fbpx

Gioia di vivere, czyli włoska radość życia

Włoski styl życia skupia się na celebrowaniu drobnych gestów i codziennych rytuałach. (Fot. Getty Images)

W ostatnich miesiącach nasze serca były z Włochami. Podziwialiśmy ich hart ducha i umiejętność cieszenia się życiem, mimo przeciwieństw. Italianistka Julia Wollner przekonuje, że kilka ich narodowych cech moglibyśmy przyswoić sobie na stałe i przedstawia swój osobisty przewodnik po duszy Włochów i Włoszek.

Przyznacie, że włoski styl życia jest bardzo atrakcyjny: łagodny klimat, celebrowanie drobnych gestów i codzienne rytuały. W większości opierają się one na zmysłowym odczuwaniu świata, któremu tak blisko do filozofii mindfulness. To zmysły dostarczają paliwa słynnej włoskiej gioia di vivere, czyli radości życia; żaden z nich nie jest więc traktowany po macoszemu.

Jako studentka italianistyki większą część wakacji spędzałam na kursach językowych w różnych częściach Włoch. Jeden z nich szczególnie zapisał się w mojej pamięci ze względu na wspaniałą nauczycielkę, która wydawała się prawdziwym ucieleśnieniem włoskiej radości. Życie zresztą wcale jej nie oszczędzało, swego czasu bowiem bardzo poważnie chorowała. Uśmiech jednak nie schodził jej z twarzy, każdą, nawet najbardziej prozaiczną, czynnością cieszyła się jak dziecko, a entuzjazmem zarażała wszystkich wokół. Kiedyś podczas lekcji zapytałam ją, jak to robi, ona zaś – jak na nauczycielkę z powołania przystało – postanowiła pokazać swoją metodę na życie całej grupie studentów. Poprosiła, abyśmy napisali krótkie wypracowanie, w którym, omawiając dowolne wydarzenie, wybraną chwilę, zaangażujemy w jej przeżywanie każdy z pięciu zmysłów. – Czy wiecie, że najzwyklejsza w świecie wyprawa do supermarketu po bochenek chleba może być przyjemnym doświadczeniem, które będzie cieszyć każdy milimetr waszego jestestwa? – pytała, podczas gdy ja zastanawiałam się, czy nie za dużo w tym egzaltacji. A jednak pisanie wypracowania, a także lektura notatek moich kolegów z grupy sprawiły mi wielką przyjemność.

Kiedy potem pracowałam na warszawskiej italianistyce, sama męczyłam tym samym zadaniem studentów, a i dziś lubię wracać do tej chwili, kiedy w rzymskiej szkole pokazano mi, że BYĆ warto każdą częścią siebie.

Pięknie żyj

We Włoszech dotyk nie jest zarezerwowany dla najbliższych. Pamiętam swoje zdziwienie, gdy zorientowałam się, że na uniwersytecie przed wykładem profesor całuje się na powitanie praktycznie ze wszystkimi słuchaczami; jako młodej tłumaczce ciężko było mi też zachować profesjonalne – jak mi się wtedy wydawało – chłód i postawę, gdy poznani przed chwilą zleceniodawcy wyściskiwali mnie na dobry początek współpracy.

Słuch (mówimy o kraju opery, Vivaldiego i najbardziej melodyjnego języka świata!), a jeszcze bardziej wzrok są we Włoszech rozpieszczane. Anche l’occhio vuole la sua parte (oko też domaga się swego) – mówi się właściwie o wszystkim; każdy element rzeczywistości, jeśli to tylko możliwe, powinien być po prostu estetyczny. Balkon tonący w kwiatach, kolacja podana na eleganckiej porcelanowej zastawie, piękna biżuteria założona na spotkanie z koleżanką – te drobne elementy codzienności wyrażają włoskie umiłowanie piękna, a także przekonanie, że nie warto odkładać życia na później. Ładnej sukienki nie ma sensu chować głęboko do szafy z myślą, że założymy ją na specjalną okazję; jedyny nieobtłuczony serwis nie powinien kurzyć się w kredensie, czekając na kolejną Wigilię. Zamiast tego lepiej wykorzystać je już dzisiaj, a jednocześnie poczuć wdzięczność – że w ten zupełnie zwyczajny dzień mogę podarować sobie chwilę przyjemności i estetycznych wzruszeń.

Aby nie popaść w pułapkę jednostronności, dodajmy, że włoskie uwielbienie dla piękna ma również swoją ciemną stronę. Fare una bella figura, czyli robienie dobrego wrażenia na innych, zdaje się narodową obsesją, która niejednego Włocha doprowadziła do poczucia wewnętrznego konfliktu, nadmiernego napięcia oraz długów, w myśl zasady „zastaw się, a pokaż się”. Także w ten sposób mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego dają nam lekcję. We wszystkim warto zachować złoty środek – ten, który dystansuje się od wymuskanej doskonałości, odrzucając to, co małe, zepsute i próżne. Bierzmy od świata tyle, ile potrzeba; dajmy tyle, ile możemy, byle szczerze i z uśmiechem. Szczęścia i spełnienia szukajmy w umiarze, w drobnych gestach, w prostych słowach.

Siadasz przy stole – tylko bez stresu

Spośród pięciu zmysłów, którymi zostaliśmy obdarzeni, dla Włochów szczególnie ważne są smak i powonienie. Odnoszę się tu oczywiście do kwestii jedzenia. Jak pisał Umberto Eco we wstępie do wydanej niedawno w Polsce książki „Sekrety włoskiej kuchni” Eleny Kostioukovitch, jej poznanie równoznaczne jest z odkryciem głębokich różnic w zakresie „gustów, mentalności, kreatywności, poczucia humoru, zachowań w obliczu żałoby i śmierci, gadatliwości lub skłonności do milczenia, które odróżniają Sycylijczyka od mieszkańca Piemontu czy wenecjanina od Sardyńczyka. Być może we Włoszech bardziej niż gdzie indziej (…) poznanie kuchni oznacza poznanie duszy mieszkańców kraju”.

Jedzenie to życie, kuchnia to sacrum, w którym posila się nie tylko ciało, ale i serce. A serca mają Włosi bardzo zdrowe; długo żyją i rzadko zapadają na choroby układu krążenia. Dzieje się tak z dwóch powodów: zdrowej diety (bazującej na świeżych, sezonowych produktach, warzywach, owocach, rybach i oliwie z oliwek) i jeszcze zdrowszego – czytaj: niespiesznego i bezstresowego – podejścia do życia, którego jedzenie jest bardzo ważną częścią. Przy posiłkach absolutnie nie należy się denerwować! Nie tylko źle wpływa to na trawienie, ale także może zakłócić późniejszą popołudniową sjestę. Jest ona równie ważna jak niezwykle zdrowy, pochodzący z pomidorów likopen, czerwone wino i świeże warzywa. Podobno, praktykowana przynajmniej trzy razy w tygodniu, zmniejsza ryzyko ataku serca o 37 procent! Jeśli trwa mniej niż 45 minut – a tak właśnie powinno być – poprawia także koncentrację, redukuje napięcie, stymuluje pamięć i kreatywność.

Jakiś czas temu brałam udział w spotkaniu włoskich biznesmenów, które rozpoczęło się wcześnie rano i miało ciągnąć cały dzień. Atmosfera była napięta – przedsiębiorcy pochodzili z różnych, często konkurujących ze sobą firm, a wielu uczestników nie darzyło się zbytnią sympatią. W trakcie dyskusji i negocjacji padało sporo gorzkich słów, nieraz nawet inwektyw. W pewnym momencie wybiła jednak święta dla Włochów godzina trzynasta. Groźni panowie w eleganckich, markowych garniturach chwycili za swoje aktówki, zerwali się na równe nogi obute w wysokogatunkowe mokasyny i… zgodnie ruszyli na obiad. Przy restauracyjnym stole byli nie do poznania – nawet najbardziej zaciekli wrogowie serdecznie żartowali, hojnie dolewali sobie wina i zastanawiali się wspólnie, czy podany makaron nie byłby lepszy, gdyby dodano doń jeszcze odrobinę peperoncino.

Spiesz się powoli, wściekaj do woli

Bruno Bozzetto, włoski satyryk i reżyser filmów animowanych, na początku jednej ze swoich kreskówek porównujących Italię i inne kraje, napisał: „Film ten dedykuję tym, którzy wierzą, że Włosi zachowują się jak inni Europejczycy”. Tym, co tu postrzegane jest w sposób zupełnie odmienny, jest zdecydowanie czas. Nie bez kozery już w pierwszym wieku naszej ery starożytni mieszkańcy regionu powtarzali za cesarzem Augustem: festina lente (spiesz się powoli). Punktualność nierzadko uważana jest za zbędne ceregiele, a jej braku nie łączy się ze złym wychowaniem. Pamiętam, że kiedy pewnego razu spóźniłam się 10 minut na kawę z rzymską przyjaciółką i, wpadając do baru, zaczęłam ją odruchowo przepraszać, wybuchnęła serdecznym śmiechem, odpowiadając: Ma sei proprio polacca! („Prawdziwa z ciebie Polka!”). Standardowy kwadrans spóźnienia to bowiem ogólnie przyjęty zwyczaj, podobnie jak długie celebrowanie posiłków czy przeciąganie najzwyklejszej, ale jakże przyjemnej rozmowy o pogodzie. Nie dziwi więc, że to właśnie we Włoszech narodziła się koncepcja powolnego życia: począwszy od ruchu slow food (czyli starań mających na celu zachowanie tradycyjnej, charakterystycznej dla danego regionu kuchni poprzez wspieranie lokalnych producentów żywności i przeciwdziałanie masowej produkcji, która znacznie obniża jakość pożywienia) po międzynarodowy już dzisiaj projekt slow cities, czyli niespiesznych miast, służący poprawie jakości życia w niewielkich miejscowościach poprzez przywrócenie ludziom spokoju i naukę życia bez presji czasu.

Ale także ten medal ma swoją drugą, mniej oczywistą stronę – niepoddający się presji zegara Włosi wcale nie są bowiem narodem cierpliwym, a ich gorący, południowy temperament uparcie konkuruje z bezstresowym podejściem do życia. Swoim złościom i frustracjom, szczególnie tym spowodowanym cudzą niefrasobliwością, chętnie dają upust, soczyście przeklinając, awanturując się w miejscach publicznych i trąbiąc rytmicznie w samochodowe klaksony. Ich ekspresyjność wydaje się przy tym kolejnym zdrowym życiowym wyborem, ponieważ tzw. negatywne emocje znajdują u nich natychmiastowe ujście, nie kumulują się i nie prowadzą do chorób czy przykrych dolegliwości.

Razem raźniej

Giovanni jest pasterzem. Każdego ranka budzą mnie delikatnie brzęczące dzwoneczki jego owiec. Pędzi stado na pobliskie wzgórze, a wracając do kamiennego domu na obiad złożony z niesolonego chleba i kawałka sera, pozdrawia mnie z łąki, która rozpościera się tuż pod moim oknem. Woła: buon giorno, principessa! i unosi spracowaną dłoń. W maleńkiej miejscowości, w połowie drogi między Florencją a Pizą, mieszka od urodzenia. Całe, ponad 70-letnie życie. Któregoś ranka, wybierając się na wycieczkę do położonej 30 km od pastwiska Pizy, pytam, co, oprócz Krzywej Wieży, powinniśmy koniecznie zobaczyć. – Nie wiem, principessa – odpowiada. – Nigdy tam nie byłem, choć kiedyś na pewno pojadę. Opowiem ci za to, co zobaczysz w lesie po drugiej stronie wzgórza. Znam tam każdy kamień, każdy kwiat. Chodzę szlakiem mojego ojca, dziadka, pradziadka. Jestem stąd… Io sono di qui.

Wszyscy słyszeli o tym, jak bardzo Włosi związani są ze swoimi rodzinami; wielu z nas w czasie pandemii zwróciło też uwagę na krążące w Internecie obrazki pokazujące sąsiadów biesiadujących czy śpiewających na balkonach, z zachowaniem stosownej odległości, ale jednak dzielących radość. Dbałość o kontakt z innymi nie ogranicza się we Włoszech tylko do winnych toastów, słuchania opery i wspólnego pałaszowania makaronu. Antyczna, ale ciągle aktualna mądrość rzymskiego poety – carpe diem (chwytaj dzień) odnosi się tu nie tylko do kategorii czasu, ale także przestrzeni. Chcąc cieszyć się „tu i teraz”, trzeba zauważyć miejsce, w którym się znaleźliśmy; przeżyć je świadomie, doświadczyć go. Mieszkaniec Półwyspu Apenińskiego zapytany o swoje pochodzenie rzadko odpowie: „Jestem Włochem”; podkreśli raczej z dumą, że jest Sycylijczykiem, Liguryjczykiem albo Toskańczykiem. Nie dziwi więc, że właśnie w dawnej Italii narodziła się koncepcja małej ojczyzny (wł. piccola patria) – jednej z najważniejszych płaszczyzn tworzenia międzyludzkich relacji i lokalnych więzi; punktu zakorzenienia, z którego się czerpie, który ciągle się kształtuje i nad którym powinniśmy sprawować pieczę. To właśnie podejście do niej może być najpiękniejszą lekcją, jaką dają nam Włosi.

Warto przyjrzeć się temu, co najbliżej nas; okazać troskę i zastanowić się, jak miejsce to uczynić lepszym i piękniejszym, zarówno dla siebie, jak i dla innych.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze