1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Równowaga między pracą i życiem prywatnym

Równowaga między pracą i życiem prywatnym

</a> 123rf.com
123rf.com
Pomimo kryzysu gospodarczego i bezrobocia, czyli większego ryzyka utraty posady, pracoholizm przestaje być modny. Jego miejsce zajmuje dążenie do równowagi między pracą i życiem prywatnym

123rf.com 123rf.com

Równowagi takiej można szukać na dwóch płaszczyznach. Jedna z nich to relacje pracodawca-pracownik. Pracownicy oczekują coraz częściej, że oprócz pensji pracodawca zapewni im możliwość rozwoju, dostosuje czas pracy do indywidualnych potrzeb, zostawiając czas na przykład na opiekę nad dziećmi albo rozwijanie pasji. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na postawę roszczeniową , której zaspokajanie grozi firmie wykluczeniem z rynku. Ale okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie, bo pracownik docenia „wartość dodaną" - angażuje  się w pracę emocjonalnie i wykonuje ją lepiej. Istnieje też pozytywna korelacja między przyjęciem w korporacjach zasady work-life-balance a jakością życia. W Europie najłatwiej życie prywatne z pracą godzą Skandynawowie.

Druga płaszczyzną równowagi jest nasza indywidualna postawa. Wprawdzie ciągle podobają nam się szybkie kariery, ale zdajemy sobie sprawę, że do szczęścia potrzebna jest również rodzina i zainteresowania. Niestety widzieć nie znaczy realizować. Badanie zrealizowane przez firmę Captivate w Stanach Zjednoczonych pokazuje, że generalnie lepiej z godzeniem życia prywatnego z zawodowym radzą sobie panowie, mimo iż w pracy spędzają więcej czasu niż kobiety. 3/4 panów deklarowało, że w ich przypadku zachowana jest równowaga między pracą, a życiem codziennym. Pań, które mówiły podobnie, było o 5 punktów procentowych mniej. Z raportu wynika, że najszczęśliwszy pracownik to żonaty 39-latek, mający 1 dziecko. Pracuje na stanowisku menedżerskim w niepełnym wymiarze godzin (żona też pracuje w niepełnym wymiarze czasowym), a roczne dochody jego gospodarstwa domowego wahają się między 150 a 200 tys. dolarów. Na drugim końcu skali, najbardziej niezadowolona jest 42-letnia kobieta zatrudniona na pozycji specjalisty, z zarobkami rocznymi poniżej 100 tys. dolarów rocznie, singielka.

A w Polsce? - Młode kobiety podejmujące pierwszą pracę bardziej od swoich rówieśników się w nią angażują, działają skuteczniej i bardziej efektywnie, bo zdają sobie sprawę, że mają mniej czasu – mówi Magdalena Jackowska, która na co dzień zajmuje się tworzeniem zespołów w powstających firmach – wiedzą, że w stosunkowo krótkim czasie muszą osiągnąć więcej, żeby potem móc sobie pozwolić na kilkuletnią przerwę w intensywnej działalności zawodowej, przeznaczoną na wychowanie dzieci.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Córka i syn - jak na wychowanie wpływa płeć?

Dziewczynka często już w dzieciństwie jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. (Fot. iStock)
Dziewczynka często już w dzieciństwie jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. (Fot. iStock)
Mama dzwoni do córki, by poskarżyć się na syna, a o jej sprawy nie pyta. Wiadomo, dziewczyna sobie poradzi. Czy starsza siostra zawsze pozostaje na smyczy potrzeb rodziców i… młodszego brata? – psychoterapeutę dr Tomasza Srebnickiego pyta Beata Pawłowicz.

Rodzi się dziewczynka, a kilka lat później chłopiec… Rodzice zaczynają go faworyzować. Ta niesprawiedliwość nie kończy się z chwilą opuszczenia domu. Siostra ma zajmować się bratem nawet, gdy oboje są dorośli. Czy to echo patriarchalnego myślenia, że chłopcy są ważniejsi, uprzywilejowani?
To nie jest ani uprzywilejowanie, ani ważność. Głównym powodem różnic w stosunku rodziców do dzieci jest kulturowa tendencja: dośrodkowa – wobec dziewczynek, i odśrodkowa – wobec chłopców. Dziewczynki mają z rodziną pozostać. Są przygotowywane do pełnienia typowo kobiecych ról. Chłopcy mają być mężczyznami, czyli kimś, kto opuści dom, będzie odnosił sukcesy, zdobywał świat... Mają więc być twardzi, radzić sobie sami. I tu zaczynają się schody – bo jak uczy się samodzielności? Rodzice myślą, że dając ją od razu i to w dużej ilości. Dlatego chłopcy są wypychani w samodzielność za wcześnie. Na wiele rzeczy się im pozwala, nawet na agresję czy wracanie po nocy. Z punktu widzenia dziewczynki, chłopiec ma lepiej. Bo to ona jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. Uzna, że inni są ważniejsi…

Właśnie, dorosłe starsze siostry skarżą się, że wciąż zajmują się bratem, troszczą o rodziców...
W dzieciństwie jesteśmy wtłaczani w określone role, specjalnie mówię „wtłaczani”, bo dziecko – wszystko jedno, czy dziewczynka, czy chłopiec – nie ma wpływu na to, jaka to będzie rola. O tym decyduje charakter rodziców, ich historia i kultura. Jeśli dziewczyna ma na przykład ochotę łazić po drzewach, rodzice jej zabronią, bo to zagraża roli kobiety, matki i opiekunki. Rodzina wkłada więcej czasu i energii w wychowanie córki. Sprawuje nad nią większą kontrolę, nie szanując jej granic, potrzeb i tego, że jest jeszcze dzieckiem, bo oczekuje, by opiekowała się bratem. Bywa, że rodzice mają do niej pretensje, gdy brat narozrabia.

W ten sposób całkowicie zrzekają się na jej rzecz roli rodzica, a to już patologia. Postępują tak, bo często po prostu nie potrafią sobie z rodzicielstwem poradzić.

Pamiętam taką scenę: moja 11-letnia koleżanka podgrzewa obiad dla siebie i brata. Jej mama leży na kanapie – zmęczona. Myślę, że ta matka była po prostu leniwa...
Matki, którymi nikt się w dzieciństwie nie zajmował i które nie potrafią dobrze zająć się dziećmi, wychowują najstarsze córki tak, by to one zajęły się rodzeństwem i… nimi. Łatwo kształtować postawy, które rodzą się z nadmiernej kontroli i krytyki, czyli perfekcjonizm, sztywność reakcji itd. Rodzina ma też znakomite narzędzie do wtłaczania dziewczynek w rolę opiekunek – jest nim poczucie winy.

Psycholog, gospodarz telewizyjnego show „Dr Phil” mówi, że chłopców wychowuje się łatwo, wystarczy w garażu na podłodze postawić miskę z jedzeniem i parę nowych trampek.
To oczywiście stereotyp. Dodam, że jeśli tak wychowywany chłopiec będzie refleksyjny, to jako dorosły trafi na terapię z depresją. Powie, że był zaniedbywany i dlatego czuje się nieważny. Będzie miał problemy w związkach, w pracy, z braniem na siebie odpowiedzialności. Będzie mu brak poczucia bezpieczeństwa, jakie daje zakorzenienie w rodzinie, i umiejętności unikania problemów – no bo jak nie wyrzucił śmieci, to siostra wyrzuciła. A jak mama powiedziała, że mu nie wolno iść na imprezę, to i tak się nie gniewała, jak poszedł.

Dlatego syn potrafi powiedzieć rodzicom: „nie obchodzi mnie, że się martwicie, robię swoje!”?
Dziewczynka została wtłoczona w rolę kogoś odpowiedzialnego, jak więc ma wyjść z domu, kiedy mamę boli głowa? Nie może, choć bardzo chce. Bo ją nauczono, że jej wartość zależy od zadowolenia mamy. (Potem od zadowolenia innych ważnych dla niej osób). Ale jej brat pójdzie, bo skutkiem takiego antywychowania, równie często jak depresyjne obniżenie wiary w siebie, o którym już mówiłem, bywa jego przeciwieństwo, czyli narcyzm. Łatwo poczuć się lepszym, uznać, że potrzeby innych są nieważne, gdy nie ponosiło się konsekwencji swojego zachowania. A to siostrze się dostawało, gdy brat nie wyniósł śmieci. Kiedy więc matka powie, żeby syn nie szedł, on wzruszy tylko ramionami. Matki to też nie zdziwi: „no tak, chłopak, wiadomo…”. Ale to nie jest sprawa płci, tylko wychowania.

Jak więc sprawiedliwie wychowywać?
Najlepiej, gdy każdy rodzic napisze sobie na koszulce: „Zapomnę, że chciałem, żeby moje dzieci były jakieś”. Każda ideologia szkodzi. Chcesz, żeby twoja córka była świetną gospodynią i dlatego każesz jej zmywać? Ona zinterpretuje to tak: „Jestem nieważna. Mój brat jest ważniejszy, bo nie musi zmywać”. Lepiej daj jej dobry przykład – sama dbaj o dom z radością, nauczy się tego od ciebie, a nie straci poczucia bycia istotną.

No ale mleko się wylało, wtłoczona w rolę starsza siostra nie może pojechać do narzeczonego do Londynu, bo jak tu zostawić rodziców?
Także jedynakom zdarza się takie uwikłanie w patologiczną odpowiedzialność za rodziców. Mówię „patologiczną”, bo ona taka jest zawsze, kiedy filtrujemy swoje działania i decyzje przez sito dobrego samopoczucia rodziców. Jeśli czujemy się za nich odpowiedzialni, zmuszani do dbania o ich nastrój czy relacje – żyjemy w pomieszaniu ról. To przecież dorośli. Mają swoje życie, a my go nie będziemy mieć, jeśli zrezygnujemy z wyjazdu do narzeczonego. Jedź do niego, starsza siostro, bo to twoje życie....

I ono bywa smutne, bo mama nie zapyta: co u ciebie, córeczko? Tylko poskarży się na syna. Nawet gdy córka straci pracę, mama tylko ją zbeszta: „weź się w garść” i dalej mówi o synu…
Bo to nie matka dzwoni do córki, tylko matka dzwoni do matki. I one się mają wspólnie zastanowić, co zrobić z tym chłopakiem. Jeśli matka matce powie, że straciła pracę, to też usłyszy: „musisz się wziąć w garść”, bo rolą matki jest brać się w garść. Dlaczego rodzice wciąż i wciąż wtłaczają córkę w rolę zastępczej matki? Bo dzięki temu, że martwi się, pomaga – trzymają ją przy sobie...

Jak się bronić, gdy matka mówi o bracie i domaga się, by córka na przykład znalazła mu pracę?
Powiedzieć: „Mamo, nie chcę wciąż słuchać o nim. Nie zajmę się też szukaniem mu pracy... ”. Tylko tyle. Ale to trudne, bo podważa sens jej istnienia – pomaganie. Pewnie też usłyszy od matki: „nie na taką egoistkę cię wychowałam…”.  Niech się jednak nie da tej grze na poczuciu winy. Jest takie ćwiczenie, a jednocześnie sposób na proste wyznaczanie granic: na kartce papieru narysować koło i wpisać w nie to, na co się zgadzam w relacjach z rodzicami, np.: „Będę im składać życzenia, co jakiś czas odwiedzać. Gdy będą w trudnej sytuacji finansowej, to im pomogę, zadbam o to, żeby mieli opiekę na starość”. Napisać, zapamiętać i stosować.

Moja znajoma czuje się niekochana, bo rodzice powiedzieli, że to brat ma dostać cały majątek. Ona już się urządziła, a on nie ma pracy, mieszkania... Co powinna zrobić?
Rodzice ładują pieniądze w syna, by nie zadać sobie pytania, dlaczego on sobie nie radzi? Odpowiedź może być bolesna. Dlatego swojego postępowania nie zmienią. I tylko jeśli córka wyjdzie z roli ofiarnicy, mówiąc: „ja się na taki testament nie zgadzam” – w tej rodzinie może się coś zmienić. To, czego się naprawdę najbardziej boimy, to utrata miłości rodziców. Ale to prawie niemożliwe. Oni będą mówić, że jest złą córką i tyle. Niemiło będzie tylko do czasu, aż powstanie nowy układ rodzinny, w którym córka nie będzie już matkować bratu i wreszcie zajmie się sobą. Starsze siostry często pozostają singielkami, bo czują się tak, jakby już były w związku, a nawet miały dziecko – brata. Jeśli nie wyjdą z roli opiekunki, założenie własnej rodziny będzie dla nich dowodem na to, że są złe, że porzucają brata i rodziców.

Co się stanie w rodzinie, kiedy siostra przestanie grać rolę pseudomamy?
 Jeśli zdobędzie się na odwagę i nie powie „nie”, w jej rodzinie zostaną wreszcie wyznaczone granice, które już dawno powinny być. Rodzice będą musieli sami zająć się synem. To nie będzie dla nich lekki czas. Przekonają się, że ile by mu nie dali, ile by nie pomagali, to wciąż za mało. Może dopiero właśnie wtedy zadadzą sobie pytanie, czy to, co robią, jest dobre dla ich syna i dla nich? Może powiedzą mu: „miarka się przebrała”. A to jedyna szansa, żeby on mógł się uwolnić z roli kogoś, kto stwarzając problemy scala rodzinę.

Jak siostra ma się zachować wobec brata?
Czuje gniew, bo musiała się nim zajmować. I miłość, ale nie siostrzaną – tej musi się dopiero nauczyć, zbudować zdrową relację siostra–brat. Ale najpierw przeciąć pępowinę, powiedzieć: „Kocham cię, ale nie pożyczę ci pieniędzy", "Jesteś pijany? Z pijanymi nie rozmawiam, pogadamy jak będziesz trzeźwy”. Mądrzy ludzie szukają podpowiedzi w książkach czy czasopismach. Warto więc zadać sobie pytanie: „Po co mam zmieniać swoje życie, relacje?”. I jeśli uznamy, że warto – zrobić to.

  1. Styl Życia

„Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Za każdym razem, gdy ktoś pytał pewnego mistrza zen, jak się ma, ten zawsze odpowiadał: „Dobrze”. W końcu jeden z jego uczniów powiedział: „Roshi, jak to możliwe, że zawsze dobrze się czujesz? Czy ty nigdy nie masz złego dnia?”. Mistrz zen odpowiedział: „Pewnie, że mam. W złe dni czuję się dobrze. W dobre dni też czuję się dobrze”. Na tym polega równowaga.

Praktykując maitri (miłującą życzliwość), współczucie i radość, szkolimy się w wychodzeniu poza schematy myślowe, w otwieraniu się całym sercem na siebie, na naszych przyjaciół, a nawet na ludzi, których nie lubimy. Rozwijamy obiektywny stan równowagi. Bez tej czwartej niezmierzoności pozostałe trzy są ograniczone przez nawykowe lubienie i nielubienie, akceptowanie i odrzucanie.

Praktykuj bez uprzedzeń we wszystkich obszarach. Ważne jest, aby zawsze robić to dogłębnie i z oddaniem. - Wskazanie treningu umysłu Atiszy
Tradycyjnym wyobrażeniem równowagi jest bankiet, na który zaproszeni są wszyscy. To znaczy, że wszyscy i wszystko bez wyjątku jest na liście gości. Pomyśl o twoim najgorszym wrogu. Pomyśl o kimś, kto mógłby cię skrzywdzić. Pomyśl o Pol Pocie i Hitlerze oraz dilerach narkotykowych zaczepiających młodych ludzi. Wyobraź sobie, że zapraszasz ich na tę ucztę.

Trening równowagi to nauka otwierania drzwi wszystkim, przyjmowania z radością wszystkich istot, zapraszania życia w odwiedziny. Oczywiście będziemy odczuwać strach i niechęć w stosunku do niektórych gości. Na początek pozwalamy sobie tylko na uchylenie drzwi, jeśli to wszystko, co możemy obecnie zrobić, i pozwalamy sobie na zamykanie drzwi, gdy jest to konieczne. Rozwijanie równowagi jest pracą w toku. Dążymy do tego, aby spędzić nasze życie, ćwicząc się w miłości i odwadze, które są potrzebne, żeby przyjąć wszystko, co przychodzi – chorobę, zdrowie, ubóstwo, bogactwo, smutek i radość. Z radością przyjmujemy i poznajemy wszystko.

Równowaga obejmuje coś więcej niż naszą zwykłą ograniczoną perspektywę. Mamy nadzieję, że dostaniemy to, co chcemy, i boimy się stracić to, co mamy – to opisuje nasze trudne jak zawsze położenie. Nauki buddyjskie wskazują na osiem odmian skłonności do odczuwania nadziei i strachu jednocześnie: przyjemność i ból, pochwała i potępienie, zysk i strata, sława i hańba. Dopóki dajemy się wkręcać w którekolwiek z tych skrajnych uczuć, dopóty potencjał drugiego zawsze istnieje. Te skrajności cały czas podążają jedna za drugą. Żaden rodzaj trwałego szczęścia nie jest możliwy do osiągnięcia, gdy tkwimy w  tym cyklu pragnienia i niechęci. Życia nam nie starczy, żeby po ­ zbyć się wszystkiego, co wywołuje w nas lęk, i na koniec zostać tylko z tym, co dobre. Dlatego bodhisattwa pielęgnuje równowagę, szeroki umysł, który nie zawęża rzeczywistości do za i przeciw, lubienia i nie ­ lubienia.

W celu rozwijania równowagi uczymy się, jak uchwycić moment, w  którym zaczynamy czuć pragnienie lub niechęć, zanim zamienią się odpowiednio w zaborczość lub negację. Uczymy się pozostawać w miękkim miejscu i wykorzystujemy nasze uprzedzenia jako pomosty łączące nas z  zamętem, którego doświadczają inni. Silne emocje są pod tym względem bardzo przydatne. Cokolwiek się pojawi – bez względu na to, jak przykre jest to uczucie – może być wykorzystane do zwiększenia poczucia pokrewieństwa łączącego nas z innymi, którzy cierpią z powodu tego samego rodzaju agresji lub pragnienia, którzy tak jak my wpadają w sidła nadziei i strachu. Właśnie w ten sposób dociera do nas, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszyscy mamy dramatyczną potrzebę rozpoznania, co prowadzi do szczęścia, a co do cierpienia.

Ostatnio odwiedziłam przyjaciółkę w ośrodku medytacyjnym. Każdego dnia wiele osób narzekało, że moja przyjaciółka ciągle się spóźnia. Byli z tego powodu niezadowoleni i poirytowani. Za każdym razem używała argumentów, które jej zdaniem usprawiedliwiały spóźnienie. Jej egoizm dawał się wszystkim we znaki. Pewnego dnia podeszłam do niej, kiedy siedziała na ławce. Miała czerwoną twarz i trzęsła się z wściekłości. Była z kimś umówiona i czekała już piętnaście minut, a ta osoba się nie pojawiła. Z trudem powstrzymałam się od komentarza, że jej reakcja jest co najmniej zabawna. Czekałam jednak, by sprawdzić, czy potrafi dostrzec, że role właśnie się odwróciły, że przez wiele lat to ona stawiała innych w takiej sytuacji. Ale nie było żadnej refleksji. Jeszcze nie potrafiła postawić się na ich miejscu. Zamiast tego trwała w gniewie i potęgowała swoją złość, robiąc przesycone wściekłością notatki. Nie była jeszcze gotowa, by poczuć więź z tymi wszystkimi ludźmi, którym kazała na siebie czekać. Tak jak większość z nas nieświadomie zintensyfikowała własne cierpienie. Zamiast pozwolić, by to doświadczenie ją zmiękczyło, wykorzystała je do wzmocnienia swojej zatwardziałości i obojętności.

Trwanie w gniewie i oburzeniu przychodzi z łatwością nawet po latach praktyki. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z bezbronnością i bezradnością żalu czy wściekłości lub jeszcze innego uczucia, może pojawić się szersza perspektywa. W momencie, gdy zdecydujemy trzymać się tej energii, zamiast ją odrzucić lub stłumić, ćwiczymy się w równowadze, w myśleniu wykraczającym poza dobro i zło. W ten sposób wszystkie cztery niezmierzoności ewoluują z ograniczonych do bezgranicznych: ćwiczymy się w wychwytywaniu momentów, kiedy nasze myśli zmieniają się w twarde przekonania, i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby je zmiękczyć. Bariery znikają dzięki zmiękczaniu.

Praktykowanie równowagi

Praktykowanie równowagi na miejscu polega na chodzeniu ulicami z intencją pozostania jak najbardziej świadomym wobec każdego, kogo spotykamy. Jest to szkolenie się w emocjonalnej uczciwości wobec siebie i stawaniu się bardziej przystępnym dla innych. Kiedy mijamy ludzi, skupiamy uwagę na tym, czy się otwieramy, czy zamykamy. Zauważamy, czy czujemy zainteresowanie, niechęć, czy obojętność, bez dodawania niczego więcej, bez oceniania.

Możemy współczuć komuś, kto wygląda na przygnębionego, lub radować się z kimś, kto uśmiecha się do siebie. Możemy odczuwać strach i niechęć do drugiej osoby, nawet nie wiedząc dlaczego. Zauważanie, gdzie się otwieramy i gdzie zamykamy – bez pochwał i obwiniania – jest podstawą naszej praktyki. Ten sposób praktykowania, choćby w czasie krótkiego spaceru, otworzy nam oczy na wiele spraw. Możemy w  tej praktyce pójść jeszcze dalej, wykorzystując to, co się pojawia, jako podstawę do odczuwania empatii i zrozumienia. Zamknięte uczucia, takie jak strach czy wstręt, pozwalają zrozumieć, że inni również dają się w ten sposób złapać. Otwarte stany, takie jak życzliwość i radość, również pozwalają na bardzo osobisty kontakt z ludźmi, których mijamy na ulicach. Tak czy inaczej, rozszerzamy nasze serca.

Podobnie jak w przypadku pozostałych niezmierzoności, formalna praktyka równowagi składa się z siedmiu etapów. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy mamy poczucie przestronności i swobody, które nie tkwi w pułapce preferencji lub uprzedzeń. Możemy życzyć sobie i tym, których kochamy, abyśmy przebywali w tym poczuciu wolności. Następnie rozszerzamy tę aspirację na naszego przyjaciela, na osoby neutralne i na naszego wroga. Wtedy naszą aspiracją jest, abyśmy my i pozostali mogli żyć w równowadze. W końcu możemy rozszerzyć tę aspirację na wszystkie istoty w czasie i  przestrzeni. „Oby wszystkie istoty żyły w wielkiej równowadze, wolne od namiętności, agresji i uprzedzeń”.

Możemy również praktykować równowagę przed rozpoczęciem praktyki miłującej życzliwości czy współczucia. Po prostu zastanawiamy się, ile cierpienia wynika z pragnień i z niechęci, ile jest wynikiem strachu przed utratą szczęścia, a ile jest wyrazem przekonania, że niektórzy ludzie nie są godni naszego współczucia czy miłości. Potem możemy wyrazić życzenie, aby mieć siłę i odwagę, żeby odczuwać nieograniczone maitri i nieograniczone współczucie dla wszystkich istot bez wyjątku – łącznie z tymi, których nie lubimy i których się boimy. Z taką intencją rozpoczynamy siedmioetapową praktykę.

Jak mówi Sutra maitri: „Nieograniczony umysł pozwala otoczyć opieką wszystkie żywe istoty, promieniując życzliwością na cały świat, powyżej, poniżej i dookoła, bez żadnych ograniczeń”. Praktykując równowagę, ćwiczymy się w poszerzaniu naszego kręgu zrozumienia i współczucia na tyle, żeby objąć dobro i zło, piękno i brzydotę. Jednakże bezgraniczna równowaga, wolna od jakichkolwiek uprzedzeń, nie jest tym samym, co ostateczna harmonia, gdzie wszystko w końcu się zrówna. Jest to bardziej kwestia bycia w pełni zaangażowanym we wszystko, co nas spotyka. Możemy nazwać to życiem w pełni.

Ćwiczenie się w równowadze wymaga zostawienia za sobą pewnego bagażu: na przykład komfortu odrzucania jakiejś części naszego doświadczenia oraz negowania bezpieczeństwa wynikającego z przyjmowania tylko tego, co przyjemne. Odwaga niezbędna do kontynuowania tego rozwijającego się procesu wynika ze współczucia dla siebie i z dania sobie tyle czasu, ile potrzeba. Jeśli będziemy praktykować w ten sposób przez kolejne miesiące i lata, poczujemy, że nasze serca i umysły się powiększają. Kiedy ludzie pytają mnie, jak długo to trwa, mówię: „Co najmniej tak długo, jak długo będziesz żył”.

  1. Psychologia

Dziadkowie - mogą dać wnukom to, czego nie dają rodzice

Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. (Fot. iStock)
Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. (Fot. iStock)
Dziadkowie nie są wnukom niezbędni do życia. Ale mogą dać im to, czego nie dają rodzice: spokój, czas. Pod warunkiem, że i rodzice, i dziadkowie nie potraktują dzieci instrumentalnie, czyli nie wykorzystają ich do swoich rozgrywek.

Hanna, lat 59, emerytowana nauczycielka, sama wychowuje wnuka, trzyletniego Błażejka. Jej córka Justyna uznała, że dla samotnej matki to optymalne rozwiązanie. Babcia ma domek, dużo czasu i przygotowanie pedagogiczne. Justyna – ciekawą pracę, do której szybko po porodzie wróciła. Odwiedza syna w weekendy. Błażejek za mamą specjalnie nie tęskni, raczej za prezentami, którymi hojnie go obdarowuje. Babcia Hania radzi sobie nieźle, choć coraz częściej przebąkuje o oddaniu wnuczka córce. A córka właśnie awansowała i próbuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem.

Zofia Milska-Wrzosińska, psychoterapeutka z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, zauważa, że model, w którym dziadkowie przejmują funkcję rodzicielską, nie jest wcale nowy. – W latach 70. i 80. studenci oddawali dzieci do swoich rodziców na wsi na czas potrzebny do ukończenia studiów, czyli na kilka lat. To było dość powszechne zjawisko. Jej zdaniem z relacji pacjentów, którzy byli na dłuższy czas przekazani dziadkom, wynika, że rodzice nie zawsze biorą pod uwagę uczucia dziecka. W jakimś momencie odbierają je jak bagaż z przechowalni.

– Z jednej strony to zrozumiałe, że rodzice wspierają swoje dzieci, zajmując się wnukami, ale z drugiej – warto zadbać, by nie powodowało to u dziecka dodatkowych kosztów psychicznych. Dlatego ani powierzenie, ani odebranie dziecka dziadkom nie może być nagłe. Dziecko powinno, stosownie do swoich możliwości wiekowych, rozumieć przyczyny tych wędrówek i wiedzieć, że jest dzieckiem rodziców, a nie dziadków, no i oczywiście rodzice powinni utrzymywać z nim stały kontakt.

Krystyna i Jan (60-latkowie) mają dwie córki i pięcioro wnuków, najstarszy kończy studia, najmłodszy ma półtora roku. Nigdy – ani wtedy, gdy pracowali, ani teraz, gdy są na emeryturze – się nimi nie zajmowali. Krystyna jasno zakomunikowała córkom: „Nam nikt nie pomagał, wy też sobie radźcie same”. Pamięta o urodzinach i to wszystko. Córki w końcu zaakceptowały postawę rodziców, choć z zazdrością patrzą na innych dziadków zakochanych w swoich wnukach. Natomiast zięciowie, ich rodzice i większość członków rodziny nie kryją oburzenia.

Młodzi na starość

W Polsce taka postawa jest rzadka i szokująca. Zdaniem Zofii Milskiej-Wrzosińskiej zupełnie odwrotnie niż w wielkomiejskich społeczeństwach zachodnich, gdzie szokuje pomysł, że dziadkowie mieliby poświęcić się wnukom. Tam bardziej niż u nas starszym ludziom daje się prawo do swojego życia.

– Współcześni dziadkowie są nie tyle metrykalnie, ile biologicznie młodsi – mówi psychoterapeutka. – Kiedyś w wieku pięćdziesięciu kilku lat byli staruszkami, teraz są w pełni sił, mogą pracować, realizować zainteresowania, wchodzić w nowe związki. Nie muszą nikomu dowodzić swojej przydatności, biorąc sobie na głowę pełnoetatową opiekę nad wnukiem. Bywają dziadkowie, którzy wyraźnie mówią: „Traktuj mnie jak pogotowie ratunkowe w sytuacjach skrajnych, ale nie licz na mnie na co dzień”. Młodym czasem wydaje się to bezduszne i egoistyczne. Inni dziadkowie godzą się na nadmierne obciążenia, przyjmując argumenty, że córka musi pracować, żeby zarobić na spłatę kredytu, bo „przecież obcej osobie dziecka nie powierzymy”. W rezultacie mają poczucie krzywdy i przeciążenia.

Zofia Milska-Wrzosińska zwraca uwagę na inny błąd popełniany wobec babci i dziadka – traktowanie ich jak płatnych opiekunów. Na przykład mówienie do babci: „Pamiętaj, Kasia nie je cukru w żadnej postaci, nie opowiadaj jej bajek o czarownicach, bo się boi, codziennie wyjdź z nią na dwugodzinny spacer”.

– Proszę bardzo, jeżeli zawiera się kontrakt z opiekunką, to można od niej wymagać. Ale babcia to babcia. Ona kocha wnuka, a nie świadczy płatnej usługi. Jeśli prosimy o pomoc, to nie możemy oczekiwać, że ktoś zgodzi się na relacje przełożony – podwładny. Oczywiście, ustalenia dotyczące zdrowia – np. dieta przy uczuleniach – powinny być respektowane. Ale ubezwłasnowolnienie dziadków jest bezzasadne. Jeżeli babcia najlepiej swą miłość wyrazi tym, że upiecze szarlotkę, to nie można jej tego zabraniać. Jeśli matka nie chce szarlotki w jadłospisie dziecka, niech sama się nim zajmie albo zapłaci opiekunce.

Rodzinne potyczki

Basia i Jan przeszli na emeryturę tylko dlatego, żeby zająć się wnukiem Kacprem. Ich córka Kinga jest samotną matką, więc ustalili, że ona wraca do pracy (w korporacji, gdzie świetnie zarabia), a oni przychodzą do wnuka codziennie, a czasem i w weekendy, bo Kinga często wyjeżdża w delegacje. Świata nie widzą poza wnukiem, ale Kinga do końca im nie ufa. Przeszła kilka warsztatów świadomego rodzicielstwa, dużo czyta na temat wychowania. Dzwoni więc kilka razy dziennie, sprawdzając, czy rodzice robią wszystko, co powinni. A im to przeszkadza. Kinga jak wielu współczesnych rodziców powierza dziecko dziadkom, ale ma z tego powodu poczucie winy. Egzekwuje od nich to, co jej się nie udało.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Nie można wmawiać dziadkom, że ich doświadczenie się przedawniło. Dziadek strugał łuk ze swoim synem, teraz chce zrobić to z wnuczkiem, a synowa krzyczy: „Ależ tato, dajesz mu nóż do ręki, on jest za mały, skaleczy się”. Trzeba pamiętać, że dziadkowie mają swoje zasoby, coś wiedzą o życiu. Jeśli im ufamy na tyle, by powierzyć dzieci, to nie możemy wciąż podważać ich doświadczenia.

Jak obie strony mogą ułożyć swoje relacje? Psychoterapeutka proponuje: – Przekaz dziadków do rodziców może być taki: „Pozwólcie, że my będziemy kierowali się tym, co nam się wydaje słuszne. Chcemy wiedzieć, co dla was jest nie do przyjęcia, a my powiemy, z czego my nie możemy zrezygnować. Ale nie może być tak, że wy nam całkowicie ustawiacie życie, bo opiekowanie się wnukami to też nasze życie”. Rodzice z kolei mogą powiedzieć, co dla nich jest ważne.

Zdaniem Milskiej-Wrzosińskiej relacja dziadkowie – wnuki nie jest niezbędna do przeżycia. Wnukom szkodzi nie brak kontaktów z dziadkami, tylko to, że dokoła nich jest jakiś konflikt. Bo często wnuki są używane do rozgrywki. Na przykład teściowa na różne sposoby próbuje udowodnić synowej, że ona jest lepszą opiekunką. Często pyta wnuka: „Dobrze ci u babusi, prawda?”. I nęci propozycjami: „Usmażylibyśmy placki, pooglądali filmy, poczytałabym ci, nigdzie byśmy się nie śpieszyli, nie tak jak w domu”. Po czym matka słyszy od dziecka, że ono woli być u babci, więc zagrożona w swojej roli ogranicza te kontakty.

