższych, szukanie u partnera miłości rodzicielskiej. Ale także większą świadomość życia, która pomaga podejmować decyzje.

Matka psychopatka

Niestety, od życia bez matki niekiedy trudniejsze bywa życie z matką – w piekle krzywd i poniżenia, jakie zgotowała swoim dzieciom. Znany filozof i religioznawca, prof. Zbigniew Mikołejko, zszokował opinię publiczną, gdy wyznał w książce „Jak błądzić skutecznie”, że był przez matkę maltretowany i katowany. I że to cierpienie ciągnie się za nim całymi latami, miało i ma decydujący wpływ na całe jego życie. Mówiąc głośno o tym, o czym inni wolą milczeć, zastosował swoistą autoterapię. Zrobił to, żeby – jak sam mówi – nie rozpaść się na kawałki, zrzucić z siebie ciężar, który dźwiga już ponad 60 lat. Tym samym wskazał drogę innym.

– Moje dzieciństwo było tak drastyczne, tak naznaczone poniżeniem, przemocą, nędzą i strachem, że do końca życia będę musiał do niego powracać, starając się z niego jakoś wyzwolić – tłumaczył decyzję upublicznienia swojej prywatności. – I nie widzę innej możliwości, jak arcyszczere mówienie o tym. Nie da się uciec od jego powracających widm – trzeba zdobyć się na odwagę i przyjrzeć ich obliczom.

W telewizyjnym wywiadzie na pytanie, dlaczego matka go tak katowała, jako jedną z przyczyn podał to, że przypominał jej ojca, który od nich odszedł. – Matka bardzo kochała mojego ojca. Z czasem miłość do niego przekształciła się w nienawiść. A ja byłem jego ucieleśnieniem – wspomina Mikołejko.

Razem i osobno

Każda matka (no, prawie każda) to również matka akrobatka (stanie na głowie, by cię chronić) i matka adwokatka (zawsze cię obroni). Także matka wariatka (szaleńczo zakochana w swoim dziecku, starająca się mu zapewnić „wszystko, co najlepsze” i czego często sama nie miała).

Zresztą zbiór typów relacji z matką może być jeszcze bogatszy. Gdy ojciec wiąże się z inną kobietą albo gdy córka wychodzi za mąż, dochodzą także mniej lub bardziej matczyne relacje z macochą czy teściową, będącymi dla niektórych z nas jak matki, albo z którymi żadna bliskość nie jest możliwa... Trudna, ale naturalna przemiana czeka córki również wtedy, gdy będą musiały zaopiekować się starzejącą, chorą matką – role się wtedy odwracają, dziecko staje się opiekunem, a matka kimś, kto wymaga wsparcia. Z czasem większość z nas, córek, także zostaje matkami. Często dopiero wówczas akceptujemy w matkach to, z czym się nie umiałyśmy lub nie chciałyśmy utożsamić lub z czym wręcz walczyłyśmy.

– To, przed czym córka ucieka w swoim życiu, to być „jak matka” – uważa Paweł Droździak. – Wciąż ma wyobrażenie, że jest inna, lepsza i stanowi zaprzeczenie swojej matki. Powiedzieć kobiecie: „Jesteś jak twoja matka”, to często ugodzić w samo serce. A jednak matka jest zaprzeczoną częścią córki. Nawet jeśli nie identyfikują się ze sobą. I może tak się zdarzyć, że dopóki matka żyje, córka ucieka przed utożsamianiem się z nią w jakiejś części. Gdy matka umrze – córka zatrzymuje się, by matkę w sobie ocalić. Żeby jednak pojawiła się prawdziwa odrębność – a nie tylko rozpaczliwe zaprzeczanie zależności – powinien nastąpić moment, kiedy zarówno złe, jak i dobre rzeczy w matce zostają odnalezione.

Nawet jeśli twoja relacja z matką bywa trudna, jeśli wiele jej zarzucasz i nie jesteście sobie bliskie, prawda jest taka, że czy chcesz, czy nie, jesteś częścią swojej matki, a ona – częścią ciebie.

Tylko gdy obdarzysz matkę szacunkiem, jaka by nie była, będziesz też szanować siebie. Bo jesteś z Niej. Całkiem odrębną od matki być się nie da. A protest przeciwko niej wynika z tęsknoty za bliskością, której może nie doświadczyłaś, bo matka nie umiała  – choć wcale nie znaczy, że nie chciała – ci jej dać.

  1. Psychologia

Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Gdyby rządzenie przez narzucanie innym swojej woli oceniać racjonalnie, to okazałoby się, że to w ogóle nieskuteczna metoda. Nie motywuje podwładnych do wysiłku, nie mówiąc o współpracy. Dlaczego mimo to ludzie chcą zdominować innych? Jaki widzą w tym sens? – odpowiada profesor Marcin Król, filozof polityki.

Artykuł archiwalny - "Zwierciadło" 2017

Odpowiedź na te pytania jest zasadna tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że ludzie są racjonalni w swoim postępowaniu. Jednak od niesłychanie dawna wiemy, że ludzie są przede wszystkim, a co najmniej również, targani namiętnościami. Te namiętności kierują człowiekiem niezależnie od stanowiska, jakie sprawuje, wykształcenia, czasów, w których żyje. Grę namiętności widać u Szekspira, tak było w starożytnym Rzymie, tak jest dzisiaj. U każdego, bez względu na to, czy ten ktoś został kierownikiem poczty, czy wybrano go na premiera, może się ujawnić chęć dominacji nad innymi.

Dlaczego u jednych się ujawnia, a u innych nie?
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To, czy chcemy dominować, czy nie, zależy po prostu od ludzkiej natury. Jestem głęboko przekonany, że z natury jesteśmy różni, także w pojmowaniu władzy. Churchilla zupełnie nie interesowało dominowanie nad ludźmi ani wtedy, gdy był premierem, wielkim przywódcą, ani kiedy już nim nie był. Jego interesowało załatwianie spraw, które uważał za słuszne dla kraju, a ludzi traktował niesłychanie życzliwie, no, chyba że się zirytował. Z drugiej strony – wybitna postać, zresztą współczesna Churchillowi, czyli de Gaulle, był człowiekiem niesłychanie mądrym, rozsądnym, a jednocześnie miał wielką potrzebę absolutnej dominacji nad innymi. Kiedy na wygnaniu w Anglii zakładał pierwsze biuro Komitetu Wolnych Francuzów, było ich raptem sześciu na krzyż, ponieważ de Gaulle już wtedy tak bardzo chciał dominować, że skądinąd wybitny Jean Monnet, jeden z założycieli wspólnej Europy, nie mógł z nim współpracować, nie wytrzymał jego władczości. Psychologia pewnie szuka przyczyn takich zachowań w dzieciństwie tych osób, ja natomiast myślę, że wpływ na to ma po prostu charakter.

Psychologowie mówią, że winna jest też poniekąd sama władza, która radykalnie zmienia ludzi.
To prawda, znamy takie przykłady, że normalny, spokojny, przyzwoity człowiek, postawiony na ważnym stanowisku, używa tej władzy bez opamiętania. Ale ja chciałbym zauważyć jeszcze inne zjawisko, w pewien sposób wyjaśniające przyczynę władzy, która pojawia się także w bliskich relacjach. Otóż czasami ludzie przejawiają chęć poddania się dominacji tak zwanej silnej władzy, to zjawisko zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. W różnych badaniach socjologicznych ludzie przyznają, że lubią silną władzę, natomiast dość krytycznie odnoszą się do słabej. Przy czym słaba władza to według nich ta nienarzucająca jedynie słusznych rozwiązań, tylko proponująca wspólne działania, otwarta na dialog. Natomiast silna narzuca rozwiązania, decyduje, co jest dobre, a co złe. Powstało złudzenie wspierane przez polityków, że silna władza lepiej rządzi niż słaba. Tymczasem nie ma na to żadnych dowodów. Ani w historii filozofii, ani w historii w ogóle. Ta teza jest na pewno nietrafna, natomiast prawdą jest, że istnieje grupa ludzi, którzy chcą być zdominowani, którzy lubią silną władzę, stanowcze decyzje, jednoznaczne sytuacje.

Co im się w takiej władzy podoba?
To, że sami mogą uciekać od decydowania. Tacy ludzie wolą, żeby ktoś im narzucał decyzje, niż żeby sami mieli je podejmować. To, niestety, częste zjawisko. W Ameryce od dawna istnieją ruchy wodzowskie, na przykład tak zwane grupy białych rasistów, na których czele stają samozwańczy wodzowie, a ludzie im salutują, uważając ich za półbogów, od których oczekują wskazówek, co mają robić, jak żyć. To bardzo niebezpieczne zjawisko w życiu społecznym.

