1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Listy do Julii w Weronie – po co ludzie z całego świata piszą do bohaterki dramatu Szekspira?

Posąg Julii, którego dotknięcie ma przynosić szczęście w miłości. (Fot. Karolina Jonderko)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Każdego roku na adres Julii Capuleti w Weronie przychodzi kilka tysięcy listów. Wszystkie są o miłości i żaden nie zostaje bez odpowiedzi, choć są zaadresowane do bohaterki dramatu Szekspira. Od wielu lat na każdy z nich odpisują jej sekretarki.

W Weronie najważniejszy jest duch romantyzmu. I cokolwiek zrobisz, prędzej czy później trafisz przed dom Julii (Casa di Giulietta) przy via Cappello 23.

W niedzielne jesienne popołudnie, jak i w inne dni tygodnia, właśnie tam stoi najbardziej imponująca kolejka. Dziesiątki turystów z całego świata czekają, aby wejść na słynny balkon i zrobić sobie na nim pamiątkowe zdjęcie. Przyjemność warta sześć euro, ale emocje bezcenne. W kolejce stoją też ci, którzy chcą jedynie odwiedzić mały dziedziniec i zobaczyć stojący tam posąg Julii. To już za darmo, ale swoje trzeba odczekać. Na dziedzińcu kolejna kolejka, bo większość osób ustawia się do zdjęcia z rzeźbą. Niektórzy dotykają jej prawej piersi, co podobno przynosi szczęście w miłości; to dlatego prawa część pomnika jest wypolerowana do połysku. W poniedziałek około 9 rano przy via Cappello 23 jest pusto, a drzwi do domu Julii są zamknięte na cztery spusty. Okazuje się, że można go zwiedzać tylko od wtorku do niedzieli.

Widok na Weronę z mostu Ponte Pietra. (Fot. Karolina Jonderko)
Dom Romea jest własnością prywatną i można go podziwiać tylko z zewnątrz. (Fot. Karolina Jonderko)
Do Klubu Julii przychodzą listy z całego świata. (Fot. Karolina Jonderko)
Sukienka, którą można wypożyczyć do sesji zdjęciowej na słynnym balkonie. (Fot. Karolina Jonderko)

Dawniej dom Julii w rzeczywistości należał do rodziny Cappello. Podobno mieścił się w nim zajazd, inne źródła podają, że raczej dom publiczny. W każdym razie na początku XX wieku władze miasta uznały, że dom Szekspirowskiej Julii będzie właśnie tutaj. Balkon dobudowano w 1935 roku, a posąg pojawił się na początku lat 70., wykonał go pochodzący z Werony rzeźbiarz Nereo Costantini. W ten oto sposób powstało miejsce najczęściej odwiedzane przez turystów. Dla równowagi istnieje też oczywiście dom Romea, w którym w XV wieku mieszkał ród Montecchich. Przed średniowieczną kamienicą kolejek jednak nie ma. Budynek należy do prywatnych właścicieli i nie można wejść do środka.

Jak widać, fikcyjna historia o miłości Julii Capuleti i Romea Montecchi autorstwa Williama Szekspira nadal silnie oddziałuje na wyobraźnię. Jeszcze do niedawna na ścianach prowadzących na dziedziniec domu Julii pełno było miłosnych wyznań w różnych językach i formie: od przylepionych karteczek, przez napisy na ścianie, po namalowane serduszka. Całość tworzyła dosyć oryginalne graffiti. Teraz jednak w jego miejscu pojawiły się czyste ściany i tablice informacyjne z apelem, aby dom Julii zachować w dobrym stanie. Tym, którzy chcieliby wyrazić swoje uczucia, zostało jedynie przypinanie kolorowych kłódek do krat znajdujących się wewnątrz dziedzińca. Ta spontaniczna instalacja to świetne ujęcie do zamieszczenia na Instagramie.

Dotknięcie posągu Julii przynosi szczęście w miłości, to dlatego jest tak wypolerowany. (Fot. Karolina Jonderko)
Turyści odwiedzający Weronę marzą, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na słynnym balkonie Julii. (Fot. Karolina Jonderko)

Rozglądam się dookoła i tuż przy wejściu po lewej stronie widzę wiszącą na ścianie czerwoną skrzynkę z napisem „Posta di Giulietta”. Od lat wrzucane są do niej miłosne listy, które potem listonosz zanosi do Klubu Julii. To powód mojego przyjazdu do Werony. Dawno temu obejrzałam amerykański film „Listy do Julii” i urzekła mnie historia miejsca, do którego ludzie z całego świata piszą o swoich sercowych rozterkach. Obiecałam sobie, że odwiedzę ten klub. Kiedy jednak pytam policjantów pilnujących wejścia do domu ze sławnym balkonem, jak tam trafić, są zaskoczeni; nigdy nie słyszeli o istnieniu takiego miejsca.

Czerwona skrzynka, do której można wrzucać miłosne listy. (Fot. Karolina Jonderko)

Okazuje się, że Klub Julii wcale nie znajduje się domu przy via Cappello, tak jak w hollywoodzkim filmie. Choć mieści się niedaleko, trudno go znaleźć, bo jest bardzo dobrze schowany. Żeby dotrzeć pod niepozorne drzwi przy ulicy Vicolo Santa Cecilia 9, trzeba pokonać plątaninę uliczek. Do klubu wchodzi się prosto z dziedzińca kamienicy. Obecna siedziba znajduje się tutaj od ponad sześciu lat, a pomieszczenie udostępnia włoska fundacja bankowa Fondazione Cariverona.

Na wprost przeszklonego wejścia stoi wielki drewniany stół, na którym leżą listy, koperty, kartki pocztowe i kartony. Tuż za nim na regałach równo ustawione według dat segregatory. Przy drewnianym stole od lat spotykają się sekretarki Julii, aby odpisywać na listy miłosne z całego świata. Ten pomysł pojawił się w 1930 roku, kiedy to Ettore Solimani, opiekun grobu Szekspirowskiej bohaterki, poruszony zostawianymi w tym miejscu wyznaniami, postanowił, że będzie na nie odpowiadał. Jego misję „sekretarza Julii” przejął zakochany w Weronie profesor Gino Beltramini, nauczyciel literatury włoskiej. Później sprawa trafiła pod skrzydła ratusza, ostatecznie jednak to miejscowy biznesmen Giulio Tamassia wraz z grupą artystów, wielbicieli Szekspirowskiego dramatu, podjęli się odpisywania na miłosną korespondencję. Wreszcie, już ponad 30 lat temu, powstał Klub Julii, którego pomysłodawcą i organizatorem był właśnie Tamassia. Dzisiaj miejscem zarządza jego córka Giovanna, która od wielu lat organizuje pracę sekretarek. „Dzięki naszej działalności każdy list jest czytany, tłumaczony, a jego autor dostaje odpowiedź. To ważne, bo ludzie potrzebują być wysłuchani” – mówi Giovanna.

Elena Marchi odpowiada za archiwum Klubu Julii. Często jest tutaj pierwsza, jak dzisiaj. Najpierw zajmuje się sprawami organizacyjnymi, potem zasiada do odpisywania. Na listy odpowiada już prawie 20 lat i jest jedną z sekretarek z najdłuższym stażem. „Każdego roku otrzymujemy średnio około 6 tysięcy listów. Każda z przysłanych historii jest wyjątkowa. Piszą do nas osoby, które szukają uczucia, bez względu na wiek czy płeć. Są listy o szczęśliwej i spełnionej miłości, z okazji rocznicy ślubu, jak i od tych, którzy przeżyli zawód. Dostajemy głównie wyznania miłosne od kobiet do mężczyzn, ale są też te napisane przez mężczyzn. Pisze do nas też dużo amerykańskich nastolatek. Listy przychodzą z całego świata w różnych językach. Jedne są długie – jak te od Japończyków, inne krótkie – jak te od Niemców” – opowiada Elena.

Elena Marchi odpowiada na miłosne listy od 20 lat. (Fot. Karolina Jonderko)

Większość korespondencji przychodzi na papierze listowym, ale zdarzają się też zapiski na lotniczych lub kolejowych biletach czy serwetkach. Siadam przy stole i biorę do ręki jeden z nich, napisany ręcznie na papeterii. Do Julii pisze Polak mieszkający we Francji, zbliża się do siedemdziesiątki, ale nadal wierzy, że spotka na swojej drodze bratnią duszę. Kolejny jest od 19-letniej dziewczyny z Australii, która bardzo chce się zakochać.

Giovanna wspomina historię kobiety z Sycylii: „Przysłała nam obrączkę swojego zmarłego męża, z którym przeżyła wspaniałą i długą historię miłosną. Chciała, żeby ktoś z nas nosił tę obrączkę jako symbol kontynuacji tego wielkiego uczucia”. Innym razem sekretarki z Klubu Julii pomagały zorganizować zaręczyny mężczyźnie z Finlandii, który chciał oświadczyć się swojej narzeczonej na balkonie Julii, ozdobionym setką czerwonych róż.

„Mamy też romantyczną historię jednej z naszych wolontariuszek. Pochodzi z Kolumbii i jako studentka poznała we Włoszech ukochanego. Potem wróciła do domu, pisali do siebie, od czasu do czasu spotykali się, żeby potem znowu zakończyć znajomość ze względu na zbyt dużą odległość, która ich dzieliła. W końcu po latach wzięli ślub i mieszkają razem właśnie w Weronie” – śmieje się Giovanna.

Przyznaje, że piszący do nich ludzie obdarzają ich dużym zaufaniem, wielka więc odpowiedzialność spoczywa na odpowiadających. „Zdarza się, że zanim odpiszemy na niektóre listy, konsultujemy się ze współpracującymi z nami psychologami. Niektórzy z nich to nasze byłe sekretarki. Czasami rozmawiamy o listach między sobą. Trudno mi było odpisać Amerykance, która nie miała odwagi opuścić swojego mężczyzny, ojca jej dziecka, mimo że pił i często był agresywny. Próbowała odejść, ale jednocześnie za bardzo go kochała. W takich sytuacjach niełatwo o radę, więc odpisując, staramy się przede wszystkim pocieszać” – dodaje.

Pieniądze na korespondencję wykłada miasto, siedzibę udostępniła klubowi fundacja. (Fot. Karolina Jonderko)
Do siedziby Klubu Julii wchodzi się prosto z dziedzińca kamienicy. (Fot. Karolina Jonderko)

Sekretarką Julii może zostać każdy. Nie ma precyzyjnych wytycznych co do tego, na jak długo, jedni decydują się na kilka dni, inni na lata. „Ważne, aby na początku przyjść i poznać się z nami osobiście” – mówi Giovanna. Elena podkreśla, że wszyscy pracownicy działają charytatywnie. „Poza mną i Giovanną jest stała grupa sekretarek z Werony, między innymi: Manuela (przewodniczka turystyczna), Barbara (tancerka i nauczycielka baletu), Cristina i Carlotta (studentki), Paola (biolożka), Laura (emerytowana nauczycielka), ale też: Lara, Rieko, Gisele, Laura, Joy, Gianni i inni, którzy przychodzą od czasu do czasu”.

Odpisują na specjalnej papeterii, a każdy list podpisywany jest imieniem Giulietta. Do tego przykleja się specjalny znaczek. Pieniądze na miłosną korespondencję wykłada miasto. Sekretarki Julii odpisują na listy także zdalnie, bo na adres mejlowy klubu też przychodzą wiadomości.

Chętnych do odpisywania na listy zwykle nie brakuje. Chociaż z powodu pandemii przez półtora roku nie było ich zbyt wielu, to od lata 2021 roku znowu zaczęli się pojawiać – są zgłoszenia z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Hiszpanii, Brazylii, Stanów Zjednoczonych czy nawet Australii. COVID-19 nie zmienił ani liczby listów, które trafiają do Werony, ani ich tematu. Teraz jednak częściej wspomina się w nich o związkach na odległość. Ludzie czuli się samotnie, bali się też o swoje zdrowie. Niektóre pary zostały rozdzielone. „Podczas ostatniego lockdownu pewni narzeczeni z Włoch postanowili żyć osobno, ponieważ w ten sposób chcieli chronić swoich starszych rodziców. Kiedy w końcu po długim czasie rozłąki znów się spotkali, on był zdystansowany, nie chciał już jej nawet pocałować. To, co było gestem troski, okazało się początkiem ich oddalenia od siebie. I związek tego nie przetrwał. Problemy miłosne i uczucia są zawsze takie same, mają blaski i cienie bez względu na czasy” – podsumowuje filozoficznie Giovanna.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze