1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. W sercu miasta

W sercu miasta

(Fot. Celestyna Król)
(Fot. Celestyna Król)
Choć to ścisłe centrum, wokół jest dużo zieleni, a samo mieszkanie jasne, pełne słońca. Agnieszka i Marek znaleźli tu swoje miejsce. Ale, jak mówią, kochają zmiany. Nie wykluczają więc kiedyś przeprowadzki… na Azory.

Zależało nam na tym, żeby przestrzeń dzienna była jak największa. Tu spędzamy większość czasu. Zwłaszcza teraz, kiedy praca przeniosła się z biur do domu – mówią Agnieszka i Marek.

Szukali tego mieszkania długo. Bo, jak mówią, poprzeczkę mają zawieszoną wysoko. Musiało być w konkretnym miejscu. Ścisłe centrum Warszawy, dokładnie kwadrat ulic Hoża, Poznańska, Wilcza. W końcu znaleźli. W kamienicy z 1934 roku. Agnieszka i Marek są pasjonatami starych kamienic. W okolicy pojawiają się luksusowe plomby z apartamentami, podziemnym garażem, wielkim holem i konsjerżem, oni wolą jednak inny klimat. Mieszkają tu już cztery lata.

Agnieszka i Marek przy wielofunkcyjnym stole w salonie.(Fot. Celestyna Król)Agnieszka i Marek przy wielofunkcyjnym stole w salonie.(Fot. Celestyna Król)

– Miejsce jest idealne. Bo z jednej strony – tłumaczy Marek – samo centrum, restauracje, kluby, życie miejskie, co sobie wysoko cenimy, a jednocześnie cisza, nie ma sąsiadów zaglądających nam w okna, co cenimy sobie jeszcze bardziej.
Sąsiedzi nie zaglądają, za to zagląda słońce. Mieszkanie jest jasne, wręcz świetliste. To trzecie piętro, ekspozycja południowa. Widać wschód słońca z jednej strony, a jak się dobrze wychylić, to i zachód z drugiej. I wspaniała perspektywa, zieleń.

Fotel „z odzysku” z nową tapicerką w ulubionym kolorze Agnieszki plus stolik do gier z ukrytą tajemniczą skrytką.(Fot. Celestyna Król)Fotel „z odzysku” z nową tapicerką w ulubionym kolorze Agnieszki plus stolik do gier z ukrytą tajemniczą skrytką.(Fot. Celestyna Król)


Marek: – Wychodzę z założenia, że wewnątrz mieszkania można zmienić właściwie wszystko, łącznie z układem pomieszczeń, ale nic nie zrobimy z tym, co za oknem. A my za oknem mamy przestrzeń. W takim miejscu to unikatowe.
Mieszkania to teren Markowi dobrze znany, tym zajmuje się zawodowo. – Nie jest to praca zgodna z moim wykształceniem, to efekt przypadku, pasji i zakrętu życiowego. Zacząłem robić to, co lubię, innym się spodobało, i tak to już trwa od dziesięciu lat. Czyli kupuję w śródmieściu Warszawy mieszkania do remontu, remontuję i sprzedaję. Pierwsze kupiłem dla siebie – żeby zacząć nowe życie. Sam je odnawiałem, remontowałem, urządzałem. Kiedy skończyłem, przyszedł do mnie przyjaciel ze swoją znajomą. I jej się to mieszkanie tak spodobało, że namówiła mnie, żebym jej je sprzedał. Musiałem więc szukać nowego dla siebie, tak się to zaczęło. Zawsze mam uczuciowy związek z każdym mieszkaniem, którym się zajmuję. Nie chodzi mi o to, żeby jak najszybciej zarobić jak najwięcej.

Otwarta przestrzeń od samego wejścia do mieszkania, lampa z targu na Kole, z odnowionym abażurem. Wszechobecne książki i albumy są nieodłączną częścią życia mieszkańców.(Fot. Celestyna Król)Otwarta przestrzeń od samego wejścia do mieszkania, lampa z targu na Kole, z odnowionym abażurem. Wszechobecne książki i albumy są nieodłączną częścią życia mieszkańców.(Fot. Celestyna Król)

W swoim mieszkaniu Agnieszka i Marek dużo nie zmieniali. Nie było to konieczne. – Zachowaliśmy to wszystko, co się dało zachować – opowiada Marek. – Pewnie dziewięć osób na dziesięć zerwałoby starą skrzypiącą podłogę i położyło nowy parkiet, ale dla nas ta podłoga to walor. Choć był dylemat – przekładać czy ma skrzypieć? Ja byłem orędownikiem skrzypiącej. Teraz, kiedy skrzypi, Agnieszka się budzi, ale coś za coś.

– Za to można śmiało chodzić po deskach w szpilkach i nie przejmować się, jeśli się wyleje wino – dodaje Agnieszka. – Tylko na bosaka się nie da, bo drzazgi wchodzą w stopy.
Zostawili też stare okna i kaflowe piece, które robią olbrzymie wrażenie. Tak naprawdę cały zakres remontu to była łazienka i kuchnia.
Pomieszczenia są trzy. Duży salon z rozkładanymi drzwiami do sypialni i jeszcze jedna dodatkowa sypialnia. Agnieszka: – Zawsze zależy nam na tym, żeby przestrzeń dzienna była jak największa. Do sypialni można wejść z dwóch stron – z salonu i z holu.

Sypialnia – tu też, jak w całym mieszkaniu, miks starego z nowym. Stare meble Agnieszka i Marek często zdobywają na targach, targowiskach, aukcjach, niektóre pochodzą z remontowanych przez Marka mieszkań. Zdjęcie nad łóżkiem to praca własna, żartobliwie nazywana „Niebo za euro” – z jednej z licznych podróży Agnieszki i Marka.(Fot. Celestyna Król)Sypialnia – tu też, jak w całym mieszkaniu, miks starego z nowym. Stare meble Agnieszka i Marek często zdobywają na targach, targowiskach, aukcjach, niektóre pochodzą z remontowanych przez Marka mieszkań. Zdjęcie nad łóżkiem to praca własna, żartobliwie nazywana „Niebo za euro” – z jednej z licznych podróży Agnieszki i Marka.(Fot. Celestyna Król)

Zasada, którą się kierują przy urządzaniu, to: „mieszamy stare z nowoczesnym”. – Lubimy rzeczy, które gdzieś u kogoś stały, mają za sobą jakąś historię – opowiada Marek. – A ponieważ często kupujemy mieszkania urządzone, zdarza się, że coś z mebli nam zostaje. W garażu mojego ojca zamiast samochodu stoją tacy „ocaleńcy” i czekają na swój moment. Oczywiście wiadomo, że współczesne meble też są i ładne, i często bardziej funkcjonalne, więc mieszamy.

Stare meble często kupują na starociach – nawet jak rzecz jest zaniedbana, wystarczy sobie wyobrazić, jak może wyglądać po renowacji. Zresztą hasło „stare” nie oznacza tylko międzywojnia czy secesji. To także późnogomułkowska szafka z Czechosłowacji pod sprzęt RTV w salonie. – Podobają się nam różne rzeczy z różnych epok – mówią zgodnie.

Kolejny fotel „z odzysku”, w tle jedna z ulubionych prac właścicieli pod znamiennym tytułem „Rekultywacja” Janusza Orzechowskiego. Głównym bohaterem wnętrza jest jednak zabytkowy kaflowy piec.(Fot. Celestyna Król)Kolejny fotel „z odzysku”, w tle jedna z ulubionych prac właścicieli pod znamiennym tytułem „Rekultywacja” Janusza Orzechowskiego. Głównym bohaterem wnętrza jest jednak zabytkowy kaflowy piec.(Fot. Celestyna Król)

Wspólna pasja to sztuka. Zwłaszcza młoda sztuka. – Kupujemy na aukcjach, ale też w kameralnych galeriach, dużo jest takich miejsc na mapie Warszawy – mówi Agnieszka. – Lubimy adrenalinę. Ale jeśli się nie uda zdobyć wymarzonej rzeczy na aukcji, dzięki galeriom kontaktujemy się z artystami i kupujemy bezpośrednio od nich. Lubiliśmy bardzo Targowiska Sztuki, które odbywały się w Arkadach Kubickiego. Tam wystawiali się studenci ASP. Tęsknimy za tymi imprezami, oby szybko wróciły!

Kuchnia – serce mieszkania. To jedyne pomieszczenie, którego okna wychodzą na dziedziniec, gdzie pory roku wyznacza ogromny stary kasztanowiec w centrum podwórka.(Fot. Celestyna Król)Kuchnia – serce mieszkania. To jedyne pomieszczenie, którego okna wychodzą na dziedziniec, gdzie pory roku wyznacza ogromny stary kasztanowiec w centrum podwórka.(Fot. Celestyna Król)

Teraz, w czasie pandemii, mieszkanie to także miejsce pracy. – Na szczęście mamy w salonie wielofunkcyjny stół. To nasz wspólny gabinet – śmieją się. – Myśleliśmy, żeby jedno z nas przeniosło się z robotą do drugiej sypialni, ale jednak lepiej nam tu, razem. Cieplej i milej.
Mieszkanie jest wspaniałe, ale czy to oznacza, że jest „na zawsze”? – Lubimy zmiany. Gdzieś w marzeniach była kiedyś przeprowadzka na Azory – mała kamienica z kilkoma pokojami na wynajem, dla turystów. Pandemia takie pomysły zatrzymała, ale kto wie, co będzie. Jeśli coś ciekawego pojawi się na horyzoncie, będziemy myśleć – zapewniają. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Najlepsze polskie wzornictwo – plebiscyt Must have 2021 rozstrzygnięty

W plebiscycie must have organizowanym przez Łódź Design Festival nagrodzono ponad 70 projektów. Jednym z nich jest projekt Aleksandry Kujawskiej - Zabawki, seria rzeźb wykonanych ręcznie, techniką hutniczą. Przyciski do myśli.(Fot. materiały Prasowe ŁDF)
W plebiscycie must have organizowanym przez Łódź Design Festival nagrodzono ponad 70 projektów. Jednym z nich jest projekt Aleksandry Kujawskiej - Zabawki, seria rzeźb wykonanych ręcznie, techniką hutniczą. Przyciski do myśli.(Fot. materiały Prasowe ŁDF)
Must have to plebiscyt w ramach Łódź Design Festival, wyróżniający najlepsze projekty polskich projektantów i producentów. Organizowany jest już po raz jedenasty. W tym roku spośród ponad 300 zgłoszeń nagrodzono 75 projektów. Zobaczcie te, które nam spodobały się najbardziej.

  1. Styl Życia

Inteligentne światło, które nada życiu barw

Zobacz galerię 8 Zdjęć
Chociaż pogoda potrafi być wiosną kapryśna, nie ma wątpliwości, że budząca się do życia natura zachęca do działania. Skoro nie zawsze możemy liczyć na słoneczną aurę na zewnątrz, warto poszukać rozwiązania, które pomoże ją stworzyć w naszych domach. Kolory zamknięte w inteligentnej lampie Philips Hue Iris są na wyciągnięcie ręki – kiedy tylko potrzebujesz pomogą imitować światło słoneczne. Co więcej – oferują całą serię barw i odcieni.

Odkryj swoją przestrzeń na nowo

Szeroka paleta białego światła pozwoli uzyskać właściwy nastrój zarówno do pracy, zabawy jak i relaksu, niezależnie od pory dnia. Decydując się na inteligentne oświetlenie Philips Hue każdy dzień możesz rozpocząć przy chłodnych, rześkich barwach. Imitujące wschód słońca coraz jaśniejsze światło pomoże naładować baterie niczym poranna, mocna kawa i zapewni energię nawet w pochmurne dni. A po pracy? Jednym kliknięciem przemienisz swój salon z domowego biura w prawdziwą oazę relaksu – ulubiona książka, aromatyczna chai tea latte i dopełniająca doznania bursztynowa barwa światła brzmią magicznie, czyż nie? Natomiast przed snem łagodne dla oczu złote odcienie pomogą Ci odprężyć się przed ucieczką w krainę nocnych marzeń. Możesz też z łatwością sprawić by światło samo podążało drogą słońca w trakcie dnia i zmieniało barwę od chłodnego do ciepłego – imitując wędrówkę słońca po niebie.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw
Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Jednak dobranie oświetlenia do codziennych zadań to nie wszystkie możliwości stylowej lampy Iris i całego inteligentnego oświetlenia Philips Hue. 16 milionów kolorowego światła pozwoli na stworzenie nastroju niezależnie od okazji. Energetyczna czerwień dodająca sił do porannego treningu? Relaksujące pudrowo różowe tony idealne do medytacji? Czy mieniące się blaskiem świec miodowo-szafranowe barwy, rozgrzewające atmosferę podczas romantycznej kolacji? Wybór należy do Ciebie – w dekorowaniu domu światłem jedyną granicą jest już tylko wyobraźnia. Decydując się na więcej niż jedno źródło światła możesz stworzyć wyjątkowe aranżacje świetlne, zmieniając swój dom w prawdziwą, magiczną krainę.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw
Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione. Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione.

Piękna i inteligentna

Philips Hue to coś więcej niż oświetlenie, to część wystroju domu. Najnowsza lampa Philips Hue Iris o unikalnym designie delikatnie obmywa ściany kolorem, subtelnie podświetlając otoczenie. Miękkie światło wydobywające się z tyłu lampy nadaje jej jeszcze bardziej wyjątkowego wyglądu, a nowoczesny projekt sprawia, że zachwyca nawet, gdy jest wyłączona. Teraz ten kultowy model oferowany jest w czterech metalicznych odcieniach: miedzianym, różowym, srebrnym oraz złotym. Ekskluzywna odsłona lampy stanowi idealne uzupełnienie niemal wszystkich wnętrz, a bogactwo barw pozwoli na nowo zdefiniować nastrój każdego pomieszczenia nawet najbardziej wybrednemu amatorowi aranżacji wnętrz.

Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa. Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa.
  1. Styl Życia

Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni

Jadalnia to serce Nadbużańskiego Domu. Krzesła „odziedziczone” po szkole, na ścianie stary bijący zegar, oryginalne godło z byłej szkoły, portret gospodarza wyszywany ściegiem krzyżykowym przez lokalną artystkę. A na stole – wielkanocne śniadanie. Gotowe. Można siadać! (Fot. Celestyna Król)
Jadalnia to serce Nadbużańskiego Domu. Krzesła „odziedziczone” po szkole, na ścianie stary bijący zegar, oryginalne godło z byłej szkoły, portret gospodarza wyszywany ściegiem krzyżykowym przez lokalną artystkę. A na stole – wielkanocne śniadanie. Gotowe. Można siadać! (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Nadbużański Dom niedługo będzie obchodzić setne urodziny. Dla drewnianego budynku to moment przełomowy. Jeśli się o niego troskliwie nie zadba, zacznie się sypać. Ten dom miał szczęście. Trafił na Wojtka. A właściwie trafili na siebie nawzajem. Wpadliśmy do nich z wizytą tuż przed Wielkanocą…

Niedaleko, jakieś dziesięć kilometrów stąd, jest wieś Mierzwice – mówi Wojtek Błaszczyk. – 25 lat temu kupiłem tam rodzicom domek letniskowy. Nad Bugiem. Zaczęliśmy tu przyjeżdżać. Potem pojawił się syn, pies, a że domek mały, zaczęło brakować miejsca. Wyczułem w kościach, że dobrze byłoby mieć coś swojego. A ponieważ dobrze się w tej okolicy czułem, rozesłałem wici, może ktoś o czymś słyszał. Mały domek w środku lasu najchętniej. W pewnym momencie znajomy napisał, że gmina Sarnaki organizuje przetarg na sprzedaż dawnej szkoły ludowej. Ani to mały domek, bo prawie 300 metrów, ani w środku lasu, bo we wsi, ale fajne miejsce, urokliwe, obok rezerwatu przyrody. Wsiadłem w samochód, pojechałem obejrzeć. Tyle że z drogi przez gęstwinę drzew nic właściwie nie zobaczyłem. I następnego dnia na przetargu kupiłem kota w worku, czyli mój Nadbużański Dom. Było to 11 lat temu. Po jakimś czasie Wojtek przypomniał sobie, że rodzina taty pochodzi z Kosowa Lackiego, niecałe 60 kilometrów w linii prostej – może dlatego tak dobrze wszyscy się w tym rejonie czują? Lepiej niż w Szczecinie czy w Zakopanem – bo to powrót do korzeni. Na początku był w rozkroku między tym miejscem a Warszawą. Traktował dom nad Bugiem jak daczę. Wpadał na przedłużone weekendy, nic nie przerabiał, nie remontował. Ale stopniowo zaczęło się to zmieniać. Przyjeżdżali znajomi, przekonywali, że to wspaniałe miejsce, że trzeba je inaczej wykorzystać, może agroturystyka? – Zacząłem więc małymi kroczkami tę przestrzeń przekształcać, adaptować – opowiada Wojtek. – Z pomocą miejscowych majstrów, z roku na rok, bez pośpiechu. Najpierw zrobiłem wszystkie drzwi. Potem odmalowałem i odświeżyłem pokoje. Przełomowym momentem była śmierć mojego ojca. Wcześniej rodzice tu przyjeżdżali, pomagali mi, mama uprawiała ogródek, sadziła kwiaty, warzywa. A po śmierci ojca chciałem dać mamie więcej zajęć, aby miała mniej czasu na rozmyślania o stracie. Ona świetnie gotuje. Gotowała zawsze, kiedy byli goście, wszyscy się zachwycali, chwalili, ona się cieszyła. A że zawsze chwalili, to zawsze się cieszyła. Zaczęli przyjeżdżać różni goście, już nie tylko znajomi, ale znajomi znajomych. Zrobił się taki dom gościnny z domową, nieformalną atmosferą. Wojtek zostawiał tu czasem mamę samą z tym całym zamieszaniem. A zawsze jest co robić: nakarmić gości, ogarnąć, posprzątać… Pandemia spowodowała, że rok temu przeniósł się tu właściwie na stałe.

Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni

Minimalistyczny miszmasz

Pokoje gościnne są trzy. Jeden wielki, z kominkiem, kiedyś była tu świetlica, a rano – przedszkole. Znajomi radzili: podziel to ściankami, będziesz mieć więcej pod wynajem. Ale Wojtek pomyślał, że to zmieni jednak charakter domu, odbierze mu autentyczność i zachowany klimat starej szkoły. Kiedy gmina zabierała rzeczy, Wojtek odkupił, co mógł, za niewielkie pieniądze. Na przykład większość krzeseł to stare krzesła szkolne. Teraz zresztą bardzo modne. Wystrój wnętrza to, jak określa to właściciel, minimalistyczny miszmasz. Są stare kanapy z targu staroci, ale są też kanapy z Ikei. I są takie, które Wojtek wypatrzył w ogłoszeniach. Sporo mebli pochodzi z okolicy. Różnorodnie, ale jednocześnie spójnie. – W Białej Podlaskiej – mówi Wojtek – jest moja ulubiona galeria z antykami, gdzie sprzedają regionalne starocie. Sporo rzeczy tam kupiłem. Kilimy, wyszywane obrusy oraz makatki. Chcę w miarę możliwości mieć oryginalne rzeczy z tego rejonu. W dwóch pokojach są narzutokilimy z Ukrainy, są dwie narzuty od mojej babci spod Kosowa Lackiego, sporo rzeczy zza wschodniej granicy.

Kiedyś szkolna klasa, dziś duży pokój z kominkiem. (Fot. Celestyna Król) Kiedyś szkolna klasa, dziś duży pokój z kominkiem. (Fot. Celestyna Król)

Kiedy dom był już urządzony, Wojtek zastanawiał się, czy jeszcze bardziej nie otworzyć się na gości. – Znajomi powiedzieli mi o serwisie Slowhop – ogłaszają się tam sprawdzone, fajne pensjonaty agroturystyczne. Twierdzili, że mój dom to miejsce, które idealnie wpisuje się w ten klimat. I faktycznie – zgłosiłem się, zaakceptowali mnie od razu.

Główny hol dawnej szkoły. (Fot. Celestyna Król) Główny hol dawnej szkoły. (Fot. Celestyna Król)

Mam dziennie po kilka zapytań o możliwość przyjazdu. Chcę, żeby pobyt tu był doświadczeniem wielowymiarowym. Kiedy ktoś do mnie pisze, staram się dowiedzieć, kim jest, jaki jest, czy będzie pasować do tego miejsca, do innych gości. No i do mnie. Trochę wymusza to przestrzeń, jest specyficzna, ja tych ludzi przyjmuję dosłownie u siebie. Tak naprawdę jesteśmy razem prawie przez cały czas. Struktura funkcjonalności domu jest taka, jaka była w szkole. Goście mieszkają w byłych klasach, reszta pomieszczeń to część wspólna. Muszą to więc być osoby, które potrafią i lubią być z innymi. I nie mają takich oczekiwań, jakie miałyby w pięciogwiazdkowym hotelu. Na ogół jest super, choć raz trafili się goście, którzy nie rozumieli, dlaczego nie ma kiełbasy i disco polo.

Od lewej: Toaletka ze sklepu z antykami w Białej Podlaskiej. Tablica ortograficzna z zasadami pisowni, „spadek” po byłej szkole; Harmonia, prezent od przyjaciela gospodarza; Stary obraz, wyszywany ściegiem krzyżykowym. (fot. Celestyna Król) Od lewej: Toaletka ze sklepu z antykami w Białej Podlaskiej. Tablica ortograficzna z zasadami pisowni, „spadek” po byłej szkole; Harmonia, prezent od przyjaciela gospodarza; Stary obraz, wyszywany ściegiem krzyżykowym. (fot. Celestyna Król)

Regionalne smaki

A kiełbasy nie ma, bo Wojtek od 24 lat nie je mięsa. I taką właśnie wegetariańską kuchnię prowadzi w swoim domu, także dla gości. – Jestem w tym konsekwentny i pewnie to też kolejna zaleta tego miejsca – bo w okolicy wielu takich nie ma – mówi. – Goście mogą zgłaszać swoje potrzeby – czy kuchnia wegańska, czy bez laktozy. Musimy tylko wcześniej o tym wiedzieć. Takie gotowanie to w tym regionie rzadkość, choć to oczywiście kolejny paradoks – kiedyś przecież mięso było kilka razy w roku. Na co dzień, zwłaszcza na wsiach, jedzono jarsko: kasze, ziemniaki, warzywa. Potem ludzie zachłysnęli się „lepszym życiem” i zarzucili starą, tradycyjną kuchnię – dodaje. Wojtek od jakiegoś czasu organizuje w Nadbużańskim Domu kulinarne festiwale – sezonowe i jarskie. Były dwa festiwale szparagów – sąsiedzi mają obok plantację. Był festiwal truskawek, grzybów, ziemniaków. – Przyjeżdżają często szefowie kuchni nie tylko z Polski, lecz także z zagranicy. Siedzimy pod drzewami, mamy menu degustacyjne. A jeśli pada, ustawiamy w holu szkolnym długi stół festiwalowy. Ważną rolę gra wtedy rodzinny duet: wnuczek, czyli syn Wojtka, Donald, z babcią Teresą. Są gotującą festiwalową parą. Tworzą potrawy tradycyjnej polskiej kuchni (wersja wegetariańska) – ale w nowoczesnym, autorskim wydaniu. Donald zresztą jest profesjonalistą, na co dzień pracuje jako kucharz w Berlinie. Ale urlopy i wolne dni spędza w Nadbużańskim Domu, gdzie – rzecz jasna – gotuje. Skąd pomysł na festiwale? Wojtek: – Pomyślałem, że czasem nie chce mi się stać przy kuchni, pojechałbym gdzieś coś zjeść, ale nie ma gdzie. To zrobię festiwal, niech ludzie posmakują, zobaczą, jakie cuda można robić choćby z ziemniaków, czyli z tego, z czego przecież na co dzień korzystają. Chciałem zainspirować innych – i siebie przy okazji.

Wojtek jest też mistrzem w robieniu nalewek. Ciekawych, nietypowych, bo niesłodkich. Goście Nadbużańskiego Domu mają okazję ich spróbować. I bardzo to sobie chwalą. (Fot. Celestyna Król) Wojtek jest też mistrzem w robieniu nalewek. Ciekawych, nietypowych, bo niesłodkich. Goście Nadbużańskiego Domu mają okazję ich spróbować. I bardzo to sobie chwalą. (Fot. Celestyna Król)

Przepisy na wielkanocne przepisy z Nadbużańskiego Domu znajdziecie tutaj:

  1. Styl Życia

Zaproś wiosnę do domu - 7 prostych inspiracji

(Fot. Zara Home)
(Fot. Zara Home)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Nie czekaj na zielone trawniki i wysokie temperatury - rozkoszuj się każdym dniem wiosny, odkrywaj ją powoli. Doceniaj każdy listek wychodzący z twardej gałązki, każdy kolorowy kwiatek i promień słońca. Zadbaj o swoje otoczenie. Wiosna to nowa energia i czas na zmiany.

  1. Styl Życia

Sztuka ludowa to każda historia opowiedziana przez dziadków

Magda Bojarowska w turbanie z ręcznie tkanego na krosnach pasiaka opoczyńskiego. (Fot. @polishfolkart)
Magda Bojarowska w turbanie z ręcznie tkanego na krosnach pasiaka opoczyńskiego. (Fot. @polishfolkart)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Zachowanie pamięci o sztuce ludowej i odkrywanie jej na nowo to zadania, które od blisko 70 lat stawia przed sobą rodzinna galeria Domu Sztuki Ludowej. Rozmowa z etnografką Magdą Bojarowską.

Dom Sztuki Ludowej nie jest zwykłym sklepem, ale miejscem, w którym staracie się kultywować ludowe rzemiosło i przybliżać tradycyjnej wytwory sztuki regionalnej, o których często wiemy bardzo niewiele. Malarka Maja Berezowska uznała, że Dom Sztuki Ludowej jest najpiękniejszym sklepem na warszawskiej Starówce, a do grona stałych klientów należały znane aktorki Mira Zimińska, Kalina Jędrusik i Jadwiga Smosarska. W roku 1969 gościem był francuski bard Charles Aznavour. Jaka jest historia waszego rodzinnego sklepu? Dom Sztuki Ludowej istnieje od 68 lat i powstał w tym samym czasie, w którym zaczęła odradzać się warszawska Starówka. Nadal mieści się w tej samej kamienicy, którą odbudowano  i przekazano pod pokazowy sklep Cepelii. Z naszego balkonu Bierut 22 lipca 1953 roku otwierał zrekonstruowaną Starówkę. Cepelia w tamtym czasie bardzo prężnie się rozwijała, współpracowała ze świetnymi projektantami ludowymi, a jej spółdzielnie były rozsiane po całym kraju. Dom Sztuki Ludowej został zaprojektowany w taki sposób, aby w jego wnętrzach jak najlepiej prezentowały się wyroby ludowe, a także mogły odbywać się różnego rodzaju wystawy i wydarzenia. Do tej pory są u nas używane dębowe meble (od roku wpisane na listę zabytków ruchomych), ręcznie kute żyrandole i ekspozytory. Mój tata, ukończył etnografię,  po studiach pracował w Związku Cepelii, często zasiadał w jury różnych konkursów etnograficznych, a w 1978 roku został kierownikiem Domu Sztuki Ludowej. W czasie transformacji, gdy Cepelia zaczęła zamykać wiele swoich salonów, wielu kierownikom proponowano przejęcie sklepów, czyli odkupienie towaru i wyposażenia. Na taki krok zdecydował się mój tata, i od 1991 roku sklep jest w rękach naszej rodziny. Dom sztuki Ludowej nigdy nie stracił na jakości, a niestety cepeliowskie sklepy często nie były prowadzone już na tak wysokim poziomie jak wcześniej. Aż trudno uwierzyć, że w październiku zeszłego roku fundacja Cepelia sprzedała swój majątek, zamknęła lokale i po wielu latach przestała istnieć. To smutne, ponieważ miała bardzo wysoką renomę i była rozpoznawalna na całym świecie, a stała się, jak mawiają niektórzy, taką „marką utraconą”. Nie potrafiono wykorzystać jej ogromnego potencjału, a po transformacji sama Cepelia nie umiała dostosować się do nowych czasów.

Cepelia zrobiła mnóstwo dobrego dla ludowego rzemiosła, wspierała lokalnych twórców i starała się ocalić od zapomnienia regionalne wytwory. Z drugiej strony w latach 60. i 70. młodzi ludzie, jak na przykład moi rodzice, którzy przeprowadzali się ze wsi do miast, nie chcieli dekorować swoich mieszkań słomianymi pająkami, wycinankami czy kilimami, dla nich to nie było atrakcyjne, ponieważ  kojarzyło się z domami dziadków czy rodziców. A jak to wygląda dzisiaj z twojej perspektywy? Obserwujesz zmianę w podejściu to regionalnego rękodzieła? Wiele osób z młodego pokolenia zaczyna szukać ludowych „skarbów” w domach rodziców czy dziadków. To są ci sami ludzie, którzy jeszcze dziesięć lat wyrzuciliby te rzeczy na śmietnik i ja to rozumiem. Wyobrażam sobie, że był bunt na Włocławek, który był w każdym domu i potem powrót do tego Włocławka. Tak samo mogło być z naszymi rodzicami, a taki „bunt” przeciwko wyrobom ludowym nadal istnieje w wielu miejscach. Na przykład tkanina dwuosnowowa dzięki pani Izumi Fujita jest bardzo ceniona w Japonii i zaczyna być na nowo odkrywana przez stylistów, a na jarmarku np. w Białymstoku, gdzie panie sprzedają takie tkaniny, przychodzą ludzie i komentują na głos, że to niebywałe, że to jest takie drogie, bo u nich w domu to się po tym chodziło. Miejscowi często tego nie doceniają, ale pojawia się coraz więcej bardziej świadomych ludzi, którzy zaczynają widzieć potencjał w sztuce ludowej.

Pisanki z Włocławka na wydmuszkach jaj kurzych. (Fot. @polishfolkart) Pisanki z Włocławka na wydmuszkach jaj kurzych. (Fot. @polishfolkart)

Wazon z Bolesławca i wielkanocne palmy. (Fot. @polishfolkart) Wazon z Bolesławca i wielkanocne palmy. (Fot. @polishfolkart)

Czy po zachłyśnięciu się zachodnimi trendami, a później skandynawskim minimalizmem zaczynamy ponownie doceniać sztukę regionalną, lokalną i ludową? Akurat skandynawski styl zrobił wiele dobrego. W jasnym i minimalistycznym wnętrzu taki kilim czy tkanina dwuosnowowa prezentują się bardzo nowocześnie. Skandynawowie w ogóle bardzo doceniają rękodzieło i uważam, że przepięknie włączają ludowe elementy do swojego codziennego życia. Nie wiem, czy ktoś jeszcze poza Skandynawami potrafi tak świetnie prezentować ludowe elementy strojów np. swetry i łączyć je z nowoczesną modą. Oni z tego na co dzień korzystają, te elementy folkowe są obecne w ich życiu i w ich wnętrzach, a jednocześnie są ikonami rozpoznawalnego, skandynawskiego stylu. To jest inspiracja, z której warto czerpać. Docenianie rękodzieła i tradycyjnych wyrobów jest w jednym z wiodących  trendów, tak samo jak związana z nim idea slow.

A kto dziś odwiedza Dom Sztuki Ludowej? Kim dziś są wasi klienci? To młodzi, którzy nie mają złych skojarzeń z „cepeliadą”? Jest sporo młodych osób, które zaczynają wprowadzać elementy sztuki ludowej do swoich domów i często trafiają do nas dzięki Instagramowi. Ale w obecnym czasie, kiedy epidemia uniemożliwiła przyjazd turystów do Polski, gdyby nie nasi stali klienci, to nie wiem, czy bylibyśmy w stanie się utrzymać. To są osoby, które kolekcjonują sztukę ludową i wracają do nas, bo  po prostu lubią nas i nasz sklep. My też bardzo często sprowadzamy wiele rzeczy specjalnie dla nich. Ostatnio pokazałam na Instagramie zdjęcie rzeźby, Matki Boskiej szafkowej wykonanej przez Bolesława Parasiona i ona w ogóle nie była wystawiona w sklepie. Jeden z naszych stałych klientów uwielbia tego twórcę i wiedzieliśmy, że będzie od razu tą rzeźbą zainteresowany, dlatego jak tylko ją otrzymaliśmy zadzwoniliśmy do niego. W normalnych realiach odwiedzają nas oczywiście turyści, a wielu z nich wraca do naszego sklepu np. po dwudziestu latach, co jest bardzo wzruszające.

Czego klienci szukają w waszym sklepie i co kupują najczęściej? Można wskazać jakieś konkretne wyroby, które cieszą się największą popularnością? Przede wszystkim prawdziwego rękodzieła ludowego, wysokiej jakości produktów tradycyjnie wykonanych. Niektórzy przychodzą po rzeczy które od lat kupują - te same kapcie wykonane ręcznie z sukna wełnianego, te same pasiaki, te same narzuty na łóżko - wiedzą, że u nas je znajdą. Preferencje, co zabawne, też często zależą od narodowości. Japończycy zawsze bardzo lubili serwetki kurpiowskie, które mają taki geometryczny haft, a także porcelanę opolską i ceramikę z Bolesławca. Francuzi chętnie kupowali malowane skrzynki krakowskie i drewniane koniki, Skandynawowie lubią kilimy. Największym powodzeniem cieszą się zawsze pisanki i wycinanki, które po prostu są bardzo atrakcyjne, a te drugie jeszcze można łatwo przewieźć. Nie brakuje również osób, które kolekcjonują rzeźby, czy malarstwo ludowe.

Kim są twórcy, których rękodzieło prezentujecie w Domu Sztuki Ludowej? Czym się kierujecie przy wyborze konkretnych wyrobów? Odwiedzacie regionalne targi? Jak to wygląda? Bywa, że jeździmy na jarmarki, ale szukamy też artystów w sieci. Mnóstwo osób się do nas zgłasza. Robimy dużą selekcję, ponieważ zależy nam nie tylko na utrzymanie najwyższego poziomu artystyczno-etnograficznego, ale oddzieleniu tzw. rzemiosła artystycznego od rzeczy ludowej bądź naiwnej. Nie wprowadzamy do naszej oferty np. kryształów czy witraży, które choć są przepiękne, nie będą pasować do spójnego charakteru naszego sklepu. Chcemy sprzedawać rzeczy, które stoją na najwyższym poziomie oraz ludowe, które powstają w oparciu o tradycyjne metody. Baza naszych artystów to nasz najcenniejszy kapitał. Zdarza się, że współpracujemy z kolejnymi pokoleniami, tata potrafił 40 lat temu kupować rzeźby od ojca, a teraz wstawia do nas swoje prace jego syn. To chyba dobrze świadczy o naszych relacjach z twórcami.

A gdybyś miała wskazać swoich ulubionych twórców? Cenię rzeźby Romana Śledzia, wybitnego artysty, którego dzieła nie są może łatwe w odbiorze, ale niezwykle piękne i poruszające. Bardzo lubię twórczość nieżyjącego już niestety Antoniego Barana. Uwielbiam tkaninę dwuosnowową i sposób, w jaki przedstawia historie, postacie i zwierzęta. Bardzo lubię grafiki ludowe, ale także rzeczy wyplatane z wikliny i rogożyny, czy szyte ze słomy – są bardzo współczesne i obecnie też doceniane przez projektantów. Lubię rzeczy wyszywane – przede wszystkim hafty makowskie, czyli subtelne haftowane białą nicią na białym lnie ornamenty, ale także delikatnie haftowane tiulowe bieżniki i serwety żywieckie, które przypominają stare suknie i welony ślubne.

Rzeżba ludowa Matka Boska Zielna wykonana przez twórczynię ludową Agnieszkę Trzcinkę. (Fot. @polishfolkart) Rzeżba ludowa Matka Boska Zielna wykonana przez twórczynię ludową Agnieszkę Trzcinkę. (Fot. @polishfolkart)

Kilimy potrafią kosztować kilka tysięcy złotych, tiulowe ręcznie haftowane chusty kilkaset złotych. Jak ludzie reagują na ceny? Nie wszyscy sobie mogą na niektóre rzeczy pozwolić, mnie też nie stać na wiele z nich i to jest całkowicie normalne. Jednak to nie znaczy, że te rzeczy są drogie - one są warte swojej ceny. Warto pamiętać, że ich wykonanie wymaga często ogromnego nakładu pracy, na przykład tkanina dwuosnowowa, o której wspominałam, bardzo często robiona jest od początku do końca ręcznie. Niektóre panie samodzielnie przędą i farbują wełnę, a samo tkanie dywanu na krosnach jest niebywale pracochłonną i trudną techniką, dlatego takie rzeczy nie mogą kosztować mało. Jeśli ktoś komentuje na głos cenę np. łowickiej ażurowej wycinanki, która powstaje w tradycyjny sposób, a u nas kosztuje od 15 do 40 zł i uważa, że jest za droga, to wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że wielu osobom trzeba uświadomić w jaki sposób powstają te rzeczy. W czasach PRL-u Cepelia przyzwyczaiła ludzi do bardzo niskich cen ludowych produktów, które wynikały z tego, że sami twórcy bardzo nisko wyceniali swoje wyroby, ponieważ nie traktowali ich w kategoriach sztuki. Zresztą do tej pory niektórzy twórcy uważają, że tak być powinno i mają taki sam cennik dla indywidualnych klientów i sklepów. Twórcy nie wliczają w cenę produktów swoich umiejętności ćwiczonych latami, doświadczenia i czasu pracy. Proszę mi wierzyć, że gdybyśmy przeliczyli na godziny pracę wielu artystów, to okazałoby się, że pracują za mniej niż 4 zł za godzinę. Zanim skomentujemy ceny ludowych wyrobów, zastanówmy się ile czasu i pracy sami musielibyśmy poświęcić na ich wykonanie i jaką zapłatę chcielibyśmy otrzymać.

Jesteś absolwentką etnografii, to u was tradycja rodzinna, ponieważ oprócz twojego taty także brat jest z wykształcenia etnografem. Mój tata ukończył etnografię na Uniwersytecie Warszawskim. Wtedy te studia wyglądały trochę inaczej, na roku było zaledwie jedenaście osób,  studenci wyjeżdżali na obozy etnograficzne, a część zajęć była często wspólna ze studentami z archeologii i antropologii fizycznej. Było w tym znacznie więcej czystej etnografii. Kiedy ja studiowałem, to zajęcia skupiały się na bardziej współczesnych tematach – na antropologii kulturowej, antropologii codzienności, problemach etnicznych itd., a takiej etnografii, takich smaczków Kolbergowskich, o których staram się pisać na Instagramie, było niewiele. Wróciłam do tych ciekawostek po latach, nie tylko dla własnej przyjemności, ale właśnie dla takich smaczków, które są urocze i nadal obecne w naszej kulturze. Często nam się wydaje, że są to jakieś stare, zamierzchłe zabobony, ale wystarczy przejść się po parku, żeby zobaczyć, ile jest czerwonych wstążeczek na wózkach.

„Chciałabym, żeby ludzie zaczęli odkopywać domowe historie, babcine opowieści i wspomnienia z dzieciństwa” – napisałaś w jednym z postów na Instagramie. W waszej rodzinie rozmawiało się o takich właśnie etnograficznych „smaczkach”? Na pierwszym roku studiów miałam zadanie, żeby przeprowadzić wywiad z dziadkami. Do wyboru było kilka tematów, jeden dotyczył pożywienia i tego, jak wyglądały w ich dzieciństwie posiłki. Pamiętam, że poszłam wtedy do babci i dziadka z dyktafonem, jeszcze takim kasetowym, i zaczęłam ich o to pytać. I okazało się, że to są takie rzeczy, o których przy żadnej innej okazji mogłabym nie usłyszeć. Dziadkowie opowiadali o tym, co się u nich jadało przy okazji świąt, ale o takich codziennych posiłkach raczej się nie rozmawiało. Moja babcia, kiedy była mała żyła skromnie, mieszkała niedaleko Powązek, opowiedziała mi np. o tym, jak ludzie sprzedawali śledzie z koszyka zawieszonego na plecach, chodząc od domu do domu i to były takie rzeczy, których dziś już się nie uświadczy. I to jest właśnie taka etnografia, do której zachęcam i którą możemy robić na co dzień. Żeby pytać dziadków czy rodziców właśnie o takie mikrohistorie. Ja później zaczęłam bardzo zwracać uwagę na takie opowieści. Pamiętajmy, że przecież to, co działo się w naszym dzieciństwie, dla naszych dzieci, też już jest zupełnie innym światem - nasze gry w pikuty, zabawy na trzepaku, sekrety pod szkiełkiem.

Ceramika z Bolesławca. (Fot. @polishfolkart) Ceramika z Bolesławca. (Fot. @polishfolkart)

Szopka krakowska. (Fot. @polishfolkart) Szopka krakowska. (Fot. @polishfolkart)

Kapce góralskie wykonane ręcznie z wełnianego sukna i skóry. (Fot. @polishfolkart) Kapce góralskie wykonane ręcznie z wełnianego sukna i skóry. (Fot. @polishfolkart)

Na Instagramie starasz się pokazywać sztukę ludową w bardziej nowoczesny i atrakcyjny sposób, ale również przekazywać sporą dawkę wiedzy o dawnych rytuałach, ludowych obrzędach i tradycjach. Temu służył również cykl krótkich filmów, które nazwałaś Etnolekcjami. Czy od początku miałaś takie założenie, że chcesz nie tylko prezentować produkty, które macie w sklepie, ale też edukować ludzi? Najbardziej lubię obserwować profile, które dają mi jakąś wiedzę. Gdy pokazuje produkty ze sklepu, staram się opowiadać o ich symbolice, o twórcach, o technice, regionie, z którego pochodzą -  całym tym etnograficznym kontekście. Do Etnolekcji mam nadzieję jeszcze wracać, bo mam wrażenie, że brakuje wciąż takich opracowań. Po jednej z takich lekcji poświęconej demonom ludowym dostałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy pisali, że im też babcia opowiadała o zmorze, u kogoś siedział domowik, a znajomego w dzieciństwie straszono topielcem. Temu właśnie mają służyć te moje pogadanki - aby ludzie zaczęli drążyć, pytać i dociekać. Wcześniej, zanim założyłam konto na Instagramie, zdarzało mi się prowadzić zajęcia etnograficzne w szkołach, pracowałam też jako animatorka na różnych wyjazdach dla dzieci, prowadziłam warsztaty. Zawsze lubiłam dzielić się tą etnograficzną wiedzą. Sprawia mi frajdę wyszukiwanie zabawnych historii i ciekawostek, dzięki nim staram się zainteresować ludzi tradycyjną kulturą i etnografią.

Dawna sztuka ludowa tworzyła artystyczny pejzaż wsi. Związana była ze starymi wierzeniami, które na przestrzeni wieków splotły się nierozerwalnie z chrześcijańskimi naukami. Sztuka ludowa osadzona w tradycji konkretnego regionu jest nie tylko efektem zbiorowych doświadczeń, ale także nośnikiem niezwykłych umiejętności przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Od 68 lat w Domu Sztuki Ludowej, galerii mieszczącej się przy Rynku Starego Miasta w Warszawie, można podziwiać i kupować wyroby rękodzielnicze – rzeźbę i malarstwo ludowe, krakowskie szopki, tkaniny i regionalne stroje, wyroby z wikliny i skóry, drewniane skrzynki i regionalne lalki, regionalne zabawki, wycinanki, pisanki, słomiane pająki, ceramikę z Bolesławca, porcelanę z Opola i fajans z Włocławka, drzeworyty i linoryty oraz przedmioty inspirowane sztuką ludową.