1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Magdalena Król: "Pokonam raka"

Magdalena Król: "Pokonam raka"

Magdalena Król:
Magdalena Król: "Pokonam raka". (Fot. Wojtek Biały)
Profesor Magdalena Król nie ma nawet czterdziestki, a już dokonała przełomowego odkrycia. Wymyśliła, jak bezpiecznie dla zdrowych komórek dostarczyć lek do guza nowotworowego. Właśnie wypowiedziała wojnę glejakowi. Jeszcze nikomu nie udało się go pokonać. Ona jest o krok od zwycięstwa.

Styczniowy mroźny wieczór. Przed mikroskopem w warszawskiej SGGW siedzi młoda brunetka. W pokoju jest ciemno. Promienie światła monitora mikroskopu padają na jej skupioną twarz. Profesor Magdalena Król przygląda się, jak po ekranie pływają kolorowe komórki. Ale nic więcej się nie dzieje. Jej współpracownicy są zmęczeni i głodni, cały dzień przygotowywali materiał do badań. Trzeba jednak dokończyć doświadczenie, a to przeciąga się w nieskończoność. Jeden z młodych naukowców podstawia pod obiektyw kolejną szalkę. Profesor Król nie może uwierzyć w to, co widzi. A jednak stało się! Komórka odpornościowa podpływa do komórki nowotworowej i pompuje w nią to, co przed chwilą profesor do niej włożyła – białko. „Wow! Nikt wcześniej tego nie odkrył!” – cieszy się. Zmęczenie i głód gdzieś się ulotniły i zespół chce oglądać kolejne takie „pary” – makrofaga i komórkę nowotworową. „Pokonam raka!” – to wtedy, 8 stycznia 2015 roku, 34-letnia wówczas Magdalena Król pomyślała tak po raz pierwszy.

Córeczka tatusia

Nie marzyła o tym, żeby zostać naukowcem, nie mówiąc już o profesurze i szukaniu sposobu na raka. – Ta profesura to efekt uboczny mojej pasji i pracy – śmieje się. Od dziecka chciała być weterynarzem. Miała siedem lat, gdy rodzice kupili jej pierwszego psa. Paco był cudownym rottweilerem, mało jeszcze popularną rasą w Polsce, a co dopiero w rodzinnym Płocku. – Do dziś zachodzę w głowę, jak rodzice wpadli na pomysł, by małej dziewczynce kupić wielkiego psa – śmieje się Magda. Niestety, Paco okazał się chorowity. Mała Magda codziennie musiała chodzić z nim do pobliskiej lecznicy na kroplówki i zastrzyki. – To wtedy zrodziło się marzenie, że zostanę weterynarzem – wspomina. Pod koniec podstawówki zapragnęła mieć własną hodowlę psów. Surrealistyczne marzenie? – W domu byłam małą księżniczką. Jedyne dziecko, ukochana córeczka tatusia, który zgadzał się na wszystko – wyjaśnia. – Dobry, bezpieczny dom. Gdy wracałam ze szkoły, na stole czekał gorący obiad. Mama kończyła pracę o 15, jest główną księgową w płockim sanepidzie. Tata pracował dłużej, bo prowadzenie własnej firmy odbywa się bez limitu czasu. Kiedy z mieszkania w kamienicy przeprowadzili się do własnego domu z ogrodem, pojawił się drugi psiak – bouvier flandryjski, a właściwie śliczna dwuletnia bouvierka Gracja.

Biznes licealistki

Magda pamięta, jak Gracja urodziła pierwsze szczeniaki. Była szczęśliwa i dumna. Ale pracy przy psiakach było coraz więcej: kąpanie, strzyżenie, czesanie, zabawa, spacery, szkolenia, wystawy. – Chętni z całego świata czekali nawet dwa lata na szczeniaka. Ale też moje szczeniaki miały najlepsze geny, bo potrafiłam zamrożone nasienie ściągnąć ze Stanów – zdradza tajniki. – Miałam satysfakcję, gdy mój szczeniak, który wyjechał do Irlandii, został wicezwycięzcą świata, a moja własna sunia została Młodzieżowym Zwycięzcą Europy. W jej hodowli przyszło zresztą na świat wiele międzynarodowych czempionów. Kiedy Magda wyjechała na studia do Warszawy, hodowla spadła na głowę rodziców, aż w końcu trzeba było ją zamknąć. W 2006 roku dostała upragniony dyplom lekarza weterynarii. Praca w klinice okazała się ciężka i niewdzięczna. – To była lecznica całodobowa, pracowałam na czarno za 5 złotych za godzinę. Rano jechałam na uczelnię, a po 15 do kliniki, gdzie pracowałam do 3 nad ranem – i nocnym autobusem jechałam prosto do laboratorium, żeby coś zrobić przy mojej hodowli komórkowej – wspomina dawne czasy. „A więc tak ma wyglądać moje życie?”, myślała. Zamieniła wielką całodobową klinikę na małą osiedlową lecznicę. Nie chciała porzucać wymarzonego zawodu, więc jeszcze trzy lata walczyła z trudami codzienności weterynarza. Żeby utrzymać się w Warszawie, dodatkowo tłumaczyła książki weterynaryjne. I… robiła doktorat.

Rak – co to za twór?

Do lecznicy trafiało coraz więcej suk z rakiem sutka. Już w czasie studiów zastanawiała się, jak to się dzieje, że w naszym organizmie rozwija się twór, który wywodzi się z jego własnych komórek, ale nam szkodzi, a w dodatku nie jest rozpoznawalny przez układ odpornościowy. – Najgorsza była bezradność – mówi Magda. – Co trzeci zwierzak przychodził z rakiem. Widziałam ich cierpienie. Wiedziała, że doktorat poświęci nowotworom gruczołu sutkowego u suk. – Nie sądziłam, że praca naukowa tak bardzo mnie wciągnie – mówi prof. Król i dodaje, że na studiach wcale nie była orłem. Niektóre przedmioty, jak choroby pszczół czy ryb, w ogóle ją nie interesowały. Przyznaje się, że poprawkę miała też z biologii molekularnej, bo była pewna, że w życiu nie przyda jej się do niczego jakiś „PCR” czy „western blot” (metody stosowane w biologii molekularnej do wykrywania produktów określonych genów oraz białek), których dziś używa na co dzień. Tymczasem zafascynowały ją badania. – Może to po babci Zosi, mamie mojego taty, która była mikrobiologiem? – zastanawia się. – To była taka nowoczesna babcia jak na tamte czasy – miała własne laboratorium analiz medycznych i jeździła samochodem. Była kobietą w spodniach. Medyczną pasję miała po ojcu, Edmundzie Giedroyciu, z tych Giedroyciów, który studiował medycynę. Po śmierci swego ojca, czyli mojego prapradziadka, pradziadek musiał jednak rzucić studia i iść do pracy, żeby utrzymać rodzeństwo. Dziadek zaś był chemikiem i dyrektorem gorzelni.

Odkrycie warte Nobla

Po doktoracie Magda wyjechała na staż do Netherlands Cancer Institute w Amsterdamie – czołowego ośrodka, który zajmuje się nowotworami ludzkimi. – Wtedy zaczęłam prowadzić badania już nie tylko pod kątem zwierząt, lecz także ludzi. Nowotwór to nowotwór. Teraz badania też przecież prowadzimy na myszach, choć używamy do tego ludzkich komórek nowotworowych w mysich modelach. Zanim opracuje się terapię na raka, która uratuje ludzkość, trzeba poświęcić sporo mysich żyć – mówi. W Amsterdamie poznała prof. Jeffa Pollarda z Nowego Jorku, który zainteresował ją badaniem interakcji pomiędzy komórkami układu odpornościowego i komórkami nowotworowymi. Niebawem wyjechała do jego laboratorium, do Nowego Jorku. Tam wpadła na pomysł, żeby wykorzystać jedne z komórek odpornościowych – makrofagi – jako dostarczycieli leków antynowotworowych. – Komórki te mają specjalne właściwości – fizjologicznie wędrują do guza, potrafią wydostawać się poza naczynia krwionośne i wchodzić w miejsca nieukrwione guza, niedostępne dla żadnej innej terapii – wyjaśnia prof. Król. I pomyślała, że fajnie byłoby wykorzystać te makrofagi do tego, aby zaniosły lek do guza. Tylko jak zapakować lek do maleńkiej komórki? Poradziła się zaprzyjaźnionych naukowców z Rzymu, którzy pracowali nad różnymi metodami dostarczania leków, między innymi za pomocą białek. Wybrała jedno z białek i w nie postanowiła zapakować leki. – To białko ma budowę klatki, w której można „uwięzić” leki – tłumaczy prof. Król. Najpierw jednak musiała zbadać, czy białko w ogóle zostanie przekazane komórce nowotworowej. 8 stycznia 2015 roku, razem Tomaszem Ryglem z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Albertem Boffim z Uniwersytetu La Sapienza w Rzymie, dokonała przełomowego odkrycia. – Doskonale pamiętam ten moment: siedzę i patrzę w monitor mikroskopu i nagle – wow! W ciągu pół minuty makrofagi są pełne białek-klatek. Potem odkryliśmy, że przekazują te białka komórkom nowotworowym.

Skąd wziąć miliony?

Profesor Król zgłosiła projekt badań do ERC, czyli Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych. To nie takie proste obronić projekt wart 1,5 miliona euro. Dlaczego mieliby je dać właśnie młodej profesor z Polski? Dostała! – Kwota robi wrażenie, ale tak naprawdę to nie jest wiele. Pozyskaliśmy jeszcze środki z innych źródeł. Bo zrobienie terapii komórkowej od A do Z kosztuje 2,5 miliarda dolarów – wylicza prof. Król. Całymi dniami kombinowała, jak to zrobić, żeby wycelować dokładnie w punkt z przeciwnowotworowym lekiem. Bo już wiedziała, że kolejnym etapem jej badań będzie pakowanie leków do klatek białkowych, żeby dotarły do guza. – Dziś mamy już skuteczne leki antynowotworowe, problem polega na tym, że tylko w 1 proc. docierają do chorych miejsc. Pozostała część zabija zdrowe komórki, które napotyka na swojej drodze – wyjaśnia. Prof. Król śmieje się, że często świetne pomysły przychodzą jej do głowy w aucie. – Mam wtedy ciszę, włączam muzykę i myślę – mówi. – Czasem do wieczora noszę te myśli w głowie i potem mi się wszystko śni. Rano wstaję i wiem, jak rozwiązać problem. Tak było z wykorzystaniem makrofagów do tego, by dostarczyć leki do guza. Po prostu wstałam rano i pomyślałam: „A może to zadziała!?”. Zadzwoniła do Alberta i zapytała: „Możesz mi przysłać trochę klatek?”. Było oczywiście sporo niewiadomych: czy makrofag uwolni „przesyłkę”, czy lek da się zapakować do klatki, czy po drodze nie zmieni właściwości, no i przede wszystkim czy nie zabije makrofaga. – Wystarczy zmienić parametry roztworu, w którym klatka się znajduje, wówczas się rozchyla i siły fizykochemiczne wciągają lek do środka, po czym klatka się zamyka – wyjaśnia prof. Król. – Makrofag miał być takim koniem trojańskim, który dostarczy do komórki nowotworowej bombę z opóźnionym zapłonem. I znowu sukces!

Bombą w glejaka

– Z dumą patrzyłam, jak komórka nowotworowa umiera na monitorze mikroskopu: powoli obkurcza się błona, a jądro zaczyna się kondensować – wspomina prof. Król. – Niezapomniany widok. I powtarzalny! Bo Magda Król coraz częściej widziała, jak giną komórki guza płuc czy jajników. Najpierw badania prowadziła na mysich komórkach nowotworowych, szybko jednak przeszła na badanie ludzkich komórek nowotworowych w myszach. One też ginęły! Nie pamięta, kiedy przyszedł jej do głowy pomysł: A może by tak uśmiercić glejaka? To jeden z najpotężniejszych i najwredniejszych nowotworów – guz mózgu. Jeszcze nikt z nim sobie nie poradził. – Jeden z problemów w leczeniu glejaków polega na tym, że leki nie przechodzą przez barierę krew–mózg. W ciągu 20 lat średnia przeżycia chorych z glejakiem wydłużyła się o trzy miesiące i dziś od diagnozy jest to zaledwie 1,5 roku pomimo postępu medycyny. Tymczasem makrofagi przechodzą przez tę barierę, więc możemy ich użyć jako tego konia trojańskiego, który do glejaka zaniesie lek – cieszy się prof. Król. To oczywiście wymaga skomplikowanych badań. Na szczęście prof. Król dostała na to kolejny grant – prawie 22 miliony złotych z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Od 20 lat nikomu nie udało się tego dokonać. – To jest projekt, który może się zakończyć ogromnym sukcesem, ale też totalną porażką. Ale proste metody zawiodły, trzeba spróbować czegoś kosmicznego – mówi Król. Projekt będzie realizowała z prof. Michaelem Wellerem ze szpitala uniwersyteckiego w Zurychu – to referencyjny ośrodek leczenia glejaków na świecie. Na dokończenie badań prof. Magda Król ma trzy lata. – Co mnie motywuje? Że możemy być pierwszymi, którzy uratują świat przed glejakiem. To kręci – przyznaje prof. Król. Co jest kluczem do sukcesu? – Znalezienie swojej pasji, z której uczyni się codzienną pracę. Dzięki temu, że robię to, co kocham, bezwstydnie przyznam, że w pracy odpoczywam – mówi Magda Król i zaraz się waha, czy powinna tak mówić, bo może wywołać zawiść. Tej akurat doświadcza dość często. Nic dziwnego, młoda, ładna, mądra pani profesor – ludzie źle znoszą cudze sukcesy. – Z powodu zawiści musiałam nawet opuścić macierzysty wydział, na którym zdobywałam wszystkie stopnie naukowe – wspomina prof. Król. Ale ma start-up, który założyła z przyjaciółmi naukowcami, z Tomaszem i Albertem. Została naukowcem przedsiębiorcą.

Nikt nie jest idealny

Może się wydawać, że prof. Magdalena Król jest chodzącym ideałem, ale ona zdecydowanie temu zaprzecza. – Nie można być idealną matką, żoną, pracownicą i jeszcze świetnie wyglądać. Zawsze coś jest kosztem czegoś. Doba ma tylko 24 godziny, a każdy sukces cenę. Ja też ją zapłaciłam – mówi. – Cztery lata temu rozpadła mi się rodzina. Na pewnym etapie rozeszły się nam nasze światy. Mąż zajmował się robieniem specjalizacji z kardiologii, ja zdobywałam kolejne stopnie naukowe. Pewnie zabrakło mu żony, która czeka z obiadem. Na szczęście jest Agatka – mądra dziewięciolatka, która wspiera mamę i często jej towarzyszy. – Kiedy jechałam na konferencję do Budapesztu, zabrałam Agatkę i psa, małego cavaliera Rikę. Czasem też jest ze mną w pracy i mi pomaga, na przykład nabija do pudełka tysiące końcówek do pipet. Albo siedzi i dmucha rękawiczki jak balony, robiąc „potwora Pionę” – mówi Magda. Na pytanie: „Kim jest twoja mama?”, Agatka odpowiada: „Jest profesorem i szuka leku na raka”. Na pytanie: „A kim ty chcesz zostać?”, bez wahania odpowiada: „Weterynarzem, trenerką koni i amazonką albo pisarką, jak dziadek”. Bo tata Magdy po pięćdziesiątce zaczął pisać książki. Jacek Ostrowski, znany też jako Jack Sharp, pierwszą książkę napisał tuż przed narodzinami córki, ale nikt nie chciał jej wydać, więc porzucił pisarskie aspiracje na lata. – Dziś ma na koncie kilka bestselerów – mówi z dumą Magda. – A Agatka napisała już 70 stron swojej powieści! Może ma talent? Jesteśmy, po babci Zosi z domu Giedroyć, spokrewnieni z Adamem Mickiewiczem, może po nim ta literacka pasja.

(Fot. Wojtek Białek) (Fot. Wojtek Białek)

Niezwykłe badania, zwyczajne dni

Jak wygląda dzień prof. Magdaleny Król? – Wstaję koło 7, bo muszę na 8.30 zawieźć córkę do szkoły. Potem wracam jeszcze do domu, żeby spokojnie wypić kawę i zjeść śniadanie – opowiada. – Wszędzie mam blisko, w odległości pięciu minut znajdują się dom, praca, uczelnia. Teraz, w czasie pandemii, staram się odbierać Agatkę jak najwcześniej. Po 15 jesteśmy w domu – obiad, pranie, prasowanie, sprzątanie, codzienność kobiet – wylicza. Zakupy najczęściej robi w sklepie internetowym, kurier przynosi pod drzwi. Woli ten czas spędzić z córką. Chyba że zawiezie Agatkę na konie. Uwielbia gotować, to sposób na zrzucenie ciężaru całego dnia. Wtedy też często przychodzą do głowy pomysły naukowe. Lubi pracować w domu. Gdy Agatka odrabia lekcje, czyta albo już śpi, Magda siada do komputera. Bo córka co jakiś czas pyta: „No to kiedy w końcu będzie ten lek?”. Musi więc szybko znokautować tego glejaka. Obiecała jej, że wtedy dostanie konia. 

Prof. Magdalena Król specjalistka onkologii eksperymentalnej i profesor Instytutu Biologii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, kierownik Samodzielnej Pracowni Biologii Nowotworu. Laureatka wielu nagród naukowych. Otrzymała m.in. stypendium MNiSW dla wybitnych młodych naukowców, stypendium Pfizer Animal Health, stypendium habilitacyjne L’Oreal i UNESCO dla kobiet. W 2016 roku Europejska Rada ds. Badań Naukowych (ERC) przyznała jej wart 1,4 mln euro prestiżowy Starting Grant, a w 2020 roku otrzymała drugi projekt z tej agencji (jako jedyna Polka). ERC okrzyknęło jej projekt jednym z 10 najważniejszych w minionej dekadzie. Jest pierwszą Polką, która dostała się do ścisłego finału EU Prize for Women Innovator.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Dieta dla mózgu - co jeść, by zachować sprawny umysł?

Orzech włoski przypomina mózg i jest to podpowiedź natury – bo właśnie orzechy i pestki są świetnym źródłem zdrowych i dobrych dla układu nerwowego tłuszczów. (Fot. iStock)
Orzech włoski przypomina mózg i jest to podpowiedź natury – bo właśnie orzechy i pestki są świetnym źródłem zdrowych i dobrych dla układu nerwowego tłuszczów. (Fot. iStock)
Czas pandemii nie jest dla mózgu łatwy. Za mało stymulujących go bodźców, za dużo osładzania sobie życia. dosłownie, cukrem. Co zrobić, żeby nasz centralny komputer działał sprawnie?

Ostatni rok sprawił, że nasze umysły powoli się zamykały. Zmniejszyła się liczba bodźców i impulsów, które nas stymulują, takich jak choćby rozmowy z nowo poznanymi osobami, wyjście na wystawę czy nawet do kawiarni. A mózg cierpi, połączenia neuronalne zanikają niczym mięśnie bez stymulacji. Ogłaszam miesiąc dbania o mózg. Z jednej strony stymulujmy go, z drugiej – odżywiajmy jak należy. A żywienie dla kondycji naszego mózgu jest niezwykle ważne, ponieważ choć wagowo stanowi zaledwie około 2 proc. naszego ciała, to jego energetyczne wymagania są niemal dziesięciokrotnie większe. Tak zwana dieta zachodnia niszczy nasz mózg. Nadmiar cukru, nasyconych kwasów tłuszczowych, tłuszczów trans powoduje między innymi chorobę Alzheimera i cukrzycę typu trzeciego. W kontekście COVID-19 spopularyzowało się pojęcie mgły mózgowej, ale kto z nas nie doświadczył chwilowego „zamulenia”?

Co więc jeść dla zdrowia mózgu? Głównym paliwem dla komórek jest glukoza, ale nie oznacza to wcale, że mamy rzucić się na słodycze. Wręcz przeciwnie. Nadmiar kalorii i wolno krążącej glukozy w naszej krwi, jak również zaburzenia w gospodarce lipidowej (a podwyższony poziom glukozy bezpośrednio przekłada się na ilość trójglicerydów) poprzedzają negatywne zmiany w mózgu. Dlatego glukozę bierzmy z razowego pieczywa i kasz jedzonych trzy–cztery razy dziennie.

Paliwo to jedno, a budulec to zupełnie inna bajka. Nasz mózg w mniej więcej 60 proc. składa się z tłuszczu i świetnie, jeżeli są to wielonienasycone kwasy tłuszczowe. Błony komórkowe neuronów to głównie tłuszcz, jeżeli dostarczymy go sobie w odpowiednich ilościach i dobrej jakości, to otoczka fosfolipidowa zadziała prawidłowo. Podobnie z osłonką mielinową, która chroni nasze komórki i jest niezbędna do przepływu impulsów nerwowych. Zły tłuszcz powoduje zmiany funkcjonalne – przypomnę sobie imię spotkanej koleżanki, ale dopiero wieczorem. Najważniejsze są kwasy tłuszczowe z grupy omega-3 (szczególnie EPA i DHA). Badania mówią, że jedząc ryby przynajmniej trzy razy w tygodniu, możemy odsunąć ryzyko zachorowania na alzheimera. Suplementacja kwasami EPA i DHA poprawia pamięć i koncentrację.

Orzech włoski przypomina mózg i jest to podpowiedź natury – bo właśnie orzechy i pestki są świetnym źródłem zdrowych i dobrych dla układu nerwowego tłuszczów (w przeciwieństwie do tych pochodzenia zwierzęcego, z nich najlepiej zrezygnować). Dodawajmy do dań oliwę, olej rzepakowy, lniany – najlepiej ze śledziem. Ponieważ mózg jest tak czynny energetycznie, powstaje w nim także wiele wolnych rodników, które mogą niszczyć komórki. Aby się ich pozbyć, potrzebne są przeciwutleniacze. Tych najwięcej znajdziemy w różowo-fioletowych owocach (jagody, borówki, maliny, jeżyny, borówki) i ciemnozielonych warzywach (brokuł, jarmuż, szpinak).

Na koniec najlepsze. Kakao i sen. Oficjalnie i bez broni przy skroni polecam jedzenie do 30 gramów gorzkiej (z minimalną zawartością 70 proc. kakao) czekolady dziennie. Jest ona źródłem polifenoli, teobrominy i innych substancji pobudzających mózg do działania. O śnie obiecuję następny felieton. Teraz zdradzę jedynie, że wspiera odchudzanie. Jest niezbędny, bo gdy śpimy (i gdy medytujemy) nasz mózg odpoczywa. No i pamiętajcie – neurony muszą wiedzieć, że są nam potrzebne, dlatego z nich korzystajmy. Myślmy, obserwujmy, analizujmy i czytajmy, poznawajmy ludzi, bodźcujmy głowę. Budujmy nowe sieci neuronalne. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Zdrowie

Jak usprawnić mózg i rozwinąć nowe zdolności?

U dorosłego wciąż tworzą się połączenia nerwowe, a te już istniejące przekształcają się. Dlatego intelekt warto stale rozwijać. (fot. iStock)
U dorosłego wciąż tworzą się połączenia nerwowe, a te już istniejące przekształcają się. Dlatego intelekt warto stale rozwijać. (fot. iStock)
18 marca obchodzimy Europejski Dzień Mózgu. Warto więc zastanowić się czy wystarczająco dbamy o ten ważny organ. Odpowiednia dieta, ruch na świeżym powietrzu, medytacja, która nas wyciszy i poprawi nastrój - wiemy już, że wpłyną korzystnie na zdrowie szarych komórek. A gdyby jeszcze dołączyć fitness dla mózgu, czy żonglerkę? - Poniższy artykuł może być cenną wskazówką.

Po pięćdziesiątce stajemy się mistrzami podejmowania dobrych decyzji, a nasze wnioski są trafniejsze niż konkluzje 30-latka. Zdecydowanie też lepiej panujemy nad emocjami. Tyle oferuje upływający czas. Ale też i zabiera. Kojarzymy i reagujemy wolniej, trudniej zapamiętujemy, a uwaga nie jest tak wyostrzona jak dawniej. Smutna perspektywa? Niekoniecznie, biorąc pod uwagę fakt, że mózg jest jak plastelina.

Platforma internetowa BrainMax.pl. Migają kolorowe ikonki, zapraszając do rozpoczęcia treningu. Mogę wybrać sobie ćwiczenia zwiększające koncentrację, poprawiające pamięć, szybkość przyswajania informacji albo… uświetniające moją komunikację. Opracowali je naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jeśli cierpię na ADHD, znajdę tu grę „leczniczą”. Do wyboru mam również fitness dla szarych komórek, który pozwoli mi myśleć logiczniej. Program treningowy na podstawie tego, jak gram, dopasowuje się idealnie do mojego zaawansowania i optymalizuje tempo pozytywnych zmian. Przechodzę na coraz wyższe poziomy. Są emocje! Elastyczność gry sprawia, że wcale się nie nudzę. Jeżeli będę regularnie ćwiczyć – codziennie przez minimum 30 dni – odczuję wyraźną poprawę i może wreszcie wygram z kimś w szachy. A jeśli po miesiącu zdecyduję się kontynuować granie, awansuję, bo jest duża szansa, że zacznę wkrótce pracować szybciej, swobodniej i wydajniej.

Natykam się w sieci na serwis Neurogra.pl, opracowany przez uczonych ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. A tu… niespodzianka. Dowiaduję się, że m.in. obok koncentracji, szybkości kojarzenia i refleksu ćwiczyć mogę dwa rodzaje pamięci. Podręczną, która pomoże mi wykonywać z uwagą kilka czynności naraz, niczym osławiony w dowcipach makijaż na światłach, oraz pamięć krótkotrwałą, która umożliwi mi bezproblemowe uczenie się np. japońskiego. Oferta szeroka. Fitness dla mózgu ucznia, pracownika, no i seniora. Tak jak w nordic walking buduję stopniowo i niepostrzeżenie subtelną masę mięśniową, tak samo tutaj – pod warunkiem systematyczności – mogę zbudować krok po kroku potęgę swojego intelektu. A jeszcze nie tak dawno temu sądziliśmy, że wraz ze skończeniem liceum rozwijanie nowych zdolności umysłowych staje się niemożliwe.

Moc pod siwym włosem

W XX wieku uważaliśmy, że z wiekiem nasza pamięć, refleks i umiejętność skupiania uwagi skazane są na pogarszanie się. Ale badania ostatnich dekad pokazują, że jest inaczej. Wraz z odkryciem, że mózg jest plastyczny przez całe życie, otworzyły się szerokie perspektywy dla starzejącego się społeczeństwa i tzw. siwiejącej Europy. Jak wyjaśnia psycholog Alicja Leszczyńska z Uniwersytetu Jagiellońskiego, neuroplastyczność oznacza zdolność mózgu do zmiany pod wpływem nabywanych doświadczeń: – Do pewnego momentu uczeni sądzili, że rozwój układu nerwowego ustaje w okresie dojrzewania i od tego czasu potencjał naszego umysłu jest określony i niemodyfikowalny. Ale niedawne badania pokazały, że u dorosłego wciąż tworzą się połączenia nerwowe, a te już istniejące przekształcają się – mówi. – Co z tego wynika? Londyńscy taksówkarze, którzy na co dzień przetwarzają wiele informacji przestrzennych, mają powiększony hipokamp. Ich orientacja przestrzenna w każdym innym miejscu okaże się nadzwyczajna. I – podobnie jak oni – każdy może ją w dorosłym wieku wyćwiczyć. Zmiany w obrębie kory mózgowej zaobserwowano zaś u dwujęzycznych oraz u grających na instrumentach muzycznych. Takie osoby silniej niż inne odbierają wrażenia zmysłowe, także lepiej planują i zapamiętują. Nawet jeśli zaczęły grać w dojrzałym wieku.

Okazało się, że pod wpływem doświadczenia możliwa jest również zmiana funkcjonowania narządów zmysłów. Np. Azjaci stale poszukujący pokarmu w morzu widzą pod wodą dwukrotnie ostrzej niż inni. Tak więc wyćwiczyć możemy zarówno intelekt, jak i słuch, wzrok czy powonienie. I nie przekreśla tego wcale siwy włos. Dziś nikogo już nie dziwi 60-latka ucząca się z powodzeniem pierwszego obcego języka albo 75-latek na kursie komputerów.

– Z wiekiem wzrasta nasza zdolność do wyciągania słusznych wniosków i coraz lepiej analizujemy dane, by podjąć najlepszą dla nas decyzję – mówi neurokognitywistka Anna Maria Wieczorek z warszawskiego oddziału SWPS, autorka serwisu Neurogra.pl. – Nasz mózg jednak między 30. a 90. rokiem życia traci niemal 20 proc. masy, co w oczywisty sposób przekłada się na ubytki komórek nerwowych i połączeń między nimi. Zjawisko w dodatku przyśpiesza, gdy kończymy 50 lat. Trudno czasem to przyjąć, ale jest ono naturalnym procesem biologicznym. Nie znaczy jednak, że jesteśmy skazani na bierne poddanie się upływowi czasu.

Wprawdzie trudno będzie nam zostać nagle Einsteinem, jednak mamy ogromny wpływ na szybkość i jakość procesu starzenia się intelektu oraz na nasze subiektywne poczucie dobrostanu. Kolosalne znaczenie ma nastawienie. Już sama świadomość, że możemy rozwijać nasz umysł nawet po dziewięćdziesiątce, sprawia, że podejmujemy częściej umysłowe wyzwania i faktycznie stajemy się coraz sprawniejsi.

Sport to błyskotliwa przyszłość

Wydawałoby się, że to rozwiązywanie logicznych łamigłówek pomoże nam najbardziej w utrzymaniu świeżego umysłu po pięćdziesiątce. A to wcale nieprawda. Rozwiniemy intelektualne skrzydła tym szerzej, im częściej będziemy dogadzać swojemu ciału, uprawiając sport: – Aktywność fizyczna to numer jeden dla naszych szarych komórek – mówi Anna Wieczorek. – Podczas wysiłku fizycznego mózg produkuje białko BDNF (ang. brain-derived neurotrophic factor), które podtrzymuje wzrost nowych komórek nerwowych. Uprawiając jogging czy pływanie, mamy zwiększone możliwości poznawcze w każdym niemal aspekcie. Lepiej nam idzie nauka, mamy szybszy refleks, sprawniej rozumujemy.

Ciekawostka. Oglądanie sportu w telewizji lub słuchanie transmisji meczu w radiu sprawia, że nasz mózg przyspiesza niczym ferrari. Leniwe śledzenie meczu z kanapy to wprawdzie wykpiona w wielu serialach strata czasu, ale w rzeczywistości – doskonała gimnastyka umysłu. Badacze z Uniwersytetu w Chicago doszli do wniosku, że przyglądanie się wydarzeniom sportowym czy choćby przysłuchiwanie się rozmowom o nich aktywizuje szczególnie rejony mózgu odpowiedzialne za planowanie i kontrolowanie. Interesujące, że tylko u tych osób, które znają zasady uprawiania dyscypliny, na temat której toczy się rozmowa.

Nie jest też złym pomysłem nauczyć się żonglować. Bo regularne przerzucanie trzech piłeczek zmienia architekturę mózgu, wpływając na usprawnienie komunikacji między różnymi jego rejonami. Dzięki temu nasze wszystkie intelektualne aktywności mają szansę przyspieszyć. Powstrzymamy też w ten sposób proces kurczenia się naszego mózgu. Zespół pod kierownictwem Jana Scholza z Uniwersytetu Oksfordzkiego udowodnił, że regularna żonglerka zwiększa objętość tzw. istoty białej w mózgu aż o 5 proc. i zmiana ta jest trwała.

Dobry humor i kontakty towarzyskie usprawniają intelekt

Gdy na początku wieku ogłoszono, że nawet w dojrzałym wieku można stawiać w mózgu kolejne, nowe „rusztowania” pod kolejne umiejętności umysłu, ale też po to, by myśleć i działać szybciej, nastąpił prawdziwy szał. Potrzeba „rozpędzenia” okazała się w naszej kulturze tak duża, że wartość całego rynku oprogramowania tzw. brain fitness sięgnęła pięć lat temu na świecie aż 300 milionów dolarów! Niestety, nie wszystkie platformy internetowe okazały się wiarygodne. Część z nich oferuje komercyjne gry, których wpływ na nasze funkcje poznawcze nie jest zmierzony ani poparty naukowo.

Od dekady rozkwita również gałąź przemysłu farmaceutycznego oferująca leki na przyspieszenie reagowania, rozjaśnienie myśli czy usprawnienie nauki. I bynajmniej nie chodzi o suplementy, ale chemię, która zagościła na stałe w niezbędniku niejednego inteligenta. O zgubnych skutkach ubocznych działania tych leków mówi się coraz częściej. I coraz częściej zwraca się uwagę na znacznie prostsze, naturalne i całkiem bezpieczne dla zdrowia sposoby na wigor umysłu.

– Czasem nie doceniamy tak dostępnych metod na jego stymulację jak spotkania towarzyskie – mówi neuro-kognitywistka Anna Wieczorek. – Uczestniczenie w życiu społecznym i utrzymywanie dobrych relacji wprawia nas w dobrostan, tworząc dla rozwoju umysłu dobre warunki. Kontakty z innymi i rozmowy dają bowiem nie tylko intelektualną inspirację, motywację i wsparcie, ale też wpływają na wydzielanie hormonów mózgowych gwarantujących dobry nastrój. A badania naukowe wykazały, że dobry humor usprawnia intelekt w przeciwieństwie do stanów depresyjnych, które hamują rozwój szarych komórek. Przygnębione osoby wolniej reagują, myślą i mają problem z pamięcią. Coraz więcej jest też doniesień o tym, że im sprawniejsi jesteśmy intelektualnie, tym dłużej żyjemy. Lenistwo, niechęć do uczenia się nowych rzeczy i brak aktywności odbijają się na naszym zdrowiu. Znacznie lepszą postawę przyjął Albert Einstein, który zanim zmarł w wieku 76 lat, powtarzał: „Mając 20 lat, myślałem tylko o kochaniu. Ale potem… kochałem już myśleć”.

  1. Styl Życia

To nie oczy widzą, tylko mózg. O niezwykłych zdolnościach naszego mózgu

Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie. (Ilustracja: iStock)
Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie. (Ilustracja: iStock)
Nasz umysł potrafi się rozwijać, przebudowywać sieci szarych komórek, a niedomaganie jednego zmysłu rekompensować innymi zdolnościami. Często fenomenalnymi.

O niezwykłych zdolnościach słuchowych Bena Underwooda z Sacramento mówiło na całym świecie. Niewidomy kilkunastoletni chłopiec sprawnie poruszał się po ulicach dzięki... echolokacji, którą wykorzystują delfiny i nietoperze. Chłopiec potrafił dokładnie umiejscowić i rozróżnić wszystkie obiekty otoczenia dzięki własnemu głosowi i wyczuleniu na echo. Słysząc różnicę w wysokości i barwie powracających dźwięków, odróżniał od siebie ludzi, drzewa, domy i zaparkowane auta. Znany okulista profesor Gordon Dutton z Royal Hospital w Glasgow uważa, że każdy z nas jest w stanie opanować echolokację. I zamierza uczyć tej sztuki niewidomych w Wielkiej Brytanii.

Można już odłożyć do lamusa teorię, że zebrane przez każdy ze zmysłów wrażenia: dotykowe, wzrokowe, słuchowe, zapachowe i smakowe, są przetwarzane w oddzielnych ośrodkach mózgu – twierdzi dr Colin Blakemore z University of Oxford. Nasz umysł postrzega świat jako całość i nie dzieli jej na poszczególne sfery zmysłowe. Mózg uzupełnia niepełne dane o obrazie świata informacjami płynącymi także np. z dotyku czy słuchu. A gdy jeden ze zmysłów szwankuje, zapełnia powstałą lukę innymi sposobami. Wynika to z tego, że dowolny bodziec zmysłowy po „wejściu” do układu nerwowego zawsze zamienia się w impulsy elektryczne. Mózg, dysponując jednorodnymi nośnikami, może kierować je do różnych swoich ośrodków.

Na przykład mamy dwie drogi przesyłania impulsów wzrokowych, nie tylko tę, z której zwykle korzystamy (siatkówka – ciało kolankowate boczne – wzrokowa kora mózgowa). Drugi szlak wiedzie od siatkówki do wzgórków górnych pokryw śródmózgowia (używają go ssaki). U człowieka w szczególnych przypadkach, m.in. przy niedowidzeniu czy ślepocie, mózg może skorzystać ze starego szlaku zwierzęcego, przesyłając impuls do śródmózgowia, a następnie do takiego ośrodka zmysłowego, który związany jest z wyjątkowymi talentami lub umiejętnościami. Dlatego właśnie osoby, które mają gorszy wzrok, często rekompensują swoje niedomaganie znakomitą empatią, słuchem albo pamięcią. Dzięki aktywniejszemu ośrodkowi słuchu lepiej rozpoznają odgłosy i oceniają odległość źródła dźwięku, a także wcześniej mogą się zorientować, które osoby (i o czym) rozmawiają w oddali. Najbardziej rozbudowany ośrodek słuchu mają niewidomi i niedowidzący, gdyż nie mogą oni opierać odbioru świata na wzroku.

Neurobiolog Ehud Zohary z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie odkrył, że osoby słabowidzące nie tylko świetnie słyszą, ale także zapamiętują więcej niż najdoskonalsi wzrokowcy. Ich pamięć jest wyćwiczona z konieczności, bo często zastępuje widzenie szczegółów. By nie tracić czasu na szukanie np. produktów w supermarkecie, niedowidzący używają tzw. mentalnych metek. Osoba o sokolim oku bez problemu dostrzega nazwy towarów leżących na półce. Ktoś obdarzony złym wzrokiem bierze pod uwagę logikę rozmieszczenia produktów, szybciej zapamiętuje ich układ w sklepie i natychmiast je odnajduje. Z tego też powodu niewidomi mają o 30 proc. lepszą pamięć od widzących – używają mózgu do większej liczby zadań pamięciowych i przestrzennych.

W odbiorze świata bardzo pomagają nam dłonie. Naukowcy z Washington University w St. Louis udowodnili, że ludzie zbierają najlepsze informacje o przedmiocie wtedy, gdy trzymają go w rękach lub... w pobliżu rąk. Możliwość „widzenia” rękami jest bardzo ważna m.in. dla kierowców, uważa profesor Richard A. Abrams. Osoba trzymająca obie dłonie na kierownicy ma wyostrzoną świadomość wskazań tablicy rozdzielczej i położenia auta wobec innych samochodów na jezdni. Jest w stanie szybciej i przytomniej zareagować na zmieniające się sytuacje na drodze. Ta właściwość mózgu przydaje się także w pracy. Gdy robota leży w zasięgu rąk, nasz umysł sprawniej funkcjonuje.

Odkrycie naukowców z Washington University lekarze zaczynają wykorzystywać już w rehabilitacji sparaliżowanych po udarze osób. Ktoś, kto pracuje nad odzyskaniem władzy w ręce, powinien położyć przedmiot, który chce uchwycić, tuż obok dłoni. Ten prosty trik pobudza mózg i pomaga szybciej odzyskać sprawność manualną.

Jak rodzą się neurony

Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie! Dziś wiadomo już, że mózg jest bardzo plastyczny, umie się rozwijać i przekraczać granice percepcji.

Przełomem w dziedzinie neurofizjologii było odkrycie Petera Erikssona z kliniki Uniwersytetu Sahlgrenska w Szwecji, który w 1998 roku udowodnił, że mózg dorosłego człowieka przez cały czas tworzy nowe komórki nerwowe. Oprócz dojrzałych neuronów znajdują się w nim także multipotencjalne komórki macierzyste, które potrafią przekształcać się w dowolne komórki układu nerwowego. NSCs – neuronalne komórki macierzyste dzielą się i dojrzewają, tworząc neurony lub komórki glejowe, czyli astrocyty i oligodendrocyty. O przeznaczeniu NSCs decyduje mózg. Jeśli jakiś nerwowy ośrodek zmysłowy musi zastąpić pracę innego, jego struktura stopniowo się zagęszcza, powstają nowe neurony albo kolejne połączenia między tymi komórkami nerwowymi, które już istnieją. Tworzący się w podkorowych warstwach neuron noworodek migruje do miejsca, gdzie jest potrzebny, a następnie uczy się współpracować z innymi komórkami ośrodka, by zasilić jego działanie. Dlatego aby odczuć efekty doskonalenia zdolności, potrzeba czasu.

 
Badania naukowców z Uniwersytetu Arizona i Uniwersytetu Toronto z ubiegłego roku wskazują, że taki proces zachodzi właśnie wtedy, kiedy zaczynamy używać naszych nowych umiejętności i wdrażać je w życie. Na razie odkryto kilka miejsc, w których rodzą się neurony. Są to opuszka węchowa (do której docierają wrażenia węchowe), hipokamp (przywołuje wspomnienia) oraz trzy obszary kory: przedczołowa (bierze udział w tworzeniu krótkotrwałej pamięci roboczej, tworzy plany działania), niższa skroniowa (interpretuje działania) i tylna ciemieniowa (odpowiada za wyobrażenia). Proces tworzenia się komórek nerwowych jest wspomagany przez kilka neuroprzekaźników (kwas glutaminowy, serotoninę, noradrenalinę i dopaminę) oraz hormony płciowe. Codziennie powstają tysiące nowych komórek, ale niestety większość z nich natychmiast umiera. Żeby żyć, potrzebują połączenia z istniejącymi i pracującymi neuronami. Gdy nie są potrzebne, zanikają. W naszym mózgu tkwi wielki potencjał, który czeka na wykorzystanie.

Błysnąć umysłem

Przeciętny człowiek wykorzystuje tylko 3 proc. swojego mózgu, geniusz – około 10 proc. Powiększmy własny potencjał umysłowy i zmysłowy. Przebieg neurogenezy zależy od naszej aktywności i można go stymulować.

Trzeba tylko zastosować odpowiednio dobraną strategię:

  • Używaj lewej ręki (przy leworęczności – prawej). Wykonuj nią różne czynności, takie jak otwieranie drzwi czy zapalanie światła. Neurobiolog Lawrentze Katz uważa, że w ten sposób uruchamiają się połączenia neuronalne drugiej półkuli mózgowej.
  • Zamykaj oczy. Wykonywanie prostych rzeczy – np. mycie zębów czy jedzenie posiłku – z zamkniętymi oczami uaktywnia wiele ośrodków mózgowych związanych z pamięcią, słuchem i dotykiem.
  • Nuć melodię w myśli. Słuchaj „trudnej” muzyki. Zwiększa się wtedy ilość istoty szarej w mózgu, uważa Gottfried Schlaug, profesor neurologii z Harvard Medical School w Bostonie. Pogrubia się spoidło wielkie łączące obie półkule.
  • Ćwicz vipassanę (technika medytacyjna). Uczy mózg zapamiętywać szczegóły, zwiększa ilość szarych komórek – mówi prof. Richard Davidson z University of Wisconsin w USA.
  • Szydełkuj. To poprawia koordynację. Neuropsychiatrzy uważają, że może ochronić nas przed demencją. Problemy z koordynacją, jak przypuszczają uczeni, przekładają się na trudności z koncentracją, nadmierne napięcie i złą ocenę odległości.
  • Śpij, ile możesz. Naukowcy z Princeton University udowodnili, że niedosypianie zwiększa produkcję hormonu stresu – kortykosteronu, który hamuje neurogenezę.
  • Ćwicz aerobik. Trzy godziny i więcej aerobiku tygodniowo zwiększa ilość istoty szarej i białej mózgu. Już po trzech miesiącach osiąga się objętość mózgu osoby o trzy lata młodszej! Poprawia się pamięć, zdolność „przełączania się” na różne zadania, mniej przeszkadzają nam rozpraszające bodźce.
  • Biegaj. Bieganie ma na mózg podobny wpływ jak leczenie inhibitorami zwrotnego wychwytu serotoniny przy depresji. Powoduje rozrost neuronów hipokampa, który u osób z depresją wyraźnie się kurczy – uważają naukowcy z Karolinska Institute.
  • Graj. Zapisz się do klubu brydżowego, szachowego lub przynajmniej dwa razy w tygodniu rozwiązuj krzyżówkę. To pobudza analityczne właściwości mózgu – efektem jest lepsze kojarzenie i szersze widzenie problemów.

  1. Zdrowie

Dlaczego nie ma leku na raka?

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Postęp medycyny jest złudzeniem albo dzieje się coś złego, skoro rak wciąż zabija. Krytycy systemu leczenia twierdzą, że autorzy 80 proc. publikacji w prasie medycznej są związani z koncernami farmaceutycznymi. Czy więc mogą być obiektywni?
Zacznijmy od być może krzywdzącego dla medycyny i farmacji podejrzenia o złamanie świętej zasady: przede wszystkim nie szkodzić (z łac. Primum non nocere). A nawet o złą wolę i chęć szkodzenia. Prawdą jest, że logika systemu wolnorynkowego i cele funkcjonowania koncernów mogą rodzić podejrzenie, że zysk, a nie zdrowie czy inne dobro publiczne, stanowi wartość nadrzędną. W świecie konkurencji można łatwo, wręcz bezwolnie, ulec pokusie ignorowania tej wartości, jeśli stoi to w sprzeczności z zyskiem firmy. Dlatego punkty serwisowe nie apelują do producentów o zwiększenie bezawaryjności produktów. Na podobnej zasadzie wspierane przez korporacje instytuty naukowe mogą zdradzać skłonność do eliminowania badań nad tanimi i profilaktycznymi procedurami oraz prawdziwymi przyczynami chorób, zwłaszcza cywilizacyjnych. Ale mimo tych uwarunkowań systemowych nie można jednoznacznie przypisać medycynie i tzw. Big Pharmie złowrogich intencji. Z drugiej strony – trzeba uwolnić się od złudzenia, że rynek ma interes w tym, byśmy byli zdrowi. Z punktu widzenia chorujących komercjalizacja usług medycznych ani finansowanie tworzenia i wdrażania nowych leków przez zainteresowane zyskiem korporacje nie są dobrym pomysłem. Biznesowe myślenie musi skutkować m.in. kreowaniem popytu na leki i usługi medyczne. A popyt ten jest większy, gdy ludzie chorują. To oczywiste, że skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu.

System jest chory i dlatego coraz częściej cierpimy na przewlekłe lub nieuleczalne choroby?
W pewnym sensie tak. Sądzę jednak, że najistotniejsza przyczyna kryzysu medycyny i służby zdrowia leży znacznie głębiej. Mam na myśli pokutujące w zbiorowej podświadomości lekarzy dogmatyczne przekonanie, że organizm ludzki jest materialną, wyodrębnioną  z otoczenia  autonomiczną maszyną. Dlatego także onkologia nie postrzega ciała, psychiki, ducha i środowiska człowieka jako jedności, którą tylko jako całość można zrozumieć i dzięki temu rozstrzygać, jaka konfiguracja i interferencja tych wszystkich czynników wyzwala chorobę. Na domiar złego medycyna reaguje na swój kryzys, usztywniając konserwatywny, ograniczający paradygmat, który jest powodem jej kryzysu. Tak można interpretować na przykład upartą wiarę w determinizm genetyczny. Ten powszechnie komunikowany pogląd ignoruje liczne dowody badawcze, wskazujące na fakt, że genotyp odpowiada jedynie za predyspozycję i może być modyfikowany przez wpływy środowiska biologicznego, społecznego, a także mentalnego, w których funkcjonuje organizm ludzki. Szczególnie uznanie wpływu środowiska mentalnego – innymi słowy psychiki – na ciało stanowi dla konwencjonalnej medycyny barierę trudną do przejścia. Tymczasem lęk przed genami jest dziś tak skutecznie promowany, że Angelina Jolie z powodu niekorzystnej genetycznej diagnozy kazała amputować sobie piersi. Trzeba mieć nadzieję, że taki sposób rozumienia profilaktyki onkologicznej się nie rozpowszechni. Jest on bowiem uznaniem porażki medycyny w zakresie profilaktyki rozumianej jako prawdziwe zapobieganie chorobie. Amputację zdrowych piersi Angeliny Jolie w najlepszym razie możemy uznać za – problematyczny zresztą – wybór mniejszego zła.

Dlaczego onkologia broni się przed szerszym spojrzeniem na przyczyny i metody leczenia chorych na nowotwory?
Z pewnością nie dlatego, że z wyrachowania chce zarabiać na ludzkim cierpieniu. Utknęła tylko w anachronicznym paradygmacie zakładającym, że świat, a w nim człowiek, to zbudowane z materii mechanizmy składające się ze współpracujących ze sobą części. W konsekwencji medycyna nieustannie się fragmentaryzuje i specjalizuje, traci z oczu obraz całości, gubi się w szczegółach i w coraz większym stopniu angażuje swój potencjał w leczenie skutków leczenia. Z czego wynika smutna konstatacja, że coraz rzadziej naprawdę pomaga.

Gdy leki zaleczają, a nie leczą lub mają wiele skutków ubocznych, potrzeba leków cały czas, także nowych leczących te skutki itd.
Ta sytuacja niewątpliwie zaprasza do działań szkodliwych z punktu widzenia ludzkiego zdrowia. Chyba czas najwyższy, by powstała jakaś niekomercyjna instytucja, powiedzmy, Narodowy Instytut Leków i Procedur Terapeutycznych nastawiony na poszukiwanie skutecznych leków i przyczynowo oddziałujących procedur, a nie osiąganie zysku. Znalezienie skutecznych procedur, a po części także leków, wymaga poważnego potraktowania przypuszczeń i wyników wcześniejszych badań, uprawdopodobniających tezę, że nasze kłopoty ze zdrowiem wynikają z konsumpcji żywności i wody o złej jakości, z zatrucia powietrza, nadmiaru szkodliwych substancji chemicznych obecnych w środkach czystości, w kosmetykach, w tkaninach, w opakowaniach żywności, farbach i w zanieczyszczeniu przestrzeni smogiem elektromagnetycznym (radio, TV, GSM, Internet, GPS itd.). Do tej listy należałoby też dodać poziom stresu i stan ludzkich umysłów, a szczególnie narastającą powszechność zaburzeń depresyjnych. Korelacje pomiędzy nasileniem się tych zjawisk a wzrostem zachorowań na raka są bowiem alarmujące. Jednak ogarnięcie tak skomplikowanej macierzy wpływów i ich ewentualnych wzajemnych oddziaływań wymagałoby powołania interdyscyplinarnych think tanków i instytutów badawczych finansowanych przez państwo lub niezależne fundacje. Nie trzeba też być przenikliwym prorokiem, by mieć prawie całkowitą pewność, że konkluzją takich badań byłoby wskazanie na pierwszorzędne znaczenie w etiologii raka czynników środowiskowych. A na to jedynym sensownym lekarstwem jest odtruwanie organizmu, odzyskiwanie naturalnej odporności, zdrowa żywność, ruch, redukcja stresu itd., czyli procedury, które proponuje medycyna holistyczna. W skali państwa oznaczałoby to rewolucję opartą na rządowym programie prawdziwej i skutecznej ekoprewencji chorób cywilizacyjnych.

Ta rewolucja miałaby na sztandarach to, co dziś lekarze konwencjonalni nazywają „zabobonem”, więc pewnie oni by jej nie poparli.
Niestety, konserwatywne, ograniczone, aroganckie i egoistyczne myślenie dominuje dzisiaj w wielu ludzkich głowach, a także instytucjach i środowiskach. Stanowi bowiem doskonały filtr chroniący przed dostrzeżeniem rozmiarów grożącej nam katastrofy i koniecznością radykalnej zmiany. Działania idące w dobrym kierunku wymagałyby kosztownych zmian w rolnictwie, w przemyśle spożywczym, w energetyce itd. To znaczy, że zyski wielu ludzi i korporacji znacznie by się ograniczyły, a wiele firm straciłoby rację bytu. W dodatku tak głębokie przekształcenia wymagałyby solidarnej i zdeterminowanej postawy wszystkich sił politycznych i zmiany świadomości elit z egocentrycznej na planetarną i solidarną. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Tak więc nie pozostaje nic innego, tylko ratować się własnymi sposobami i na własny rachunek. Świadoma część społeczności już to robi: ucieka z miast pełnych smogu, szuka zdrowej żywności, docenia wypoczynek i czas na budowanie emocjonalnych więzi, ćwiczy, szuka alternatywnych, nierujnujących odporności sposobów wychodzenia z kryzysów zdrowotnych itd. Wśród nich są również „nawróceni” lekarze, którzy dostrzegli, że relacja między farmacją a medycyną się odwróciła. Że farmacja nie służy już medycynie, lecz medycyna służy farmacji jako pośrednik i sprzedawca. Takich lekarzy jest na szczęście coraz więcej, i to oni są solą w oku Big Pharmy, bo uczą realnej profilaktyki i propagują leczenie metodami naturalnymi, dokonując twórczej syntezy metod konwencjonalnych i naturalnych. Zapewne powoduje nimi autentyczne poczucie lekarskiej, uzdrowicielskiej misji. Dzięki temu mogą unieść ogromne wizerunkowe i zawodowe ryzyko. Bo jeśli lekarz alternatywny nie zdoła uratować chorego, natychmiast podnosi się potępiający krzyk całego środowiska. Przyzwolenie na niepowodzenia w kręgach medycyny konwencjonalnej jest bez porównania większe. Wystarczy trzymać się procedur, by być wolnym od zarzutów i mieć czyste sumienie – nawet jeśli odstępstwo od procedur mogłoby uratować życie. Wiara w procedury medycyny konwencjonalnej jest tak wielka i bezkrytyczna, że bez trudu przykrywa konformizm, niedouczenie czy brak wyobraźni. Z drugiej strony – rozwój rynku medycyny alternatywnej dowodzi, że coraz więcej ludzi dostrzega bezradność medycyny konwencjonalnej i poszukuje nowych dróg leczenia. To niełatwa i często samotna podróż pełna przeszkód i przeciwieństw. Oto przykład: Unia Europejska (Rozporządzeniem 1924/2006/WE) ograniczyła ostatnio swobodny obrót lekami i suplementami naturalnymi, nakładając na producentów obowiązek uzyskania kosztownych i czasochłonnych pozwoleń. W proteście przeciwko temu rozporządzeniu powstał m.in. Institut Pour la Protection de la Santé Naturelle [Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego] broniący medycyny naturalnej. Zapewne powstanie też czarny rynek ziół i preparatów ziołowych.

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka.

Ale jak to zrobić?
W sytuacji zbliżającej się pandemii nowotworowej już teraz trzeba się dogadywać. Trzeba zawiesić spory i choć medycyna konwencjonalna ma problem z uznawaniem tych terapii i procedur, których nie daje się wyjaśnić w kategoriach materialno-biochemicznych, to jednak zaakceptować wszystko, co pomaga i może pomóc. To wymaga odwagi stawiania niewygodnych pytań i wielkodusznej rezygnacji z ambicji i chwały własnej na rzecz skutecznego pomagania rakowaciejącej ludzkości. Skrajnie przepracowani onkolodzy, doświadczający śmierci pacjentów znacznie częściej niż wyleczeń, nie mogą leczyć bez wiary w słuszność tego, co robią. Potrzeba spójnego i ugruntowanego poglądu na stosowaną metodę terapii jest w takiej sytuacji ogromna. To zrozumiałe, że nie chce się wówczas słuchać o tym, że być może uratowałoby się kogoś, postępując inaczej. Tym bardziej że wielu udało się uratować, postępując zgodnie z doktryną. Sami pacjenci odpowiadają za wybór metody leczenia. Z reguły wybieramy lekarza posiadającego światopogląd zgodny z naszym. To dobrze. Bo tam, gdzie nasza wiara, tam większa szansa na wyleczenie. Szczególnie gdy jest wsparta wiarą lekarza. Tego placebo nie wolno wykluczać z gry o zdrowie.

Wojciech Eichelberger: psycholog i psychoterapeuta, ceniony trener i dyrektor Instytutu PsychoImmunologii, warszawskiego ośrodka psychoterapii, autor książki o medycynie „Być lekarzem, być pacjentem” i o rozwoju etycznym człowieka oraz biznesu „Quest”.

  1. Psychologia

Psychologia kłamstwa. Co dzieje się w mózgu, gdy nie mówimy prawdy?

W kłamstwo zaangażowane są różne emocje. Uaktywniają się więc szczególnie niektóre obszary mózgu. (Ilustracja: iStock)
W kłamstwo zaangażowane są różne emocje. Uaktywniają się więc szczególnie niektóre obszary mózgu. (Ilustracja: iStock)
Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ale to oznacza, że w mózgu wrze! Zatem co dzieje się w mózgu osoby, która jest okłamywana, i tej, która kłamie? – wyjaśnia Lisa Letessier w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Wykrywanie kłamstwa było przedmiotem licznych badań naukowych (Vartanian et al., 2012; Jiang et al., 2015) i dzięki obrazowaniu za pomocą rezonansu magnetycznego można zauważyć, że mózg inaczej reaguje, kiedy kłamiemy, a inaczej, gdy mówimy prawdę.

Mózg kłamcy

Jeśli na zadane pytanie odpowiadamy zgodnie z prawdą, obszary mózgu odpowiedzialne za słuch, następnie za rozumienie, wreszcie: za refleksję – aktywują się w normalny sposób: słuchamy pytania, rozumiemy je i zastanawiamy się nad odpowiedzią. Jeśli oszukujemy, włączają się liczne wyższe funkcje poznawcze. Można zaobserwować silne pobudzenie płata czołowego (odpowiada za refleksję i planowanie), wzrost aktywności kory przedczołowej (odgrywa rolę w kontroli poznawczej i regulowaniu myśli), zwiększenie się aktywności móżdżka (jest związany z funkcjami wykonawczymi) oraz aktywności kory ciemieniowej i śródmózgowia (zaangażowane w funkcjonowanie pamięci roboczej). Do źródeł pamięci roboczej sięgamy między innymi wtedy, kiedy musimy zastosować kontrolę poznawczą i wdrożyć procesy hamowania. Kłamstwo oznacza bowiem konieczność powstrzymania pewnych obszarów mózgu, które chcą powiedzieć prawdę! Im wyższa aktywność obszarów odpowiedzialnych za uruchomienie procesów hamujących, tym lepsza zdolność do kłamstwa! Innymi słowy, sposób komunikacji między poszczególnymi obszarami jest równie ważny, jak ich poziom aktywności i określa taktykę naszego kłamstwa.

Stwierdzono również, że trudności w kłamaniu, czyli poziom aktywacji obszarów mózgu, a także czas odpowiedzi, zależą od cech charakterystycznych bodźca lub formy, jaką przyjmuje kłamstwo, oraz prawdopodobnie typu stawianych pytań. Zresztą przednia część zakrętu obręczy kory aktywuje się mocniej, gdy musimy skłamać spontanicznie w pojedynczej kwestii niż w przypadku okoliczności zapamiętanej i wpisanej w narrację. Zatem większą trudność sprawi kłamstwo w odpowiedzi na nieprzewidziane pytanie, na przykład „Co twoja mama zrobiła wczoraj na kolację?”.

Konflikt emocjonalny spowodowany kłamstwem uaktywni również połączenie między wzgórzem i wyspą. Stąd biorą się tak silne emocje, gdy kłamiemy. Niemniej jednak trzeba być ostrożnym, bo jeśli oskarżysz swojego partnera bezpodstawnie, także odczuje on silne emocje: wyrażanie emocji nie wystarczy do stwierdzenia, czy ktoś kłamie, czy nie.

Żeby uniknąć zdemaskowania, oszukujący musi zatem najpierw obliczyć ryzyko przyłapania, przypomnieć sobie, co mógł powiedzieć wcześniej (czyli odwołać się do zasobów pamięci), powstrzymać obszary mózgu, które popychają go do powiedzenia prawdy, a następnie wybrać najlepszą strategię odpowiedzi. Zachodzące wtedy w mózgu procesy tworzą pełne połączenie między partiami odpowiadającymi za pamięć roboczą, procesami hamującymi odpowiedź i uważnościowymi, rachunkiem mentalnym i działaniem.

Badacz i psychiatra Daniel Langleben należy do pionierów stosowania funkcjonalnego rezonansu magnetycznego do wykrywania kłamstwa. Jego zdaniem automatyczną reakcją mózgu jest mówienie prawdy (Langleben, 2008).

Im bardziej ludzie rozwijają zdolność do kłamstwa, tym bardziej maleją różnice między poziomem aktywności obszarów mózgu zaangażowanych w kłamstwo i mówienie prawdy. Wydaje się więc, że mózg przyzwyczaja się do kłamstwa.

A co dzieje się w naszym mózgu, gdy ktoś nas oszukuje?

Niewiele jest na ten temat badań, jednak prace Matthew Rushwortha, profesora neuronauk, dają pewne wskazówki. Podczas konferencji Cell Press Lab Links, która odbyła się w Londynie w 2010 roku, wykazał on, że myśl, iż jesteśmy oszukiwani, silnie uaktywnia grzbietowo-przyśrodkową korę przedczołową. Jeśli mamy poczucie zaufania, pozostaje ona spokojna. Kiedy te przewidywania okazują się fałszywe (ktoś nas oszukuje, choć myśleliśmy, że mówi prawdę, i odwrotnie), aktywność naszego mózgu znów się zmienia, pokazując, że tworzymy nowy obraz tej osoby. Zatem konfrontacja z kłamstwem wywołuje w mózgu stan wzburzenia!

Jeśli cierpisz na zespół stresu po zdradzie lub kłamstwo partnera (niezależnie od jego rodzaju) wywołało w tobie traumę, twój mózg – co logiczne – blokuje się. A ten stan angażuje: ciało migdałowate, hipokamp i korę przedczołową.

Ciało migdałowate odpowiada na bodziec oznaczający niebezpieczeństwo. Wytwarza ono poczucie strachu i aktywuje reakcję obronną, czyli ucieczkę lub walkę.

Hipokamp to ośrodek pamięci. Przechowuje wydarzenia.

Kora przedczołowa szacuje, racjonalizuje, planuje i podejmuje decyzje. Reguluje emocje.

Sytuacja stresu pobudza cały ten system, połączony z wyrzutem hormonów, jak adrenalina i kortyzol. Jeśli stres związany z daną sytuacją przekracza nasze zasoby i dociera do przechowywanych wspomnień, system się blokuje i kora przedczołowa nie może efektywnie pracować. Mózg i ciało pozostają w stanie permanentnego napięcia, co długoterminowo prowadzi do poważnych zaburzeń psychicznych. Mózg łapie wirusa i nie możemy robić nic innego.

Fragment pochodzi z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”