1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Delikatność obierek - gotowanie według zero waste

Delikatność obierek - gotowanie według zero waste

Ilustracja Beata Śliwińska
Ilustracja Beata Śliwińska "Barrakuz"
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Rozszerzanie granic tego, co jadalne, to nic nowego. Ludzkość robi to od zawsze, szczególnie w obliczu kryzysu. I teraz, gdy świat próbuje ogarnąć się w temacie żywnościowego marnotrawstwa, obierki, łuski i ości wracają na stoły. Ten powrót pod hasłem zero waste nie zawsze i nie dla wszystkich jest jednak zjadliwy.

Z lenistwa, zmęczenia albo z pośpiechu. Przez niczym nieograniczony, 24-godzinny dostęp. Dlatego że jest za tanio lub za dużo, żeby odreagować, albo z braku uszanowania dla kruszyny chleba – jest mnóstwo teorii na temat powodów, dla których marnujemy jedzenie. Nie ma jednego czynnika wpływającego na poziom żywnościowej nonszalancji w domu. Nie ma też jednego dobrego sposobu na jego ograniczenie. 

Liczy się sposób, w jaki żywność trafia do naszych domów, w jakich porcjach oraz opakowaniach, na jakim etapie długiego łańcucha, który łączy pole z talerzem, czy dzieje się to latem, czy zimą. Ważne jest również to, jak marnotrawstwo jest postrzegane w danej społeczności. Michał Misiak, psycholog społeczny z Uniwersytetu Wrocławskiego, porównał poznaniaków z mieszkańcami afrykańskiej sawanny. Okazało się, że dla Masajów wyrzucić jedzenie to gorzej niż uderzyć kogoś kijem. 

Wśród czynników, które wpływają na to, co i dlaczego trafia do kosza, są też motywacja, wiedza, tryb życia, poziom wygody, poczucie bezpieczeństwa, zdrowie, nawet poziom wstrętu. Ważna jest również osobista definicja „porządnego posiłku”. To, co nie zasługuje na jego miano, wyrzuca się jakby łatwiej, wręcz bezrefleksyjnie. Bo czy wygotowane warzywa z rosołu, ziemniaczane obierki czy kości z pieczonego kurczaka można nazwać zmarnowanymi? W percepcji większości z nas – nie. Zdaniem badaczy, którzy próbują wypracować optymalną metodologię mierzenia rozmiarów tego, co rokrocznie trwonimy – już tak. Włoszczyznę, która zostaje po gotowaniu bulionu, można przecież potraktować jako składnik do pasztetu, na obgryzionych kościach nastawić kolejny wywar, z naci marchwi – ukręcić pesto, z obierek po ziemniakach zrobić czipsy albo, wzorem Hugh Fearnleya-Whittingstalla, kremową zupę. Świat, który zorientował się, jak dużo marnuje żywności, teraz chce ją ratować po całości, hurtem.

Afryka na talerzu

Gdy w maju 2017 roku grupa unijnych ekspertów zorganizowała w Berlinie jednodniową konferencję poświęconą żywnościowemu marnotrawstwu, osobistości z całej Europy nie tylko wspólnie siekały odrzucone przez wielki handel warzywa, ale i piły nietypową lemoniadę. Robioną z cascary, tej części owocu kawy, która na ogół trafia do utylizacji. Lemoniada przez dwa lata gasiła pragnienie berlińczyków, aż nagle jej byt został zagrożony. Wielka Brytania podała w wątpliwość prawny status cascary (nie było jasne, czy przysługuje jej status tzw. nowego produktu żywnościowego). Zaczęły się gorączkowe ruchy. Berliński producent, żeby zwrócić uwagę na temat, przekazał sporą partię do degustacji na konferencji. Wypito ją, dyskutując o potencjale tak zwanych produktów ubocznych. 

Przed zdesakralizowanym kościołem w dzielnicy Lichtenberg, w którym odbywała się konferencja, tarzały się też prosięta. Zwierzęta stały się żywą scenografią, która miała uzmysłowić nam, uczestnikom konferencji, jak ważny jest powrót do skarmiania trzody chlewnej odpadkami z ludzkich stołów. – To bardzo niedobrze, że zniszczyliśmy to połączenie, trzeba do niego wrócić – postulowała aktywistka z brytyjskiej organizacji Feedback.

Marnotrawstwo żywności budzi całe spektrum emocji – od złości po wstyd. Wstydu jest jednak najwięcej. Pojawił się też w Berlinie, gdy doktor Erica van Herpen z holenderskiego Uniwersytetu  w Wageningen przytaczała wyniki badań fokusowych przeprowadzonych w Niemczech. Były poświęcone temu, jak gospodarujemy zapasami w domu. To, co mówili uczestnicy badań, zostało przetworzone przez sztuczną inteligencję. System wyłowił słowa, które najczęściej pojawiały się, gdy była mowa o wyrzucaniu jedzenia. Kto zgadnie, jakie to słowa? Uwaga: „wina”, „wstyd” oraz „Afryka”.

„Afryka, czyli głód”, zaszemrała unisono publiczność. Rewers obfitości. Wyrzut sumienia sytej części świata. Somalia. Sudan. Teraz Jemen. No tak, wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni.

Miękkie podbrzusze

Wstyd i odpowiedzialność za innych to uczucie i cecha dobrze znane kobietom. Być może dlatego to właśnie my zostajemy, na ogół, autorkami blogów o bezśmieciowym życiu, profili na Instagramie, książek i programów, które zachęcają do wzięcia odpowiedzialności za dobrostan planety. Mikrodziałania, siła drobnych gestów, głosowanie portfelem – znamy wszystkie te hasła, potrafimy poświęcić mnóstwo czasu i energii na ustalanie, w której kawiarni naleją kawę do kubka na wynos.

Virginie Little, która zawodowo zajmuje się doradztwem i edukacją na rzecz zrównoważonego rozwoju, pod koniec roku 2016 zorganizowała konferencję, w której udział wzięła Bea Johnson, międzynarodowa gwiazda bezresztkowego życia. Wśród osób, które wypełniały wtedy konferencyjną salę, były niemal same kobiety. One stanowią też większość w Polskim Stowarzyszeniu „Zero Waste” zajmującym się popularyzowaniem idei bezśmieciowego życia.

 – Może przez to, że zostajemy matkami, jesteśmy bliżej natury? – zastanawia się Virginie Little. – Chcemy ją chronić, mamy w sobie wrażliwość na środowiskowe kwestie. Motywacją dla zero waste bywa też ekonomia, a to kobiety na ogół zarządzają domowym budżetem, zwłaszcza jeśli chodzi o zakupy żywności. Jest jeszcze kwestia – zdrowie. Ale tu raczej stawiałabym znak równości między kobietami a mężczyznami.

Przez to wszystko stajemy się nie tylko idealnymi adresatkami strategii, które pozwalają utrzymać ekologiczną równowagę w domach, lecz także obiektami zabiegów wszystkich tych, którzy chcą na naszym wstydzie i poczuciu odpowiedzialności zarobić.

Powiem ci, co zrobić ze skórką

A trend zero waste staje się na tyle zauważalny, że do bezodpadowego prowadzenia domu zachęcają nas już nie tylko blogerzy, influencerzy i kuchenni celebryci, ale i sieci sklepów, producenci żywności, kosmetyków, mebli oraz sprzętu AGD. Wszyscy próbują coś na tym ugrać.

Pomocne mogą być specjalne opakowania, wdzięczą się lodówki z komorami, które spowalniają proces przejrzewania warzyw i owoców, albo takie, które wyślą na smartfon przypominajkę o tym, że wciśnięty pod tylną ściankę jogurt kończy swój żywot. Jeśli chcesz nadać nową formę temu, co zazwyczaj wyrzucasz, przyda ci się, zapewniają, suszarka, wielofunkcyjna maszyna, która raz dwa zamieni owocowe wytłoki w lody, albo taka, która w ciągu doby przeistoczy obierki, łuski i skorupki w nawóz. Kilka tysięcy złotych za urządzenie; na reklamie jednego z nich młoda i piękna kobieta wrzuca do błyszczącej maszyny starannie oddzielone łupiny, chwilę później wyciąga kompost. Wypełnioną nim doniczkę niesie na zatopiony w zieleni taras, stawia wśród innych. Oto współczesny model odpowiedzialnej konsumpcji; nawet jak kupisz za dużo, błyskawicznie skompostujesz wyrzuty sumienia. A potem znajdziesz dla nich miejsce w twoim nieskazitelnym domu.

Obierki stają się też bohaterkami książek kucharskich poświęconych nowej kuchennej ekonomii. Bywa, że bohaterkami drugiego planu, dodatkiem do naprawdę pożytecznej treści. Angielskie „Love Your Leftovers...” Hugh Fearnleya-Whittingstalla czy polskie „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku” Sylwii Majcher – to pozycje, które pokazują, jak wpleść w kuchenną praktykę gospodarność i uważność, a przepisy, które wykorzystują to, co uważamy za niejadalne, są w nich dodatkiem, nie główną treścią. Ale w zalewie literatury poświęconej kuchennemu zero waste pojawiają się też takie pozycje, jak „Scraps, Wilt and Weeds...” Madsa Refslunda. Współzałożyciel kopenhaskiej Nomy pokazuje w niej, jak zagospodarowywać łodygi brukselki, skórki arbuzów czy łuski ryb. Biorąc pod uwagę, że zrobienie pudru ze zwiędłego jarmużu może zająć nawet kilka godzin, a autor sugeruje, aby, z racji nagromadzenia pestycydów pod skórką, celować w skórki z ekologicznie uprawianych owoców i warzyw, staje się to dość elitarną strategią. Dostępną dla tych, co mają wystarczająco dość. Miejsca w kuchni. Pieniędzy. Albo czasu.

Ilustracja Beata Śliwińska 'Barrakuz' Ilustracja Beata Śliwińska "Barrakuz"

Bulion z obierek

Typowe warsztaty trwają trzy godziny. Kosztują od stu do 300 zł, chyba że ma się szczęście być zaproszonym przez instytucję, która wykorzystuje trend zero waste jako element budowania swojego wizerunku. To bywają luksusowy hotel, producent żywności, galeria handlowa. Można się podczas takich zajęć nauczyć, jak robić bulion z warzywnych łusek i obierek, ocet z ogryzków po jabłkach albo sałatkę z kapuścianych głąbów. W rozkładzie jazdy pojawiają się też odkurzone klasyki ekonomicznej kuchni, opracowane przez skrzętne gospodynie dziesiątki lat temu, zanim bezresztkowe gotowanie stało się modne. Choćby takie, jak włoskie pangrattato, spaghetti z okruchami czerstwego chleba. Różnie się na nie mówi: zero waste cooking, warsztaty bezresztkowego gotowania, no waste show. W Warszawie odbywają się regularnie, pojawiają się też w innych miastach.

Virginie Little, która do kuchennej wstrzemięźliwości namawia pracowników międzynarodowych korporacji, twierdzi, że strategia kuchennego zero waste nie ogranicza się jedynie do robienia wywaru z obierek. – To uproszczenie. W bezresztkowym gotowaniu chodzi o to, żeby wykorzystywać wszystko, czym się dysponuje: nać marchwi, liście rzodkiewek, łodygi buraków, aquafabę, czyli wodę po gotowaniu cieciorki, pulpę po wyciskaniu warzyw i owoców, pestki dyni – wylicza. Pozwala to, jej zdaniem, zaoszczędzić sporo pieniędzy, a do tego ma pozytywny wpływ na środowisko. W Polsce, która ma problem z prawidłowym zagospodarowywaniem organicznych odpadów z gospodarstw domowych, trafiają one, wymieszane z innymi, na składowiska albo do spalarni, w najlepszym wypadku są przerabiane na kompost albo co najwyżej jego namiastkę, używaną do rekultywacji zamykanych wysypisk. – Zero waste to kwestia szacunku do produktu, ale też do samego siebie, to wyraz troski o dobro naszej planety – dodaje edukatorka.

Opór wobec resztek

Kuchenne zero waste, choć jest podbudowane dobrymi intencjami, budzi jednak w przeciętnych Polkach i Polakach duży opór. Gdy w bankach żywności zastanawiano się nad wprowadzeniem obierkowych patentów do warsztatów urządzanych dla osób korzystających z unijnej pomocy żywnościowej, nie spotkało się to z entuzjazmem trenerek. „Nie będziemy specjalnie zbierać skórek po włoszczyźnie, żeby pokazywać, jak się z nich gotuje bulion”, zaprotestowały. Istotne są też kwestie godnościowe, zauważyły. Do warsztatów nie doszło.

Profesor Danuta Kołożyn-Krajewska ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, jeden z największych autorytetów w Polsce, jeśli chodzi o tematy związane z żywnościowym marnotrawstwem, ma do strategii bezresztkowego gotowania sceptyczne podejście. – Nie pani pierwsza mnie o to pyta – mówi. – Jednak jeśli ktoś sugeruje, żeby gotować bulion z obierek, to ja odpowiem, żeby w ogóle nie obierać warzyw. Wydaje mi się to fanaberią, w dodatku dostępną dla tych, którzy dysponują odpowiednią ilością czasu. Wolałabym, żebyśmy skupiali się na racjonalnym wykorzystaniu tego, co przyjęliśmy uważać za żywność. Tu jest mnóstwo pracy do wykonania. Zwłaszcza że w wielu polskich domach, szczególnie tych na wsi, obierkami karmi się zwierzęta albo zasila kompost. 

Rozszerzanie granic tego, co jadalne, to nic nowego. Ludzkość robi to od zawsze, szczególnie w obliczu kryzysu. I teraz, gdy świat próbuje ogarnąć się w temacie żywnościowego marnotrawstwa, obierki, łuski i ości wracają na stoły. Ten powrót pod hasłem zero waste nie zawsze i nie dla wszystkich jest jednak zjadliwy.

To, co przyszło z natury, do niej wraca. Cykl się zamyka. Obiektywnie rzecz biorąc (bo unijna metodologia badania zjawiska nie zawsze nadąża za naturalną logiką prowadzenia wiejskiego gospodarstwa), obierki się nie marnują.

Podobnego zdania jest Monika Kucia. Dziennikarka, edukatorka i organizatorka wydarzeń artystyczno-kulinarnych mówi, że o ile sama strategia wykorzystywania produktów do końca ma sens, to pomysł płacenia za warsztaty, na których można się nauczyć robienia kompotu z jabłkowych ogryzków i czipsów z warzywnych skórek budzi w niej opór: – W Polsce wciąż żyją ludzie, którzy pamiętają straszne czasy. My nie musimy zaglądać do piwniczki, żeby sprawdzić, czy zostały w niej ostatnie przednówkowe ziemniaki. Oni nie mieli wyboru. Inna sprawa, że wiedzę o tym, jak rozsądnie gospodarować zapasami, powinno się wynosić z domu, uczyć jej od mamy, babci. Zapotrzebowanie na takie warsztaty mówi sporo o naszej społecznej samotności. Ciekawe jest to, że nie umiemy wytworzyć tego typu wspólnot w sposób organiczny.

Strategia kuchennego zero waste stoi więc niebezpiecznie blisko kuchni przetrwania. A pamięć o głodzie i niedostatku, nawet jeśli zniekształcona, wciąż jest w Polsce obecna. Gdy pytałam Janinę Kończak, współorganizatorkę łódzkiego Marszu Głodowego z 1981 roku, jednego z najważniejszych protestów tamtego ustroju, co musiałoby się zdarzyć, abyśmy znów zaczęli się liczyć z jedzeniem, mówiła, że nieszczęście. Głód, wojna, załamanie klimatu. Gospodarność jest, jej zdaniem, naturalną konsekwencją pamięci o niedoborze. Dopiero zatarcie tych wspomnień może sprawić, że bieda-dania, choćby takie jak wodzionka, zupa na czerstwym chlebie, zaczynają smakować sentymentalnie. Ale nie wszystkim. Zawsze będą osoby, którym będą smakować gorzko. 

Grubość ziemniaczanej skórki

Definicja tego, co jadalne, nigdy nie była czymś stałym. Podlegała nieustannym negocjacjom w zależności od tego, jak trudne były czasy. Weźmy ziemniaki – po obraniu kilograma, w zależności od użytego narzędzia, techniki i jakości bulw, może się zdarzyć, że trzeba będzie wyrzucić nawet połowę masy. Gdy przychodzą trudne czasy, ziemniaki obiera się coraz cieniej, w końcu w ogóle przestaje się to robić.

Albo burak cukrowy – teoretycznie niejadalny. Zostawia w ustach nieprzyjemne mrowienie, nie jest też przyjazny dla żołądka. Jednak gdy badacze z holenderskiego Uniwersytetu w Wageningen zrobili listę niejadalnych produktów, które zmieniły status w czasie hunger winter, strasznej zimy 1944/45 roku w Holandii, burak cukrowy znalazł się w pierwszej piątce najbardziej pożądanych surowców – razem z kartoflanymi obierkami, pokrzywą, cebulkami tulipanów i buczyną. To na przemrożonym buraku cukrowym gotowano wówczas zupę serwowaną w społecznych kuchniach. Wiele osób dzięki niemu przetrwało.

Doktor Ariel Modrzyk, socjolog z poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, który poświęcił żywnościowemu marnotrawstwu cały doktorat, pisze w nim o włączaniu do menu tego, co do tej pory było niewidzialne. To mogą być cebulki tulipanów i kłącza mieczyków (Holandia właśnie), wodorosty (Wielki Głód w Irlandii), łoboda, pokrzywa, kłącza bukwicy (hołodomor, wielki głód, na Ukrainie, Powołże, ale też Galicja), mięso psów, kotów, szczurów (Chiny, a wcześniej też włoski Piemont, Emilia-Romania, Paryż), obierki, klej, błoto, skórzany pasek. Gdy brakuje tego, co w naszej kulturze zwykło nazywać się jedzeniem, definicja się rozszerza.

