1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Burzliwe początki kardigana

Burzliwe początki kardigana

Niemalże każda kobieta jest dziś posiadaczką klasycznego kardigana. Niepozorny jednorzędowy sweterek, zapinany na guziki lub suwak, sprawdza się idealnie zarówno w wersji casual jak i wieczorowej. Mało kto wie jak bardzo burzliwe miał początki.

Urodzony na wojnie

Sweter, o którym mowa narodził się bowiem na wojnie. Lata 1853-56 to okres tzw. Wojny Krymskiej.  Brytyjczycy wysłali na nią swoje najlepsze wojska i generałów w tym, James`a Thomasa Brudenell`a - siódmego księcia Cardigan (1797-1868).  W tym okresie zwykli angielscy żołnierze nosili rozpinane dzianinowe żakiety z długim rękawem.  Ale elegancki Brudenell pod swoją żołnierską kurtką dodatkowo skrywał wełniany pulower. Ponieważ klimat na Krymie był gorący, któregoś razu generał w ataku złości energicznie rozciął sweter.  Na niewiele to się chyba zdało, bo w końcu pulower i tak został porzucony.

W takim stanie znalazł go prosty brytyjski żołnierz. A ponieważ Anglików w czasie tego konfliktu trapiły poważne problemy zaopatrzeniowe i wielu chodziło w obdartych mundurach, wziął go sobie i ze względów praktycznych zaopatrzył w guziki. Generał Brudenell  wsławił się w czasie tej wojny legendarną szarżą lekkiej kawalerii pod Bałakławą, stąd zapewne sweter nazwano kardiganem - od jego tytułu rodowego. Tak też z czasem zaczęto nazywać wełniane kurtki mundurowe noszone przez brytyjskich żołnierzy.

 Dzianinowa inwazja w stylu Coco

Przez kilkadziesiąt lat od swoich narodzin kardigan uchodził za niezobowiązujący element męskiej i damskiej garderoby. Był noszony na wsi oraz w trakcie uprawiania sportów, np. jazdy na łyżwach czy nartach lub gry w golfa. Sytuacja zmieniła się w latach 20. XX wieku.

Co prawda w tym okresie wielkie domy towarowe, jak np. słynny paryski Le Printemps, cały czas sprzedawały jeszcze kardigany w dziale z odzieżą sportową, ale stopniowo dzianina wdzierała się na eleganckie salony.  W szalonych latach 20. XX wieku wełniane wyroby spoczywały w szafie niemalże każdej „chłopczycy”.  Jednak ze wszystkich dostępnych w tym czasie liczyła się tak naprawdę tylko jedna: niepozorny kardigan zaprezentowany w 1925 roku przez Coco Chanel. Był on uszyty z beżowego, wełnianego materiału typu dżersej (do tej pory wykorzystywanego jedynie do szycia bielizny, ubrań roboczych i sportowych), jednorzędowy, sięgał za biodra, obszywał go kontrastowa lamówka a zdobiły eleganckie, małe guziki, do tego był zaopatrzony  w praktyczne kieszonki po bokach.  Sweterek można było nosić z prostą lub plisowaną spódnicą sięgającą za kolano, jedwabną  chusteczką zamotaną na szyi i sztuczną biżuterią. Miał niestety jedną wadę, a mianowicie bardzo wysoką cenę, ponieważ mademoiselle Chanel od początku swojej działalności niemożliwie je windowała. Jej słynnego butiku przy rue Cambon 21 w Paryżu nie odwiedzały bowiem zwykłe „zjadaczki chleba”.

W ten oto niezwykły sposób - kardigan zrodzony na polu bitwy ponad 150 lat temu a udoskonalony przez prawdziwą „rewolucjonistkę” damskiej mody, rozpoczął swoją niebywałą karierę, która przecież trwa do dziś dnia.

Sprawdź także kardigany damskie krótkie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Inès de la Fressange: "Nie jestem buntowniczką, jestem Francuzką"

Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znaki rozpoznawcze? Połączenie luzu i elegancji, szeroki uśmiech, własna opinia. Nie chowa urazy i nigdy się nie poddaje. Modelka i projektantka Inès de la Fressange to ucieleśnienie paryskiego stylu i hartu ducha.

Zaczęła pani karierę modelki w wieku 17 lat, zaraz po maturze. Traktowała to pani jak przygodę czy zawód?
Na pewno nie jak misję, jaką jest choćby zawód lekarza. Nigdy nie planowałam, że będę modelką, po prostu mi to zaproponowano. Nie spodziewałam się też, że będę nią tak długo. Modeling pozwolił mi ostatecznie stać się tym, kim jestem dzisiaj – stylistką i projektantką.

Bliscy nie byli przeciwni pani karierze? Pani rodzina wywodzi się z bardzo starej arystokracji. Takie rody często cechują sztywne kody zachowań.
Moja rodzina zawsze wyłamywała się ze stereotypu sztywnych arystokratów! Wszyscy moi bliscy byli pełni fantazji, nietuzinkowi i kreatywni, całym sercem oddani kulturze i sztuce. Nie mieli żadnych uprzedzeń w stosunku do innych i zawsze dawali mi odczuć, że ufają moim wyborom. Jestem im za to bardzo wdzięczna, bo często obserwuję, jak z lęku o przyszłość swoich dzieci rodzice wprowadzają pełen nakazów i zakazów rygor, co nigdy daje dobrych rezultatów.

W latach 90. była pani najbardziej znaną francuską modelką na świecie, muzą głównego projektanta Chanel – Karla Lagerfelda. Kontrakt na wyłączność (pierwszy taki w historii) skończył się jednak w chwili, gdy zgodziła się pani pozować do nowego popiersia Marianny, symbolu francuskiej Republiki.
Praca dla Chanel była dla mnie wielkim szczęściem i radością, ale kiedy merowie całej Francji wybrali mnie jako tę, która ma odzwierciedlać współczesną wizję Marianny, symbolu wszystkich francuskich wartości, nie mogłam i nie chciałam odmówić. Bardzo zdziwiło mnie, że ten pomysł spotkał się z tak zdecydowaną dezaprobatą Karla, ale ponieważ nasze stosunki były od jakiegoś czasu napięte, wybrałam wolność. W końcu hasło „Wolność, równość, braterstwo” nadal jest dewizą naszego kraju.

Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images) Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images)

Nie opuściła pani jednak świata mody – obecnie znów stoi pani na czele własnej marki – Inès de la Fressange Paris. Jej butik przez wiele lat znajdował się na Avenue Montaigne, najelegantszej ulicy w Paryżu. Dokładnie tam, gdzie mieszkał pani dziadek.
Mój butik mieści się obecnie w Dzielnicy Łacińskiej. I ogromną przyjemność sprawia mi, kiedy widzę w nim babcię w towarzystwie wnuczki, wspólnie robiące zakupy. Stawiam raczej na sportowy szyk. Jestem przeciwna przeładowanym szafom, pełnym różnych ubrań, wzorów i dodatków. Lepiej posiadać ich niewiele, ale za to takich, które można ze sobą łączyć i zestawiać w wielu wariantach. Przesadny konsumpcjonizm nie jest dzisiaj na czasie, podobnie jak ostentacyjna elegancja. Staram się projektować ubrania, których zawsze sama poszukiwałam w sklepach i które mogłabym codziennie nosić.

Świat biznesu nie okazał się dla pani zbyt łaskawy: w wyniku konfliktu ze współudziałowcami została pani zwolniona i dopiero po 14 latach procesów odzyskała prawo do własnej marki. W tym czasie była pani dyrektorką artystyczną marki Roger Vivier, projektowała, pisała książki. Nie poddała się pani. Dzisiaj nazywa się to rezyliencją...
Ludzie biznesu potrafią być pełni agresji, nieżyczliwi i pozbawieni zdrowego rozsądku, ale uważam, że istnieje coś w rodzaju sprawiedliwości, która sprawia, że zostają za to ostatecznie ukarani. Od kilku lat pracuję z Diegiem Della Valle z Roger Vivier. To ktoś wyjątkowy – bardzo dba o swoich pracowników, nie traci kontaktu z rzeczywistością i rozumie, że najważniejszy jest dobry produkt. Dzięki temu moja marka rozwija się wręcz wspaniale. Wracając do moich dawnych problemów – już o nich nie myślę. Nie chcę żyć z urazą ani życzyć komuś źle. To klucz do szczęścia!

W życiu prywatnym też przeżyła pani trudne chwile, mam na myśli nagłą śmierć pani męża, włoskiego historyka sztuki Luigiego d’Urso, ojca pani córek Nine i Violette. Jak po tym wszystkim udało się pani odnaleźć radość życia?
Każdy z nas miewa w życiu problemy, a czasami nawet dramaty i tragedie. Moje córki i ja musiałyśmy znaleźć w sobie wiele odwagi, aby zmierzyć się ze stratą Luigiego, ale sądzę, że ostatecznie to doświadczenie wykształciło w nich wielkie pokłady współczucia i wielkoduszności. Myślę, że należy trzymać się listy tego, co w naszym życiu pozytywne, zamiast w kółko odtwarzać sobie w głowie, co się nie udało, albo bać się tego, co nastąpi.

Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images) Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images)

Jakie wartości stara się pani przekazać córkom?
To moje córki przekazują mi swoje wartości! Ich pokolenie jest zdumiewające – bardzo feministyczne, otwarte na świat, zainteresowane ekologią, wielkoduszne i życzliwe w stosunku do starszych. Kiedy dziewczynki były małe, często powtarzałam im, żeby nie czyniły drugim tego, czego same nie chciałyby doświadczyć. Mówiłam, że większość ludzi na Ziemi nie żyje w takim komforcie jak one i że nie pomoże bycie piękną i elegancką, jeśli nie posiada się szerokiego uśmiechu. Myślę, że doskonale to zrozumiały.

Pani wielkoduszność przejawia się na przykład w tym, że działa pani w wielu stowarzyszeniach...
Bardzo bliskie są mi problemy dotykające dzieci – czy to we Francji, czy w Afryce. Staram się też wspierać walkę z rakiem, chorobą Alzheimera i pomagać stowarzyszeniom stojącym na straży praw człowieka, jak Amnesty International. Nie wolno być obojętnym na świat.

Ma pani w sobie chyba coś z kameleona – szybko odnajduje się w nowych sytuacjach i dziedzinach.
Kameleon zmienia kolor w zależności od miejsca i sytuacji, w jakiej się znajduje, ja wolę zachować określone poglądy. Ale to prawda, lubię interesować się różnymi dziedzinami i pracować z nowymi ludźmi. Myślę, że zdolność adaptacji nie wyklucza tego, że pozostaje się sobą.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że najlepszym sposobem, żeby osiągnąć sukces, jest „nie bać się nie podobać innym”. Miała pani na myśli siebie samą? Był czas, kiedy określano panią słowami „modelka, która mówi”. Czuje się pani buntowniczką?
Nie, absolutnie nie jestem buntowniczką, jestem po prostu Francuzką! Zawsze robię, co mogę i jak mogę. Jako modelka chodziłam zygzakiem, szeroko się uśmiechałam i zawsze mówiłam to, co myślę. Nie świadczyło to o mojej rewolucyjności, ale dzięki temu wydawałam się bardziej autentyczna i szczera. Udało mi się, ale wszystko równie dobrze mogło się skończyć katastrofą!

Ale się nie skończyło! W wieku 63 lat jest pani kobietą biznesu i ikoną mody. Jaką radę dałaby pani dojrzałym kobietom?
Nie poddawajcie się nostalgii, nie myślcie, że przedtem było lepiej, interesujcie się młodymi ludźmi i nowymi rzeczami. Oddajcie połowę swojej garderoby, wyrzućcie stare dokumenty i gazety, wysprzątajcie dom i patrząc na wasze aktualne zdjęcia, pomyślcie, że za dziesięć lat wydacie się sobie na nich po prostu fantastyczne! Oczywiście, nie jest przyjemnością kontemplować swoje zmarszczki czy siwe włosy, ale na szczęście mam moje dwie absolutnie cudowne córki, przy których bardzo często się uśmiecham. Moje zmarszczki wtedy trochę znikają...

Za granicą, a także w kraju jest pani ambasadorką paryskiej elegancji, napisała pani bestsellerowy poradnik „Paryski szyk”. Skąd u pani ta pasja do Paryża i paryżanek?
Książka była rzeczywiście wielkim sukcesem, również w Polsce. Wciąż otrzymuję znad Wisły lajki na Instagramie, to bardzo miłe. A Paryż? Cóż, to bardzo zróżnicowane miasto, każda dzielnica żyje swoim własnym życiem. Mieszkali tu chociażby Francis Scott Fitzgerald, Maria Curie czy Ernest Hemingway, wszyscy oni wzbogacili to miasto, czyniąc je jeszcze bogatszym i ciekawszym. Jako dziecko mieszkałam na wsi i zawsze, kiedy przyjeżdżałam do Paryża, moją wielką radością była podróż metrem. A zresztą, kto nie lubi Paryża?

Latami paryski szyk był kwintesencją najlepszego stylu. Pojawiają się głosy, że to już minęło, a serce mody bije dziś raczej w Nowym Jorku, Londynie czy Mediolanie.
Jeśli zapytam panią, jakie są najsłynniejsze marki mody na świecie, myślę, że nasuną się pani na myśl firmy francuskie... Paryski styl od zawsze wzbudza zachwyt, podobnie jak paryska kreatywność. Sztuka i moda mają jednak kosmopolityczny charakter – wielu stylistów we Francji jest obcokrajowcami. Podobnie elegancja istnieje wszędzie – najpiękniejsze kobiety, ubrane w sari, widziałam w indyjskim Radżastanie. Muszę też przyznać, że bardzo lubię pewną japońską markę...

Prawdziwa paryżanka pochodzi z prowincji – to też pani słowa…
To często prawda, ale bycie paryżanką to tak naprawdę kwestia mentalności i estetycznych wyborów – prawdziwe paryżanki mogą mieszkać równie dobrze w Krakowie!

Z jednej strony żyje pani w paryskim szalonym tempie, z drugiej kocha południe Europy i dolce far niente. Czy to nie paradoks?
Moje tempo nie jest wcale szalone, powiedzmy raczej, że dużo pracuję. Z wiekiem nauczyłam się już nie stresować. Aby móc efektywnie działać, należy stworzyć sobie niszę spokoju. Ja sama od czasu do czasu potrzebuję się rozluźnić i poleniuchować bez poczucia winy – to zapewne pozostałość dzieciństwa spędzonego poza miastem. Ale można też żyć w Paryżu czy innym wielkim mieście i nie miotać się bez przerwy. Trzeba tylko określić swoje priorytety, nauczyć się mówić „nie” i czasami po prostu zostać w domu.

Paryskie życie jest często krytykowane za snobizm, sztuczność, hipokryzję i obojętność. Pani sama jest krańcowo inna – spontaniczna i żywiołowa. Paryż pani nie zmienił?
Głupcy, imbecyle, okrutnicy i ludzie nieżyczliwi istnieją na całym świecie, we wszystkich środowiskach zawodowych. Często mówię sobie, że muszą być naprawdę nieszczęśliwi, żeby przejawiać tyle agresji i małostkowości. Mnie zdrowe podejście do życia zaszczepiła niania, która była dla mnie jak druga matka. Była Polką i nazywała się Wiktoria Hacieja, ja mówiłam na nią Toja, inni – Wisia. Pochodziła z bardzo biednej rodziny, w dzieciństwie musiała chodzić boso do szkoły i często nie miała prawie nic do jedzenia. Powtarzała mi, że wiele ludzi ma dużo mniej szczęścia od nas, że należy im pomagać oraz cieszyć się z małych rzeczy. Piekłyśmy więc ziemniaki w ognisku, robiłyśmy girlandy z papieru albo laleczki z płatków maków i masowo produkowałyśmy strucle. Zawsze przy tym dużo się śmiałyśmy. Wiktoria nauczyła mnie kochać kwiaty i naturę. Mimo że przeczytała w życiu niewiele książek, wiedziała o nim więcej niż większość ludzi, których znam. Przez całe moje dzieciństwo opowiadała mi o swojej siostrzenicy, która została w Polsce i którą w końcu poznałam, kiedy miałam 20 lat. Część mojego serca jest polska – być może to właśnie pomaga mi cieszyć się każdym dniem.

Rozmawiamy w czasie pandemii koronawirusa. Jak znaleźć w tej sytuacji przestrzeń na szczęście?
Rzeczywiście, nie jest to proste – i nie myślę jedynie o chorych. Wielu ludzi znajduje się czy za chwilę znajdzie w ciężkiej sytuacji ekonomicznej, inni czują się samotni, odizolowani od innych i pełni obaw o przyszłość. Dlatego tym bardziej nie należy sobie zatruwać życia niepotrzebnymi kłótniami, egoizmem czy rasistowskimi postawami. Życie jest zbyt krótkie, żeby je marnować na głupoty! 

Inès de la Fressange urodziła się w 1957 roku w Gassin jako córka Andrégo de Seignard, markiza de La Fressange, maklera giełdowego, oraz Cecilii Sánchez Cirez, argentyńskiej modelki. Razem z dwójką braci wychowywała się w XVIII-wiecznym młynie pod Paryżem. Obecnie mieszka w Paryżu z drugim mężem Denisem Oliviennesem. Ma na swoim koncie kilka poradników stylu. Najnowszy to – napisany wspólnie z Sophie Gachet – „Paryski szyk jeszcze raz. Podręcznik stylu”, Dom Wydawniczy Rebis.

  1. Kultura

Hedy Lamarr - piękny umysł

Grała tak dużo, że praktycznie 
nie schodziła z planu. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wytwórnie miały na zmęczenie gwiazd swoje sposoby. 
Hedy przyjmowała ogromne ilości leków pobudzających. (Fot. Forum)
Grała tak dużo, że praktycznie nie schodziła z planu. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wytwórnie miały na zmęczenie gwiazd swoje sposoby. Hedy przyjmowała ogromne ilości leków pobudzających. (Fot. Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Chciała być znaną aktorką i nią została. To marzenie się na niej zemściło. Jednak biografia Hedy Lamarr ma swój happy end. Dożyła czasów, kiedy zaczęto o niej mówić i pisać już nie jak o ofierze złotej ery Hollywood, lecz o wynalazczyni, która przyczyniła się do postępu technologicznego.

Jest 20 stycznia 1933 roku. Adolf Hitler wie już, że za kilka dni zostanie nowym kanclerzem Rzeszy i przejmie w państwie pełnię władzy. Ma więc wszelkie powody do radości, a jednak tego właśnie dnia jest wściekły. Przyczyną jego złego humoru jest „Ekstaza”, bezwstydny film Gustava Machatego. A może nawet bardziej chodzi o dziewczynę grającą główną rolę. Niespełna 19-letnią, piękną, bynajmniej nie aryjskiej urody. W filmie widać ją nagą, całkiem przekonująco odgrywającą orgazm. Hitler jest oburzony i zniesmaczony, zakazuje wyświetlania „Ekstazy” na terytorium Rzeszy. Ciekawe, w jaką furię wpadłby, wiedząc, że dokładnie siedem lat później ta sama dziewczyna, znana już wtedy jako hollywoodzka piękność, opracuje wynalazek, który mógł odmienić bieg historii. I doprowadzić do upadku nazistów znacznie wcześniej, niż to się faktycznie stało.

Co powie Hitler

Zanim stała się Hedy Lamarr, nazywała się Hedwig Kiesler. Jedynaczka z zamożnej wiedeńskiej rodziny żydowskiej. Miała pokojówkę, guwernantkę, można się domyślać, że ją rozpieszczano, skoro tuż po tym, jak kończy 16 lat, oznajmiła rodzicom, że przerywa naukę, by poświęcić się aktorstwu. I jeszcze w tym samym 1930 roku zadebiutowała w filmie „Pieniądze na ulicy”. To może nie wybitna kreacja, ale Kiesler przykuła uwagę i widzów, i reżyserów na tyle, że w roku następnym otrzymała propozycje czterech kolejnych ról.

Wiedeń początku lat 30. z pewnością nie był miastem pruderyjnym. Najbardziej rozrywkowe miasto Europy. Wystawy, koncerty i, rzecz jasna, kabarety wypełnione ludźmi praktycznie całą dobę, przy stolikach gangsterzy dobijający targów z politykami, przemysłowcy flirtujący z aktorkami, wszystko to w rytmie jazzu, uważanego wówczas za wysoce nieprzyzwoity. „Wiedeń ma zbyt dużą kulturalną siłę przyciągania” – będzie wkrótce narzekać Hitler, bezskutecznie próbując nadać podobną rangę Berlinowi. Młodziutka Hedwig bryluje na wiedeńskich salonach, jej kariera wspaniale się zapowiada. Do czasu, kiedy przyjmie rolę we wspomnianej „Ekstazie”. Może i oglądano ten film w Wiedniu na zamkniętych pokazach, może i robił na świecie furorę – wychwalał go między innymi Henry Miller, reżyser Machatý dostał za niego nagrodę na Biennale Filmowym w Wenecji, a w paryskim Théâtre Pigalle „Ekstaza” nie schodziła z ekranu przez 22 tygodnie – tyle że w coraz bardziej zależnej od Berlina Austrii liczyło się przede wszystkim zdanie Hitlera. Hedwig z dnia na dzień staje się więc postacią niewygodną, niemile widzianą, filmowcy nie mają odwagi proponować jej ról.

Kadry z zakazanego przez Hitlera filmu „Ekstaza” z 19-letnią Hedy, wtedy jeszcze Hedwig Kiesler (1933). (Fot. Getty Images) Kadry z zakazanego przez Hitlera filmu „Ekstaza” z 19-letnią Hedy, wtedy jeszcze Hedwig Kiesler (1933). (Fot. Getty Images)

Wizyty w fabryce broni

W 1933 roku zmienia także stan cywilny. Wychodzi za mąż za niejakiego Fritza Mandla. Starszy od niej o 13 lat bogaty przemysłowiec dorobił się na handlu bronią i zajmuje się nowymi technologiami wojskowymi, które jego firma projektuje i sprzedaje III Rzeszy. Co Hedwig w nim widzi? Tu sprawa jest złożona. Jedną z najbardziej dokuczliwych wad Mandla jest jego chorobliwa zazdrość. Całymi dniami trzyma żonę pod kluczem, zabiera ze sobą nie tylko na oficjalne przyjęcia, lecz także na wizytacje do fabryk i laboratoriów. Mandl stara się zadbać o to, żeby o dotychczasowym aktorskim dorobku Hedwig zapomniano. Do legendy przeszło, jak próbował wykupić wszystkie rozesłane po świecie kopie „Ekstazy” – na szczęście bezskutecznie, choć wykładał sporą gotówkę.

Jakie znaczenie miało to, że był nazistą? Austria, wzorem Niemiec, stawała się krajem coraz brutalniejszego antysemityzmu, nad żydowską rodziną Kieslerów krążyło widmo prześladowań. Małżeństwo z Mandlem w pewnością chroniło Hedwig, zwłaszcza że jej mąż był człowiekiem bardzo wpływowym, znającym osobiście nazistowskich przywódców, podobno także Hitlera.

A jednak z biegiem czasu stawało się jasne, że nawet wpływy męża to niedostateczna ochrona. Z miesiąca na miesiąc atmosfera w kraju się zagęszczała, nie brakowało przypadków wydawania władzom żydowskich współmałżonków. 13 marca 1938 roku Hitler oficjalnie wcielił Austrię do III Rzeszy. A 24-letnia Hedwig Kiesler postanowiła uciec.

Lamarr w obiektywie Toni Frissell po pierwszym hollywoodzkim sukcesie w filmie „Algier” (1938). (Fot. Getty Images) Lamarr w obiektywie Toni Frissell po pierwszym hollywoodzkim sukcesie w filmie „Algier” (1938). (Fot. Getty Images)

Niebo z akcentem

Jak sama wspominała, uśpiła w tym celu pilnującą ją pokojówkę, dosypując jej czegoś do herbaty. Uciekła pociągiem do Paryża. Przez jakiś czas miała z czego żyć, bo zabrała ze sobą kosztowności, którymi hojnie obdarowywał ją Mandl. Tylko co dalej, jak przetrwać w tak trudnych czasach? Wkrótce trafiła do Londynu, gdzie przebywał akurat Louis Burt Mayer – jeden z szefów hollywoodzkiej wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer przyjechał do Europy w poszukiwaniu nowych talentów. Hedwig wystarała się o spotkanie. Początkowo rozmowy szły opornie, bo film „Ekstaza” był zakazany także w USA, ale koniec końców wynegocjowała odpowiednią stawkę i wraz z Mayerem znalazła się na statku płynącym do Hollywood.

Ameryka tamtych lat była nie mniej purytańska niż III Rzesza. A jednak, mimo skandalizującej reputacji, Hedwig (a właściwie już Hedy Lamarr, bo pod takim pseudonimem pojawiła się w Hollywood), została przez branżę filmową przyjęta życzliwie. Jeszcze w tym samym roku zagrała u boku Charlesa Boyera i Sigrid Gurie w kasowej produkcji „Algier”, która spodobała się widzom, natychmiast więc pojawiły się kolejne propozycje ról dla Hedy. Wystąpiła też między innymi z Clarkiem Gable’em w „Gorączce nafty” i „Towarzyszu X”, z Judy Garland w „Kulisach wielkiej rewii”, grywała ze Spencerem Tracym. Nawet jeśli nie stała się pierwszoplanową gwiazdą, była bardzo znana. Na każdym kroku podkreślano jej urodę. Filmy z udziałem Lamarr reklamowano jako produkcje z „najpiękniejszą kobietą w Hollywood”. Zgodnie z obowiązującą w tamtych czasach manierą dziennikarze nazywali ją też „marzeniem 50 milionów mężczyzn” czy „niebem z akcentem”. Bez wątpienia miała w sobie coś wyjątkowego. To ona wiele dekad później będzie inspiracją dla Ridleya Scotta – pierwowzorem zmysłowej kruczowłosej Ruth z kultowego „Łowcy androidów”. Ona także (razem z Jean Harlow) zainspirowała Boba Kane’a do stworzenia słynnej komiksowej serii „Catwoman”.

Jaki mamy dzień?

Sukces miał swoją cenę. Lamarr kręciła średnio cztery filmy rocznie, co oznaczało, że praktycznie nie schodziła z planu. „Zazwyczaj nie wiedzieliśmy, jaki jest dzień ani która godzina, bo kręciliśmy także w weekendy” – wspominała. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wielkie wytwórnie miały swoje sprawdzone sposoby. Hedy korzystała z usług między innymi Maxa Jacobsona, który do historii przeszedł jako „Dr Feelgood” lub „Miracle Max”. Ten zatrudniany przez studio MGM lekarz specjalizował się w zapewnianiu wyczerpanym sławom chwil chemicznego szczęścia, a ze swoimi problemami zwracali się do niego Truman Capote czy Marlena Dietrich. Hedy regularnie przyjmowała ogromne ilości leków, na przemian pobudzających i uspokajających, do tego dochodziły alkohol i narkotyki. Pełna hipokryzji branża chętnie plotkowała też o jej życiu erotycznym. Miała opinię nimfomanki. Wyszła za mąż jeszcze pięć razy, sama przyznała się do setki kochanków. Mówiła: „Nie chcę być przez mężczyzn czczona. Chcę, by reagowali na mnie cieleśnie, i chcę ich odrzucać”.

W 1944 roku skończyła trzydziestkę. Jak na standardy Hollywood nie była już najmłodsza, czuła na plecach oddech konkurencji. W połączeniu z niemal permanentnym odurzeniem bądź kacem tworzyło to mieszankę mocno depresyjną. Zwłaszcza że z biegiem czasu pojawiało się coraz mniej filmowych propozycji. Jej kariera blakła, coraz częściej brakowało Hedy pieniędzy. Lata 50. to już czas w jej życiu mroczny i pełen frustracji. Uzależnienia sporo kosztowały, zaczęła się obsesja na punkcie zabiegów upiększających i operacji plastycznych, nieraz przyłapywano ją na sklepowych kradzieżach. Upadek Lamarr musiał być uderzający, skoro w 1966 roku Andy Warhol nakręcił film „Hedy” – historię schyłku popularności, pełną gorzkiej ironii.

Nie miała nawet pojęcia, że w czasie, kiedy rozgrywał się jej dramat, w wojskowych laboratoriach trwały prace nad wynalazkiem jej pomysłu, który kilka dekad później miał zmienić codziennie życie ludzi.

Hedy na plaży podczas festiwalu w Wenecji (druga połowa lat 50.). (Fot. Forum) Hedy na plaży podczas festiwalu w Wenecji (druga połowa lat 50.). (Fot. Forum)

Spotkanie przy winie

Wiemy, że lubiła wymyślać nowinki z różnych dziedzin. Stworzyła na przykład tabletkę musującą, która rozpuszczona w wodzie nadawała jej smak zbliżony do coca -coli, myślała o urządzeniu pomagającym osobom starszym i z niepełnosprawnością ruchową przy korzystaniu z wanny. Ale do historii przeszedł zupełnie inny jej wynalazek. Na ten pomysł wpadła prawdopodobnie już w trakcie małżeństwa z Mandlem. W fabrykach jej męża pracowano nad urządzeniami służącymi do naprowadzania pocisków i torped metodą radiową. Hedy wiedziała, że stosowane wówczas metody są niedoskonałe, bo radiowy sygnał przeciwnik mógł zakłócić, wysyłając swój, na tej samej częstotliwości. Już wtedy myślała o lepszych rozwiązaniach, ale dopiero w Stanach pojawiła się okazja, żeby wrócić do tematu. Kluczowe okazało się przypadkowe spotkanie George’a Antheila, muzyka, eksperymentatora, którego awangardowe kompozycje potrafiły wywoływać uliczne zamieszki. Antheil był nie tylko muzycznym wizjonerem, ale też zdolnym technikiem, sprawnie przetwarzającym istniejące instrumenty bądź tworzącym zupełnie nowe, w poszukiwaniu świeżych brzmień. Oboje pochodzili z Europy Środkowej, oboje zetknęli się z grozą III Rzeszy, niezobowiązująca rozmowa przy butelce wina szybko zamieniła się w konkretną dyskusję nad kwestiami technicznymi. Okazało się, że Lamarr ma doskonały pomysł, jak zwiększyć skuteczność alianckiego ostrzału, Antheil zaś potrafi pomysł ten zrealizować pod kątem technicznym. Kilka kolejnych tygodni oboje spędzili w hotelowym pokoju, pracując nad wynalazkiem.

Pomysł był taki: żeby uniemożliwić zakłócenie radiowego sygnału naprowadzającego pociski, należy emitować go na zmiennych częstotliwościach. Antheil postanowił zastosować perforowane paski od pianoli – uzyskiwał w ten sposób możliwość nadawania na 88 częstotliwościach, dokładnie tylu, ile klawiszy liczy pianola. 10 czerwca 1941 roku Lamarr i Antheil złożyli wniosek patentowy systemu FHSS (Frequency Hopping Spread Spectrum), a po jego uzyskaniu natychmiast przekazali go armii amerykańskiej.

I co? I nic. Armia nie zdecydowała się wcielić pomysłu w życie, choć zaledwie pół roku później japoński atak na Pearl Harbor sprawił, że USA przystąpiły do wojny. Chyba jednak już wówczas przeczuwano, że pomysł Lamarr i Antheila może mieć w przyszłości jakieś znaczenie militarne, skoro go utajniono. Po raz pierwszy zdecydowano się na jego wykorzystanie dopiero podczas blokady Kuby, ale na swój globalny sukces musiał czekać jeszcze dobre trzy dekady.

W latach 90. zwrócono uwagę, że FHSS może doskonale sprawdzać się nie tylko w kwestiach militarnych, ale we wszystkich technologiach związanych z łącznością bezprzewodową. Prace nad udoskonaleniem systemu ruszyły ostro do przodu, w efekcie nastąpił rozwój Internetu, telefonii komórkowej. Gdyby nie pomysł Lamarr, nie byłoby Wi-Fi, Bluetootha, GPS-u i dziesiątków rzeczy, bez których dziś trudno wyobrazić sobie życie.

Bogata już byłam

Antheil tego nie dożył – zmarł pod koniec lat 50. Za to Hedy zdążyła jeszcze zobaczyć globalne skutki swojego młodzieńczego pomysłu, a nawet skorzystać na nich zarówno finansowo, jak i, a może przede wszystkim, wizerunkowo. Na przełomie lat 80. i 90. jeśli ktoś jeszcze o Lamarr pamiętał, to głównie w związku z nagłaśnianymi przez prasę kradzieżami sklepowymi. Hedy kreowano na jedną z wielu ofiar złotej ery Hollywood, postać godną współczucia, a jednocześnie żałosną.