Może się bierze z kompleksów?
Trochę tak, ale dla mnie istotniejsze jest to, dlaczego ludzie dają na takie rządzenie przyzwolenie. Oczywiście, część się buntuje, ale znaczna część temu przyklaskuje, i to jest moim zdaniem wyjątkowo groźne w demokracji. Pojawiają się często głosy, które mnie strasznie irytują, a mianowicie, że w demokracji większość ma rację. To nonsens! Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo.

Większość nie ma racji, tylko ma powierzoną – na pewien czas – przez resztę troskę nad tymi wartościami. Koniec kropka. Większość nie ma prawa narzucać swoich wartości. One są w demokracji wspólne, na tym w ogóle polega demokracja, w przeciwnym razie moglibyśmy po prostu uznać, że ten, kto wygrał i ma większość, robi, co chce, i jest pozbawiony kontroli.
Powoływanie się na to, że coś trzeba przeprowadzić tylko dlatego, że chce tego większość, jest groźne. Ważne, żeby przestrzegać wartości, które są naczelne dla demokracji. Oczywiście, sposoby realizacji tych wartości mogą być bardzo różne, bo na tym polega problem, że nie wiemy dokładnie, jak osiągać wolność, sprawiedliwość, równość, dobrobyt, więc się o to spieramy, natomiast o same te wartości się nie spieramy, bo one stanowią fundament demokracji. Jeżeli większość podejmuje decyzje, które zagrażają wolności, to znaczy, że większość nie ma racji, najzwyczajniej w świecie.

Od władzy, jakiejkolwiek, także w relacjach, powinno się wymagać więcej?
Nie wiem, czy więcej, ale powinno się wymagać przede wszystkim respektowania wartości demokratycznych, o ile, oczywiście, chcemy żyć w demokratycznych państwach, społeczeństwach, rodzinach. W demokracji władza, owszem, ma prawo wpływać na rzeczywistość, rozwiązywać problemy, ale nie ma prawa wpływać na wartości, bo te są wspólne dla wszystkich ludzi szanujących demokrację. Władza nie jest od majstrowania wartościami, władza jest od sposobów dochodzenia do nich, bo na to się zgodziliśmy, przyjmując demokrację.

Dzięki psychologii już wiemy, że autorytarne dominowanie w relacjach międzyludzkich się nie sprawdziło. Jak przełożyć tę wiedzę na skalę społeczną, polityczną?
Napisałem na ten temat książkę „Pora na demokrację”. Uważam, że obowiązujący ostatnio typ ustroju demokratycznego się przeżył, trzeba szukać innych rozwiązań.

Jakich?
Ba, jakbym wiedział, tobym powiedział. To się nie dzieje w głowie kogokolwiek, tylko w ruchach społecznych, które muszą doprowadzić do tego, że demokracja przestanie być instytucjonalna, partyjna, a zacznie być oddolna, bardziej żywa, radosna. To nieprawda, że wybory są świętem demokracji, są zwieńczeniem bezwzględnej partyjnej walki. To smutne, że oddajemy głos i bardzo niewielu z nas czyni to z entuzjazmem. I dopóki nie przywrócimy takim aktom jak głosowanie rzeczywistej wartości, nie tylko racjonalnej, ale i emocjonalnej, innymi słowy – dopóki demokracja nie będzie radością, dopóty nie wiemy, po co ona jest. Dlatego uważam, że trzeba demokrację odebrać politykom, to zresztą już zaczyna się dziać, także w Polsce, czego przykładem jest ruch Razem. Zmiana to kwestia czasu, podejrzewam, że bez miękkiej rewolucji się nie obejdzie, trzeba polityków po prostu przepędzić.

Co pan by powiedział rządzącym?
Żeby pamiętali – można rozumieć to religijnie, a można i nie – że świat jest łez padołem, że mimo różnic musimy żyć razem. Niech politycy nie próbują dostarczać nam szczęścia, niech dostarczą autobusów na przystankach o właściwej godzinie. Władza nie powinna nas uszczęśliwiać, tylko organizować i ułatwiać ludziom życie.

Marcin Król profesor, filozof polityki, historyk idei, wykładowca akademicki, publicysta, przewodniczący rady Fundacji im. Stefana Batorego.