Temat tego, co zwyczajowo uważa się za niejadalne, regularnie jest przywoływany w raportach, które próbują oszacować rozmiary żywnościowego marnotrawstwa we współczesnym świecie. Wskazane jest, zauważają ich autorzy, przyglądać się potencjałowi skórek, łusek, kości. W końcu rośliny i zwierzęta, które zjadamy, w całości składają się z witamin, soli mineralnych, białek, węglowodanów. Rezygnując z wykorzystania ich części, marnujemy cenny zasób. Jednak sugestie autorów dotyczą raczej przemysłu – choćby sytuacji, które, jak w wypadku kofeinowej lemoniady, rozbijają się o niedostosowaną do wyzwań, jakie stoją przed światem, legislację.

Gdzie jest ratunek?

Może się zdarzyć, że wraz ze wzrostem ludzkiej populacji i podkręceniem tempa rabunkowej eksploatacji Ziemi znów trzeba będzie obszar jadalności rozszerzyć. Żywność produkowana w stanie permanentnego klimatycznego kryzysu stanie się tak droga i trudno dostępna, że będzie się ją zjadać do ostatniego okruszka, kostki, listka. Na dostęp do tego, co dziś zwykliśmy nazywać jedzeniem, będą sobie mogli pozwolić najbogatsi. Reszcie świata zostaną obierki. Resztki. Żeby do tego nie doszło, mówią ci, którzy wciąż wierzą, że da się zahamować proces klimatycznej zmiany, potrzebna jest głęboka systemowa transformacja na wielu płaszczyznach. Jeśli chodzi o żywność – trzeba zmienić to, jak jest produkowana, dystrybuowana, ale też traktowana na ostatnim etapie życia, czyli po tym, gdy trafia do śmietników. Ta zmiana musi być globalna. 

Naomi Klein, autorka „To zmienia wszystko”, pisze: „Mówimy sobie, że jedyne, co możemy, to skupić się na sprawach, na które mamy wpływ”. Ale to, jej zdaniem, nie wystarczy, aby uratować świat.

Książka Marty Sapały „Na marne” o tym, jak traktuje się i marnuje żywność, ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Bielizna menstruacyjna – intymne zero waste

Nie musimy dokładać się do ton śmieci. Zamiast dorzucać do nich kolejne zurzyte podpaski czy wkładki, warto poszukać bardziej ekologicznych i przyjaznych dla zdrowia rozwiązań. (fot. iStock)
Nie musimy dokładać się do ton śmieci. Zamiast dorzucać do nich kolejne zurzyte podpaski czy wkładki, warto poszukać bardziej ekologicznych i przyjaznych dla zdrowia rozwiązań. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jeszcze do niedawna jedyną ekologiczną alternatywą dla miesiączkujących kobiet były kubeczki menstruacyjne lub ekologiczne, wielorazowe podpaski. Od kilku lat można już znaleźć na rynku bieliznę przeznaczoną specjalnie do menstruacji. A do niewielkiego grona producentów dołączyła właśnie polska marka.

Każda kobieta zużywa w ciągu życia od kilku (7-8) do kilkunastu tysięcy sztuk produktów do higieny intymnej - to jest około 130 kilogramów podpasek i tamponów. Te wszystkie jednorazowe produkty do menstruacji nie tylko rozkładają się blisko 300 lat! – Są również mało korzystne dla naszego zdrowia. Wiele z tych środków, wyglądających ładnie i czysto, barwionych jest chlorem (co prowadzi do powstawania toksycznych dioksyn). Zawierają też sztuczny jedwab i substancje zapachowe. Z kolei bawełna wykorzystywana do ich produkcji zawierać może całą masę pestycydów. Efekt? – alergie i podrażnienia miejsc intymnych. Można oczywiście sięgać po produkty jednorazowe z ekologicznym certyfikatem – jednak problem dużego obciążenia dla środowiska pozostaje nadal.

W czasach przedwojennych kobiety nie znały jednorazowych środków czystości. Używały bawełnianych materiałów, pociętych na duże kawałki do składania, które potem należało wyprać, a nawet wygotować, żeby pozbyć się na dobre przykrego zapachu.  Do ich utrzymania używały specjalnych pasków podwiązujących – taką „bieliznę” szyły zwykle własnoręcznie (chociaż na początku XX wieku można już było kupić gotowe produkty). Zamiast materiałów wprowadzono też do użycia tzw. poduszki – jedno lub wielorazowe.

Pierwsze podpaski pojawiły się w Niemczech pod koniec XX wieku, jednak niewiele kobiet z nich korzystało. Po I Wojnie Światowej produkcję podpasek na dużą skalę rozpoczęła amerykańska firma Kotex. W podobnym czasie opatentowano również pierwsze tampony. I chociaż w ostatnich dziesięcioleciach jednorazowe produkty menstruacyjne do higieny intymnej zalały rynek – powoli, całkiem świadomie, wracamy do czasów przedwojennych.

Wielorazowe podpaski, wykonane z naturalnych i przyjaznych dla skóry materiałów, mamy już na polskim rynku od ponad 10 lat. Coraz więcej kobiet korzysta też z menstruacyjnych kubeczków, wykonanych z medycznego silikonu. Jednak dla kobiet, które nie chcą tego ekologicznego zamiennika tamponu, a materiałowe podpaski nie dają im pełnego zabezpieczenia – powstały wielorazowe majtki menstruacyjne. Idea jest taka, że mają w pełni zastąpić tampony, podpaski i wkładki. Mają zwykle dużą wydajność (3-4 tamponów), a ich chłonność zmniejsza się zwykle dopiero po dwóch latach użytkowania. Prać można ręcznie lub w pralce (najpierw trzeba namoczyć w zimnej wodzie).

Majtki menstruacyjne, kubeczki, podpaski wielorazowe - ekologiczna alternatywa dla jednorazowych produktów. (fot. iStock) Majtki menstruacyjne, kubeczki, podpaski wielorazowe - ekologiczna alternatywa dla jednorazowych produktów. (fot. iStock)

Majtki menstruacyjne wyglądają jak normalna bielizna. Różnica jest taka, że posiadają 4 warstwy: absorbującą, antybakteryjną, odprowadzającą wilgoć i zapobiegającą przeciekaniu. Można nosić je bez dodatkowych innych środków, dzięki warstwie ochronnej zatrzymującej krew i zapobiegającej wyciekom. Doskonale sprawdzą się również w połogu i przy problemach z nietrzymaniem moczu.

Trzeba na taki produkt wydać od około 80 do 150 PLN, jednak łatwo obliczyć, że w dłuższej perspektywie stosowanie bielizny menstruacyjnej jest dużo bardziej ekonomiczne, a przede wszystkim przyjazne dla środowiska.

Majtki mamy dostępne od paru lat. Produkują je firmy zagraniczne, głównie niemiecka Selenacare. Nowością na naszym rynku są więc pierwsze polskie produkty.

Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone) Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone)

Za szycie menstruacyjnych matek zabrały się „Skrojone” – przyświecają im takie idee jak less waste, cruelty free (produkty wolne od okrucieństwa wobec zwierząt, w 100% roślinne), czy transparentność (dziewczyny ujawniają wszystkie koszty na każdym etapie produkcji, a 1% ceny każdego produktu przeznaczają na cele charytatywne). Wszystkie produkty szyją z bawełny organicznej z certyfikatem GOTS. I właśnie taki materiał (100% certyfikowanej bawełny) będzie znajdował się w warstwie majtek od strony ciała. Wkład ochronny to bambusowe frotte, które działa antybakteryjnie, a warstwa chroniąca przed przeciekaniem to PUL (poliester laminowany poliuretanem o właściwościach oddychających i wodoodpornych). Zewnętrzny materiał to również organiczna bawełna, z niewielką domieszką lajkry.

Majtki wchłaniają bez problemu 30 ml płynu, więc można nosić je do 12 godzin (nie dłużej ze względów higienicznych). Będą mogły służyć nawet do 5 lat (bambus swoje antybakteryjne właściwości utrzyma przy 50 praniach). Do majtek, gdy już będą przetestowane i trafią za kilka miesięcy do sprzedaży , ma być dołączona instrukcja prania, drukowana na papierze pochodzącym w 100% z recyklingu.

Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone) Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone)

Pierwsza „partia” majtek jest mocno limitowanym, testowym produktem.

  1. Styl Życia

Powstała aplikacja do wymiany i sprzedaży roślin

Plantswapp to nowa aplikacja, dzięki której możesz sprzedać, kupić lub oddać roślinę. (Fot. Getty Images)
Plantswapp to nowa aplikacja, dzięki której możesz sprzedać, kupić lub oddać roślinę. (Fot. Getty Images)
Plantswapp to nowa platforma porównywana do znanych nam aplikacji zajmujących się sprzedażą i wymianą ubrań, czy innych niepotrzebnych nam już rzeczy. Tym razem sprzedać, kupić bądź podarować możemy... rośliny - takie, które okazały się niechcianym prezentem, które potrzebują ratunku, a my nie dajemy sobie z nimi rady, czy którym przydałby się nowy dom.

Plantswapp to aplikacja plasująca się gdzieś pomiędzy Olx a Vinted, gdzie drugie życie podarować możemy ubraniom, kosmetykom, czy meblom. Tym razem, twórcy aplikacji skupili się na roślinach, które w ramach dostępnych kategorii możemy: podarować, zamienić bądź sprzedać. Platforma wykorzystuje naszą lokalizację, aby umożliwić nam znalezienie roślin w najbliższej okolicy, które będziemy mogli przeglądać wykorzystując różnego rodzaju filtry.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Plantswapp (@plantsw.app)

Miłośnicy roślin mają możliwość zrzeszania się również w grupach lokalnych, gdzie można rozmawiać i dzielić się poradami dotyczącymi pielęgnacji i uprawy domowych kwiatów. W swoim profilu warto również napisać, jakie rośliny nas interesują i czego poszukujemy, co ułatwi nam ich znalezienie. Kwiaty możemy przeglądać nie tylko według lokalizacji, ale również gatunków roślin, bądź skorzystać z lupki, która umożliwi wyszukanie konkretnego okazu.

Jeśli już wypatrzymy nasz wymarzony kwiat, za pomocą komunikatora piszemy do jego właściciela i umawiamy się na transakcję. Kwiatek następnie oznaczany jest w aplikacji jako "Zarezerwowany" i znika z portalu w momencie, gdy go odbierzemy.

Warto pomyśleć o skorzystaniu z aplikacji, zwłaszcza gdy planujemy długie podróże i nie mamy, komu powierzyć naszych roślinek, a także wtedy, gdy ewidentnie nie udaje nam się odpowiednio zaopiekować kwiatem.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Plantswapp (@plantsw.app)

  1. Styl Życia

Święta zgodne z filozofią zero waste

Zamiast wyrzucać jedzenie, warto poszukać innych rozwiązań. (fot. iStock)
Zamiast wyrzucać jedzenie, warto poszukać innych rozwiązań. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wielu osobom idea życia bez odpadów wydaje się iluzją, a zjadanie resztek – koniecznością biedaków. A przecież chodzi tylko o ograniczenie bezrefleksyjnej produkcji śmieci i niewyrzucanie jedzenia. Jak wpisać elementy filozofii zero waste w przygotowania świąteczne bez narażenia się na opinię dziwaczki, sprawdza dziennikarka Ewa Nowak.

Przyszła do mnie niewidziana od epoki lodowcowej koleżanka z podstawówki. Lubiłyśmy się i tak nam zostało, więc zapytałam, czy mogę przy niej ugotować leczo dla rodziny. Po godzinie wyciągnęłam z kubła czarny worek i chciałam go zawiązać przed wyrzuceniem. Wtedy koleżanka grzecznie zapytała, czy może zajrzeć do moich śmieci, bo chętnie weźmie sobie kilka rzeczy. Trochę się zdenerwowałam, bo wiadomo, że kto grzebie w śmieciach, ma nierówno pod sufitem, ale jednocześnie umierałam z ciekawości, co niby można „wziąć sobie” z cudzych śmieci. Znalazła jedzenia, że można by karmić nim dwie osoby przez tydzień (o ośmiu raz użytych foliowych torebkach w ogóle nie chcę wspominać). Koleżanka pocieszyła mnie, że przecież od razu mogę to zmienić. Serdecznie się pożegnała i poszła.

Dlatego postanowiłam, że tegoroczne święta będą najważniejsze w moim życiu. Zrobię prawdziwe generalne porządki, ale nie pod wanną, tylko w głowie. Koniec z marnowaniem jedzenia!

Obiekcje

Odrobinę starsza ode mnie przyjaciółka mówi, że nienawidzi tego „bezśmieciowego” nurtu. Po czasach komuny jeszcze się nie nacieszyła dobrobytem, a świat już każe jej przejść na minimalizm. Ja sama boję się, że nie dam rady tak kompletnie niczego nie wyrzucać. Już się doczytałam, że Bea Johnson, autorka książki „Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas” (wyd. Agora) ma czteroosobową rodzinę i produkuje jeden słoik śmieci rocznie. Przeraża mnie poziom tego wyzwania, więc żalę się mamie, a ona jak zawsze stawia mnie do pionu: „Czy to nie ty tłumaczyłaś mi, na czym polega metoda kaizen, krok po kroku? Przynajmniej spróbuj. I zadzwoń wreszcie do cioci, bo już czas zapraszać na Wigilię”.

Zadzwoniłam, zaprosiłam i napomknęłam, że bezśmieciowo, że zrobię z resztek, że nie pakujemy w papier, że bez prezentów… Bardzo się zdenerwowała. „Dlaczego wy, młodzi, tak nienawidzicie świąt? Myślisz, że dasz radę niczego nie wyrzucić? To trzeba w ogóle nie pracować i zajmować się tylko tym!”.

Święta neofity bezodpadowca

„Nie wyrzucaj sczerniałego banana, nieładnej pomarańczy i lekko zżółkłej sałaty. Zmiksuj z nich koktajl! Z nadwyżki makaronu z poprzedniego dnia zrób zapiekankę, przy okazji dodając do niej miękką już marchewkę, nieładne pieczarki i pomidory. Pomarszczone jabłka wrzuć do sokowirówki i stwórz pyszny sok, a z nieładnych warzyw ugotuj zupę. Jest mnóstwo przepisów na dania z resztek i wcale nie musisz od razu pozbywać się produktów nie pierwszej świeżości” – czytam na stronie Naturalnieniebanalnie. Pomysłów jest mnóstwo. Najważniejsze to oduczyć się odruchowego wyrzucania resztek jedzenia do kosza. Czy to się kłóci z ideą świąt i czasu eleganckiego białego obrusa? Nie wiem. Jeśli komuś się kłóci, to ta idea nie jest dla niego. Ja się w ten temat wciągam, a ponieważ już wiem, że moja rodzina nie da rady przejeść wszystkiego, co jest w domu, napisałam do Aleksandry Damentko – dietetyczki, koordynatorki programu „Kulinarnie mocni” z Federacji Polskich Banków Żywności. „Szanowna Pani, komu można oddać żywność i jak ją do tego oddawania przygotować?”. Odpowiedź otrzymałam natychmiast: „Banki Żywności wspierają żywnością najbardziej potrzebujących mieszkańców kraju poprzez organizowanie dorocznych zbiórek żywności w sklepach na terenie całej Polski. Rozszerzając swoją weekendową listę zakupów o dodatkowe produkty spożywcze, każdy z nas może wesprzeć tę ideę. Najbardziej potrzebne są produkty o przedłużonym terminie spożycia, między innymi kasza, ryż, makaron, olej, konserwy, kawa, herbata, kakao, słodycze i przetwory warzywno-owocowe. Żywność zebrana podczas akcji jest odpowiednio sortowana i pakowana przez wolontariuszy Banków Żywności. Z zebranych produktów przygotowywane są paczki, które trafiają do jadłodajni dla ubogich, noclegowni dla bezdomnych, domów dla samotnych matek, świetlic dla niezamożnych dzieci i innych organizacji zajmujących się opieką nad najuboższymi. Najbliższa Świąteczna Zbiórka Żywności pod hasłem »Dodajmy świętom smaku« odbędzie się w dniach 1–3 grudnia”.

Drążę temat i dowiaduję się, że akcja „Kulinarnie mocni” propaguje też przygotowywanie zdrowych i smacznych posiłków z prostych składników, ziół i przypraw. Organizatorzy akcji, dla bezpieczeństwa, chcą zachęcić Polaków do gotowania od podstaw i przekonać, że bez względu na zasobność spiżarni można przygotować pomysłowe dania o zaskakującym smaku. Hurra! Dziesiątki torebek z przyprawami, których na pewno bym nie wykorzystała przed terminem ważności, pójdą w potrzebujące ich ręce, garnki oraz brzuchy. Co prawda nie do Banku Żywności, bo ten przyjmuje wyłącznie zapakowaną żywność, ale znalazłam inną akcję „Podziel się posiłkiem z bezdomnymi”, organizowaną przez Marię Skołożyńską. To lokalna inicjatywa – wolontariusze rozwożą jedzenie do domów opieki i w inne miejsca, gdzie ludzie bywają niedożywieni. Tam oddam moje przyprawowo- jedzeniowe nadwyżki. Miałam produkować mniej śmieci, a w efekcie zupełnie przy okazji uda mi się zrobić jeszcze coś dla innych. I o to chodzi!

A jednak!

Dzwoni ciocia. Aż mi serce podskakuje, że jednak „źle się czuje” i nie przyjdzie do nas na Wigilię. „Ewusiu, czy ty wiesz, że moja sąsiadka z dołu od roku w ogóle nie używa plastików? Pokazała mi zdjęcie kaczki zaplątanej w foliową torebkę. Więcej tego świństwa do domu już nie przyniosę. Powiedz mi, kochana, dlaczego ludzie są tacy bezmyślni”. Cytuję wypowiedź cioci, bo sama jeszcze nie mogę w nią uwierzyć. Może to i starsze pokolenie, ale serca w nim wciąż młode.

Moja kochana mama, która nie wiem jak wytrzymuje z nami tę współczesną karuzelę coraz to nowych pomysłów na życie, chyba miała zapas papierów do pakowania, bo widzę, że ukradkiem wyłożyła nim półki na buty. Zgodnie z moją prośbą poza zakupami dla „Kulinarnie mocnych” nie kupuje żadnych prezentów dla nas i daje się zaprosić na próbę generalną bezśmieciowej Wigilii. Po niedzielnym obiedzie z resztek (to właśnie była ta próba i wyszła świetnie) idziemy z mamą, mężem i córką na działkę zakopać obierki, skórki i wszystko, co można skompostować. Nic nie leży na żołądku, śmieci nie ma i resztek żadnych też nie ma, bo każdy z góry określił, ile czego zje.

Na pierwszy dzień świąt zaprosiłam dwanaście osób. Zamiast nikomu do niczego niepotrzebnych prezentów, każdy ma przynieść jedzenie, które u niego stoi albo mu zostało i jest niewykorzystywane. Człowiek potrzebuje zmian, więc się trochę wymienimy, a trochę oddamy. Na dziś ja tak rozumiem ideę dzielenia się, szanowania i chrześcijańskiej pokory wobec naszego świata. Wiem, że dziwaków nie brakuje, ale to dobrze. Bardzo dobrze. Wszystko jest dziwne, nim stanie się normalne.

Menu na święta według Ewy Nowak

  • Bigos z resztek mięsa zbieranych już od mikołajek oraz kilku rodzajów kwaszonej kapusty, w tym mojej, niestety, średnio udanej w tym roku, ale do bigosu będzie idealna.
  • Grzanki z czerstwego chleba. Połowa z wyciskanym czosnkiem i oliwą, połowa z tym, co akurat trzeba już będzie zapiec.
  • Zupa śmieciówka – z podwiędłych, pomarszczonych, zapomnianych warzyw. Przestałam wyrzucać łodygę brokuła i moje zupy nabrały wspaniałego pistacjowego koloru, a obierki w nich są najlepsze. Nawet syn sąsiadki, niejadek jakich mało, kiedy dowiedział się od babci, że „normalni ludzie” tego nie jedzą, wygrzebuje je i zjada jako pierwsze.
  • Makowce wegańskie – z zeszłego roku zostały dwie paczki maku, jeszcze w plastikowych torbach, więc tradycji stanie się zadość.
  • Pierogi z kapustą i grzybami – do farszu dorzucam podwiędłe już pieczarki i połówki walających się po lodówce cebul.
  • Chleb z resztek mąki – od sześciu lat piekę chleb na tym samym zakwasie według tego samego przepisu, a w tym roku upiekę chleb z resztek mąk (orkiszowa, gryczana, żytnia). Jadłam taki u koleżanki z podstawówki, był wspaniały.

Jedzeniowa filozofia zero waste

  • Przejrzyj swoje śmieci, zobacz, jakie masz nawyki, czego się odruchowo pozbywasz zamiast wykorzystać. Po prostu zrób śmieciowy rachunek sumienia.
  • Zużywaj to, co masz w domu. Zanim cokolwiek kupisz, przejrzyj szafki, lodówkę, zamrażarkę i gotuj z tego, co kiedyś już kopiłeś.
  • Planuj posiłki z wyprzedzeniem na kilka dni. Zobacz, czego ci brakuje i tylko to kupuj. Miej listę zakupów i trzymaj się jej.
  • Gotuj mniejsze porcje. Na początku będzie to trudne, bo mamy w genach panikę, że ktoś wstanie od stołu nienapchany po brwi, ale stopniowo uda ci się przestawić na nowy tryb.
  • Noś ze sobą płócienne torby, zabieraj słoiki, pojemniki i pudełka. Tylko za pierwszym razem sprzedawcy są zdziwieni. Potem będą cię rozpoznawać z daleka, bo lubi się stałych klientów.
  • Ortodoksyjnie sprawdzaj daty ważności. Przeterminowanie to główny powód, dla którego wyrzucamy jedzenie. Na przykład zrób spis tego, co kupiłeś. Spójrz na daty ważności wszystkiego, co przyniosłeś do domu, i według nich planuj kolejność posiłków.
  • Zamrażaj resztki, opisuj je i segreguj, a potem wyciągaj, bo po odmrożeniu są świeże jak pierwsza miłość.
  • Pilnuj właściwego przechowywania.
  • Odpady kompostuj na balkonie albo zakopuj na działce.
  • Nie bądź zdziwiony, że nieprodukowanie śmieci szybko rozleje ci się na inne obszary twojego życia. Przede wszystkim jednak oszczędzisz pieniądze i miejsce w domu, nauczysz siebie i domowników zapomnianej dziś sztuki gospodarności i do tego otrzymasz coś absolutnie bezcennego – satysfakcję.

  1. Styl Życia

Im mniej, tym więcej. Oczyść swoją przestrzeń z rozpraszaczy

Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii. (Fot. Getty Images)
Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii. (Fot. Getty Images)
– Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii – przekonuje blogerka i minimalistka Katarzyna Kędzierska. Radzi też, by minimalizmu nie traktować jako życiowej filozofii, a jedynie jako źródło inspiracji.

W książce „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce” zadajesz czytelnikom pytania, które wydały mi się bardzo trudne. „Jaki jest Twój plan na życie? Zastanawiałaś się kiedykolwiek, kim jesteś, jakim człowiekiem chcesz być i co jest dla Ciebie najważniejsze?”. To o wiele więcej niż tylko pozbywanie się obtłuczonych kubków z kuchennej szafki, a przecież powtarzasz, że minimalizmu nie traktujesz jak filozofii.
Rzeczywiście wychodzę z założenia, że jeśli potraktowałabym minimalizm jako filozofię, to oczekiwałabym, że to on dostarczy mi odpowiedzi na wiele pytań: jak żyć? gdzie szukać sensu? i tak dalej. Wydaje mi się jednak, że traktowanie go w ten sposób jest błędem. Każdy z nas ma przecież inny system wartości. Bez względu na niego możemy jednak skorzystać z minimalizmu jako narzędzia, chociażby po to, aby ten system wartości na nowo odkryć. Minimalizm pozwala zrozumieć, gdzie jest nasze „mniej”, a tym samym gdzie jest „więcej”, i tam przekierować zasoby i życiową energię. Mówiąc krótko, postawiłabym minimalizm o szczebelek niżej. Obawiam się, że jeśli zaczniemy mówić o minimalizmie jako o filozofii, to część osób będzie go utożsamiać z jakimś zbiorem zasad, którymi należy się w życiu kierować. A to byłaby pułapka.

Dlaczego?
Większość treści związanych z minimalizmem, które pojawiają się ostatnio w mediach i sieci, ma charakter mocno spłycony, uproszczony. Furorę robią artykuły typu „Mam 100 rzeczy. Jestem minimalistą”. Ludzie to czytają i tak jak wcześniej kompulsywnie gromadzili przedmioty, tak teraz zaczynają fiksować się na ich pozbywaniu; uzależniają się od wyrzucania. Wbrew pozorom nie jest to problem wydumany – pisze o tym do mnie w komentarzach i wiadomościach prywatnych wielu czytelników. Wstają rano i zamiast skoncentrować się na tym, co daje im radość, co jest dla nich wartością, za co są wdzięczni – zastanawiają się, co by wyeliminować ze swojego otoczenia. W takim układzie pozbywanie się staje się wartością samą w sobie, a to właśnie pułapka, o której wspomniałam.

Wprowadzenie minimalizmu do swojego życia dla wielu z nas jest pewną rewolucją, a neofici często mają skłonność do przesady.
Oczywiście; co więcej, tytuły takie jak wspomniałam, są bardzo nośne – ja nie chciałabym kierować moich czytelników w tę stronę. Uśmiecham się więc, gdy ludzie pytają, czy mając 101 przedmiotów, mogą być minimalistami, czy też jest to wykluczone... Jakiś czas temu zażartowałam nawet, że zacznę wystawiać certyfikaty dla minimalistów – to byłaby dopiero żyła złota! Masz 100 rzeczy, możesz dostać papier; masz 101 – już nie. Mówiąc zaś zupełnie poważnie – staram się zachęcać do świadomego pozbywania się lub kupowania rzeczy oraz do badania granic własnego dyskomfortu, co pomaga odpowiedzieć na pytanie, czy coś naprawdę jest mi potrzebne.

Przyznam ci się więc, że kilka miesięcy temu dałam się wciągnąć w zabawę polegającą na codziennym pozbywaniu się zbędnych przedmiotów. Pierwszego dnia miesiąca wyrzucało się jeden, piątego – pięć, a trzydziestego – trzydzieści. Było ciężko, ale miałam też poczucie, że działam w pewnych granicach, ramach, ułatwiających mi te pierwsze wielkie porządki.
To, o czym mówisz, przypomina mi grywalizację – działanie mające na celu wpłynięcie na ludzkie zachowania przy użyciu mechanizmów zaczerpniętych z gier. Mówiąc wprost: obudowanie pewnej koncepcji w grę. Wcale się od tego nie odżegnuję – na swoim blogu proponowałam kiedyś czytelnikom akcję „Wyzwanie minimalistki”. W pierwszej edycji wypisałam dokładnie miejsca, w których należy szukać zbędnych rzeczy – na liście znalazła się chociażby obecna w każdym domu szuflada „na wszystko” czy pełna zbędnych okryć szafa w przedpokoju. Z każdą kolejną edycją zadania stawały się inne i coraz bardziej skomplikowane. Rok czy dwa lata temu zapragnęłam wskoczyć na poziom wyżej i zaproponować porządki... w głowie. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że wiele osób bardzo czegoś takiego potrzebowało: nie tylko posprzątać piwnicę i domowe zakamarki, ale też sięgnąć głębiej.

Co masz na myśli, mówiąc „sięgnąć głębiej”?
Wiele zaproponowanych przeze mnie zadań bazowało na uważności, nawiązywało do praktyk mindfulness. Zachęcałam do krótkiej, dwuminutowej medytacji, skanowania ciała, zapisywania pewnych myśli i odpowiedzi na pytania. Przyznam, że kiedy zaczęłam interesować się praktyką mindfulness, poczułam, że jest to ważne uzupełnienie, które bardzo pięknie się z minimalizmem łączy. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że uważność to minimalizm w głowie.

Przyznam, że ten minimalizm w głowie pociąga mnie najbardziej. Dbam o niezagracanie sobie życia, ale myślę, że gdybyś weszła do mnie do domu, to nie powiedziałabyś, że to mieszkanie minimalistki. Mnóstwo u mnie pamiątek z podróży, książek, kolorów i wzorów... Zastanawiam się więc, czy minimalistą można być wybiórczo? Akceptować posiadanie gigantycznej biblioteki, ale nie dołączać do pędu bycia ciągle lepszym, mądrzejszym, docenianym? Do zabiegania, robienia dziesięciu rzeczy jednocześnie, posiadania setek znajomych?
Gdybym nie zaczęła prowadzić bloga i pisać o minimalizmie, pewnie nigdy nie określiłabym się mianem minimalistki – choćby dlatego, że w ogóle nie byłoby mi to do niczego potrzebne. To tylko kolejna etykietka, która bywa pomocna, ale nie określa naszego jestestwa. Dziś mówię tobie i moim czytelnikom: „Bierz z minimalizmu to, co jest dla ciebie dobre. To nie ty jesteś dla minimalizmu, tylko on dla ciebie!”. Odpowiadając zaś na twoje pytanie o kolorowe i pełne przedmiotów wnętrze – warto pamiętać, że to, co wspaniale wygląda na zdjęciach na Instagramie, niekoniecznie sprawdza się w życiu. Z kolei wiele osób lubiących wnętrza surowe, nie ma nic wspólnego z minimalizmem – po prostu wybiera taką, a nie inną estetykę. Jeśli kochasz swoje książki i bibeloty i cieszy cię ich obecność, to wspaniale!

Tym, co do mnie przemawia, jest minimalistyczna prawda, że wszystkie przedmioty wymagają uwagi, a więc i czasu. Dziś każdy gdzieś pędzi, nikt nie ma czasu.
Ja mam. (śmiech) I czuję się uprzywilejowana w wielu kwestiach: jestem wykształcona, niezależna, prowadzę własną firmę i mam sporą dowolność w zarządzaniu swoim czasem. Wiem, że nie każdy ma takie warunki. Jedną rzecz, jedno zadanie, chciałabym jednak polecić wszystkim; mnie zaproponowała je kiedyś czytelniczka prowadząca badania do doktoratu, w których brałam udział. Zostałam przez nią poproszona o skrupulatne prowadzenie dzienniczka. Przez kilka tygodni rzetelnie zapisuje się w nim wszystko, co robimy, z dokładnością co do 5 minut. Ileż dzięki temu można odkryć! Nagle widzimy czarno na białym, co dzieje się z brakującymi godzinami... Zarówno przeprowadzenie ćwiczenia, jak i uważna analiza zapisków zajmuje czas, ale później naprawdę pomaga go odzyskać.

Ja też jestem przedsiębiorcą i choć nie mogę narzekać – to, porównując się ze znajomymi, myślę, że mam ciężej. Zawsze jest coś do zrobienia, projekt do poprawienia, telefon do wykonania... Trudno się też odmawia – a nuż klient więcej do nas nie wróci...
Wielu z nas zostało nauczonych, że zawsze możemy być lepsi. Dlaczego zadowolić się czwórką plus, skoro można dostać pięć? Myślę, że paradoksalnie wiele złego uczyniło nam popularne powiedzenie „bądź najlepszą wersją siebie”, wypaczone przez to, co nazywam instagramowym coachingiem. Od dążenia do osiągnięcia tej najlepszej wersji nigdy nie ma odpoczynku. Dawno temu uświadomiłam sobie, że nie ma we mnie na to zgody – i, mając problem podobny do twojego, zdecydowałam się wykonać żmudną pracę na swoich przekonaniach. Zaakceptowałam, że nie muszę być zawsze w szczytowej formie. Mogę czasem zrobić coś nie na 120%, ale na 80 – i też jest OK. Co więcej, nikt poza mną tego nie zauważy... Truizm i banał, ale praca niełatwa.

Znajomy, widząc, że czytam napisaną przez ciebie książkę, rzucił z przekąsem: „o, kolejna, która chce ci wmówić, że masz pozbyć się ambicji i zrywać dmuchawce na łące”. Pokazałam mu twój biogram – jesteś prawniczką, przedsiębiorcą, blogerką. Nie spędzasz raczej dnia na wąchaniu polnych kwiatków.
„Mniej” przede wszystkim nie znaczy „wcale” i nie znaczy „za mało”. Podobnie jak „więcej” znaczy dla każdego co innego. Z całą pewnością nie oznacza wyzbycia się dobytku, ambicji, planów, pragnień i aspiracji. Oznacza wybranie tych, które rzeczywiście są dla nas istotne. Znowu wracam do tego, co powiedziałyśmy na początku – jeśli potraktujemy minimalizm jako narzędzie, to naszą uwagę, czas i pieniądze będziemy mogły skierować na to, co jest dla nas ważne. A ważnym rzeczom i sprawom warto poświęcać czas i energię, warto je świętować na co dzień i być za nie wdzięcznym...

Rozmawiałyśmy o minimalizmie w organizacji czasu; kolejna ważna kwestia to minimalizm w relacjach z ludźmi. Co w ogóle oznacza dla ciebie ten termin? Przyznam, że jestem raczej społeczniczką, a w swoich artykułach zawsze powtarzam, że za bardzo skupiamy się na sobie, a za mało na innych...
Dla mnie minimalizm w relacjach to po prostu zdrowe stawianie granic. Znowu – to, gdzie te granice stawiamy, jest właściwe każdemu z osobna. Przez długie lata miałam z tym trudność. Dziś wychodzę z założenia, że nie wszyscy muszą mnie lubić, nie z każdym muszę się przyjaźnić. Mogę wybrać, z kim chcę utrzymywać kontakty, podobny wybór mają osoby pozostające w relacji ze mną. Jeśli ktoś notorycznie narusza moje granice, to nie ma nic złego w tym, że wprowadzę w tej relacji swoisty minimalizm. Nie musi to zresztą oznaczać zerwania znajomości – może wystarczy sprowadzenie jej na inny poziom? Dzięki takim wyborom mogę odzyskać czas i poświęcić go osobom naprawdę dla mnie ważnym. Także w wypadku relacji może sprawdzić się prowadzenie zapisków. Może inwestujemy w relacje toksyczne? Może występuje w nich kolizja?

Zamknięci w domach na skutek pandemii, mieliśmy i pewnie nadal będziemy mieli sporo czasu na myślenie o tym wszystkim. Przy okazji oczyszczamy też przestrzeń – wielu z nas wyrzuciło ostatnio sporo zbędnych przedmiotów. Jednocześnie bardzo wzrosła sprzedaż internetowa.
Uwięzieni w domach rzeczywiście zaczęliśmy je sprzątać, bo pewne rzeczy zaczęły nam po prostu zawadzać, mocno skonfrontowaliśmy się z przestrzenią, w której żyjemy. Natomiast nie do końca zgadzam się, że tak wiele kupujemy. Na początku pandemii owszem – ludzie rzucili się na zakupy online. Jednak ostatnio trafiłam na raport, który pokazuje, że poza zakupami spożywczymi kupujemy w tej chwili dużo mniej. Dla mnie, propagatorki minimalizmu, niezwykła była odpowiedź 30% respondentów, którzy oświadczyli, że ograniczyli zakupy, bo mają zbyt dużo rzeczy. 72% powiedziało, że rzadziej kupuje rzeczy przypadkowe. Krzykliwe nagłówki w prasie są więc nie do końca prawdziwe. Myślę, że ograniczyliśmy kupowanie kompulsywne, a zakupy w sieci cieszą się wielką popularnością, bo wybieramy tam teraz niezbędne produkty dotąd znajdowane w sklepach stacjonarnych. Oczywiście istnieją i trendy przeciwne – akcją napędzającą konsumpcję stało się popularne hasło „wspieraj lokalne biznesy”. Z jednej strony chwalebne, bo zachęcające do pomagania ludziom prowadzącym małe firmy; z drugiej – trochę wypaczone, bo prowadzące do kupowania tego, co wcale nie było potrzebne.

Popularność twojego bloga i książki świadczy o tym, że za minimalizmem wielu z nas tęskni; z drugiej strony bycie ubranym codziennie w inne ciuchy, otaczanie się masą gadżetów, bycie wiecznie zajętym ciągle jeszcze świadczy o wysokim statusie społecznym.
Sześć czy siedem lat temu, gdy zaczynałam pisać o minimalizmie, było to zagadnienie zupełnie nowe, a na mnie patrzono jak na internetowego dziwaka. Dziś nadal daleko mi do mainstreamu, jednak większość z nas słyszała już co nieco o minimalizmie. Możemy więc mówić o pewnym, nawet znaczącym, postępie. Ci, którzy prognozowaniem trendów zajmują się zawodowo, wspominają o czekającej nas „kwarantannie konsumpcji”, o powrocie do lokalnego rzemiosła, o tym, że produkty staną się tak drogie, że siłą rzeczy będziemy kupować mniej. Inni mówią nawet, że wrócimy do kultury niedostatku. Czy tak będzie? Nie wiem. Tylko czas zna odpowiedź. Mam jednak poczucie, że „mniej” to nie tylko nowy luksus; w obecnych czasach „mniej” to konieczność. „Chcieć mniej” to nasza nowa rzeczywistość.

Jak zaciskanie pasa w czasie pandemii zmienić w fajną filozofię, która da nam zadowolenie, ulgę i radość?
To, że dużo wydajesz, nie sprawia, że żyjesz bardziej i mocniej. Oznacza tylko, że dużo wydajesz. A rzeczy... rzeczy mogą być piękne, użyteczne, mogą przywoływać wspomnienia, ale to nadal tylko rzeczy. Nie będą się z nami przyjaźnić, nie będą nas kochać. Może wystarczy zwykłe przesunięcie akcentu? Zamiast skupiać się na tym, czego mieć nie chcemy czy nie możemy, świętujmy radośnie to, co mamy i za co jesteśmy w życiu wdzięczni. Minimalizm to pozbycie się ze swojej przestrzeni rozpraszaczy, zagłuszaczy i odwracaczy uwagi. To szansa na odnalezienie i zrozumienie siebie, poznanie swoich prawdziwych potrzeb i wartości. To wyzwolenie wewnętrznej siły i energii, które sprawią, że doba będzie miała aż 24 godziny, a zwykłe codzienne czynności staną się magiczne. Życzę tego każdemu z nas.

Katarzyna Kędzierska, blogerka, prawniczka, minimalistka, autorka bloga Simplicite.pl oraz podcastu „Sztuka prostego życia”. W maju ukazało się nowe, poszerzone wydanie jej bestsellerowej książki „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”, wyd. Znak.

  1. Styl Życia

Człowiek bez pieniędzy. Kim jest Mark Boyle?

Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. (Fot. BE&W)
Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. (Fot. BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
By przekonać się, że faktycznie pieniądze szczęścia nie dają, aktywista Mark Boyle zrezygnował z nich całkowicie. Efekty trzyletniego eksperymentu przyniosły mu tyle satysfakcji, że postanowił pójść o kilka kroków dalej i powrócić do modelu życia sprzed rewolucji przemysłowej. Niektóre z jego postulatów możemy realizować nawet w wielkim mieście.

W 2016 roku Mark Boyle, aktywista i pisarz z Irlandii, znany światu jako „Moneyless Men” (człowiek bez pieniędzy) napisał swój ostatni e-mail i zamknął komputer. Miał nadzieję, że już nigdy w życiu nie będzie go musiał otwierać (co nie do końca mu się udało). Postanowił, że od tej pory będzie żył z dala od cywilizacji i całkowicie bez dostępu do technologii. Decyzja była kontynuacją jego eksperymentu sprzed prawie dekady, kiedy to testował,  jak funkcjonować bez pieniędzy. Wcześniej studiował ekonomię i pracował jako dyrektor finansowy w firmach, które zajmowały się produkcją organicznego jedzenia. Coraz krytyczniej patrzył jednak na ciemne strony kapitalizmu, które widział nawet w teoretycznie etycznych miejscach pracy. Jak twierdzi, dopiero czas pozbawiony pogoni za karierą i żądzą zysku pozwolił mu się w pełni rozwinąć. Odkrył że wszystko, czego potrzebuje do szczęśliwego życia, jest w stanie wytworzyć sam, ewentualnie pozyskać przez handel wymienny. Przewidziany na rok eksperyment potrwał trzy razy dłużej. Z czasem Boyle w pewnym stopniu powrócił do pieniędzy, jednak coraz bardziej zaczęło go uwierać uzależnienie od technologii, więc zdecydował się na powrót do korzeni. Postawił na życie bez Internetu, telefonu, prądu, kanalizacji i centralnego ogrzewania. Offline...

Myśli spisane ręcznie

Swoimi doświadczeniami Boyle regularnie dzieli się z czytelnikami na łamach dziennika „The Guardian” oraz w książkach. „The Moneyless Men: A Year of Freeconomic Living” ukazała się po angielsku w 2010 roku, zaś polscy czytelnicy właśnie dostali do rąk tytuł „Offline”.

Boyle pisze ręcznie, z redakcją komunikuje się za pomocą tradycyjnej poczty (co zajmuje tyle czasu, że nie zdążyłam uzyskać od  niego odpowiedzi na moje pytania przed wysłaniem tego numeru do druku). Listownie odpowiada dziennikarzom i czytelnikom, nie ma pojęcia, ile „lajków” zbierają w sieci jego felietony, a nawet udało mu się przegapić brexit. Na potrzeby książki musiał na chwilę porzucić świat offline, by swoje odręczne notatki przepisać na komputerze. Wspomina ten czas jako okropny. Jego przemyślenia skłaniają do refleksji. Podważają zasady współczesnego świata i pokazują, że można żyć inaczej.

„Jako społeczeństwo wyprodukowaliśmy wystarczająco dużo rzeczy, aby przetrwać całe życie. (…) Moglibyśmy zredukować nasze wydatki osobiste do minimum, a dzięki temu przyjąć 21-godzinny tydzień pracy. Zyskalibyśmy życie w czasie wolnym. Moglibyśmy sami uprawiać żywność, zakładać kręgi prezentów i darmowe sklepy, uczyć się umiejętności na małą skalę lub jeździć rowerem zamiast samochodem. Wszystko to zmniejszyłoby emisję dwutlenku węgla, jednocześnie zwiększając nasze szczęście. W dłuższej perspektywie musimy zakwestionować fundamentalne narracje kulturowe naszych czasów: nieograniczony wzrost, oddzielenie od natury, a nawet ekonomię monetarną” – uważa autor „Offline”.

Mark Boyle, 'Offline' (Wydawnictwo Mova, 2020) Mark Boyle, "Offline" (Wydawnictwo Mova, 2020)

Powrót do pierwotności

By zrealizować swoje idee, Boyle zamieszkał w przyczepie, bez prądu i bieżącej wody. Od tej pory wszystko, czego potrzebował, musiał wykonać sam. Bardzo szybko zaczął odczuwać pozytywne efekty tej decyzji. Choć początkowo perspektywa braku pieniędzy wydawała mu się przerażająca, z upływem czasu stawał się coraz spokojniejszy, zdrowszy i bardziej zadowolony ze swojej sytuacji życiowej. Między innymi dlatego, że przestał budować poczucie bezpieczeństwa na stanie posiadania, a zamiast tego odnalazł je w sobie i w kontaktach z innymi ludźmi. „To ja byłem teraz walutą, nie funt. W mojej bezgotówkowej ekonomii nagradzana była przede wszystkim solidarność. Porównaj to ze światem wielkich finansów, w którym zdrowa dawka psychopatii często pomaga w osiągnięciu szczytu, a samolubstwo i bezwzględność to podstawa” – pisał. Trudno nie przyznać mu racji.

Coraz wyraźniej widać, że zapętliliśmy się w żądzy zysku oraz idei stałego wzrostu, zamiast myśleć o tym, co naprawdę ważne. W korporacjach często bardziej liczą się arkusze kalkulacyjne niż ludzie. Widać to było w czasach pandemii, gdy wiele firm masowo zwalniało pracowników, zamiast na spokojnie przyjąć fakt, że przez pewien czas organizacja będzie generowała mniejszy zysk, za to da chleb wielu rodzinom. Czy takie podejście nie byłoby bardziej humanitarne?

Wiele działań „Człowiekowi bez pieniędzy” wydaje się zbyt ekstremalnych. Choćby te dotyczące higieny. Kąpiel w samej wodzie, bez mydła, to najłagodniejsza z nich. Pasta do mycia zębów z rybich kości i ziaren kopru włoskiego, niesprzedane gazety z lokalnego kiosku zamiast papieru toaletowego (Boyle wspomina, że zdarzyło mu się podetrzeć artykułem o sobie samym). Musiał  także zweryfikować przekonania dotyczące diety. Przedtem był weganinem, teraz sam zdobywał pożywienie: trzy razy w tygodniu łowił ryby, a gdy znalazł przy drodze potrąconą przez samochód martwą sarnę, zaciągnął ją do domu i spożytkował każdą jej część. Sam krzesał ogień, bo postanowił zrezygnować nawet z zapałek.

Odcięcie od technologii miało też przykre konsekwencje. Gdy partnerka listownie z nim zerwała, nie miał jak się z nią skontaktować. Nie był w stanie dotrzeć na pogrzeb bliskiej osoby, bo dowiedział się o nim po czasie, z listu od matki. Kiedy brakowało mu spotkań z przyjaciółmi, znalazł jednak rozwiązanie – zaprosił ich na wspólne zbieranie jabłek i przygotowanie z nich cydru. Wszyscy mieli z tego dużo więcej frajdy niż podczas nudnych, cotygodniowych nasiadówek nad kuflem piwa.

Po pierwsze: nie marnuj

Choć przeciętny człowiek nie będzie w stanie wprowadzić wszystkich postulatów Marka Boyle’a w życie, część jego działań może inspirować do zmiany. Choćby te w kwestii żywności, bo marnujemy 1/3 tego, co kupujemy. Boyle pozyskiwał część pożywienia, zbierając przeterminowane rzeczy, których nie chciały już sklepy i to akurat jest już wykonalne, bo na Facebooku prężnie działają grupy freegańskie, których członkowie wymieniają się niepotrzebnym jedzeniem (takim jak gar bigosu, którego nie są w stanie sami przejeść), a także informują, które sklepy akurat pozbyły się przeterminowanego towaru. Przeszukiwanie śmietników w poszukiwaniu całkiem jeszcze dobrych bananów czy awokado dostarcza adrenaliny, choć wciąż obarczone jest kulturowym tabu. Jednak w wielu miastach Polski działają jadłodzielnie, w których można zarówno zostawić to, czego nie potrzebujemy, jak też poczęstować się pozostawionym tam jedzeniem.

Autor „Offline” uprawiał ogródek, łowił ryby i polował, a dzięki temu jadł dokładnie tyle, ile potrzebował. Nie groziły mu ani nadwaga, ani rozrzutność. Ja również od dłuższego czasu próbuję wcielić część tej filozofii w życie. Nie mam ogródka, ale pilnuję, by nie kupować więcej, niż potrzebuję. Trochę pomogła mi w tym pandemia i wymuszone przez nią robienie zakupów na zapas, ale w sensowny sposób – tak by nic nie marnować. Gdy okazało się, że nie mogę w każdej chwili wyjść do sklepu, by dokupić to, na co mam ochotę, do głosu doszła kreatywność. Wymyślanie nowych dań wyłącznie z tego, co miałam w domu, karmiło nie tylko domowników, ale i moje twórcze potrzeby. Do tego dawało chwilę wytchnienia od stresu. Tak jakby zajmowanie się sprawami najprostszymi i jednocześnie najważniejszymi pozwalało być tu i teraz, zamiast zamartwiać się na zapas.

Dokładnie to samo zauważył Mark Boyle. Przeniósł się na wieś, by wieść życie przez popkulturę nazywane „prostym”. W rzeczywistości jednak wcale nie jest ono proste. Boyle musiał wszystko zapewnić sobie sam; był zajęty od rana do nocy, ale może dzięki temu mniej pozostawało miejsca na stres czy nieustające analizowanie. Rytm dnia podporządkowany chwili obecnej i zaspokajaniu bieżących potrzeb − zamiast rozmyślania o tym, co kupić i skąd wziąć na to pieniądze − wpłynął na jego psychikę lepiej niż kursy uważności. „Filozofia mindfulness nie jest już duchowym luksusem, a ekonomiczną koniecznością” – uważa Boyle. W świecie ukierunkowanym na cel, konsumpcję i zaspokajanie potrzeb – pozostawanie w „tu i teraz” wydaje się jedynym ratunkiem.

Życie po życiu

Nie tylko jedzenie można pozyskiwać na drodze wymiany. Kupowanie nowych rzeczy, a tym samym generowanie kolejnych śmieci, jest nieekologiczne, zwłaszcza w świecie tanich produktów z sieciówek, których jakość nierzadko sprawia, że uczciwiej by je było nazwać raczej jednorazowymi.

Przyznaję, że los planety leży mi na sercu i postulaty Marka Boyle’a są mi bliskie. Jednocześnie kocham modę… Ubranie jest dla mnie polem do eksperymentów i autoekspresji. Próbowałam z tego zrezygnować, ograniczając zakupy do minimum, jednak czułam, że na tym polu czegoś mi ewidentnie brakuje. Wtedy odkryłam grupy z modą vintage na Facebooku. Za jedną czwartą tego, co wydałabym w sklepie, mogłam zaopatrzyć się tam w najbardziej niezwykłe używane kreacje, często prawdziwe skarby. Wystawiałam też swoje rzeczy, których już nie potrzebowałam, by dać im drugie życie. Kupiłam używaną zmywarkę, której poprzedni właściciel chciał się pozbyć, bo zrobił właśnie gruntowny remont kuchni.

Podoba mi się też, że na grupach wymian częstą walutą są owoce, czekolada albo wino, a czasem nawet kompletnie niematerialne rzeczy typu taniec czy wiersz! Udało mi się kiedyś wymienić pomarańczę  na bestseller. Znajoma blogerka sprzedaje kosmetyki po testowaniu w niższych cenach, a cały dochód przeznacza na cele charytatywne. Płacąc jej, mam poczucie, że przy okazji mogę zrobić coś dobrego, i jest to przyjemne. Nadal staram się jednak kupować tylko to, czego naprawdę potrzebuję, by nie generować niepotrzebnych śmieci.

Sztuczne pragnienia

Także technologiczny detoks Marka Boyle’a ma swój wymiar ekonomiczny. Nie da się ukryć, że smartfony i Internet to jedne z głównych narzędzi, za pomocą których marki chcą do nas dotrzeć ze swoimi produktami. Gdy nie jesteśmy nieustannie bombardowani reklamami produktów, na które nas nie stać i których tak naprawdę nie potrzebujemy – przestajemy ich pragnąć. Nie jestem w stanie długofalowo zrezygnować z Internetu, tak jak Mark Boyle, na cyfrowy detoks pozwalam sobie tylko na wakacjach. Mogę jednak zrobić coś innego. Przestaję obserwować na Instagramie jakiekolwiek marki, nawet te ulubione. Gdy nie widzę ich produktów na co dzień, zapominam, że istnieją. Uświadamiam sobie, że moje potrzeby były sztucznie wykreowane. Odkąd zaś obserwuję osoby, które mają coś do powiedzenia zamiast do zareklamowania, moje wirtualne życie stało się ciekawsze i wzbogacające. Tak naprawdę myślę, że zakupy często mają zastąpić poczucie szczęścia w życiu. Wolę zapewnić je sobie inaczej: przez dobry związek, wartościowe relacje, realizowanie pasji. Kluczowe stało się dla mnie uświadomienie sobie, że mam wszystko, czego mi trzeba. Mój wewnętrzny dobrostan nie zależy od tego, co posiadam. Gdy w środku czuję się OK, zakupy są tylko miłą, ale zupełnie zbędną otoczką.

Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. Doskonale zdaje sobie jednak sprawę, że droga do spełnienia jego postulatów jest daleka, zaś jego postawa stanowi wyjątek w świecie sterowanym konsumpcją. Warto jednak raz na jakiś czas pozwolić sobie na wolność życia całkowicie bez pieniędzy. „Musielibyście być szaleni, żeby przynajmniej tego nie spróbować, choćby przez tydzień latem – przekonuje Boyle. – Pozwólcie sobie na długie spacery po lesie, weekendowe biwakowanie na plaży, gotowanie na świeżym powietrzu jedzenia, które sami wyhodujecie lub złowicie, jazdę na rowerze, słuchanie akustycznej muzyki przy ognisku, wędrówki po dziczy, zbieranie jagód i orzechów, zanurzenie się nago w jeziorze, spanie pod gwiazdami…” – wylicza.

Rezygnacja z pieniędzy ma bowiem jego zdaniem kluczowy wymiar: pozwala dotrzeć do sedna istnienia, które cywilizacja i konsumpcjonizm skutecznie próbują w nas zagłuszyć.