1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Gdzie na narty - gorące miejsca tego sezonu!

Gdzie na narty - gorące miejsca tego sezonu!

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Zima wreszcie przyszła! Czas wytrzeć z kurzu narty i wybrać miejsce na szusowanie. Polecamy kilka sprawdzonych miejscówek.

1. Chamonix, Francja

Prawdziwa mekka dla narciarzy, wyzwanie dla początkujących i prawdziwy "a must" dla średnio zaawansowanych, raj dla zaawansowanych. Ten najstarszy ośrodek narciarski we Francji leży u podnóża Mont Blanc - najwyższego szczytu Europy, a trasy narciarskie, jakie oferuje, uznawane są za najpiękniejsze w Alpach.

Dotrzeć do Chamonix można przez Genewę, z której do kurortu dojedziemy jednym z wielu busów. Tańszym lotniskiem jest Bazylea, ale stamtąd czeka nas jeszcze 5-godzinna podróż pociągiem.

Jako że jest to popularny kurort, można w Chamonix znaleźć zakwaterowanie na każdą kieszeń. Zatem nie ma co czekać, tylko czas zacząć szukać atrakcyjnych połączeń!

2. Livigno, Włochy

Dawniej to miejsce było odcięte od świata nawet przez 9 miesięcy w roku. Nazywane z tego powodu "włoskim Tybetem", dziś jest jednym z atrakcyjniejszych włoskich miejsc, jeśli szukamy wypoczynku na nartach.

Z atrakcji turystycznych Livigno oferuje liczne knajpy, bary i restauracje z pyszną lombardzką kuchnią. Do tego dochodzą liczne wyciągi (w sumie 35), świetnie przygotowane stoki i możliwość jazdy w głębokim śniegu, (ogółem 115 kilometrów tras) ze zjazdem prawie do samej wioski.

Miasteczko znajduje się w strefie wolnocłowej, o czym warto pamiętać, robiąc zakupy.

3. Sierra Nevada, Hiszpania

To najbardziej na południe wysunięty rejon Europy, w którym można uprawiać narciarstwo. Najwyższym szczytem tego pasma oraz całego Półwyspu Iberyjskiego jest Mulhacén, mierzący 3478,6 m n.p.m.Sierra Nevada zasłynęła jako "a must" dla narciarzy. Nie ma tu właściwie wiele więcej poza hotelami, hostelami i wyciągami.

Wszystkie stoki i trasy są bardzo dobrze oznakowane i świetnie utrzymane, a trasa slalomowa dodatkowo oświetlona. Sierra Nevada gwarantuje też niepowtarzalne widoki, zwłaszcza przy słonecznej pogodzie, kiedy podobno można zobaczyć wody Morza Śródziemnego i afrykański ląd!

Sprawdź również kurtki narciarskie bawełna

4. Stubaier Gletscher, Austria

Ten największy w Austrii lodowcowy teren narciarski jest idealnym miejscem na rodzinny wypoczynek, bo każdy znajdzie tu coś dla siebie. Spośród 110 km tras są tu i łatwe zjazdy dla początkujących, i trudne dla zaawansowanych. Na powierzchni lodowca Stubai śnieg leży od października do czerwca. Miejsce oferuje 25 wyciągów, z czego połowa to krzesełkowa a druga - to gondole, zaś nartostrady nartostrady o rozmaitym stopniu trudności znajdują się na wysokości od 1750 do 3333 m n.p.m.

 5. Zermatt, Szwajcaria

To miejsce warte odwiedzenia, zarówno w zimie, jak i w lecie, choć w sezonie (tu sezon narciarski jest najdłuższy w roku w całych Alpach) czeka nas tu niezwykle atrakcyjne białe szaleństwo. Jazda na zróżnicowanych stokach w otoczeniu tamtejszych czterotysięczników to niezapomniane wrażenie. Dodatkowo Zermatt rozłożony jest na 3 zróżnicowanych obszarach narciarskich: Gornergrat/Stockhorn (najstarszy z nich), Schwarzsee/Trockner Steg/Klein Matterhorn oraz Sunnegga/Blauherd/Unterrothorn, co dodatkowo wpływa na atrakcyjność mijanych krajobrazów. Na narciarzy czeka w sumie około 70 wyciągów i 230 kilometrów tras narciarskich. Zermatt ma też ofertę dla piechurów: prawie 340 kilometrów świetnie oznakowanych szlaków.

6. Val d'Isere, Francji

Miejsce to wpisało się na dobre w panteon najatrakcyjniejszych dla narciarzy, gdy 2009 roku odbyły się tu Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Alpejskim. Uważany za jeden z najpiękniejszych ośrodków alpejskich na świecie, Val d'Isere jest stacją, gdzie sezon narciarski trwa cały rok. Są tu trasy o różnej trudności, na które zawożą amatorów i zawodowców gondole i wyciągi orczykowe. Uwaga, kurort atrakcyjnymi trasami, widokami i ofertami mieszkaniowymi z roku na rok przyciąga coraz więcej turystów, więc warto wcześniej zarezerwować sobie miejsce.

7. Kasprowy Wierch, Polska

Polskim narciarzom nie trzeba rekomendować tego miejsca, które uchodzi za jedyny w Polsce ośrodek o charakterze alpejskim. Z tego położonego prawie 2.000 m n.p.m. szczytu można podziwiać wierzchołki Tatr, a śnieg utrzymuje się tu nawet do maja. Położony jest nad 3 dolinami: Doliną Bystrej i Doliną Suchej Wody Gąsienicowej po stronie polskiej, a po stronie słowackiej - nad Doliną Cichą. Na szczyt zawiezie nas jedna z trzech kolejek linowych. Z Kasprowego zjechać można 2 widowiskowymi trasami: Gąsienicową i Goryczkową - ta ostatnia uważana jest za najpiękniejszą trasę w Polsce.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Lupin" wciąż na szczycie. Francuski serial Netflixa bije rekordy popularności

Nowy francuski serial Netflixa inspirowany przygodami Arsene'a Lupina bije rekordy popularności na całym świecie. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Nowy francuski serial Netflixa inspirowany przygodami Arsene'a Lupina bije rekordy popularności na całym świecie. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Inspirowany przygodami legendarnego dżentelmena-włamywacza serial "Lupin" bije rekordy popularności na całym świecie. Francuską produkcję Netflixa obejrzało już kilkadziesiąt milionów osób, co jest najlepszym wynikiem platformy od początku 2021 roku. 

Na początku "Lupin" miał być jedynie współczesną wersją klasycznej opowieści o znanym dżentelmenie-włamywaczu. Tymczasem w mgnieniu oka stał się przebojem i trafił na szczyt listy najchętniej oglądanych produkcji na Netflixie, pozostawiając daleko w tyle megapopularnych "Bridgertonów" oraz niekwestionowany hit ostatnich miesięcy, czyli "Gambit królowej". Tym samym przeszedł do historii jako pierwszy francuski serial, któremu udało się dotrzeć do zestawienia TOP 10. Oprócz tego, w niecały miesiąc od premiery obejrzało go przeszło 70 milionów subskrybentów na całym świecie, co jest najlepszym wynikiem platformy od początku roku.

Wyreżyserowany przez Louisa Leterriera ("Iluzja") i Marceli Said ("Narcos: Meksyk") "Lupin" to składająca się z pięciu odcinków historia zainspirowana powieściami Maurice’a Leblanca o przygodach Arsene'a Lupina, złodzieja ukrywającego swoje prawdziwe "ja" pod maską dżentelmena. Główny bohater serialu, posiadający podwójną tożsamość Assane Diop, w akcie zemsty na zamożnej rodzinie, która skrzywdziła bliską mu osobę, postanawia przeprowadzić serię spektakularnych skoków inspirowanych dokonaniami swojego ulubionego bohatera literackiego. Mężczyzna chce pomścić bowiem swojego ojca, który 25 lat wcześniej popełnił samobójstwo, będąc niesłusznie skazanym za kradzież naszyjnika swoich bogatych szefów. Tym samym Diop chce dać nauczkę francuskim burżujom i przekonać wszystkich do niewinności swojego rodzica.

W tytułową postać w serialu wciela się Omar Sy, którego większość widzów pamięta zapewne z roli w znakomitym komediodramacie "Nietykalni" z 2011 roku. Aktor brawurowo zagrał w nim młodego chłopaka z przedmieścia, który zatrudnia się do pracy jako opiekun przykutego do wózka milionera. Występ otworzył mu drzwi do międzynarodowej kariery oraz zapewnił sympatię widzów na całym świecie. Rok później kreację nagrodzono Cezarem, a sam Sy zaczął dostawać coraz poważniejsze propozycje filmowe. Zagrał m.in. w takich produkcjach, jak: "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie" (2014), "Jurassic World" (2015), "Jutro będziemy szczęśliwi" (2016) czy "Inferno" (2016). Jednak jak sam powiedział w rozmowie z "New York Times", "Lupin" to jego wymarzona rola.

Fot. materiały prasowe Netflixa Fot. materiały prasowe Netflixa

Serial z pewnością spodoba się widzom, którzy podczas seansu lubią wyłapywać różnego rodzaju smaczki. W "Lupinie" nie brakuje bowiem licznych odniesień do innych klasyków popkultury, w tym lubianych przez widzów heist movies, czyli kryminałów z motywem napadu. Wśród nich można wyróżnić chociażby całą serię filmów "Ocean's" oraz hiszpański serial "Dom z papieru". Twórcy garściami czerpali również ze wszystkich produkcji z Sherlockiem Holmesem, który (podobnie jak Assane Diop) w niebywały sposób łączy maniery dżentelmena z bezwzględnymi metodami pracy. Francuska produkcja nawiązuje także do kultowych komiksów, w których występuje motyw podwójnej tożsamości ("Batman", "Superman').

Fot. materiały prasowe Netflix Fot. materiały prasowe Netflix

"Lupin" daje nam również niepowtarzalną możliwość, aby dokładnie przyjrzeć się urokom francuskiej stolicy. Serial dostarcza pozytywnych wrażeń estetycznych, ale też świetnie ilustruje obecną tam sytuację społeczną, która niestety nie napawa optymizmem. Gdy w latach 80. główny bohater opuścił Senegal i przybył z ojcem do Paryża, jego pozycja w społecznej hierarchii nie była zbyt wysoka. Kilkadziesiąt lat później, realia wyglądają niewiele lepiej, i choć Francja jest dziś miejscem wielu kultur, wciąż brakuje tu równości i jedności. Uchodźcy nadal spychani są na margines, a różnice między bogatymi kamienicami w centrum miasta, a mrocznymi blokowiskami dzielnic imigranckich pozostawiają wiele miejsca do refleksji. Być może "Lupin" odmieni tę smutną rzeczywistość?

Dla wszystkich widzów czekających na nowe odcinki, mamy dobre wieści. Według nieoficjalnych doniesień serwisu Bustle, drugi sezon przygód Assane'a Diopa może pojawić się już w kwietniu 2021 roku. Z niecierpliwością czekamy na potwierdzenie tej informacji przez platformę Netflix.

  1. Styl Życia

Champs-Élysées jako miejski ogród? Oto jak zmieni się najpopularniejsza ulica Paryża

fot. PCA Stream
fot. PCA Stream
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jedna z najbardziej rozpoznawalnych ulic Paryża, Champs-Élysées zostanie niebawem zamieniona... w miejski ogród. Burmistrz Paryża zapowiedziała, że gruntowna metamorfoza Pól Elizejskich zostanie przeprowadzona i zakończy się wraz z rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich mających odbyć się w 2024 roku.

Champs-Élysées od zawsze budzi podziw nie tylko odwiedzających Francję turystów, ale również malarzy czy piosenkarzy (przypomnieć warto chociażby kultową piosenkę Joe Dassin). Do 2024 roku zmieni się w jeszcze piękniejsze miejsce, bowiem rządząca od kilku lat burmistrz Paryża, Anne Hidalgo zapowiedziała, że słynne Pola Elizejskie staną się piękną, zieloną strefą.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

W planach miasta na zagospodarowanie słynną paryską ulicą znalazły się m.in. postanowienia o ograniczeniu miejsca na ruch drogowy, przekształceniu drogi w chodnik oraz znacznym zazielenieniu. Na Champs-Élysées pojawi się nowa roślinność, w tym wiele drzew, które stworzą tunel wpływający na poprawę jakości powietrza w mieście.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

"Zmodyfikowany żywy ekosystem Champs-Élysées zadziała jako oczyszczacz powietrza, pochłaniając CO2, minimalizując pylenie, zwiększając ilość wody deszczowej. Chłodzenie powietrza, zwiększenie ilości cienia i przywrócenie przyrody jako siedliska różnych gatunków w celu zwiększenia różnorodności biologicznej w miastach to nasze podstawowe założenia" - mówią projektodawcy.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

Symbol Paryża jakim są Pola Elizejskie ma stać się miejscem jeszcze bardziej zachęcającym do odwiedzenia i spacerów. Za zalesienie i zazielenienie paryskiej ulicy odpowiedzialny będzie architekt Philippe Chiambaretta i jego studio PCA-STREAM, który podkreślił, że Champs-Élysées tracą swój dotychczasowy blask i potrzebują nowego, świeżego spojrzenia.

Burmistrz Paryża przyznała również, że w planach jest zazielenienie nie tylko okolic Pól Elizejskich, ale również rewitalizacja okolic Wieży Eiffla, które w przyszłości także mają zmienić się w zielony, miejski ogród.

[embed]https://vimeo.com/497935184[/embed]

 

 

  1. Styl Życia

Flamenco ma się we krwi

Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)
Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Przyjechała do Sewilli uczyć się flamenco najbardziej hiszpańskiego z tańców, podobnie jak Polka Emilia, Greczynka Georgia i dziesiątki innych cudzoziemek. Czy udało im się spełnić marzenia? 

Z fotografii spogląda starsza pani o wyrazistych rysach i dobrotliwym uśmiechu. To René, w połowie Peruwianka, w połowie hiszpańska Cyganka. Jej ojciec pochodził z Kadyksu, dzieciństwo spędziła w Andaluzji. Kiedy miała prawie 18 lat, poznała Peruwiańczyka, z którym wyjechała do Ameryki Południowej. Rodzina nigdy nie przebolała straty córki, a René – tego, że bliscy nie zaakceptowali jej wyboru. Odcięła się od wszystkiego, co zostawiła w andaluzyjskim domu. Z jednym wyjątkiem – zabrała ze sobą muzykę.

Zdjęcie pokazuje mi jej wnuczka Tatiana. – Babcia miała ogromny dom i swoje przyzwyczajenia. Od rana słuchała flamenco. Jadłyśmy śniadanie, a ona włączała na cały regulator Paco de Lucíę. Czasem śpiewała – wspomina, gdy spotykamy się w peruwiańskiej restauracji w Sewilli. – Miała dziesięcioro wnucząt i lubiła pokazywać nam swój świat. Czasami zabierała nas do teatru. Na przedstawieniach wszyscy zasypiali, tylko ja oglądałam z otwartą buzią. Po spektaklu brała mnie za rękę i szłyśmy we dwie za kulisy przywitać się z jej znajomymi śpiewaczkami. Tak zaczęła się moja miłość do tańca i spektaklu – opowiada nad koktajlem pisco sour.

(Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka) (Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka)

Być może to babcia sprawiła, że jako 18-latka Tatiana miała jedno marzenie: podróż do Andaluzji. Rodzice spełnili je w ramach urodzinowego prezentu. – Pamiętam, że wysłałam mamie zdjęcie z Sewilli, z ulicy Rocío w Trianie. „Popatrz, twoja ulica” – żartowałam, bo nazywa się Rocío. Napisałam też, że czuję, jakbym wróciła w miejsce, które dobrze znam – dodaje całkiem poważnie. Był rok 1993. – Znajomy, trochę mistyk, powiedział mi potem, że w poprzednim życiu mieszkałam w Sewilli i nie dziwi go, że chcę tam wrócić.

(Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka) (Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka)

Nie stało się to jednak od razu. Tatiana na dobre przyjechała tu dopiero w 2011 r., już jako dojrzała bailaora, ale także jako poobijana życiem kobieta. – Byłam w trakcie rozwodu. Taniec stał się formą ucieczki, terapii – wspomina. Tak dołączyła do zastępów cudzoziemek, które w stolicy Andaluzji szukają swojego miejsca w życiu i na scenie flamenco.

Do źródeł flamenco

Emilię Hiszpania wzywała drobnymi znakami. Pierwszy łatwo było przeoczyć. Kaseta wideo z tancerką w czerwonej sukni (komunijny prezent), piękny Hiszpan na obozie tanecznym, wreszcie lekcje flamenco, które dziwnie wciągały. Potem były studia na iberystyce, pierwsza podróż autostopem do Andaluzji, zwiedzanie La Manchy, droga do Santiago de Compostela, wreszcie stypendium w Grenadzie. Wszystko zdawało się ciążyć ku Hiszpanii, ale Emilia wybrała rodzinny Wrocław. Dziesięć lat temu wydawało się, że ma ułożone życie: wykładała na filologii hiszpańskiej, nieźle zarabiała, uczyła tańczyć, występowała. Mogła pozwolić sobie na regularne wyjazdy. Ale to nie wystarczyło. – Ciągnęło mnie strasznie. Pewnego dnia – pamiętam, że była ósma rano, stałam na światłach w drodze na zjazd studentów zaocznych – podjęłam decyzję: w przyszłym roku wyjeżdżam. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, zawsze będę żałować. Tego samego dnia poszłam do szefa. W 2011 r. przyjechałam do Sewilli.

Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka

Georgia zaczęła najpóźniej, miała 21 lat. Nic nie wskazywało, że flamenco wywróci jej życie do góry nogami. – Interesowało mnie raczej malarstwo, grafika. Ale chciałam coś zrobić z ciałem i poszłam do akademii tańca w dzielnicy – wzrusza ramionami. – Zawsze myślałam, że aby naprawdę tańczyć, trzeba zacząć w wieku trzech lat. Zapisałam się na zajęcia i nagle odkryłam, że we flamenco jest inaczej. Zobaczyłam różne kobiety: grube i chude, starsze i młodsze.

Zakochiwała się powoli, ale po trzech latach miała już pewność. W 2010 r. wylądowała w Hiszpanii. – Pierwszy raz wyprowadziłam się z domu, od mamy. Miałam rozwinąć skrzydła, ale nie znałam języka ani ludzi. Było bardzo ciężko. Koledzy i koleżanki ze szkoły tańca, niemal sami obcokrajowcy, byli lepsi niż moja nauczycielka z Aten. Po trzech miesiącach napisałam jej, że nie mam siły, jestem wyczerpana – wspomina. Nie pomogła zmiana szkoły i miasta ani związek, który okazał się porażką. – Po roku wróciłam do Grecji z depresją. Poniosłam totalną klęskę: w tańcu, w miłości. Myślę, że wszyscy cudzoziemcy przez to przechodzą. Próbujemy zaistnieć w czymś, co nie przynależy do naszej kultury – wyjaśnia. Po trzech latach Georgia podjęła kolejną próbę. W 2015 r. trafiła do Sewilli. – Przyjechałam i zostałam na dłużej. Bo to jest źródło.

(Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka) (Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka)

Ja tańczę flamenco!

Sewilla przyciąga przede wszystkim najlepszymi szkołami tańca. W najsłynniejszej, Fundacji Cristiny Heeren, zajęcia trwają cały dzień. Rano kilka godzin tańca, wieczorem teoria. – Przez pierwsze dwa tygodnie tak dostawałam w kość, że po zajęciach byłam w stanie tylko spać – wspomina Emilia. Do tego dochodzą ćwiczenia w studiu. – Ludziom trudno zrozumieć, że można zamknąć się w czterech ścianach, włączyć metronom i godzinami ćwiczyć. Ale ponoć te samotne godziny spędzone z lustrem i miarowymi uderzeniami mechanizmu są najważniejsze. Trzeba „oczyścić stopy”, jak mówi Georgia, by tupanie wybrzmiało we właściwym rytmie i czasie. Trzeba przyswoić poznany na lekcjach materiał, wybrać to, co ci odpowiada, znaleźć swój styl.

Momentem próby jest pierwszy występ na scenie. Georgia dostała swoją szansę dość szybko, po trzech miesiącach – w jednym z lokali, w których obcokrajowcy tańczą, by się sprawdzić. W Sewilli jest ich kilka, co jakiś czas jedne się zamykają, wkrótce powstają nowe. Spektakle to część nauki. – Nie masz jak dostać informacji zwrotnej, jeśli nie pokażesz się publiczności – tłumaczy Tatiana. – Ten pierwszy występ to zawsze walka ze wstydem, niepewnością, brakiem wiary w siebie. Doświadczenie, którego wszyscy potrzebujemy. A ponieważ miejscowi zdają sobie z tego sprawę, wiele osób to wykorzystuje – wyjaśnia. Bo, jak dodaje, na takich występach artyści zwykle niemal nic nie zarabiają.

(Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka) (Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia też szybko dostała propozycję pracy w jednym z tych efemerycznych barów. – Pamiętam, że za pierwszym razem pijany facet wlazł mi na scenę. Ale miałam już za sobą dziesięć lat tańczenia na bankietach w Polsce, więc byłam otrzaskana – wspomina, a ja nie mam wątpliwości, że Emilii nic nie może przestraszyć. – Byłam taka dumna: tańczę w Sewilli! Medal powinnam dostać, nikt mnie nie wygwizdał, przeżyłam – śmieje się, chociaż sytuacja nie była wcale zabawna. Gaża tancerki często zależała od sprzedaży biletów, a ta od liczby rozwieszonych przez nią plakatów. – Ileż razy oplakatowałam całą Trianę i Santa Cruz! Z setkę plakatów trzeba było wydrukować i rozkleić przed koncertem – opowiada. A plakaty to nie koniec. Tancerka opłacała studio, w którym odbywają się próby, a także muzyków. Czasem brali po 30 euro, a w kasie z biletów było ledwie 50. Po całej operacji z plakatami i promocją jako tancerka była stratna. Ale to jej najbardziej zależało na występie, więc przełykała gorzką pigułkę.

Milion wspaniałych tancerek flamenco

Większość tancerek przed przyjazdem do Sewilli długo oszczędza. Przy intensywnej nauce i darmowych występach nie mają czasu ani siły na poważną pracę. Budżet lepiej łatać, ucząc tańca na wakacyjnych kursach u siebie w kraju albo łapiąc się drobnych fuch. Emilia spędziła tak pierwsze dwa lata, dodatkowo pisząc jeszcze doktorat o historii flamenco. Rano taniec, po południu biblioteka. Ciągle cieszyła się z każdego występu, ale z czasem entuzjazm opadł. Nauka wysysała z niej energię. – Codziennie ktoś cię ocenia, codziennie mówi: „źle”. To było frustrujące. Zrealizowałam swoje marzenia i ciągle słyszałam: „Źle, nie nadajesz się” – wspomina. – A ja poświęciłam pracę i dotychczasowe życie, żeby tu być. Kupiłabym sobie małe mieszkanko we Wrocławiu za pieniądze, które przetańczyłam w Sewilli.

Po czwartym roku dopadły ją wątpliwości. – Zaczęłam myśleć, że skończę czterdziestkę i dalej będę chodzić do brzydkiego studia w dresie, dzielić mieszkanie z obcymi ludźmi i występować za grosze – opowiada. – Zastanawiałam się, po co tu jestem. W Sewilli jest przecież milion wspaniałych tancerek. Kilka prowadzi swoje szkoły, większość jakieś zajęcia, godzinkę tu, godzinkę tam, ale mam wrażenie, że cienko przędą. Chciałam być artystką niezależną, a wiedziałam, że nigdy taką nie będę, tańcząc w barach za 20 euro – opowiada. Buty odwiesiła na kołek.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

Georgii też kończyły się oszczędności. Postanowiła, że będzie utrzymywać się z tańca – a skoro nie może w barach, to spróbuje na ulicy. – Zarabiam tak od ponad dwóch lat. Ile osób przyjdzie na mój występ w tablao? Pięcioro znajomych i kilku turystów? A przez dwie godziny występu na ulicy przewija się niezły tłum – przekonuje. Ma to jednak swoją cenę. Gdy obserwuję Georgię tańczącą na Plaza de España, co chwila ktoś wyciąga telefon, robi zdjęcie, nagrywa filmik. – Cóż, nie bardzo mi się to podoba – przyznaje tancerka. – Tańcząc, staram się coś wyrazić, a nagle widzę telefon. Nie oczy, które patrzą, które coś czują, tylko telefon. To zrywa porozumienie między tancerką a odbiorcą. Na scenie jest inaczej, tam ludzie przychodzą, by cię zobaczyć. Tu są przypadkowi przechodnie, hałas, nie ma porządnej podłogi. Ale to dobre ćwiczenie – kończy. Podobną drogę mniej lub bardziej świadomie wybiera wielu przyjezdnych. W Sewilli powstało nawet nieformalne stowarzyszenie ulicznych tancerzy. Choć występy są nielegalne, mają swój grafik, wewnętrzne zasady i godziny pracy. To rozwiązane tymczasowe, ale jednak ciągle flamenco.

(We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka) (We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka)

We flamenco trzeba mieć coś do powiedzenia

Dziś flamenco nie ma już stricte hiszpańskiego charakteru. Do Sewilli przyjeżdżają muzycy i tancerze z całego świata. – W szkole, do której chodziłam, byli prawie sami cudzoziemcy. Mnóstwo Japończyków, którzy mają obsesję na punkcie flamenco. A Hiszpanów garstka – wspomina Georgia. – Ale turyści w tablaos chcą oglądać Hiszpanów. Latynosom jest łatwiej z ich hiszpańskobrzmiącymi nazwiskami. A mojego nikt nie jest w stanie wymówić – wzdycha. Głębszy problem leży jednak według niej gdzie indziej. – Różnica między Cyganami a nie-Cyganami, flamencos puros a cudzoziemcami, istnieje. We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Gdy widzisz tańczącą Cygankę, wiesz, że duma jest prawdziwa, ona ma do niej prawo. Bo to jej taniec, kultura. Myślę, że my czasem mylimy dumę z próżnością, to ona przez nas przemawia. Chcę wyglądać jak flamenca, ale nią nie jestem. Widziałam to w sobie: wychodzę z podniesioną głową, ale w głębi duszy się boję.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

– Dla niektórych ludzi flamenco to forma wyrazu, która nie przynależy do konkretnej grupy czy regionu – twierdzi Emilia. – Ale zdarza się, że nauczyciele są służbowo uśmiechnięci, bo obcokrajowcy im płacą, a potem celowo źle uczą, by uczeń nie przerósł mistrza. Bywa różnie, ale na koniec dnia wszyscy jesteśmy dla nich güiris, obcy.

– Niektórzy twierdzą, że jak nie jesteś Cyganem, nie możesz tańczyć flamenco. Moim zdaniem to myślenie zaściankowe – oburza się Tatiana. – To obcokrajowcy utrzymują tę sztukę przy życiu, dają jej energię. Flamenco jest jak język, dla mnie – język obcy. Jeśli się go nauczysz, możesz mówić, co ci się podoba. Jasne, masz akcent i nigdy się go nie pozbędziesz. Ale to nie sprawia, że ludzie nie mogą cię zrozumieć. Ważne, byś miała coś do powiedzenia – przekonuje. Sama nadal wypowiada się za pomocą tańca, choć już nie w Sewilli. Nie była w stanie utrzymać się tu na własnych warunkach. Po trzech latach wyjechała do Francji. Prowadzi szkołę tańca, występuje na festiwalach, pracuje jako terapeutka. I wraca, kiedy tylko może. – Oczywiście, że tęsknię. Lata w Sewilli to był najszczęśliwszy czas w moim życiu – wyznaje.

Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka) Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia nie chciała wyjeżdżać i tęsknić. – Postanowiłam zdobyć porządną pracę. Zostać nauczycielką – opowiada. Łatwo powiedzieć! W Hiszpanii to posada, o którą biją się wszyscy: dobrze płatna, stabilna, pozostawiająca dużo czasu wolnego. By ją zdobyć, trzeba zdać państwowe egzaminy. Emilia usiadła do książek i siedziała nad nimi kilkanaście miesięcy. Ale dopięła swego. Od ponad roku uczy hiszpańskiego – Hiszpanów, w sewilskiej szkole. Ostatnio nawet wróciła do tańca. Znów chce jej się występować, ćwiczyć w studio. Wygląda na to, że do flamenco trzeba oczyścić nie tylko stopy, ale i głowę.

 

 

  1. Styl Życia

Wiele dobrych wiadomości. Roczny horoskop dla Bliźniąt

Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Bliźnięta czeka jeden z lepszych okresów być może od wielu lat. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki harmonijnym tranzytom dwóch planet społecznych: Jowisza i Saturna, które przemierzają znak Wodnika. Trygony, jakie tworzą i będą tworzyć do Bliźniąt, są sprzyjające i mają wyjątkowo mocne działanie.

Trygon Jowisza zaktywizuje wrodzone umiejętności i talenty komunikacyjne Bliźniąt, ale też przyspieszy wiele spraw. Wniesie do życia więcej dynamizmu i luzu: życie potoczy się lżej, przyjemniej, efektywniej. Jowisz sprawia, że minimum wysiłku nagradzane jest maksimum korzyści. Bliźnięta będą cieszyć się wielością kontaktów oraz lukratywnych okazji biznesowych czy relacyjnych. Trygon Jowisza do Słońca w tradycyjnej astrologii nazywa się królewskim aspektem, czyli wyjątkowo szczęśliwym. To te momenty, kiedy życie pozytywnie nas zaskakuje. Zawsze jednak warto wspomóc farta – prezent od Jowisza – przemyślanymi działaniami i świadomymi decyzjami.

Na Bliźnięta działa też obecnie Saturn. Planeta ta ma swoją ponurą sławę, ale tym razem oddziałuje harmonijnie, dlatego Bliźnięta poczują jej łaskawszą stronę. Czyli? W życiu zapanuje kojąca stabilizacja, ład, ich umysł zostanie zaangażowany do osiągania konkretnych celów. Ze swoją tendencją do tymczasowości i totalnego bałaganu Bliźnięta będą Saturnowi za to wdzięczne. Wpływy Saturna pozwolą im uporządkować chaos, para nie będzie szła w gwizdek. Korzystnego działania Saturna doświadczą w 2021 roku przede wszystkim Bliźnięta urodzone w pierwszej dekadzie, a w przyszłym roku te z drugiej dekady. A zatem z jednej strony Jowisz przyniesie nowe perspektywy i możliwości, z drugiej – Saturn wcieli je w życie. To będzie doskonała okazja, żeby w spektakularny sposób zawalczyć o swoje. Ambitne działania biznesowe mają zielone światło. Ograniczenia lockdownu spłyną po Bliźniętach jak woda po kaczce. Ten czas wyzwoli w nich skuteczną przedsiębiorczość. Bliźnięta dostają właśnie od planet szansę, żeby osiągnąć sukces, zdobyć zaszczyty i dobra materialne.

Bliźnięta urodzone między 9 a 15 czerwca są pod wpływem kwadratury Neptuna, przez którego rzeczywistość może się nieco rozmywać. Wpływów tej duchowej planety często nie odczuwamy w bezpośredni sposób, w postaci jakichś negatywnych wydarzeń, ale Neptun może Bliźniętom przynieść nieefektywne rozprężenie. Jak się to objawia? Spadkiem energii witalnej i zawirowaniami emocjonalnymi. Bliźnięta działają na dużych obrotach, a Neptun będzie im to utrudniał. Sprawność ich błyskotliwego umysłu może szwankować, a nerwowość, lęki i fobie nasilą się. Bliźniętom z drugiej dekady od maja do lipca 2021 roku może usuwać się grunt spod nóg – do działania Neptuna bowiem dołączy Jowisz, który wyjdzie z Wodnika i wejdzie w znak Ryb, tworząc kwadraturę. Końcówka wiosny i większość lata może przynieść im gorszy czas, który najlepiej wykorzystać na zdystansowanie się i porzucenie zbyt dużych oczekiwań. W sierpnia Jowisz znowu wróci do Wodnika, przynosząc dobrodziejstwa Bliźniętom z trzeciej dekady. Od początku 2022 roku planeta ta ponownie wkroczy w Ryby i jej kwadratura zostanie z Bliźniętami na dłużej, czyli do czerwca, a potem od października do końca roku. Bliźnięta powinny w tym okresie działać metodycznie, wystrzegając się popadania w przesadę i życzeniowe myślenie.

W sierpniu i pierwszej połowie września, kiedy Mars utworzy nieprzyjemną kwadraturę, Bliźnięta czekają turbulencje. Wtedy tłumione trudne emocje ujrzą światło dzienne, przez co można się trochę pogubić. Za to od połowy września fantastyczny trygon Marsa w Wadze będzie sprzyjał wszelkim inicjatywom. Dość trudnym momentem będzie 4 grudnia, kiedy dojdzie do kolejnego zaćmienia, tym razem Słońca w Strzelcu. Dodatkowa opozycja Marsa w tym znaku może przynieść Bliźniętom konflikty, spadek sił i poczucie niepotrzebnego szarpania się z własnymi emocjami i ludźmi wokół. Końcówka roku zapowiada się zatem jako czas dużego napięcia. Poprawa sytuacji nastąpi około marca 2022, kiedy Mars znajdzie się w Wodniku i razem z Saturnem utworzą serię trygonów do drugiej dekady Bliźniąt. Do połowy kwietnia 2022 roku Bliźnięta mogą zaliczyć spektakularne sukcesy na polu zawodowym. Potem obecność Jowisza i Marsa w Rybach przyniesie zawirowania i brak oparcia w faktach.

Podsumowując: większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Nie trzeba będzie gimnastykować się kosztem przeciążeń nerwowych i emocjonalnych. Dlatego warto z siebie dać dużo. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.