Ale rozgrywki toczone są też przez rodziców. Na przykład syn próbuje ukarać dziadków: „Jeżeli tak się odezwaliście do mojej żony, to my wam dzieci więcej nie damy”. Na skutek takich rozgrywek, niestety, obrywają dzieci. Często traktuje się je instrumentalnie – mówi psychoterapeutka.

– Na przykład matka po rozwodzie w złości utrudnia kontakty dzieci z dziadkami ze strony rozwiedzionego ojca, nawet jeśli ci dziadkowie są dla dzieci bardzo ważni.

Co dziadkowie mogą dać wnukom? Spokój i czas. Zapracowani rodzice są pełni napięć, stresów, mają na głowie wiele spraw. A dziadkowie widzą życie we właściwych proporcjach. Wiedzą, jakie błędy popełnili z własnymi dziećmi, mają inną perspektywę i więcej cierpliwości. A poza tym wnuki to nie własne dzieci, o które trzeba nieustannie się troszczyć: karmić, przewijać, wstawać do nich w nocy. Dziadkowie nie muszą ich wychowywać. Mogą dla nich odłożyć wszystkie swoje zajęcia, być uważni, zaangażowani, bo potem dzieci wracają do domu i oni znów mają czas dla siebie.

Atrakcyjni dziadkowie

Zofia Milska-Wrzosińska uważa, że rodzice, którzy boją się, że ich wpływ na dzieci będzie mniejszy niż wpływ dziadków, tak naprawdę są niepewni swej roli. Bywają jednak sytuacje, które upoważniają do obaw. Choćby gdy młodzi wiedzą o swoich rodzicach coś takiego, co powinno powstrzymać ich przed decyzją o oddaniu w ich ręce dziecka, np. że cierpią na chorobę alkoholową czy wulgarnie się zachowują.

– Pamiętajmy, że rodzice mają swoje nawyki. Jeśli dziadek często klnie, możemy oddać mu dziecko pod opiekę, ale powinniśmy liczyć się z tym, że ono zacznie po nim powtarzać. Tłumaczenie, żeby dziadka nie naśladowało, poskutkuje albo nie. A dziadek na nasze prośby może odrzec, że całe życie tak mówił i na starość nie da rady się zmienić. Możemy mimo to skorzystać z jego pomocy, jednak nie zadręczajmy go potem pretensjami. Wnuki są często dla dziadków jedynym sensem ich życia. Dzięki nim na nowo czują się potrzebni, nabierają sił i odwagi.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Dziadkowie czasem nie pamiętają, że ich dzieci mają swoją oddzielną rodzinę i siedzenie im na głowie do niczego dobrego nie prowadzi. Jeżeli chcemy mieć udane kontakty z wnukami i dziećmi, to nie narzucajmy się. Im więcej mamy swojego życia, tym jesteśmy atrakcyjniejsi. Jeżeli nas nie chcą, to zamiast użalać się i narzekać, zastanówmy się dlaczego. Powinniśmy znaleźć swoje obszary kontaktu z wnukami, żeby nie wchodzić w rolę rodziców, tylko proponować coś własnego, co ich trochę odciąży. Z kolei jeżeli rodzice widzą, że dziadkowie nie chcą pomagać, choć mogliby, to niech się zastanowią, czy część winy nie leży po ich stronie. Może sami niszczymy kontakt dziadków z wnukami? Może podkpiwamy z nich przy dzieciach, mówiąc: „Dziadek znowu nie pamięta, no tak, dzieci, starość nie radość” albo „oj, babciu, już nie wygłaszaj nam tu tych swoich mądrości”. Nic dziwnego, że dziadek czy babcia mówią: „Dziękuję, pójdę tam, gdzie mnie szanują”.

Psychoterapeutka uważa, że jeśli relacje między wnukami a dziadkami bywają złe, to niemożliwe, żeby to działo się bez udziału rodziców. To nie znaczy, że rodzice są winni, tylko że ich relacja ze swoimi matkami i ojcami jest utrudnieniem w kontaktach ich dzieci z dziadkami. Bo – z drugiej strony – bywa, że dziadkowie traktują swoje dorosłe dzieci jak smarkaczy. Uważają, że wiedzą lepiej.

– Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. Dorośli powinni zachować zdrowy rozsądek, otwarcie komunikować swoje oczekiwania i słuchać oczekiwań drugiej strony, a także wykazać się sporą wrażliwością. Bo relacje dziadków z wnukami tak naprawdę zależą od relacji między dorosłymi.

  1. Psychologia

Świąteczny bunt przeciwko rodzinnej lojalności. Jak przejść przez ten proces?

Przy wigilijnym stole często ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, aby przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. (Fot. iStock)
Przy wigilijnym stole często ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, aby przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. (Fot. iStock)
Boże Narodzenie to najbardziej rodzinne święto, ale też przy wigilijnym stole ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, by w fantazji bądź w realu przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. Jak przejść przez ten proces jak najmniejszym kosztem – proponuje Ewa Klepacka-Gryz.

Z badań socjologów wynika, że święta Bożego Narodzenia są jednym z najbardziej stresujących wydarzeń w roku. Wiem o tym doskonale i jako dziennikarka od lat pisząca o tym, jak bez stresu przeżyć wigilię, i jako terapeutka, do gabinetu której trafiają potem „ofiary” rodzinnej lojalności. Dla wielu osób to naprawdę bardzo trudny okres.

Krok 1. Odkrywamy problem rodem z bajki

Kiedy do mnie zadzwoniła z prośbą o sesję w związku z powtarzającym się snem i powiedziała, że ma na imię Gerda, natychmiast przypomniała mi się bajka o Królowej Śniegu. Ten trop okazał się trafny.

– Znasz bajkę, w której twoja imienniczka ratuje przyjaciela z rąk okrutnej królowej? – zadałam pytanie i usłyszałam, że ona swojego imienia nie lubi i do dziś nie wie, kto je dla niej wymyślił.

– Moje siostry mają normalne imiona: najstarsza jest Kasia, potem Marysia, a ja… chyba rodzicom zabrakło pomysłu. No i nikt się mnie nie spodziewał – dodała. – Jesteś dzieckiem niespodzianką? – I to chyba niezbyt miłą, bardziej dziełem przypadku niż owocem miłości – odpowiedziała. – Dlaczego tak myślisz? – Między mną a siostrami jest ponad 10 lat różnicy. Mama wiele razy mówiła, że kiedy Marysia wreszcie polubiła szkołę, ona miała zamiar wrócić do pracy, a przeze mnie musiała zatrudnić się w firmie ojca i już nigdy nie wróciła do swojego zawodu. – Ale to nie twoja wina. Rodzice byli dorośli, kiedy podjęli taką decyzję – zaoponowałam. – Może i nie moja, ale wiele razy słyszałam, że nie mieli już siły na zajmowanie się kolejnym małym dzieckiem. – Pewnie musiałaś być dzielna, żeby szybko dorosnąć? – Niestety, w dzieciństwie sporo chorowałam, jeszcze w szkole średniej co miesiąc miałam anginę, więc głównie dostarczałam im problemów. – Kto się o ciebie troszczył, kiedy byłaś chora? – Ten, kto nie zdążył uciec. Czasami rodzice dzwonili po ratunek do babci potwora.

„Babcia potwór” brzmi bajkowo, a w rzeczywistości była to prababcia Gerdy, babcia taty. Wszyscy się jej bali, potrafiła podejść do wnuczka, trzepnąć go w głowę i powiedzieć: „Ty nigdy nie przestaniesz być idiotą”. Albo warknąć na jego żonę, że musi nie mieć rozumu, skoro zrezygnowała z kariery dla firmy swojego męża. Gerda jako jedyna nie czuła przed nią strachu.

– Miałam wrażenie, że ona naprawdę mnie lubi – wyjaśniła. – Pamiętam, miałam wtedy chyba pięć lat i kiedy leżałam w łóżku chora, babcia przyniosła mi wielką kolorową księgę z bajkami. Przez cały dzień czytała, a kiedy usłyszałyśmy, że rodzice wracają do domu, kazała mi schować książkę pod łóżko i nie pokazywać siostrom. Trochę mi było smutno, bo chciałam się pochwalić, ale czułam, że to z jakiegoś powodu jest ważne. Wiesz, że mam tę książkę do dziś?

Pisałam już kiedyś, że podczas sesji przez Skype'a terapeuta musi być bardzo skupiony, by wyłapać każdą podpowiedź z tzw. pola relacyjnego, czyli tego, co się dzieje pomiędzy nim i pacjentem. Tym razem tą podpowiedzią okazała się książka z bajkami. Poprosiłam Gerdę, żeby przyniosła książkę i położyła się na kanapie tak jak wtedy, kiedy leżała chora, a babcia czytała jej bajki. Ja w tym czasie przyniosłam swój egzemplarz i przez chwilę czytałyśmy na zmianę.

– To prababcia po raz pierwszy przeczytała mi bajkę o Królowej Śniegu. Choć jej nigdy o to nie spytałam, czasami myślę, że to ona wymyśliła mi imię. – Jeśli tak czujesz, to tak właśnie jest – przyznałam. – Wiele razy powtarzała mi, żebym nigdy nie walczyła o żadnego „kretyna”, który ma zamrożone serce, i… chyba nie chodziło jedynie o mężczyzn, ale generalnie o ludzi. – Posłuchałaś jej rady? – Chyba właśnie chcę to zrobić. Mam już bilet na samolot do Polski na święta (Gerda mieszka teraz w Norwegii), ale od kilku nocy mam ten sam sen, że z powodu pandemii odwołują lot…

Krok 2. Dajemy się prowadzić procesowi

Poprosiłam, żeby Gerda, dalej leżąc na kanapie, opowiedziała swój sen. Musiało ją to poruszyć, bo poderwała się i usiadła w taki sposób, że przez chwilę widziałam na monitorze komputera jedynie brzuch i fragment klatki piersiowej. Dostrzegłam wtedy jej napięcie i szybki, płytki oddech. Zachęciłam, żeby przez chwilę została w takiej pozycji i położyła lewą dłoń na klatce piersiowej,  a drugą na brzuchu i pozwoliła, by ciało oddychało w swoim rytmie.  Zrobiłam to samo i poczułam, że we mnie również ożywił się ważny obraz rodzinnych relacji, a potem innych, też znaczących.

Ile razy stawiamy się w roli małej Gerdy, która próbuje odmrozić serce kogoś bliskiego? I ile razy się nam to udaje? Ile osób będzie miało pokusę wykorzystać czas pandemii, by choć raz stanąć po swojej stronie i tegoroczne święta spędzić z dala od rodziny? Miałam niezły mętlik – nie pozostawało mi nic innego, jak tylko zaufać procesowi relacyjnemu oraz duchowi sesji i dać się poprowadzić. Spokojny oddech uciszył nasze ciała i głowy. Poprosiłam, żeby Gerda usiadła w taki sposób, by oprzeć plecy i głowę o oparcie krzesła, a stopy mocno postawiła na podłodze. Sama również poprawiłam się w fotelu.

– Jeśli chcesz, weź kartkę i narysuj wigilijny stół w twoim rodzinnym domu – zaproponowałam. – Fajnie… ale mam też narysować rodzinę przy stole? – Jeśli chcesz. – Ale tak jak zwykle siedzimy? – dopytywała, a ja potrzebowałam chwili do namysłu i wreszcie powiedziałam, żeby zrobiła dwa rysunki – na początek taki, że nie odwołują lotu, Gerda wraca do domu na święta i jest cudownie.

Długo zastanawiała się, zanim zaczęła rysować i przy okazji snuć opowieść. – Kiedyś, kiedy byłam jeszcze w szkole średniej, jak zwykle przed świętami zaczął boleć mnie brzuch. Lekarka powiedziała, że to zapalenie śluzówki żołądka na tle nerwowym i żebym się nie stresowała. Postanowiłam pójść do psychologa. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam te wszystkie rady, jak odpowiadać na zaczepki rodziny przy wigilijnym stole. Od dziecka byłam tą, która nie chciała mówić wierszyków i śpiewać piosenek na zawołanie. Moje siostry zachowywały się jak wytresowane małpki, mnie w końcu przestali już o cokolwiek prosić. Jakby mnie tam przy tym stole nie było, a skoro nie było, to te rady na nic się zdały. – Problemy ze śluzówkami są symbolem naszych problemów ze stawianiem granic. Możesz sobie wyobrazić taką sytuację, że przy tym stole siedzą osoby, z którymi czujesz się dobrze: szczęśliwa, bezpieczna, kochana? – poprosiłam. W odpowiedzi Gerda narysowała duży okrągły stół i dwie osoby siedzące naprzeciwko.

– To ty i babcia? – zgaduję. – Tak – uśmiecha się. – O czym rozmawiacie? – Opowiadam jej, dlaczego wyjechałam na studia do Norwegii… – Czy mogę wcielić się w rolę twojej babci? – Spróbujmy… Wyjechałam, bo chciałam studiować w języku angielskim… Uciekłam, bo chciałam, żeby za mną tęsknili. Za każdym razem, kiedy wracałam, liczyłam, że mnie zauważą, że się ucieszą. Nawet pytania, czy mam chłopaka Norwega, były OK, ale oni najczęściej traktowali mnie jak gościa, który wprosił się w ostatniej chwili, bo nie miał z kim spędzić świąt. Przyjeżdżałam zwykle kilka dni wcześniej, żeby pomóc mamie w przygotowaniu, zwłaszcza że moje siostry mają małe dzieci i są zajęte. Ale mama zawsze wyganiała mnie z kuchni: „Ty nie gotujesz, jesz tam byle co w tej Norwegii, to co ty mi pomożesz”. – To bardzo smutne – mówię, wcielając się w rolę babci.

W tym momencie Gerda zaczyna płakać, jej płacz powoli przechodzi w głęboki szloch.

Krok 3. Opowiadam o sile rodzinnej lojalności

Czuję, że to odpowiedni moment, żeby opowiedzieć o sile rodzinnej lojalności. To więź łącząca nas z rodziną pochodzenia. Sprawia, że nieświadomie podążamy za rodzinnym przekazem, często wbrew własnym chęciom i potrzebom. Kiedy to robimy, bo czujemy, że krewni tego oczekują – odczuwamy poczucie krzywdy. Gdy się przeciwstawiamy – odczuwamy poczucie winy. Bywa, że jedynym rozwiązaniem staje się ucieczka do podstępu. Czasami pomysł na to, jak uniknąć winy i krzywdy, przychodzi w snach – jak w tym przypadku. Wiele moich pacjentek mieszkających za granicą, wyjechało (uciekło) z domu rodzinnego tuż po osiemnastce, czując, że to ostatni moment, żeby, nie zrywając relacji rodzinnych, ocalić poczucie własnej tożsamości. Święta często są sprawdzianem, czy to się udało.

Rodzinna lojalność opiera się nie tylko na życiu zgodnym z określonymi wartościami, ale przede wszystkim na zasługach. Każda rodzina prowadzi własną księgę rachunkową: chodzi przede wszystkim o równowagę w dawaniu i braniu. Zwyczaj świątecznych prezentów jest jedną z form obdarowywania najbliższych, ale… niestety nawet najbardziej wymyślny prezent może nie zrównoważyć największego daru, jaki dostaliśmy od rodziców – daru życia. Rodzice, w dużej części nieświadomie, oczekują od dzieci szacunku, wdzięczności, posłuszeństwa, a często też  realizowania ich marzeń. Bywa, że dzieci „nie w porę” – a takim dzieckiem prawdopodobnie była

Gerda – nigdy nie są w stanie spłacić długu daru życia.

Staram się mówić o tym wszystkim w taki sposób, by jej nie zranić. Gerda przez cały czas płacze. Kiedy mówię, że jej łzy rozpuściłyby serce z najtwardszego lodu, uśmiecha się przez łzy. – Wiesz, że prababcia podobno nigdy nie płakała? – mówi. – Może twoje rodowe zadanie to „odpłakać” za nią i za siebie, i za wszystkich, którzy pragną żyć swoim życiem? – Kiedy byłam dzieckiem, tylko mnie wolno było płakać. Gdy Marysia albo Kasia płakały, mama mówiła, że są za duże, żeby się mazać. Mnie przytulała i głaskała po głowie. Ale kiedy raz popłakałam się przez telefon, już w Norwegii, to na mnie nawrzeszczała. – Pewnie poczuła się bezradna, że nie może cię przytulić. – Myślisz, że powinnam jechać do nich na święta? – pyta, ale nie mogę już odpowiedzieć, bo nagle połączenie się urywa i mimo prób nie udaje nam się usłyszeć przed końcem sesji.

Krok 4. Dostaję rysunek

Wieczorem Gerda przysłała mi mail z rysunkiem wigilijnego stołu. Przy stole siedziała cała rodzina, a każda osoba była podpisana i opisana. Obok mamy widniał dymek: „Jak zwykle za lekko się ubrałaś i teraz kaszlesz”, a obok taty: „Jedzmy już zamiast gadać, bo nie zdążymy na pasterkę”. Kiedy spytałam, co czuła, rysując rodzinę i opisując dymki, odpisała: ,,To mnie nawet rozczuliło. Trochę za nimi zatęskniłam”.

Gerdy na rysunku nie było. Nie napisała, co zdecydowała w sprawie świąt. Wiedziałam, że wkrótce poczuje, co chce zrobić, a jeśli nie – to poprosi o kolejną sesję. Po dwóch tygodniach przysłała nowy rysunek, na którym była ona sama i dymek z napisem: „Kocham was, jesteście moją rodziną, nie mam innej. Wiem, że wy też mnie kochacie”. Nadal nie wiem, gdzie spędzi święta, ale czy to ma jakieś znaczenie?

Autoterapia dla spędzających święta w rodzinnym gronie

  • Zaakceptuj fakt, że święta bardzo często budzą w nas ambiwalentne uczucia – z jednej strony je idealizujemy, zwłaszcza jeśli w ciągu roku mamy mało okazji do spotkań, a poza tym kojarzą nam się z dzieciństwem i prezentami; z drugiej, to czas, kiedy silnie przenikają się potrzeby najbliższych członków rodziny i pojawiają się sprzeczne oczekiwania.
  • Spisz na kartce wszystkie oczekiwania, pretensje i gierki, które najbardziej cię ranią, nazwij je i pamiętaj, że: - stwierdzenia w stylu: „Musisz być na wigilii, może to moje ostatnie święta” – to typowy szantaż. Zdaj sobie z tego sprawę, zanim dasz się wpędzić w poczucie winy; obrażanie się jest formą manipulacji; - jeśli ktoś grozi, że na skutek twojej decyzji się rozchoruje – to jest to szantaż emocjonalny, chęć wywołania w tobie poczucia winy i lęku; - jeśli ktoś chce wzbudzić w tobie litość – to jest to forma presji, mająca na celu wywołanie współczucia.
  • Sprawdź, czy rozpoznajesz swoje potrzeby w stosunku do tego, w jaki sposób chciałbyś spędzić święta? Zawsze masz prawo odmówić – nie obarczaj się problemami i emocjami innych, nawet bliskich ci ludzi; nie możesz brać odpowiedzialności za ich sposób przeżywania i reagowania.
  • Uświadom sobie wszystkie swoje emocje związane z gierkami przy stole. Masz prawo czuć: złość, smutek, lęk, żal i wszystkie inne uczucia. To nie przekreśla twojej miłości do rodziny i nie niszczy więzi między wami.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.