1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Alaska uczy pokory

Jezioro Upper Dewey w Skagway na Alasce. (Fot. East News)
Wygoda rozpieszcza i rozleniwia, ale tam, gdzie przyroda jest surowa, człowiek uczy się sztuki odpuszczania i wewnętrznego spokoju. Damian Hadaś doskonali ją na Alasce, gdzie mieszka od ponad trzech lat.

U nas czuć wiosnę, a u ciebie?
Wiem, że Alaska powszechnie kojarzy się z ekstremalnymi warunkami, ale w rzeczywistości nie jest tak źle. To obszar pięciokrotnie większy od Polski, czyli jakby kilka krajów europejskich razem wziętych. Tu, gdzie mieszkam, w południowo-centralnej Alasce, klimat łagodzi bliskość oceanu. Najcieplej jest w okolicach Juneau, czyli stolicy stanu położonej w południowo-wschodniej części, do której nie prowadzą żadne drogi dojazdowe, można tylko dolecieć lub dopłynąć promem. Na południu warunki są umiarkowanie znośne, mamy duże opady śniegu, porządną zimę, ale także przyjemne lato. Natomiast w interiorze wszystko jest ekstremalne. Zimą temperatura spada nawet do -40°C, za to w wakacje dochodzi czasami do ponad 30°C. Alaska ma wiele twarzy.

Która z nich cię najbardziej zaskoczyła?
Realna bliskość dzikich zwierząt. Nie zdawałem sobie sprawy, że widok orła na niebie czy wieloryba w zatoce może być normą. Zimą pod nasz dom regularnie przychodzą ogromne łosie. Szacuje się, że w obrębie Anchorage, największego miasta stanu, żyje ich około 1600. Można je spotkać pod marketem, hotelem czy szpitalem. W Internecie rekordy popularności biją nagrania łosi biorących prysznic pod ogrodowymi zraszaczami. Jednak o spotkanie oko w oko najłatwiej zimą, ponieważ zwierzęta chętnie korzystają z wydeptanych przez ludzi ścieżek. Często trzeba cierpliwie czekać, aż łoś odejdzie na bezpieczną odległość, bo choć w większości przypadków zupełnie nie przejmują się one ludzką obecnością, to jednak potrafią być niebezpieczne. Większość tutejszych mieszkańców zna przynajmniej kilka opowieści o łosiach blokujących drzwi do domu czy dostęp do samochodu. Ma to swoje plusy, bo wymówki związane z tymi zwierzętami są powszechnie akceptowane w sytuacji spóźnienia do pracy czy szkoły.

Łoś blokujący rowerzystów na szlaku Power Pass w Anchorage. Pierwszeństwo należy do silniejszego, człowiek musi poczekać. (Fot. Dawid Hadaś)

Dobrze wiedzieć, że jeszcze nie wszędzie człowiek jest gatunkiem dominującym. Alaska leczy z egocentryzmu?
Zdecydowanie. Sama perspektywa spotkania z niedźwiedziem na alaskim pustkowiu uświadamia, że wbrew temu, co nam się wydaje, człowiek poza cywilizacją wcale nie jest dominującym drapieżnikiem. Okazji, by się o tym przekonać, jest wiele, sam trzykrotnie natknąłem się na niedźwiedzia czarnego podczas przejażdżki rowerem nieopodal centrum miasta. Te zwierzęta są naturalną częścią tutejszego krajobrazu. Ich ścieżki coraz częściej krzyżują się z naszymi, głównie przez rozkwit turystyki i zainteresowania aktywnością na świeżym powietrzu. Dlatego przed przyjazdem warto poznać zasady poruszania się po terytorium niedźwiedzi. Najlepiej przemieszczać się w grupie, a podczas wędrówki głośno rozmawiać, śpiewać lub korzystać z dzwoneczków, które doczepia się do plecaka. Koniecznie trzeba mieć przy sobie sprej na niedźwiedzie – to ostatnia deska ratunku w razie ataku. Choć część mieszkańców Alaski twierdzi, że jedyną skuteczną opcją jest broń. Ze statystyk wynika jednak, że częściej dochodzi do niefortunnych postrzałów niż niebezpiecznych ataków dzikich zwierząt.

Marzę o spotkaniu niedźwiedzia w naturalnym środowisku, ale wolałabym, żeby odbyło się to w bardziej komfortowych dla obu stron okolicznościach.
Jednym z miejsc, gdzie można obserwować liczne niedźwiedzie brunatne, jest Park Narodowy Katmai. Na obszarze nieco większym od województwa małopolskiego żyje ponad 2 tysiące niedźwiedzi brunatnych. Część z nich każdego lata gromadzi się nad rzeką Brooks i urządzają sobie rybną ucztę. To dość bezpieczna i spektakularna lokalizacja do obserwacji tych zwierząt, bo zajęte jedzeniem nie są zainteresowane człowiekiem. Gdybyś jednak chciała zobaczyć niedźwiedzie polarne, musisz dotrzeć do małej wioski Kaktovik, położonej na wyspie Barter na dalekiej północy stanu. Nie prowadzą tam żadne drogi lądowe, a samoloty docierają wtedy, kiedy warunki pogodowe na to pozwalają. Na miejscu praktycznie nie ma żadnej infrastruktury turystycznej, a mieszkańcy nie witają przyjezdnych z nadmiernym entuzjazmem. Ze względu na te utrudnienia jest to dość kosztowna atrakcja z mocno ograniczoną liczbą miejsc, które trzeba rezerwować nawet kilka sezonów wcześniej. Alaska generalnie nie jest kierunkiem na spontaniczne wyjazdy. Sezon trwa tu tylko trzy miesiące, od czerwca do września, a baza turystyczna jest ograniczona. Aby więc znaleźć miejsce w hotelu i mieć szansę na wynajęcie samochodu, trzeba wszystko zaplanować minimum pół roku wcześniej.

Niedźwiedzia uczta na rzece Brooks w Parku Narodowym Katmai. (Fot. Getty Images)

Alaska nie rozpieszcza turystów. W swojej książce wspominasz, że do pięciu z ośmiu parków narodowych wciąż nie prowadzi żadna droga dojazdowa i nic nie zapowiada, aby sytuacja miała się kiedyś zmienić.
To prawda. Do najrzadziej odwiedzanych parków w całych Stanach należą Kobuk Valley i Gates of the Arctic, oba znajdują się ponad kołem podbiegunowym. Nie ma w nich wyznaczonych szlaków, kempingów, a bez telefonu satelitarnego nie można liczyć na żaden zasięg. Na miejsce dociera się tylko powietrznymi taksówkami, a gdy samoloty odlecą... nigdy nie wiadomo, kiedy warunki pogodowe pozwolą im tam dotrzeć ponownie. Trzeba być więc samowystarczalnym i przygotowanym na wszystko. Ale są też bardziej przyjazne miejsca, jak: park Wrangla-Świętego Eliasza, Kenai Fjords i Denali. Prowadzą do nich drogi lądowe, a wyznaczone nieliczne ścieżki odkrywają kawałek ukrytego w nich piękna. Reszta wciąż pozostaje nietknięta, dostępna tylko dla wprawionych wędrowców. Dzięki temu na Alasce wciąż jeszcze można się poczuć jak prawdziwy odkrywca.

Dzięki powieści Jona Krakauera „Wszystko za życie” i filmowi o tym samym tytule wiemy, jak skończyło się spontaniczne, samodzielne odkrywanie Alaski przez Christophera McCandlessa, który odcięty przez wezbraną rzekę Teklanika utknął we wraku autobusu pozostawionym na szlaku Stampede i po kilku miesiącach w samotności zmarł tam z wycieńczenia.
Pisałem o nim pracę maturalną. Jako 18-latek byłem zafascynowany jego próbą ucieczki przed konsumpcjonizmem, wyłamaniem się ze schematu, szukaniem czasu i przestrzeni tylko dla siebie. Pamiętam jednak, że kiedy pokazałem ten film rodzicom, mama oceniła go dość krytycznie. Dla niej Christopher był po prostu nieodpowiedzialny. Okazało się, że na Alasce wszyscy podzielają tę opinię. Każdy, kto przejawia jakąkolwiek fascynację McCandlessem, jest zbywany i uważany za ignoranta. To temat tabu. Zdaniem mieszkańców Alaski promowanie tej historii może doprowadzić do kolejnych tragedii, co akurat kilkukrotnie miało już miejsce, bo wrak autobusu okazał się śmiertelną pułapką dla paru fanów Christophera. Dlatego władze Alaski w zeszłym roku postanowiły przenieść kultowego busa do Muzeum Północy [ang. Museum of the North], znajdującego się przy uniwersytecie w Fairbanks. Po serwisie trafi na wystawę, gdzie będzie go można zobaczyć, nie narażając życia swojego ani służb ratunkowych.

Czułeś się kiedykolwiek bezradny w zderzeniu z alaskimi siłami natury?
Wielokrotnie, choć nie jestem wcale typem ryzykanta i wolę unikać kłopotów. Większa część Alaski jest wciąż tak samo dzika jak przed tysiącem lat. Tutaj przyroda nie wybacza błędów. Wszystko jest większe, bardziej dzikie, agresywne. Nawet prosty kemping pod namiotem jest obarczony ryzykiem, trzeba przestrzegać dużo więcej zasad niż w Europie. Na przykład żywności nie wolno przechowywać tam, gdzie się śpi i mieszka, by nie wabiła niedźwiedzi. Zamyka się ją w specjalnym hermetycznym pudle i trzyma kilkaset metrów od namiotów. Ludzie na Alasce niemal rodzą się z wiedzą o tym, jak przetrwać. Wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi i idące za nimi fale tsunami są tu naturalnym zjawiskiem. Alaska wielokrotnie pokazała, że człowiek wciąż jest bezradny w starciu z siłami przyrody. Możemy sobie planować różne rzeczy, ale nie wszystko od nas zależy. Na własnej skórze odczułem to między innymi latem 2019 roku, kiedy tuż przed moim ślubem z Elizabeth w rejonie, w którym miało odbyć się przyjęcie, wybuchły dzikie pożary. Goście z różnych części świata byli już na miejscu, a my 48 godzin przed weselem musieliśmy wszystko ewakuować i zaczynać organizację od nowa. W kilka godzin przenieśliśmy uroczystość 300 kilometrów dalej, na północ stanu, do ogrodu znajomych, a trzy dni po imprezie pożary rozniosły się także tam.
Człowiek uczy się tu pokory. Jeden z miejscowych Polaków – pan Staszek, który na Alasce mieszka od kilku dekad – podczas każdej rozmowy przypomina mi, żebym tylko za dużo nie planował.

Miasteczko Ketchikan na Alasce. (Fot. Getty Images)

Czy do tej niepewności można się przyzwyczaić?
Więcej, ja sobie bardzo cenię ten stan. Świadomość, że nie wszystko jest w moich rękach, daje mi trudny do wytłumaczenia wewnętrzny spokój. Bliskość dzikich zwierząt czy trzęsienia ziemi, które zdarzają się kilkanaście razy w roku, nie spędzają nam snu z powiek. Przedwczoraj przez sekundę zatrząsł się cały dom, a ja nawet się nie obudziłem.

Byłeś w młodości harcerzem czy survivalu nauczyłeś się dopiero tutaj?
Moje umiejętności survivalowe są na bardzo podstawowym poziomie. Tymczasem moi alascy rówieśnicy prowadzą samoloty z taką samą łatwością jak samochody, łowią ryby od niechcenia i polują na dzikie zwierzęta. Wciąż uczę się życia na Alasce, ale niektórych umiejętności zapewniających przetrwanie w skrajnych warunkach nie zamierzam zdobywać. Polowania są sprzeczne z moim sercem i umysłem.

Alaska to jednocześnie jeden z najdzikszych i najmocniej eksploatowanych przez człowieka zakątków świata. Gorączka złota, miedzi, ropy, odwieczne polowania. Damy radę wyczerpać wszystkie zasoby?
Mam niemal stuprocentową pewność, że Alaska poradzi sobie z ludźmi. Nawet kiedy wydaje mi się, że w Anchorage, gdzie mieszkam, jest coraz tłoczniej, perspektywa się zmienia, gdy wsiadam do samolotu. Z góry okazuje się, że jesteśmy zaledwie kropeczką na wielkiej mapie stanu. Obecnie żyje tu zaledwie 700 tysięcy ludzi. Na Alasce to człowiek jest zależny od przyrody, a nie ona od nas. Dlatego jestem spokojny o przyszłość Alaski, obroni się zarówno powierzchnią, jak i klimatem. To nie znaczy oczywiście, że nie należy patrzeć politykom na ręce.
Gdyby nie interwencje ekologów i aktywistów, eksploatacja tych terenów z pewnością byłaby dużo większa. Dobrym przykładem jest ropociąg Trans-Alaska. Dzięki zaangażowaniu ekologów jego projekt uwzględniał nie tylko ekstremalne warunki pogodowe, zmiany w gruntach czy trzęsienia ziemi, lecz także migracje zwierząt. Nie udało się co prawda przewidzieć wszystkich problemów, ale projekt i tak musiał spełniać bardzo restrykcyjne wymogi środowiskowe jak na tamte lata.

Lodowiec Knik jest jednym z największych w południowo-centralnej Alasce. (Fot. Getty Images)

Mieszkasz teraz w miejscu, w którym najlepiej widać konsekwencje naszej działalności i związanych z nią zmian klimatu. Co widzisz?
Trudno mi ocenić gołym okiem, o ile centymetrów w ciągu ostatnich lat cofnął się lodowiec, ale mieszkańcy wybrzeży zmiany klimatyczne odczuwają na własnej skórze. Coraz więcej miasteczek jest zalewanych w okresach sztormów, a wieczna zmarzlina, utrzymująca domy na powierzchni lądu, zmienia się w mokradła. Dziś wiele wiosek trzeba już przenosić w głąb lądu. Skala problemu jest coraz większa, więc temat wreszcie pojawił się mediach i szerszej świadomości mieszkańców Alaski i USA. Paradoks polega na tym, że konsekwencje globalnej działalność człowieka w pierwszej kolejności uderzają w tych, którzy żyją w pełnej harmonii z naturą. Ale niebawem wszyscy to odczujemy.
Na Alasce sezon pożarowy z roku na rok jest coraz dłuższy, a to oznacza więcej zniszczeń i dużo utrudnień, w tym dla branży turystycznej czy transportowej. Poważnym problemem są także zmniejszająca się ilość oraz rozmiar ryb wracających do nas na tarło, co przekłada się też na to, co mieszkańcy mają w lodówkach. Mam nadzieję, że wreszcie zrozumiemy, że jesteśmy częścią ekosystemu i w naszym interesie leży to, by był on jak najbardziej stabilny. Czasu mamy coraz mniej. 

Damian Hadaś, z wykształcenia inżynier środowiska, z zawodu i pasji przewodnik oraz organizator wycieczek. Pochodzi z Wałbrzycha, na Islandii poznał żonę, a trzy lata temu zamieszkali na Alasce, skąd pochodzi Elizabeth. Książka „Alaska. Przystanek na krańcu świata” jest jego literackim debiutem.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze