fbpx

Autostopowicz

– Dobra, siadaj pan! – powiedziałem i od razu pożałowałem swoich słów. Facet przedstawił dość opłakany widok. Jego cienka ortalionowa kurtka i przechodzone adidasy w połączeniu z dwudniowym zarostem i siarczystym mrozem panującym dookoła budziły, poniewczasie, mój niepokój. Skończyłem tankować i już wkrótce mój autostopowicz siedział koło mnie. Jechał bez bagażu, chociaż jego celu był oddalony o przeszło 300 kilometrów.

– Wie pan, panie Maćku, gdzie Słupca jest? – to właśnie tym pytaniem mnie rozbroił

– Co się mnie pan pyta, gdzie Słupca, jak ja tam żonę poznałem – wystrzeliłem, no i potem już nie było odwrotu…

– Ale numer! Wczoraj w nocy żem wyjechał, no i teraz wracam. Do chłopaków moich! Pan na Warszawę?

– Nie. Wrocław.

– A, to mnie pan przy jedynce wysadzisz, będę łapał dalej. Może na wieczór dojadę. Dobrze, żeś mnie pan wziął, bo na tej stacji żem z półtorej godziny od auta do auta chodził, no i mnie nikt nie wziął… O! Gościu od szyb – jedyny porządny człowiek!

– To co pana tu zagnało? – no, jak już mamy gadać, to gadajmy!

– A… Tu też bieda. Taka jest i u nas! U kumpla z bidula byłem, bo ja w bidulu się chowałem. Kurka felek! Nie uwierzą mi! A w tamtą stronę to na stacji Oliviera Janiaka spotkałem! Też ma fajne auto, nie powiem!

– To wczoraj pan wyjechał i już pan wraca?

– He, he! No, wakacji nie ma, jak chłopaki chore! Z sąsiadką zostawiłem. 87 godzin we wsi, nikt zatrudnienia stałego nie ma. Ja też nie. Niech pan zgadnie, za ile muszę chłopaków miesięcznie wyżywić!

– No, nie wiem – teraz, oczywiście, trzeba strzelić – 700 zł?

– Brawo! 694! Niecałe pińset z gminy – o to pretensji nie mam, bo gmina bidna – ale, że pod dziewięćdziesiąt parę na każdego z trzech chłopaków od państwa polskiego, z powiatu, to już trochę wkurw bierze! Przepraszam! Ale chłopaków do opieki nie oddam! Dam se radę!

– Sam? – co tu gadać, wciągnąłem się.

– Samotnie. Najstarszy 11, drugi osiem, mały dwa. Złapali coś czy coś, lekarz przyszedł, no coś poprzepisywał, w aptece mili ludzie, ale rachunek wystawił na 68,15, no to już nie dało rady, trzeba pożyczyć… We wsi to już nie ma od kogo… To do kumpla z bidula przyjechałem, przyjaciel całe życie, rozumie pan… No, ale kredyty też jakieś ma, no to nie pożyczył… Bez sensu żem pojechał, kurka, pół Polski na mrozie…!

– No to jak będzie na święta? – pytanie retoryczne trzymającego za skórzaną kierownicę kierowcy.

– W Caritasie na wiosnę już byłem. Na tej kaszy i konserwach 22 dni! Rekord! Żeby w tej telewizji chociaż coś nam puścili! „Kevin sam w domu”! No kurka felek, panie Maćku! Na pamięć znamy, do cholery! Ileż można! – ze zdania na zdanie zacząłem wyczuwać dziwną więź z moim pasażerem.

– W poniedziałki też te teatry mi zabrali! No, gdzie ja tam pójdę do teatru! Tyle, co puścili. A tak, to tylko te gwiazdy! Dla mnie to gwiazda jest – o! pana ojciec, Jan Nowicki, Beata Tyszkiewicz. A u nich to w tym „Barze” laska z dupą do wanny wejdzie i gwiazda! – zaraz, zaraz… Ja to mówię czy on?!

– A w tym bidulu szło wytrzymać? – perfidne, beznadziejne pytanie…

– Wrogowi nie życzę! 42 lata mam, a jak się przyśni, mokry się budzę. Jak mi zrobili falę w wojsku, to się śmiałem!

– I co? Będzie pan znowu łapał stopa na tym mrozie? – dojeżdżamy, pytanie retoryczne.

– Jest PKS z Katowic, 13.34, ale bilet drogi.

– Dam panu na bilet!

– O nie! Ja jak szklankę cukru pożyczę, to muszę oddać! Więcej nie pytam. Wiozę pasażera do tych Katowic. Wyciągam z portfela to, co mam, choć dziś nie mam zbyt wiele, wciskam z prośbą, żebym mógł spełnić świąteczny uczynek. W nosie mam, czy mówił prawdę, czy nie. usłyszałem jeszcze zapewnienie o cotygodniowej ofierze mszalnej w mojej intencji, a potem zatrzaskujące się drzwi. Ruszyłem dalej. Mój 3,5-litrowy silnik ryczał coraz głośniej. A ja razem z nim…