1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Design
  4. >
  5. Mieszkanie Edyty i Janusza Śmiłków jest 3 minuty od Rynku w Krakowie. „Jak tylko je zobaczyłam, powiedziałam: Bierzemy!”

Mieszkanie Edyty i Janusza Śmiłków jest 3 minuty od Rynku w Krakowie. „Jak tylko je zobaczyłam, powiedziałam: Bierzemy!”

(Fot. Aneta Proksa)
(Fot. Aneta Proksa)

Odsłuchaj artykuł

Joanna Olekszyk - Mieszkanie Edyty i Janusza Śmiłków jest 3 minuty od Rynku w Krakowie. „Jak tylko je zobaczyłam, powiedziałam: Bierzemy!”

00:00 11:10
15s
0,5 x
15s
Stara kamienica niedaleko plant, a w niej mieszkanie, które jest w sumie zaprzeczeniem krakowskiego stylu. Nowoczesny design, młoda sztuka, pamiątki z podróży i ogrom książek – tak można by opisać miejsce, które wybrała do życia Edyta Sotowska-Śmiłek, wicedyrektorka Teatru im. Juliusza Słowackiego i współzałożycielka agencji Great Story Community.

Spis treści:

  1. Mieszkanie w XIX-wiecznej kamienicy w Krakowie. „Poczułam, że chciałabym tu zamieszkać”
  2. Remont mieszkania w starej kamienicy. Miał trwać trzy miesiące, trwał znacznie dłużej
  3. Antresola, schowki i regały. Jak wykorzystali każdy metr mieszkania

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 05/2026.

Kiedy człowiek zaczyna wspólne dorosłe życie, to często zaczyna je od zera – mówi Edyta. Ona razem z mężem zaczęła od niewielkiego mieszkanka z dala od centrum. Ale na świecie pojawiła się córka, więc pojawiło się następne, większe, w nowoczesnym budownictwie. – Bardzo dobrze się nam w nim mieszkało – wspomina. – Nie mówiąc już o tym, że dawało nam komfort posiadania osobnej sypialni i miejsca postojowego pod budynkiem.

Na świat przyszła druga córka, a kilka chwil później Edyta i Janusz postanowili kupić kolejne lokum, tym razem pod wynajem. Znajoma, która zajmowała się tego typu rzeczami, przywiozła ich na Zwierzyniecką i powiedziała, że jest do sprzedania połowa tego mieszkania.

– Było już ze wszystkimi pozwoleniami na podział, w zasadzie w trakcie remontu, ale brakowało podłóg. Mieliśmy wtedy psa, trzeba było trzymać go na ręku, żeby nie wpadł pomiędzy te wszystkie belki, rury i przewody. Co tu dużo mówić, mieszkanie było zaniedbane i spustoszone, wyglądało jak jedno wielkie nieszczęście, wręcz ruina – opowiada Edyta. Ale po dwóch dniach znajoma zadzwoniła z informacją, że ktoś, kto zarezerwował drugą połowę, nie dostał kredytu.

– Jak tylko pojawiła się perspektywa siedemdziesięciu kilku metrów, a nie pierwotnie zaproponowanego pokoju z łazienką – poczułam, że chciałabym tu zamieszkać, nawet mimo tego, że mieszkanie jest mniejsze od poprzedniego. Powiedziałam: „Bierzemy!” – wspomina Edyta.

I dodaje, że jeśli chodzi o zakup mieszkań, to razem z mężem decydują się na to szybciej niż na zakup butów. Wtedy jednak nie mieli pojęcia, co dalej zrobić z tą przestrzenią ani ile to będzie trwało czy kosztowało.

Mieszkanie w XIX-wiecznej kamienicy w Krakowie. „Poczułam, że chciałabym tu zamieszkać”

Co ich zatem tak ujęło? – Chyba właśnie to, że można było zrobić wszystko. Jedne ściany musieliśmy postawić, inne wyburzyć. Trzeba było też opalić framugi, które zostały jako „świadek” po podziale mieszkania. Zamówić drzwi wejściowe będące dokładnym odwzorowaniem tych, które były tu pierwotnie, bo kamienica jest z końca XIX wieku i znajduje się pod nadzorem konserwatorskim – tłumaczy Edyta.

– Poza tym stwierdziliśmy, że dobrze byłoby mieszkać gdzieś, skąd wszędzie można dojść na piechotę. Do Rynku mamy trzy minuty spacerkiem. Najbardziej szczęśliwi byliśmy, kiedy trwał remont torów tramwajowych, bo żyliśmy tu prawie jak na wsi. Jak schodziłam rano do samochodu, to wychodziłam w kaloszach, a buty miałam ze sobą – chodnik i jezdnia były kompletnie rozkopane – śmieje się Edyta.

Konstrukcja projektu Zbyszka Brosia oddziela strefę kuchenną od tej „do życia”, czyli od sypialni i salonu (Fot. Aneta Proksa) Konstrukcja projektu Zbyszka Brosia oddziela strefę kuchenną od tej „do życia”, czyli od sypialni i salonu (Fot. Aneta Proksa)

Remont mieszkania w starej kamienicy. Miał trwać trzy miesiące, trwał znacznie dłużej

Zdecydowali się na zakup, ale finansowo byli na to średnio gotowi. Postanowili sprzedać mieszkanie, które obecnie zajmowali. – Nie sądziłam, że pójdzie nam to tak szybko. Ale okazało się, że na rynku nie było zbyt wiele tak dużych mieszkań – mówi Edyta. – Mogliśmy niemal urządzić casting na przyszłych właścicieli.

Poprosili o pomoc znajomego architekta Zbyszka Brosia z Avocado Studio. Wiedzieli, że oba pokoje, których okna wychodzą na podwórze, będą dla dziewczynek, bo różnica dziewięciu lat między nimi nie sprzyja mieszkaniu na jednej przestrzeni. Poprosili, by Zbyszek wymyślił dla nich jakieś miejsce w salonie.

– Zaproponował nam sypialnię „na piecu”, czyli na antresoli, co wymagało dodatkowych pomiarów oraz wzmocnienia stropów. Ze względów bezpieczeństwa poprosiliśmy jeszcze o double check naszego przyjaciela inżyniera budownictwa. Zbyszek polecił nam ekipę, a jej szef zapowiedział, że remont będzie trwał trzy miesiące. Pomnożyłam to razy dwa, czyli sześć miesięcy – wspomina Edyta.

Z nowymi właścicielami mieszkania umówili się zatem, że potrzebują jeszcze pół roku w nim pomieszkać. Po pięciu miesiącach zorientowali się jednak, że chyba nie doszacowali czasu remontu. – Wtedy chyba po raz pierwszy i jedyny w życiu napisałam na Facebooku: „Ratujcie, bo inaczej za chwilę zostaniemy bezdomni” – opowiada Edyta. Lena, najstarsza córka, była wtedy na rocznej wymianie w Meksyku, a oni byli host rodzicami dla nastolatki z Argentyny, która zgodnie z zasadami wymiany musiała mieć własną przestrzeń – odpadał więc powrót do pierwszego malutkiego mieszkania i doczekanie do końca remontu.

Na szczęście na apel Edyty odpowiedzieli znajomi. Na kolejne pół roku wynajęli więc mieszkanie, które właściciele odziedziczyli po cioci i nie chcieli go jeszcze sprzedawać ani wpuszczać do niego obcych. W tym czasie Lena zdążyła wrócić z Meksyku, a oni byli gotowi do przeprowadzki, na którą się jednak wciąż nie zanosiło… Remont ewidentnie przerósł ekipę budowlaną. Na szczęście łazienka i kuchnia działały, meble robił stolarz. Mąż Edyty, który nie jest specjalistą od wykończenia wnętrz, przestudiowawszy różnego rodzaju tutoriale w internecie, zabrał się zatem samodzielnie za wykończenie tego, co jeszcze nie zostało zrobione. Przez trzy tygodnie pracował niemal dzień i noc.

Pomieszkali na Zwierzynieckiej jakieś trzy miesiące i przyszła pandemia. – Uważam, że to mieszkanie było dla nas darem z nieba. Całe miasto było wyludnione, tymczasem u nas zrobiła się „kawiarnia” dla znajomych – naszych i naszych dzieci. Cały Rynek i Planty mieliśmy dla siebie.

Pamiętam też, że w naszej kamienicy jako w jednej z niewielu w tej okolicy wieczorem świeciły się okna, co pokazało mi, jak naprawdę wygląda centrum Krakowa, jeśli chodzi o podział na mieszkańców i turystów – wspomina Edyta.

Podczas wyjątkowo długiego remontu Śmiłkowie zdążyli się też polubić z sąsiadami i lokalnymi miejscami. Vis à vis kamienicy znajdują się sycylijskie delikatesy, do których w trakcie prac remontowych wpadali na croissanty i kawę, a potem stały się miejscem całorocznych zakupów pomidorów pachnących południowym słońcem, cytrusów, serów, pesto… Z Marzeną i Piotrem, ich spędzili w ich domu na Sycylii. Jest też pani Lucyna, czyli sprzedawczyni w lokalnym sklepiku, zawsze radosna i skora do żartów. – Przy drugich czy trzecich zakupach przywitała nas wprost: „A to wy mieszkacie w tym mieszkaniu, gdzie mieszkała Krysia?” – wspomina Edyta. – I opowiedziała nam całą historię kamienicy.

(Fot. Aneta Proksa) (Fot. Aneta Proksa)

Antresola, schowki i regały. Jak wykorzystali każdy metr mieszkania

Sercem domu jest metalowa konstrukcja projektu Zbyszka Brosia, która oddziela strefę kuchenną od tej „do życia”, czyli od sypialni i salonu. To bardzo multifunkcyjna przestrzeń. Wykonano ją na peryferiach Krakowa, w Prokocimiu, w niewielkiej manufakturze dokładnie pod wymiar. Polakierowano na biało i połączono z drewnianymi elementami. Po drugiej stronie wyspy z antresolą stoi metalowy regał na książki.

Natomiast samą wyspę z jednej strony wypełniają kuchenne szafki, z drugiej – blat oraz szkielet, który pełni funkcję wieszaka na biżuterię, ramy na telewizor czy przestrzeni na liczne szuflady i schowki. Naprzeciwko telewizora stoi zielona kanapa, obok stół, natomiast parapety stanowią – jak mówi Edyta – małe „ołtarzyki”, na których ustawia ukochane świece i pamiątki z licznych podróży.

– Uwielbiam przywozić popierdółki – wyznaje – coś, co nie jest duże ani ciężkie, za to zrobione przez lokalnych rzemieślników.

A jak się śpi na antresoli? Bardzo dobrze. Choć na początku musieli do tego się przyzwyczaić. Teraz antresola jest ich ukochanym kątem. Mają tam swoje książki, magazyny, notatki, kosmetyki. Wieczorami lubią włączyć jedynie lampkę nocną i podświetlenie prowadzących na antresolę schodów, które są tak zmyślnie zaprojektowane, że w przestrzeni pod nimi poumieszczano rozliczne schowki, a nawet pralkę i suszarkę. W ogóle trudno się nadziwić, że na tak małej, kompaktowej przestrzeni udało właścicielami, lubią się do dzisiaj, jedne z wakacji się właścicielom pomieścić tak dużo rzeczy.

Co jest dla nich tu najważniejsze? – Książki – bez zawahania mówi Edyta. – Moim zdaniem ściana z regałem jest najładniejsza w całym mieszkaniu. Gdybym miała więcej miejsca, pewnie wstawiłabym tu jakąś komodę lub sekretarzyk w stylu art déco. Ale ta przestrzeń na to nie pozwala. Za to nagradzam się perfumami – dodaje.

(Fot. Aneta Proksa) (Fot. Aneta Proksa)

Perfumami oraz sztuką… Jakiś czas temu na aukcji kupiła obraz młodej autorki Kingi Wnuk, potem dokupiła jeszcze dwa. Najpierw wisiały na głównej ścianie, ale kiedy pojawiły się „Dobki”, czyli prace Dobiesława Gały, ustąpiły im miejsca. Między „Dobkami” wisi niewielka praca autorstwa Katarzyny Godyń- -Skoczylas. – Lubię mieć dzieła osób, które lubię – mówi Edyta. – Na przykład w krakowskim Pałacu Sztuki była wystawa „Stanisław Wejman – retrospektywa”. Przyznaję, bardzo bym chciała mieć choć jedną z tych prac, ponieważ są wybitne. W dodatku kuratorki Oksana Lubowiecka i Anna Litwora-Bryt tak pięknie o nich i o współpracy z artystą opowiadają.

Wśród jej ulubionych jest też praca artystki Joanny Zemanek. Znają się z teatru, gdzie Joanna w ostatnich latach stworzyła scenografie do kilku spektakli. – Jest naprawdę wszechstronnie utalentowana – mówi Edyta. – Występuje w cudownym zespole Chłopki oraz zespole Macocha.

Co jeszcze lubi Edyta? Na przykład po powrocie z pracy zniknąć na pół godziny pod prysznicem. Albo schować się na antresoli. – Czasem siedzę sobie cicho, Janusz wraca i słyszę: „Halo, jest tu ktoś?”. Poza tym stąd mogę obserwować nasze drzewo za oknem, jak zmienia liście wraz z każdą porą roku. W tym roku wróciły na nie dwie synogarlice. Pamiętam, jak uczyły latać swoje pisklęta na mirabelce od strony podwórka. Ostatnio bardzo dużo się tam dzieje, więc obstawiam, że na wiosnę znów będą młode.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE