1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Wolny czas – niech to będzie przestrzeń, którą urządzisz, jak chcesz

Natalia de Barbaro: „Pomyślmy, jak by to było uznać, że „na wejście” nasz cały czas jest wolny? I że to my decydujemy, na co go chcemy przeznaczyć? Czyli pytamy siebie, co mi smakuje, co mi sprawia przyjemność, ale też w co wierzę na poziomie wartości”. (Fot. iStock)
Obowiązki zawodowe, domowe, spotkania towarzyskie, pasje. Jak to wszystko pomieścić? I jak pomieścić w tym siebie? Według psycholożki Natalii de Barbaro sedno tkwi w tym, by dokonywać wyborów z pozycji wolności, a nie lęku.

Pracujesz dużo z kobietami, rozwojowo, a wcześniej także biznesowo. Jak to jest z tym naszym podejściem do czasu wolnego? Nie masz wrażenia, że niekiedy musimy go dla siebie wręcz wyszarpywać?
Pytanie, od kogo ten czas miałby być wyszarpywany, bo to określenie sugeruje, że jest jakiś sprawca zewnętrzny naszego braku wolnego czasu. Ja mam gorsze podejrzenie, że często to jest sprawca wewnętrzny. To znaczy wiele kobiet, i to takich, które miałyby tak zwane warunki, żyje w stanie kompulsji, rodzaju wewnętrznego przymusu, który sprawia, że gdy je pytam, ile odpoczywają, to słyszę w odpowiedzi gorzki śmiech. Wiele z nich widzi to jako coś nieuchronnego – że się nie odpoczywa. Zaczynają dzień o 6 czy 7 rano, kończą o północy i właściwie nie ma w nim przestrzeni, która nie byłaby powinnościowa. Mnie to bardzo boli, bo myślę, że naprawdę mogłoby być inaczej.

Ale czemu jest jak jest? Ja teorii mam kilka. Jedna dotyczy kontekstu, w jakim żyjemy – ciągłej produktywności, osiągania celów, niemarnowania czasu. Nawet kiedy mamy chwilę dla siebie, to zamiast ją wykorzystać na jakąś przyjemność albo nawet przebimbać, zabieramy się do sprzątania. Druga teoria dotyczy naszej nadodpowiedzialności i nadobowiązkowości, które sprawiają, że podejmujemy się zadań ponad nasze siły, ale nie chcemy się do tego przyznać. Ciągniemy więc to tak długo, aż padamy bez sił albo dopada nas choroba. Sama się takiego zadania jakiś czas temu podjęłam…
A gdybyś miała wytropić, co Tobą wtedy kierowało, jeśli w ogóle mogę spytać…

Natalia de Barbaro: „Pomyślmy, jak by to było uznać, że „na wejście” nasz cały czas jest wolny? I że to my decydujemy, na co go chcemy przeznaczyć? Czyli pytamy siebie, co mi smakuje, co mi sprawia przyjemność, ale też w co wierzę na poziomie wartości”. (Fot. iStock)

Myślę, że w jakimś stopniu lęk o przyszłość, ale też poczucie powinności, odpowiedzialności za innych.
To by się zgadzało z moimi obserwacjami dotyczącymi motywacji kobiet. Ale zacznę od pierwszej teorii. Coś, co nazwałaś „bimbaniem”, uważam za bardzo pożyteczną rzecz i umiejętność. Tymczasem my żyjemy w czymś, co bym nazwała terrorem produktywności. Myślę, że są takie osoby – zaryzykuję tezę, że jest ich statystycznie więcej wśród mężczyzn niż wśród kobiet – które się realizują poprzez poruszanie się od celu do celu. Jak skończysz jedno, to – żeby nie marnować czasu – od razu chwytasz za drugie. Wieczne mierzenie do celu – jakby świat był jakąś tarczą. Wiele kobiet żyje w ten sposób, ale gdzieś głębiej czują, że ten model jest w ogóle nie ich. Tymczasem w związku z połączeniem czynników, o których powiedziałaś, czyli lęku oraz łatwości czy raczej odruchowości wchodzenia w rolę pomocniczkoratowniczki, doprowadzamy do tego, że codzienność przestaje do nas należeć. Czyli jest oparta na cudzym przepisie i motywach, które redukują człowieka, a nie go budują.

Drobna dygresja, nie przepadam za tym pojęciem… Czas wolny. Jest w nim zawarty jakiś błąd. Potocznie powiedziałybyśmy, że przeciwieństwem czasu wolnego jest czas zajęty, ale w jakimś sensie także czas niewolny.

Może tak właśnie to czujemy? Dom, a nawet wakacje stają się przestrzenią, którą ciągle trzeba zarządzać. Od 9 do 17 musimy ogarniać swoją pracę lub – jako szefowa – także pracę pracowników, a od 17 do 23 musimy ogarniać dom i – jako matka – także ogarniać dzieci, nawet na urlopie.
Zobacz, sam sposób, w jaki o tym mówisz, pokazuje, jakby tam nie było elementu wyboru. Tak jakby ta szefowa nie miała żadnego wpływu na swoją pracę, nie zgodziła się na zajęcie tego stanowiska, nie wybrała sposobu, w jaki je sprawuje.

Wiem, pojadę teraz grubo, ale pomyślmy, jak by to było uznać, że „na wejście” nasz cały czas jest wolny? I że to my decydujemy, na co go chcemy przeznaczyć? Czyli pytamy siebie, co mi smakuje, co mi sprawia przyjemność, ale też w co wierzę na poziomie wartości. Bo może być tak, że nudzą mnie zabawy z małym dzieckiem, ale z poziomu wartości wierzę w bliskość, jaka się buduje wtedy między matką i dzieckiem oraz w zaangażowaną obecność, więc w imię tych wartości się na te zabawy decyduję. Jeśli jednak dokonuję wyboru z poziomu lęku – bo, dajmy na to, boję się, że ktoś uzna mnie za złą matkę, to trudno się dziwić, że to życie mi nie smakuje. Bo system cię nie puści – nie będzie ci dobrze, jeśli wybierasz rzeczy, które nie są twoje. To coś w środku, co potem wybija w postaci choroby albo co sprawia, że budzisz się w idealnym życiu, które sobie zbudowałaś, i jest ci źle, i jeszcze do tego czujesz się winna, bo nie ma prawa być ci źle; to coś, co nie chce się w nas rozluźnić, co nie chce nam dać poczucia spokoju i szczęścia – to jest właśnie coś, co jest de facto bardzo po naszej stronie.

To nie jest tak, że uważam, że to można zmienić jak za pstryknięciem palców. Wybieraj to, co ci smakuje, i już. Arogancko i naiwnie byłoby tak myśleć. Ja wierzę w – czasami żmudne i wielotorowe – budowanie przestrzeni swojego życia. Gdybym miała podać konkret… Jeden tor to mogłoby być coś takiego, że wchodzisz w różne procesy, które pomagają ci poznać siebie i mechanizmy lękowe, jakie tobą powodują. Dla niektórych to będzie terapia, dla innych – joga, dla jeszcze innych – warsztaty. To jest odzyskiwanie kawałka wolności po to, by nie wybierać już dłużej z lęku. Bo kiedy wybierasz z przestrzeni wolności, masz większą szansę na to, że będziesz żyła swoje życie. Bo jest w tobie więcej gotowości do tego, by rozpoznawać swoje granice, komunikować je światu i negocjować, jak świat protestuje. Mówiąc na przykład: „Mamusia nie będzie spędzać wszystkich sobót, sprzątając dom”.

A drugi tor?
Swoistą epifanią było dla mnie zdanie, które powiedział kiedyś szef mojej pasierbicy, pracującej w Stanach. Rozmawialiśmy o tym, jaka świetna jest ta Kasia, i on skomentował: „No właśnie, tworzymy teraz stanowisko, które zrobiłoby przestrzeń na jej talenty”. Jakby to było wobec siebie samej zastosować takie kryterium? Czyli myśleć nie tyle, do czego ja się nadam, ile co się do mnie nada. I to byłby ten drugi tor. Zastanowić się, co mi tak smakuje i w czym jestem tak dobra – a wiadomo, że jedno z drugim jest sprzężone – że mogłoby być to moim miejscem, moim zajęciem. Wtedy te osiem godzin dziennie, które są umownym oznaczeniem czasu pracy, byłoby w jakimś sensie też czasem wolnym.

Czyli pracujesz, a jednocześnie nie pracujesz. Bo to lubisz. I wiesz, że odpoczynek też jest ważnym elementem Twojej pracy.
Na przykład ja nie mogłabym napisać czegoś twórczego, gdybym była bardzo zmęczona. Obecnie tak mi smakuje to, co robię, że pojawia się we mnie czasem takie zdziwienie: „Boże, to naprawdę jest mój dzień pracy?”. Ale to jest coś, co wypracowywałam sobie przez lata, poprzez, jak to się mówi, „rozpoznanie w boju”. Długo szukałam takiego miejsca, robiąc rzeczy, które mniej lub bardziej lubiłam. Dlatego namawiam, by wychodzić od przekonania, że to, co ja mam do dania światu – nawet jeśli dziś nie wiem jeszcze dokładnie, co to jest – to coś, czego ten świat potrzebuje. Wtedy stajesz się trochę taką życiową detektywką. Sprawdzasz, tropisz, szukasz, eksperymentujesz.

Dla mnie ten czas wolny, w kontekście kobiet, ma wiele wspólnego z własnym pokojem, czyli apelem Virginii Woolf, a jednocześnie nazwą Twoich najsłynniejszych warsztatów. Własny pokój, wolny czas – to moja przestrzeń. Przestrzeń, którą mogę urządzić jak chcę.
Dla mnie w sformułowaniu „własny pokój” jest zawarta zarówno moja własna przestrzeń, jak i pokój w innym, drugim znaczeniu – spokoju wewnętrznego. Wewnątrz takiej przestrzeni podejmuje się lepsze decyzje. Zawsze kiedy mam coś trudnego do przekminienia, to albo przegaduję to z mężem, albo wchodzę do swojego pokoju, czyli do siebie. Gdybym była cały czas w takim stanie: „mamo, mamo…”, albo w sytuacji, kiedy mój dzień polega na ciągłym wykonywaniu obowiązków, z których około 90 proc. nie lubię – to ja nawet bym nie wiedziała, kim jestem, a co dopiero co jest dla mnie dobre. Bo jak mam wiedzieć, kim jestem, skoro ze sobą nawet nie gadam?

Wiesz, czego jeszcze nie lubię? Tego, że ciągle każe nam się wychodzić ze strefy komfortu. Jakby to był jakiś skażony teren. Mnie się akurat wydaje, że jest odwrotnie. Właśnie w przestrzeni komfortu, nazwijmy ją umownie przestrzenią czasu wolnego, może się rodzić dobry kontakt ze sobą, z którego potem wynikają inne dobre rzeczy.

Zaczęłam naszą rozmowę od wyszarpywania wolnego czasu, a co w takiej sytuacji, kiedy go już mamy, dostałyśmy go w prezencie lub sobie wyszarpałyśmy? Czasem kobiety mówią, że jak zwolni im się nagle popołudnie, to z tej radości nie wiedzą, co z nim zrobić, i zwykle kończy się na wspomnianym sprzątaniu. Albo oglądaniu serialu, a potem wyrzucaniu sobie, że mogły ten czas lepiej wykorzystać.
Pamiętam podobne sytuacje ze swojego – wcale nie tak odległego – żywotu chomika w kołowrotku. Jak pojawiał się moment, w którym nie spływały do mnie kolejne mejle, czyli nikt niczego ode mnie nie chciał – to kompulsywnie klikałam na „odśwież”, tak byłam uzależniona od tego bodźca. To może być wyzwanie: wytrzymać swoje towarzystwo. Zwłaszcza kiedy funkcjonuje się w kompulsji działania. Ona ma bowiem taką funkcję, że pozbawia nas tego „ryzyka”, że sobie siądę sama ze sobą i zobaczę, że hałas wcale nie pochodzi z zewnątrz. Ale z tym można i trzeba się powoli oswoić. Na początek sprawdzają są takie triki, że na przykład wywozisz się gdzieś, gdzie nie ma zasięgu. Tak jak w każdej sytuacji odwykowej najpierw będziesz się męczyć i mieć syndrom odstawienia, ale jak już się pozłościsz i pobiegasz po lesie w nadziei, że jednak ten zasięg złapiesz, to weźmiesz wreszcie do ręki książkę albo zaczniesz się rozglądać, jakie w tym lesie są drzewa.

Czyli jeśli jest w nas tęsknota za czasem wolnym, to jest to w jakimś sensie tęsknota za samą sobą?
Hm, tak, to zdanie bardzo ze mną rezonuje. To jest właśnie ten koniec nitki, za którą można złapać, by powolutku wrócić do siebie.
Chodzi o to, by zrozumieć, że jak nie dajesz sobie wolnego czasu, to tak jakbyś nie chciała pobyć ze sobą?
Nadal funkcjonują romantyczne mity mówiące o tym, że to wszystko robimy ze szlachetności. Tym bardziej trudno zobaczyć, że pod tym siedzi lęk. I że tak naprawdę świat, dla którego trwamy w poświęceniu, wcale nie straciłby na tym, gdybyśmy przestały tak zasuwać.

Natalia de Barbaro, psycholożka i poetka, autorka warsztatów dla kobiet „Własny pokój”. Wydała trzy tomiki wierszy: „Ciemnia” (Zeszyty Literackie), „Tkanka” (Wydawnictwo Literackie) i „Krwawnik, mniszek, ułudka” (Agora). W 2021 roku ukazała się jej bestsellerowa książka „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze