1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dość marnowania - daj jedzeniu drugą szansę

Dość marnowania - daj jedzeniu drugą szansę

Ogólna ilość wyrzucanego
na świecie jedzenia – 1,3 miliarda ton o wartości
990 miliardów dolarów. (Fot. iStock)
Ogólna ilość wyrzucanego na świecie jedzenia – 1,3 miliarda ton o wartości 990 miliardów dolarów. (Fot. iStock)
Słynni kucharze nawołują do jedzenia obierek i brzydkich warzyw. Na całym świecie powstają sklepy sprzedające żywność wycofaną z supermarketów. Wszystko po to, żeby walczyć z problemem naszych czasów: marnotrawstwem jedzenia. 

W tym sklepie dużo zależy od szczęścia. Czasem można tu ustrzelić idealnie dojrzałe banany, innym razem luksusowy, ręcznie robiony makaron lub bochenek chleba z modnej kopenhaskiej piekarni. Takie same produkty, które można kupić w klasycznym supermarkecie. Tyle że trochę przeterminowane albo zbliżające się do granicy wyznaczonej na opakowaniu. WeFood w Kopenhadze to sklep, który daje odrzuconej żywności drugą szansę.

Można tu za grosze kupić jedzenie, którego – z różnych powodów – nie chcą sprzedawać tradycyjne sklepy. Takich miejsc jest na świecie więcej. W Oslo działa Best Før, w Berlinie – SirPlus, w Kensington pod Sydney – OzHarvest Market, w brytyjskim Dover – Nifties. Powstają wszędzie tam, gdzie rzeczywistość dopasowuje się do jednego z największych współczesnych wyzwań, jakim jest ograniczenie skali marnowania jedzenia. I choć na razie ich obecność na handlowych mapach miast nie ma widocznego wpływu na zmianę tej skali, liczy się coś innego.

Zmieniając wizerunek przeterminowanej żywności, pogłębiają wiedzę na temat jej marnowania.
A że wokół tego tematu jest gorąco, wiadomo nie tylko ze statystyk. Dążenie do wykorzystania wszystkiego, co jadalne, do ostatniego okruszka jest jednym z silniejszych trendów gastronomicznych ostatnich miesięcy – widać to w raportach trend hunterów, na kulinarnych blogach, w restauracyjnych kartach dań, a nawet w katalogach firm produkujących kuchenne utensylia. Renesans przeżywa filozofia from nose to tail. Pojawiają się innowacyjne pomysły na zagospodarowanie niesprzedawalnej żywności, takie jak piwo warzone z czerstwego chleba albo lemoniada z miękiszu owoców kawy, uważanego do tej pory za produkcyjny odpad. Aplikacje w rodzaju Too Good to Go pozwalają właścicielom restauracji docierać do odbiorców z daniami przecenionymi przed zamknięciem. Kucharze celebryci na nowo odkrywają obierki i chrząstki, kręcą zaangażowane filmy dokumentalne albo – jak Jamie Olivier – biorą udział w kampaniach reklamowych, zachęcających do zakupu tzw. brzydkich warzyw i owoców. Takich, które – w tradycyjnym modelu sprzedaży – nie przeszłyby wyśrubowanej selekcji.

Kłopotliwe szacunki

Można by rzec: nareszcie, bo problem, do tej pory skwapliwie zamiatany pod dywan, jest gigantyczny. O jego rozmiarach można opowiadać na kilka sposobów.
Rocznie marnuje się na całym świecie blisko 1,3 miliarda ton jedzenia o wartości około 3,5 biliona złotych.
Wyrzucona żywność, rozkładając się na wysypiskach, pompuje do atmosfery tyle gazów cieplarnianych, ile cały przemysł lotniczy. Jej produkcja pożera niewyobrażalne ilości wody, nasion, nawozów i pól uprawnych. Wyobraźcie sobie farmę o rozmiarze odpowiadającym powierzchni Chin, Mongolii i Kazachstanu. Tyle właśnie ziemi potrzeba, żeby powstało wszystko to, czym moglibyśmy – my, mieszkańcy bezpiecznej i sytej części świata, ale i ci, którzy na co dzień cierpią głód – wypełnić brzuchy. Ale tego nie robimy. Nabijamy nim śmietniki.

Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) szacuje, że w śmietniku kończy swój żywot co trzecie ziarno zbóż oraz niemal co druga główka sałaty, jabłko, kiść winogron. Na zmarnowanie idzie prawie ćwierć każdego zwierzęcego ciała, wyhodowanego z myślą o zaspokojeniu ludzkiego apetytu na mięso. Wyrzuca się co trzecią wyłowioną z jezior, mórz i oceanów rybę, wylewa co piątą butelkę mleka. Najmarniejszy los spotyka jednak najpospolitsze i najtańsze spośród warzyw – korzenie i bulwy, które są podstawą naszej diety. Ziemniaki, bataty, marchew, buraki są na naszym kontynencie trwonione na potęgę.

Marta Dymek, kucharka, autorka bloga, książek kucharskich i telewizyjnego programu o wegańskim gotowaniu, która od początku swojej gastronomicznej drogi wyznaje podejście „od korzonka do ogonka”, ma na ten temat teorię:

– Przyzwyczailiśmy się do tego, że żywność jest dostępna na wyciągnięcie ręki. Kult ekstrawagancji i obfitości widoczny w programach kulinarnych oducza kreatywności i szacunku dla produktu, a jednocześnie rodzi lęk, że bez dostępu do tych drogich, luksusowych produktów nie da się zrobić porządnego posiłku. Kiedyś gotowałyśmy razem z koleżanką obiad i zaproponowałam jej, żeby nie wyrzucała skórek po dopiero co obranych burakach. Chciałam zrobić z nich chipsy, żeby nic się nie zmarnowało. Chipsy? „Weź, daj spokój”, usłyszałam, umęczysz się, a przecież kilogram buraków to tylko złoty pięćdziesiąt!  

Jak sytuacja wygląda w Polsce? Nie wiadomo. Choć przez media przewija się informacja o dziewięciu milionach ton żywności, które rocznie trafiają do polskich koszy, prawda jest taka, że dane te nie mają mocnych fundamentów. Są oparte na statystykach z 2006 roku zebranych w luksemburskich kwaterach Europejskiego Urzędu Statystycznego i zinterpretowanych przez ekspertów z Komisji Europejskiej – bez realnego wkładu z polskiej strony. Tego tematu się bowiem w Polsce właściwie nie bada. Wiemy jedynie, że 31 procent z nas, konsumentów, przyznaje się, że od czasu do czasu coś wyrzuca. W trójce najczęściej marnowanych w domach produktów są wędliny, pieczywo i warzywa.

Blokada prawna

Tym, co utrudnia w Polsce skuteczne rozprawienie się ze zjawiskiem marnowania żywności, jest nie tylko brak wiedzy na temat jego rozmiaru, ale i prawo. Zachód ucieka nam również i w tym temacie.
  • Norwegia stworzyła narodowy plan walki z marnotrawstwem.
  • We Francji sklepy wielkopowierzchniowe są zobligowane ustawą do dzielenia się niesprzedanym jedzeniem z organizacjami charytatywnymi. Prawo zakazuje tam również umyślnego niszczenia żywności wyrzucanej do sklepowych śmietników.
  • W Niemczech z kolei trwa dyskusja nad projektem, który zakazałby supermarketom dorzucania świeżego pieczywa na półki po określonej godzinie. Żeby ograniczyć marnowanie chleba.
I choć już cztery lata temu zniesiono w Polsce nakaz płacenia VAT-u od żywnościowych darowizn, wciąż pokutuje przeświadczenie o tym, że dzielenie się niesprzedaną żywnością może być podatkowo niebezpieczne. Sklep taki jak WeFood w Polsce zwyczajnie nie miałby szans powstać. Przez ustawę, która zakazuje wprowadzania do obrotu przeterminowanej żywności. – Jeszcze niedawno w Danii mieliśmy podobne prawo – tłumaczy Selina Juul, założycielka obywatelskiej organizacji Stop Spild Af Mad (Stop Marnowaniu Żywności). – Wskutek konsumenckich nacisków zostało ono jednak zmienione. Żywność z oznaczeniem best before, taka jak makaron, herbata czy czekolada, nie staje się przecież w ciągu jednej nocy niejadalna, więc nie musi być wycofywana ze sklepowych półek, pod warunkiem że jest odpowiednio oznaczona.

O konieczności poluzowania prawa dotyczącego daty minimalnej przydatności do spożycia mówi się nawet w Komisji Europejskiej. Wszystko przez to, że blisko połowa konsumentów w Europie nie rozróżnia dwóch podstawowych oznaczeń, czyli „należy spożyć do” (use by) i „najlepiej spożyć przed” (best before). To pierwsze jest bezwzględnym wskazaniem, informuje o dacie, do której kawałek sera, wędliny albo gotowego dania musi trafić na talerz. Drugie określa moment, w którym produkt może (ale nie musi) zacząć tracić swoje walory smakowe. Wafelki przekładane czekoladą mogą stać się mniej chrupkie, oliwa zacznie mętnieć, masło orzechowe się rozwarstwi, herbata albo ulubiona przyprawa nie będzie już tak aromatyczna. I tyle. Nie przeistoczą się nagle w truciznę.

O tym, że często to nie wydrukowana na opakowaniu data decyduje o tym, czy coś jest jadalne, czy nie, świadczy wynalazek specjalistów z norweskiej firmy Keep-it Technologies. Naklejka z mikroczipem, umieszczona na opakowaniu filetów z dorsza, rejestruje temperaturę, w jakiej jest przechowywany, i pozwala – w oparciu o zapis zmian tejże – ocenić faktyczną datę przydatności do spożycia ryby. Jeśli te dane są optymalne, dorsz będzie nadawał się do jedzenia nawet dłużej, niż wskazuje podana przez producenta data. Każde wyjęcie go z lodówki natomiast skróci ten czas. Rozwiązanie jest już używane przez norweskie sieci handlowe.

Data ważności jest nie tylko najczęstszym powodem wyrzucania przez Polaków jedzenia (dzieje się tak w 38 procentach sytuacji), ale też potężnym tabu. Niejedynym zresztą.

– To, z czego gotujemy, musi być idealne – dodaje Marta Dymek. – Pod względem koloru, kształtu, fazy życia. Jeśli coś wygląda na obsuszone, zwiędłe albo przejrzałe, przestaje nam się wydawać jadalne. A przecież takie warzywa można dodać do gulaszu, pasztetu, ugotować z nich pyszną zupę. Będą smakować tak samo jak te jędrne, a odpowiednio przygotowane czasem nawet lepiej.

O odpowiedzialności

Nieufność i nonszalancja, z jakimi traktujemy jedzenie, ma wiele przyczyn. Powoli zaczyna się też mówić o udziale kucharzy celebrytów. Z tym, że powinni zachowywać się odpowiedzialniej, zgadza się Marta Dymek. Ona sama wraz z producentką żywności do Zielonej Rewolucji, programu stacji Kuchnia+, wypracowały nietypową formułę. Gdy konieczna jest podmianka garnka ziemniaków, wymuszona kolejnością nagrania, jego zawartość nie trafia do kosza, ale jest doprowadzana do jadalnego stanu poza planem, gdzie uwija się druga gotująca ekipa. To, co upichcą, jest następnie zjadane przez zespół. – Widz, oczywiście, tego nie wie – przyznaje kucharka – ale dla mnie jest to ważne. Marzy mi się, żeby to był standard. Bo jeśli my, autorzy i autorki programów telewizyjnych, nie będziemy szanować jedzenia, to jak możemy przekonywać do tego innych?

I choć wymagania telewizyjnego show są bezlitosne, gwiazdy kuchni na całym świecie zaczynają zauważać wagę problemu. – Kuchenni celebryci mają ogromny wpływ na konsumenckie obyczaje – zauważa Selina Juul. Zwłaszcza gdy nie tylko piętnują marnowanie, ale i świecą przykładem. Dan Barber, prominentny szef nowojorskiej restauracji Blue Hill, który w 2015 roku podjął odpadkowym obiadem 30 szefów rządów (w menu znalazły się m.in. sałatka z sosem na bazie płynu z zapuszkowanej cieciorki, keczup z pokancerowanych buraków i frytki z mączki z pastewnej kukurydzy), mówi o tym, że chce doprowadzić do zmiany systemu produkcji i dystrybucji żywności. Matthew Orlando, były sous-chef w założonej przez Renégo Redzepiego Nomie, właściciel kopenhaskiej restauracji Amass, stworzył w swojej kuchni laboratorium resztkowych idei. Wypracował nowatorskie rozwiązania na zagospodarowanie tych części jadalnych produktów, które są zazwyczaj wyrzucane.

Batalia o zmianę wizerunku resztek trwa na wielu poziomach – także w bardziej subtelnym, społecznym wymiarze. Przyczynia się do tego Massimo Bottura, szef trzygwiazdkowej Osterii Francescany z Modeny, uznawanej za piątą najlepszą restaurację na świecie. Podczas ostatnich targów Expo w Mediolanie otworzył on Refettorio Ambrosiano – jadłodajnię, której wystrój zaprojektowali najlepsi włoscy designerzy. Każdego poranka przyjeżdżają do niej samochody z towarami, których pozbyły się sklepy. Bo nie sprzedały ich w terminie. Kilkaset litrów mleka, kilka skrzynek czereśni, pół tony kurzego mięsa. Kuchnia, zarządzana przez największe gastronomiczne sławy, które na zaproszenie Bottury przyjeżdżają do Mediolanu z całego świata, przerabia je na proste, ale mistrzowsko przyrządzone dania. Serwuje się je bezdomnym.

Małe strategie, duże efekty

I nam nie brakuje dobrych pomysłów. Rolnicy Jolanta i Ludwik Majlertowie co roku zapraszają warszawiaków na jesienne czyszczenie pola z warzyw, których nie zdążyli zebrać. Zamiast zaorać pozostałości po sezonie, oddają je swoim sympatykom. Są dynie, młode listki rukoli, która nie zdążyła rozwinąć się do sklepowego rozmiaru, bulwy fenkułów, jarmuż, brukselka. Każdy może zabrać to, co chce.

Renata Vandas spod Nowego Sącza przekonała ekipę jednego z okolicznych supermarketów, żeby nie wrzucała niesprzedanych warzyw i owoców do kontenerów, tylko zostawiała je w workach z tyłu. Zabiera je stamtąd codziennie, czyści, kroi, a następnie w skrzynkach wystawia przed płotem dla sąsiadów. I tak od ponad dwóch lat. Dzięki niej w okolicy mniej się marnuje.

Karolina Hansen i Agnieszka Bielska sprowadziły do Polski niemiecką ideę foodsharingu. Pierwsza Jadłodzielnia, czyli lodówka i szafka, w których każdy może zostawić i z której każdy może zabrać jedzenie, stanęła w maju 2016 roku na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, dziś w stolicy jest ich osiem, a w całej Polsce blisko dwa tuziny. Trafiają tu różności: świeże pieczywo, którego nie udało się sprzedać, skrzynka warzyw po sesji fotograficznej, to, co nie zostało zjedzone na weselu. Czasem ktoś przyniesie słoik domowej zupy brokułowej, pudełko belgijskich czekoladek albo egzotyczny składnik, kupiony w przypływie entuzjazmu i nigdy niewykorzystany. Wszystko błyskawicznie znika. I choć sceptycy nazywają Jadłodzielnie „meblami miejskimi”, mają one wpływ na zmniejszenie bilansu marnującej się w miastach żywności. Policzono to w Niemczech: od 2012 roku, gdy w Berlinie pojawił się pierwszy fairteiler, przez wszystkie niemieckie punkty przewinęło się ponad dziesięć tysięcy ton produktów spożywczych.

– Jedna osoba nie rozwiąże, oczywiście, problemu marnowania żywności na świecie – dodaje Marta Dymek – ale może rozprawić się z tym we własnym domu.

I podpowiada:

  • róbmy listę zakupów,
  • dzielmy się z przyjaciółmi,
  • zamrażajmy,
  • dajmy szansę brzydkiej marchewce,
  • bądźmy kreatywni i wykorzystujmy te części składników, które wcześniej wyrzucaliśmy, jak brokułowe łodygi, liście kalarepy czy nać marchwi idealna do pesto.
Małe strategie, zebrane razem, mają moc dużej zmiany. Tak jak w Danii, gdzie w ciągu pięciu lat udało się zredukować żywnościowe marnotrawstwo aż o 25 procent.
Dane przywoływane w tekście, dotyczące marnowania żywności w Polsce, pochodzą z raportu przygotowanego przez Millward Brown na zlecenie Polskiej Federacji Banków Żywności (2016), a na świecie - z raportu FAO (2013).

Dlaczego wyrzucamy?

Do wyrzucania żywności przyznaje się 31% Polaków. Najczęściej wyrzucane produkty: wędliny (43%), pieczywo, warzywa, owoce, jogurty, ziemniaki, mięso, mleko, ser, ryby, dania gotowe, jaja (4%).

Powody, dla których najczęściej wyrzucamy:

  • przegapienie terminu przydatności do spożycia (38%),
  • zbyt duże zakupy (15%),
  • zbyt duże porcje posiłków (13%),
  • niewłaściwe przechowywanie żywności (11%),
  • zakup złego jakościowo produktu (9%),
  • produkt lub danie jest niesmaczne (6%),
  • brak pomysłów na wykorzystanie resztek (3%),
  • brak listy na zakupy (2%).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Na lepszy rok. Kalendarz od polskich twórców na świąteczny prezent

Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Rok 2020 dał nam wszystkim w kość. Sprawmy więc, by 2021 był zdecydowanie spokojniejszy, zdrowszy, bardziej inspirujący - po prostu piękniejszy. A dobrym tego początkiem będzie kalendarz na prezent komuś bliskiemu lub samemu sobie. Oto nasz wybór najpiękniejszych kalendarzy od polskich twórców na 2021 rok. 

Wycinki w kalendarzu

Kalendarz 'Wycinki w termosie' 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł. Kalendarz "Wycinki w termosie" 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł.

Ten kalendarz będzie idealny nie tylko dla miłośników "Wycinków w termosie", czyli genialnych kolaży słownych z wycinków prasowych, które tworzy Gosia Konieczna, ale również dla minimalistów. Niemal wszystkie wycinki powstały z myślą o kalendarzu i nie były dotąd publikowane. Kalendarz zawiera 70 kolaży – po jednym na każdy tydzień oraz dwanaście otwierających każdy miesiąc – które wspierają, bawią, wprowadzają w zadumę, inspirują i odwracają perspektywę. Kalendarz ma piękną, grafitową okładkę i można go kupić w dwóch wersjach - z detalami w kolorze szaro-srebrnym lub szaro-złotym. Jest dostępny na stronie papierniczeni.pl.

Ekologia i minimalizm

Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł. Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł.

Ekologiczny, unikatowy, tworzony ręcznie kalendarz z przepięknymi ilustracjami wspaniałej artystki - Anny Bartosiewicz. Jest wykonany z papieru z renomowanej i najbardziej ekologicznej papierni na świecie – Munken Pure, a okładka została zrobiona z papieru pochodzącego z recyklingu. Prostota, minimalizm i ekologia - połączenie idealne. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych.

Wzory z natury

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Pan Kalendarz (@pan_kalendarz)

Pan Kalendarz powstaje nieprzerwanie od 2013 roku, a zaprojektowała go grupa znajomych ze studiów: Ola Dębniak-Gocławska, Palina Rek-Gromulska oraz Joanna Walczykowska i Mateusz Kowalski. Kalendarz na 2021 rok jest uniwersalny, jednak, dzięki okładkom w kolorze głębokiego granatu, idealny jako prezent dla mężczyzn. Dostępny w trzech wzorach okładki - kąty, porost i woda. W środku każdego z nich przejrzysty układ, ciekawe ilustracje, kiszonka na drobiazgi oraz dużo miejsca na notatki, zapiski i bazgroły. Do kupienia na pankalendarz.com, cena: 70 zł.

Kwiaty w torebce

Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł. Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł.

To zdecydowanie mój faworyt. Okładka, na którą nie można się napatrzeć. Jej przepiękny wzór zaprojektowała Ana Rudak. Każdy miesiąc to w tym kalendarzu osobny rozdział - rozpoczyna go ogólny plan miesiąca, a następnie plan tygodnia na jednej stronie (z lewej strony karty) oraz miejsce na notatki (z prawej). Na końcu kalendarza znajduje się plan na 2022 rok oraz notatnik. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz papiery.pl. Warto sprawdzić również inne wzory kalendarzy od Papierów Wartościowych - są przepiękne!

Nowoczesny, na ścianę

Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł. Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł.

Kalendarz ścienny, który świetnie będzie pasował zarówno do nowoczesnych, jak i klasycznych wnętrz. Kal to minimalistyczny i ponadczasowy kalendarz ścienny, zaprojektowany tak, by wyraźnie przypominać to co ważne. Składa się z metalowego haczyka i sześciu dwustronnych arkuszy wysokogatunkowego papieru o gramaturze dobranej tak, by zachował niezmienny kształt, nie gniótł się i nie zawijał. Czytelna siatka każdego tygodnia pozwala przejrzyście zaplanować każdy dzień i miesiąc – dzięki czemu staje się wygodnym organizerem. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz kal-store.com.

Naturalnie piękny

Patrząc na ilustrację na okładce aż czuje się spokój, zupełnie jak podczas zachodu słońca wysoko w górach. W Pracowni Zeszytów Ireny Dżyga-Rudzkiej powstały ręcznie oprawiane kalendarze z pięknymi, naturalnymi okładkami. Kalendarze wyjątkowe, bo przeplatają się w nich drobne, słowne kolaże. Takie prawdziwe – wycięte z papieru nożyczkami, ułożone w kompozycje i zeskanowane do projektu. Na każdej lewej stronie znajduje się rozpiska dni tygodnia, po prawej pusta strona w kropki na notatki. Miesiąc zaczyna się skrótowym, poglądowym kalendarzem. Na końcu kalendarza znajduje się kolorowanka antystresowa, trackery nawyków oraz kalendarz skrócony na 2022 rok. W kalendarzu jest 11 dodatkowych stron na notatki. Do kupienia na stronie internetowej notebooks-design.com, cena: 129 zł.

Kobiecy kalendarz

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Marta Chmielecka (@pod_kloszem)

Kalendarz ścienny firmy Pod kloszem to dwanaście kobiecych ilustracji, które w oryginale zostały narysowane cienkopisem. Każda kobieta symbolizuje inną cechę - może to być wielozadaniowość, asertywność, uważność, empatia czy siła. Pięknie dopełni wnętrze, a jednocześnie nacieszy oko. Do kupienia na stronie podkloszem.pl, cena: 89 zł.

Kalendarz roślinny

Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł. Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł.

Coś dla miłośników roślin, botaniki, miejskich ogrodów i domowych dżungli albo po prostu osób, które tęsknią za kontaktem z naturą. Ilustratorka Aleksandra Stanglewicz stworzyła wyjątkowy kalendarz z pięknymi, ręcznie malowanymi akwarelowymi roślinami. Króluje w nim zieleń, prostota i... ekologia. Bo kalendarz został wydrukowany na najwyższej jakości ekologicznym papierze recyklingowym. Co więcej, powstał w duchu less waste, bo każdą z 12 ilustracji będzie można wyciąć, oprawić i powiesić na ścianie. Do kupienia na stronie pakamera.pl. 

  1. Styl Życia

Biodegradowalne wynalazki i jadalne opakowania

Startupy, których celem jest zero waste, a także ochrona środowiska przed zanieczyszczeniem, z pewnością zasługują na wsparcie i uwagę. Na zdjęciu jeden z nich: Notpla, czyli „not plastic” (fot. profil FB Notpla).
Startupy, których celem jest zero waste, a także ochrona środowiska przed zanieczyszczeniem, z pewnością zasługują na wsparcie i uwagę. Na zdjęciu jeden z nich: Notpla, czyli „not plastic” (fot. profil FB Notpla).
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Biotechnologia to przyszłość. Specjaliści z tej dziedziny, a także chemicy, biofizycy będą mieli w najbliższych dekadach pełne ręce roboty. Dlatego rzetelna wiedza, pomysłowość i chęć ochrony planety, na której żyjemy – to główne wyznaczniki ich dalszej pracy.

W 2021 roku przyjdzie nam się wreszcie pożegnać z jednorazowymi „plastikami”. Zgodnie z uchwalonymi przepisami unijnymi plastikowe talerzyki, kubeczki, słomki czy patyczki wyjdą z obiegu i przestaną być produkowane. Trzeba będzie je zastąpić albo papierowymi i drewnianymi jednorazówkami, albo opracować nowe tworzywa biodegradowalne. Wyzwaniem będzie poza tym „strawienie” zalegającego na planecie plastiku. To dopiero początki coraz większych zmian, do których zmusza nas sytuacja klimatyczna, energetyczna, czy ekonomiczna na świecie. Tony produkowanych opakowań z tworzyw sztucznych i chęć zastąpienia ich naturalnymi, biodegradowalnymi produktami to poważne przedsięwzięcie dla wielu firm. Ekologicznych rozwiązań poszukują m.in. liczne koncerny.

Nad czym pracują różni naukowcy na świecie, aby zminimalizować szkody związane z zanieczyszczeniem środowiska? Oto kilka ciekawostek:

Papierowa butelka coca-coli

Kilka dni temu koncern coca-cola zaprezentował prototyp papierowej butelki. PlantBottle to butelka, która w 30% wytworzona jest z surowców pochodzenia roślinnego, a w 100% nadaje się do recyklingu. Jednym z ostatnich przedsięwzięć koncernu Coca-Cola jest dołączenie do grona firm (m.in. Carlsberg, L’Oreal, Absolut ) współpracujących z Paboco (Paper Bottle Comapny) - wynalazcą i producentem papierowych butelek.

Paboco to duński start up, który prace nad innowacyjną papierową butelką, rozpoczął w 2015 roku. Ambicją Paboco jest stworzenie pierwszej w swoim rodzaju w pełni biodegradowalnej i nadającej się do recyklingu butelki papierowej, którą można wykorzystać jako opakowanie do napojów czy produktów kosmetycznych.

Cechą charakterystyczną papieru jest m.in. jego elastyczność i wytrzymałość, dlatego papierową butelkę będzie można wykorzystać zarówno do napojów gazowanych i niegazowanych.

Technologia wytwarzania papierowych butelek jest jeszcze na wczesnym etapie rozwoju. Z pewnością będą wprowadzane jeszcze ulepszenia zarówno w samym projekcie, jak i materiałach. Jednym z najważniejszych wyzwań jest dostosowanie wszystkich parametrów do produkcji na dużą skalę.

W 2018 roku Coca-Cola ogłosiła globalną inicjatywę „Świata Bez Odpadów”, w ramach której do 2030 chce pomóc zebrać i poddać recyklingowi ekwiwalent wszystkich butelek i puszek trafiających do konsumenta. Chce także, aby do 2030 r. co najmniej 50% składu opakowań stanowiły surowce wtórne. Koncern  zobowiązał się również, że do 2025 roku wszystkie jego opakowania na całym świecie w 100% będą nadawać się do recyklingu.

Notpla – jadalne woreczki z wodą lub sokiem

Pierwsze skojarzenie? – Barwione napoje sprzedawane w czasach PRL-u w foliowych torebeczkach. Wystarczyło przekłuć słomką i gotowe. Różnica w stosunku do produktów zrobionych z Notpla jest jednak taka, że woreczek Notpla można zjeść... i nie zaszkodzi!

Co może być doskonałą alternatywą dla tradycyjnych plastikowych pojemników?  -  Otóż wynalezione parę lat temu Ooho to biodegradowalne, elastyczne opakowania do napojów i sosów wykonane z galaretowatej membrany. Materiał Notpla to połączenie wodorostów i roślin. Na to innowacyjne rozwiązanie wpadli Rodrigo Garcia Gonzalez, Pierre Paslier i Guillaume Couche. Pomysł przyniósł autorom m.in. nagrodę Lexus Design Award. Woda czy soki w jadalnych butelkach są chronione przez trwały materiał wykonany z alg brunatnic i chlorku wapnia. Łatwo go przegryźć i zaspokoić pragnienie. Sam woreczek, chociaż jadalny, nie posiada większych walorów smakowych. Nie musimy jednak konsumować jadalnej powłoki – i tak rozłoży się w ciągu 4-6 tygodni!

Produkt został zresztą sprawdzony przy okazji różnych imprez biegowych czy festiwali. Może być też doskonałą alternatywą dla plastikowych pojemniczków napełnianych sosami w daniach Take-away. Dla potrzeb tego przemysłu, twórcy Notpla zaprojektowali również powłokę do papierowych pojemników, w które pakowane jest jedzenie na wynos. Chociaż o pierwszych Ooho (algowe torebeczki napełniane tylko wodą) można było usłyszeć nawet parę lat temu, produkowana w Londynie Notpla „nabiera rozpędu”.

Zespół pracuje nad kolejnymi rozwiązaniami, takimi jak folie termozgrzewalne do pakowania, siatki na warzywa i owoce, czy saszetki na śruby, gwoździe i inne drobne elementy (dodawane w foliowych torebeczkach do kupowanych mebli i różnych akcesoriów).

„Serowy” plastik

Projekt BIOCOSÌ narodził się w regionie Apulia. To przełomowe rozwiązanie umożliwia odzyskiwanie odpadów mlecznych, poprzez przekształcenie ich w zasoby, z których pozyskuje się biotworzywa.

We Włoszech (kraj parmezanu, mozzarelli, czy ricotty) ze względu na powszechną obecność mleczarni i dużą produkcję, ścieki wytwarzane przez sektor mleczarski są jednym z głównych problemów przemysłu rolnego. Ścieki te są trudne do utylizacji ze względu na wysoki ładunek zanieczyszczeń. Według szacunków ISTAT i APAT we Włoszech, podobnie jak w innych krajach o znaczącej tradycji mleczarskiej, ilość serwatki produkowanej każdego roku jest bardzo wysoka i wynosi 8 × 106 ton na rok.

Jednak te ścieki, odpowiednio oczyszczone, mogą stać się w perspektywie źródłem bogactwa dla gospodarki o obiegu zamkniętym. Celem projektu "Biocosi" było rozwiązanie problemu ścieków w sektorze mleczarskim, które nie są już postrzegane jako odpady, ale jako surowiec do produkcji bioplastiku, w 100% biodegradowalnego i biokompatybilnego. Uzyskane w opracowanej technologii produkty nadają się do wytworzenia sztywnych opakowań do użytku spożywczego i mogą być używane w tym samym łańcuchu dostaw. Zainspirowany zasadami gospodarki o obiegu zamkniętym "Biocosi" pozwala na całkowite zredukowanie zanieczyszczeń w sektorze mleczarskim i ich przekształcenie w ramach idei zero waste. To, co jest ciekawe przy tym projekcie to ilość zaangażowanych instytucji. Partnerami projektu byli ENEA, Uniwersytet w Bari oraz firmy EggPlant, CSQA, RL Engineering, Caseificio Colli Pugliesi, Compost Natura i Microtronic Public Research Laboratories Network, koordynowane przez Instytut Fotoniki i Nanotechnologii Cnr.

Innowacyjne technologie i procesy produkcji w 100% biodegradowalnych i kompostowalnych opakowań (fot. materiały prasowe) Innowacyjne technologie i procesy produkcji w 100% biodegradowalnych i kompostowalnych opakowań (fot. materiały prasowe)

Opracowana technologia, w całości wyprodukowana w Apulii, wykorzystuje dwa podstawowe procesy: odzyskiwanie i przetwarzanie składników organicznych (białka serwatki i laktozy) z odpadów mlecznych w celu uzyskania wysokowydajnych sztywnych opakowań (butelki na mleko, czy taca na nabiał).

Kosmetyki w biodegradowalnych opakowaniach od polskiej marki

Lovish jako pierwsza firma w Polsce i jedna z nielicznych na świecie wprowadziła w pełni ekologiczne produkty kosmetyczne. W ich misję wpisana jest idea eco inside & outsider. Dlatego ekologiczny jest nie tylko skład kosmetyków. Również opakowania  kremów i scrubów do ciała wykonane są z materiałów biodegradowalnych pochodzenia roślinnego (są kompostowalne przemysłowo - przy udziale mikroorganizmów rozkładają się do wody, dwutlenku węgla i biomasy). Ten autorski projekt marki chroniony jest prawem patentowym.

Pozostałe produkty Lovish także mają ekologiczne opakowania –  wykonane są ze szkła i papieru.

W celu ograniczenia ilości produkowanych odpadów opakowania zaprojektowane są w taki sposób, aby posiadały wymienny wkład (refill), którym samodzielnie uzupełni się opakowanie bazowe.

Te roślinne kosmetyki nie zawierają syntetycznych środków zapachowych. Etykiety produktów są wykonane z papieru i zawierają atramenty wodne. (fot. materiały prasowe) Te roślinne kosmetyki nie zawierają syntetycznych środków zapachowych. Etykiety produktów są wykonane z papieru i zawierają atramenty wodne. (fot. materiały prasowe)

Jak pisze na swojej stronie Ewelina Niedzielska – chemiczka i twórczyni marki Lovish:

„Kosmetyki przygotowywane są przeze mnie z pasji i miłości do natury. Ideą marki było stworzenie w pełni naturalnego produktu: naturalne składniki i opakowania. Praca w laboratorium i tworzenie nowych receptur daje mi dużo radości i satysfakcji. Doświadczenie i wiedza laboratoryjna pozwala mi na dobieranie odpowiednich składników i procesów, tak aby stworzyć kosmetyki roślinne o wysokiej jakości i skuteczności działania.”

  1. Moda i uroda

Moda online - nowe wyzwania branży modowej

Pokaz Dolce & Gabbana jesień–zima 2018/19. (Fot. IMAXTREE)
Pokaz Dolce & Gabbana jesień–zima 2018/19. (Fot. IMAXTREE)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Moda i technologia są związane ze sobą od ponad 20 lat, a tegoroczna pandemia Covid-19 zbliżyła je jeszcze mocniej. Nowe wyzwania przyniosły nowe rozwiązania. Na ile się sprawdziły? I czy pozostaną z nami na dłużej?

Można mieć odzież wciąż zmieniającą krój i barwę, suknie kurczące się pod męskim spojrzeniem lub na odwrót – rozkładające się jak kwiaty do snu, suknie i bluzki pokazujące różne rzeczy, jakby były ekranikami telewizyjnymi, i te widoczki na nich się ruszają” – wyobrażał sobie rok 2039 we wczesnych latach 70. wieku poprzedniego w „Kongresie futurologicznym” Stanisław Lem. Choć wyobraźnia podsuwała mu wizje odważne, po części miał przecież rację. – Nawet jeśli ci się to nie podoba, technologia rządzi światem, ponieważ go zmienia – podkreślał Karl Lagerfeld w 2016 roku. W tym samym, w którym na wybieg Chanel puścił modelki w maskach robotów. Moda i technologia są ze sobą powiązane od ponad 20 lat. Ich nieśmiała początkowo relacja rozpoczęła się ze sporą dawką dystansu i nieufności. Od pierwszego pokazu udostępnionego w Internecie w 1998 roku, Helmuta Langa, przez zmechanizowane suknie Husseina Chalayana z 2007 roku, po niezliczone aplikacje i udogodnienia – technologizacja mody to systematyczny proces, który przyspieszyła światowa pandemia COVID-19. Globalne zakazy i restrykcje przekonały do zakupów online nawet ich najbardziej zatwardziałych przeciwników i zmusiły wielkie marki do jeszcze lepszych rozwiązań w świecie wirtualnej rzeczywistości. W nowej normalności nie ma przecież hucznych pokazów, a jeszcze niedawno przymierzanie ubrań w sklepach wydawało się absurdem. Jak poradziła sobie z tym branża mody?

Szybko i łatwo

Od paru lat świat, w tym także branża mody, prześciga się w tym, kto zaproponuje szybsze i bardziej dogodne rozwiązania. Tak jak wielkie marki dostosowują swoje kolekcje do młodszego odbiorcy (np. zalewem sportowych butów na pokazach Diora czy Balenciagi), muszą też zharmonizować się z ich przyzwyczajeniami. A zgodnie z badaniami z roku na rok coraz więcej czasu spędzamy w sieci. W 2020 roku zakupy online robi ponad 2 miliardy ludzi. W tej kwestii przełomowy był rok 2017, najtrudniejszy w historii dla przedsiębiorstw działających w sposób tradycyjny.
W 2017 roku w Stanach Zjednoczonych zamknięto 6985 sklepów, o 200 proc. więcej niż w roku poprzednim.
To także wtedy z Polski wycofały się takie firmy, jak: Burberry, Esprit czy Marks & Spencer. W tym samym roku na wybiegu Dolce & Gabbana nowe torebki domu mody prezentowały drony, Dior wypuścił okulary VR, a takie firmy jak Gap (we współpracy z Google’em) albo Amazon debiutowały z e-garderobą albo rodzajem „inteligentnego lustra”, dzięki którym w zaciszu własnego domu można przymierzyć interesujące nas ubrania i sprawdzić, jak będą na nas leżały. Jak grzyby po deszczu wyrastały też aplikacje stworzone specjalnie na zamówienie marek.

Zdjęcie z kolekcji Husseina Chalayana z pokazu jesień–zima 2007/08. (Fot. Getty Images) Zdjęcie z kolekcji Husseina Chalayana z pokazu jesień–zima 2007/08. (Fot. Getty Images)

Moda cyfrowa

Na przełomie 2019 i 2020 roku trend ten rozwinął się jeszcze mocniej, a moda w zapisie cyfrowym jeszcze silniej zaznaczyła swoją obecność. Digitalowe wersje znanych z wybiegów kreacji zaczęły być wykorzystywane w aplikacjach i grach wideo. Jedna z nich, „Drest”, założona przez byłą redaktor naczelną brytyjskiego magazynu „Porter” Lucy Yeomans, stawia użytkownikom stylizacyjne wyzwania polegające na ubieraniu awatarów w najnowsze kolekcje światowych domów mody. Oczywiście każdy z produktów można potem kupić, już w wersji realnej, na stronie Farfetch. Start-up podpisał umowę ze 100 markami, w tym z: Gucci, Pradą, Stellą McCartney, Valentino czy Burberry. Nicolas Ghesquière, dyrektor kreatywny Louisa Vuittona, zaprojektował kapsułową kolekcję dla gry komputerowej „League of Legends”, a Gucci rozpoczęło współpracę z Wanna Kicks, które za pomocą rozszerzonej rzeczywistości pokazuje użytkownikom, jak słynne buty Ace wyglądają na ich stopach. Niektóre marki korzystają z wirtualnej rzeczywistości, by ocenić zainteresowanie danym produktem. Tak działają np. cyfrowe salony Tommy’ego Hilfigera albo amerykańska marka Taylor Stitch, która przed rozpoczęciem produkcji zaprasza klientów do składania zamówień. Z kolei skandynawska marka Carlings stworzyła koszulkę, której projekt można cyfrowo zmienić za pomocą filtrów Instagrama. To ciekawy sposób eksperymentowania z technologią – połączenie nowatorskiego nawiązania relacji z klientami przy jednoczesnym niwelowaniu nadprodukcji. A wszystko za pośrednictwem jednego z najsilniejszych mediów społecznościowych – Instagrama.

Gra 'Drest' (Fot. materiały prasowe) Gra "Drest" (Fot. materiały prasowe)

Świat przez ekran telefonu

Miesięcznie ponad miliard aktywnych użytkowników spędza na nim średnio 28 minut dziennie. To sprawia, że Instagram stał się potęgą, która zmieniła nasz sposób widzenia, estetykę, a nawet potrzeby. 81 proc. ludzi na nim zapisanych wykorzystuje platformę jako wyszukiwarkę produktów i usług, 11 proc. robi zakupy bezpośrednio w aplikacji. Nic dziwnego, że międzynarodowe marki chcą to wykorzystać. Choć niełatwo przebić się przez przebodźcowany zdjęciami, filmami i kolorami szum informacyjny, w zamian Instagram obiecuje wiele. Jeśli 62 proc. ludzi twierdzi, że zainteresowało się marką lub produktem po obejrzeniu stories, a 130 milionów osób miesięcznie klika w posty zakupowe, naprawdę warto o tę atencję zawalczyć. Nic więc dziwnego, że kiedy pandemia COVID-19 pokrzyżowała plany branży i uniemożliwiła zorganizowanie tradycyjnych tygodni mody, jednym z pomysłów było to, by przenieść je właśnie na Instagram.

Nowy, wirtualny świat

Od 9 marca, kiedy Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła pandemię, a kolejne kraje lawinowo zaczęły się zamykać, wiadomo było, że moda musi się szybko przeformułować. Nakaz zamknięcia sklepów i zakaz organizacji imprez masowych potężnie uderzyły przecież w podstawę jej działań. Alternatywą dla tradycyjnych pokazów mody była ich organizacja w wirtualnej rzeczywistości. Pierwszym tego typu tygodniem mody był ten w Szanghaju, zorganizowany pod koniec marca na chińskiej platformie e-commerce’owej Tmall, na której swoje kolekcje pokazało ponad 150 marek. Większość kolejnych pokazów (haute couture, męskich i cruise) największych światowych marek także przeniosła się do digitalu. Efekt? Dla widzów większa demokratyzacja mody, dla jej twórców wielkie wyzwanie. – Stara formuła się wyczerpała. Nie wierzę w organizowanie tradycyjnych pokazów i transmitowanie ich online. Trzeba zacząć budować pokazy z perspektywy digitalu – mówił Cédric Charbit, prezes Balenciagi. Każdy chciał pokazać coś wyjątkowego. Stąd u Diora baśniowy film rozgrywający się w surrealistycznym lesie, animowana bajka Louisa Vuittona „Przygody Zoooom z przyjaciółmi” autorstwa Virgila Abloha, transmisja na żywo zza kulis u Hermèsa czy pierwsze reality show – „Gucci Epilogue” – 12-godzinny cyfrowy zapis z sesji najnowszej kampanii odbywającej się w renesansowym Palazzo Sacchetti w Rzymie.

Kadr z animacji dla Louisa Vuittona „Przygody Zoooom z przyjaciółmi”, autor Virgil Abloh. (Fot. zrzut ekranu) Kadr z animacji dla Louisa Vuittona „Przygody Zoooom z przyjaciółmi”, autor Virgil Abloh. (Fot. zrzut ekranu)

W stronę eko

Branża mody jako jedna z najbardziej zanieczyszczających środowisko robi wszystko, by zniwelować swój negatywny wpływ na postępujące ocieplenie klimatu. Eksperci są zgodni – do tego niezbędna jest nowoczesna technologia, a przede wszystkim wciąż rozwijająca się sztuczna inteligencja, która już teraz, precyzyjnie analizując dane, umie dokładnie określić, gdzie jakie fasony i kolory sprzedają się najczęściej. Potrafi też odpowiednio do regionu wyważyć ceny, by produkty nie zalegały po zakończonym sezonie. To może zapobiec takim sytuacjom, jak ta, kiedy w 2018 roku Burberry spaliło niesprzedane ubrania warte 140 milionów złotych. Także pokazy w wirtualnej rzeczywistości wykorzystują zdecydowanie mniej energii niż te organizowane w sposób tradycyjny. Z drugiej strony takie firmy jak Bolt Threads chcą wprowadzić do powszechnego użycia „lepsze tkaniny”, m.in. Mylo i mikrojedwab. Pierwszy to materiał skóropodobny wykonany z grzybów – jest elastyczny, trwały, biodegradowalny i można go wyhodować w sposób zrównoważony w kilka dni. Drugi, jedwab wegański, powstaje z drożdży, które w procesie fermentacji wytwarzają białka jedwabiu – jest miękki, trwały, biodegradowalny. Wykorzystuje go już Stella McCartney.

Nowoczesność czy ograniczenie?

Nasuwa się pytanie, na ile ingerencja technologii i sztucznej inteligencji pomoże branży, a na ile zamknie ją w sztywne, wyliczone przez tabele ramy. To zależy, jak na to spojrzymy. Jeśli mówimy o kalkulacji sprzedaży i narzucaniu projektantom, co zgodnie z upodobaniami klientów powinni projektować, można mówić o pewnego rodzaju końcu mody jako wielkiej, nieograniczonej niczym sztuki. Jednak istnieją też projektanci, z Alessandrem Michelem z Gucci na czele, podkreślający, że ograniczenia związane z pandemią i wymuszenie jeszcze silniejszego wykorzystania nowoczesnych technologii do kontaktu z odbiorcami postawiły przed nimi wyzwania, których kreatywne dusze przecież łakną. Czy realne jest, by miesiące mody na zawsze przeniosły się do świata wirtualnej rzeczywistości? Zdaje się, że nie. Kilkanaście luksusowych domów mody najnowsze kolekcje pokazało (w różnych formach) online. Jednak żadna z nich pod kątem szumu zrobionego na Instagramie nie zbliżyła się do zeszłorocznych wyników. Pokazy cyfrowe, filmy i prezentacje generowały średnio mniej niż jedną trzecią zeszłorocznego zaangażowania. Według Launchmetrics, innego narzędzia do śledzenia aktywności online, podczas pierwszego całkowicie cyfrowego londyńskiego tygodnia mody także odnotowano gwałtowny spadek zainteresowania – w porównaniu do ostatniego, tradycyjnego, było mniejsze o 55 proc. Nie ma więc pewności, że wydarzenia dedykowane wirtualnej rzeczywistości się w niej przyjmą, a absolutna digitalizacja mody nie jest ani potrzebna, ani do końca możliwa. Nowoczes­na technologia jest niezbędna, by odpowiednio komunikować się z młodymi odbiorcami i by ograniczać negatywny wpływ produkcji na środowisko, ale nie powinna przysłonić tego, co w modzie najpiękniejsze. A tradycyjny, teatralny pokaz będący wyrazem nieograniczonej niczym wizji projektanta zapisany jest w jej DNA. Właśnie to buduje wizję marki i pozwala jej miłośnikom zatopić się w starannie zbudowanym, wymyślonym świecie. To dzięki temu moda, podobnie jak sztuka, czaruje. I może niech trochę z tej tradycji pozostanie.

  1. Styl Życia

Bielizna menstruacyjna – intymne zero waste

Nie musimy dokładać się do ton śmieci. Zamiast dorzucać do nich kolejne zurzyte podpaski czy wkładki, warto poszukać bardziej ekologicznych i przyjaznych dla zdrowia rozwiązań. (fot. iStock)
Nie musimy dokładać się do ton śmieci. Zamiast dorzucać do nich kolejne zurzyte podpaski czy wkładki, warto poszukać bardziej ekologicznych i przyjaznych dla zdrowia rozwiązań. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jeszcze do niedawna jedyną ekologiczną alternatywą dla miesiączkujących kobiet były kubeczki menstruacyjne lub ekologiczne, wielorazowe podpaski. Od kilku lat można już znaleźć na rynku bieliznę przeznaczoną specjalnie do menstruacji. A do niewielkiego grona producentów dołączyła właśnie polska marka.

Każda kobieta zużywa w ciągu życia od kilku (7-8) do kilkunastu tysięcy sztuk produktów do higieny intymnej - to jest około 130 kilogramów podpasek i tamponów. Te wszystkie jednorazowe produkty do menstruacji nie tylko rozkładają się blisko 300 lat! – Są również mało korzystne dla naszego zdrowia. Wiele z tych środków, wyglądających ładnie i czysto, barwionych jest chlorem (co prowadzi do powstawania toksycznych dioksyn). Zawierają też sztuczny jedwab i substancje zapachowe. Z kolei bawełna wykorzystywana do ich produkcji zawierać może całą masę pestycydów. Efekt? – alergie i podrażnienia miejsc intymnych. Można oczywiście sięgać po produkty jednorazowe z ekologicznym certyfikatem – jednak problem dużego obciążenia dla środowiska pozostaje nadal.

W czasach przedwojennych kobiety nie znały jednorazowych środków czystości. Używały bawełnianych materiałów, pociętych na duże kawałki do składania, które potem należało wyprać, a nawet wygotować, żeby pozbyć się na dobre przykrego zapachu.  Do ich utrzymania używały specjalnych pasków podwiązujących – taką „bieliznę” szyły zwykle własnoręcznie (chociaż na początku XX wieku można już było kupić gotowe produkty). Zamiast materiałów wprowadzono też do użycia tzw. poduszki – jedno lub wielorazowe.

Pierwsze podpaski pojawiły się w Niemczech pod koniec XX wieku, jednak niewiele kobiet z nich korzystało. Po I Wojnie Światowej produkcję podpasek na dużą skalę rozpoczęła amerykańska firma Kotex. W podobnym czasie opatentowano również pierwsze tampony. I chociaż w ostatnich dziesięcioleciach jednorazowe produkty menstruacyjne do higieny intymnej zalały rynek – powoli, całkiem świadomie, wracamy do czasów przedwojennych.

Wielorazowe podpaski, wykonane z naturalnych i przyjaznych dla skóry materiałów, mamy już na polskim rynku od ponad 10 lat. Coraz więcej kobiet korzysta też z menstruacyjnych kubeczków, wykonanych z medycznego silikonu. Jednak dla kobiet, które nie chcą tego ekologicznego zamiennika tamponu, a materiałowe podpaski nie dają im pełnego zabezpieczenia – powstały wielorazowe majtki menstruacyjne. Idea jest taka, że mają w pełni zastąpić tampony, podpaski i wkładki. Mają zwykle dużą wydajność (3-4 tamponów), a ich chłonność zmniejsza się zwykle dopiero po dwóch latach użytkowania. Prać można ręcznie lub w pralce (najpierw trzeba namoczyć w zimnej wodzie).

Majtki menstruacyjne, kubeczki, podpaski wielorazowe - ekologiczna alternatywa dla jednorazowych produktów. (fot. iStock) Majtki menstruacyjne, kubeczki, podpaski wielorazowe - ekologiczna alternatywa dla jednorazowych produktów. (fot. iStock)

Majtki menstruacyjne wyglądają jak normalna bielizna. Różnica jest taka, że posiadają 4 warstwy: absorbującą, antybakteryjną, odprowadzającą wilgoć i zapobiegającą przeciekaniu. Można nosić je bez dodatkowych innych środków, dzięki warstwie ochronnej zatrzymującej krew i zapobiegającej wyciekom. Doskonale sprawdzą się również w połogu i przy problemach z nietrzymaniem moczu.

Trzeba na taki produkt wydać od około 80 do 150 PLN, jednak łatwo obliczyć, że w dłuższej perspektywie stosowanie bielizny menstruacyjnej jest dużo bardziej ekonomiczne, a przede wszystkim przyjazne dla środowiska.

Majtki mamy dostępne od paru lat. Produkują je firmy zagraniczne, głównie niemiecka Selenacare. Nowością na naszym rynku są więc pierwsze polskie produkty.

Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone) Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone)

Za szycie menstruacyjnych matek zabrały się „Skrojone” – przyświecają im takie idee jak less waste, cruelty free (produkty wolne od okrucieństwa wobec zwierząt, w 100% roślinne), czy transparentność (dziewczyny ujawniają wszystkie koszty na każdym etapie produkcji, a 1% ceny każdego produktu przeznaczają na cele charytatywne). Wszystkie produkty szyją z bawełny organicznej z certyfikatem GOTS. I właśnie taki materiał (100% certyfikowanej bawełny) będzie znajdował się w warstwie majtek od strony ciała. Wkład ochronny to bambusowe frotte, które działa antybakteryjnie, a warstwa chroniąca przed przeciekaniem to PUL (poliester laminowany poliuretanem o właściwościach oddychających i wodoodpornych). Zewnętrzny materiał to również organiczna bawełna, z niewielką domieszką lajkry.

Majtki wchłaniają bez problemu 30 ml płynu, więc można nosić je do 12 godzin (nie dłużej ze względów higienicznych). Będą mogły służyć nawet do 5 lat (bambus swoje antybakteryjne właściwości utrzyma przy 50 praniach). Do majtek, gdy już będą przetestowane i trafią za kilka miesięcy do sprzedaży , ma być dołączona instrukcja prania, drukowana na papierze pochodzącym w 100% z recyklingu.

Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone) Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone)

Pierwsza „partia” majtek jest mocno limitowanym, testowym produktem.

  1. Styl Życia

Powstała aplikacja do wymiany i sprzedaży roślin

Plantswapp to nowa aplikacja, dzięki której możesz sprzedać, kupić lub oddać roślinę. (Fot. Getty Images)
Plantswapp to nowa aplikacja, dzięki której możesz sprzedać, kupić lub oddać roślinę. (Fot. Getty Images)
Plantswapp to nowa platforma porównywana do znanych nam aplikacji zajmujących się sprzedażą i wymianą ubrań, czy innych niepotrzebnych nam już rzeczy. Tym razem sprzedać, kupić bądź podarować możemy... rośliny - takie, które okazały się niechcianym prezentem, które potrzebują ratunku, a my nie dajemy sobie z nimi rady, czy którym przydałby się nowy dom.

Plantswapp to aplikacja plasująca się gdzieś pomiędzy Olx a Vinted, gdzie drugie życie podarować możemy ubraniom, kosmetykom, czy meblom. Tym razem, twórcy aplikacji skupili się na roślinach, które w ramach dostępnych kategorii możemy: podarować, zamienić bądź sprzedać. Platforma wykorzystuje naszą lokalizację, aby umożliwić nam znalezienie roślin w najbliższej okolicy, które będziemy mogli przeglądać wykorzystując różnego rodzaju filtry.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Plantswapp (@plantsw.app)

Miłośnicy roślin mają możliwość zrzeszania się również w grupach lokalnych, gdzie można rozmawiać i dzielić się poradami dotyczącymi pielęgnacji i uprawy domowych kwiatów. W swoim profilu warto również napisać, jakie rośliny nas interesują i czego poszukujemy, co ułatwi nam ich znalezienie. Kwiaty możemy przeglądać nie tylko według lokalizacji, ale również gatunków roślin, bądź skorzystać z lupki, która umożliwi wyszukanie konkretnego okazu.

Jeśli już wypatrzymy nasz wymarzony kwiat, za pomocą komunikatora piszemy do jego właściciela i umawiamy się na transakcję. Kwiatek następnie oznaczany jest w aplikacji jako "Zarezerwowany" i znika z portalu w momencie, gdy go odbierzemy.

Warto pomyśleć o skorzystaniu z aplikacji, zwłaszcza gdy planujemy długie podróże i nie mamy, komu powierzyć naszych roślinek, a także wtedy, gdy ewidentnie nie udaje nam się odpowiednio zaopiekować kwiatem.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Plantswapp (@plantsw.app)