I nagle nazwisko ponadosiemdziesięcioletniej gwiazdy wróciło w zupełnie innym kontekście. Stała się symbolem technologicznego postępu. W 1998 roku firma Corel wykorzystała twarz Hedy Lamarr na okładce CD z programem „Corel Draw”. Nawiasem mówiąc – bezprawnie, co kosztowało Corela 5 milionów dolarów i znowu uczyniło Hedy osobą majętną. To akurat nie było, według niej, aż tak istotne. „Bogata już byłam” – mawiała często z lekceważeniem. Zmarła dwa lata później, w styczniu 2000 roku, na granicy XXI wieku, który tak wiele jej zawdzięcza.

  1. Styl Życia

Sewing Together – projekt, który wspiera kobiety w Kenii

Maja Kotala z jedną ze swoich studentek z Sewing Together (Fot. archiwum prywatne)
Maja Kotala z jedną ze swoich studentek z Sewing Together (Fot. archiwum prywatne)
Dla kenijskich dziewcząt dzień zaczyna się zwykle od prac domowych i rodzinnych obowiązków. Jednak coraz więcej z nich docenia możliwość nauki. Każda nowa umiejętność, jak szycie czy projektowanie ubrań, może dać im szansę na zarobienie własnych pieniędzy i większą niezależność. – Cały kurs jest za darmo. W tej chwili uczę 5 dziewczyn. Szyjemy letnią kolekcję. Za 3 tygodnie robię zmianę i zaczynam naukę z nowymi osobami – mówi Maja Kotala, pomysłodawczyni programu Sewing Together.

Większość uczennic w szkole jest między 19 a 25 rokiem życia. Chociaż pochodzą z różnych plemion (Luhia, Masajowie) dobrze się dogadują i są dla siebie nawzajem wsparciem. – Mam 15 lat doświadczenia w branży modowej i chciałam się z tym doświadczeniem podzielić z innymi. – podkreśla Maja Kotala – Pierwszy projekt edukacyjny uruchomiłam za swoje oszczędności oraz pieniądze zebrane od rodziny i przyjaciół. Wyjechałam do Ugandy, żeby przetestować program Sewing Together i dołączyłam wówczas do marki Kimuli Fashionability. Zajmowałam się produkcją płaszczy przeciwdeszczowych, szytych z worków po cukrze. Wyszkoliłam wtedy pierwsze 4 studentki, które bazując na moich metodach, wyszkoliły kolejne 5 osób.

Projekt Sewing Together powstał w 2018 roku. Jego idea polega m.in. na tym, że wyedukowane kobiety szkolą kolejne. Maja jednak nie tylko uczy szycia. – Uczę je jak tworzyć kolekcje. Uczę podstaw biznesu, marketingu, sprzedaży, umiejętności targowania się i tego jak zachować się wobec klienta. Zapraszam też ich rodziców, żeby mogli zobaczyć prace swoich córek.

Maja Kotala ze światem mody zetknęła się w wieku 18 lat. Przez 5 lat mieszkała w Sydney, gdzie ukończyła studia projektowania mody. Kolejne 6 lat spędziła w Paryżu, pracując dla branży modowej (reprezentowała marki modowe na rynku światowym).

Dlaczego Afryka? – Kontynent afrykański od zawsze był w moim sercu. Od dziecka byłam podróżnikiem. Cztery lata temu zaczęłam szukać swojego miejsca w życiu. Zrozumiałam jakie życie przyniosło mi szczęście i postanowiłam dzielić się tym, co otrzymałam. Po Australii i Paryżu odnalazłam swoje miejsce w Afryce. Afryka jest pełna piękna, kolorowa, otwarta. Nigdy nie spotkałam się z tak dobrym nastawieniem. Tu poczułam się naprawdę wolna – mówi Maja – Pomimo ogromnej biedy i problemów nie widać tego na twarzach ludzi, zawsze pogodnych i uśmiechniętych. Ci ludzie są pełni radości i determinacji. Nabrałam więc siły, żeby walczyć o te utalentowane dziewczyny.

Dzień Kobiet (Fot. archiwum prywatne)Dzień Kobiet (Fot. archiwum prywatne)

Swoją przygodę z Afryką i z działalnością na rzecz innych ludzi Maja zaczynała od Ugandy i Nairobi. W 2019 r. w Nairobi przyłączyła się do Armii Zbawienia, która miała pod opieką dziewczęta z Girls Training Center (szkoła dla młodych kobiet, które ze względów ekonomicznych nie dokończyły edukacji). Jak wspomina: - Podczas tego wyjazdu wyszkoliłam 20 kobiet, dając im umiejętność projektowania, szycia, umiejętności prowadzenia biznesu i coś, czego nie uczą w żadnych szkołach - „women empowerment”. Każdego dnia inspirowałam je do walki o siebie, wiary w swoje siły, pokazywałam jak pielęgnować kobiecość, czego zwieńczeniem był zorganizowany wspólnie pokaz mody. Dziewczyny prezentowały stworzoną wspólnie kolekcję, a same wcieliły się w role modelek. Skupiłam się bardziej na tym, żeby je zmotywować do działania. Dzięki temu one nabrały chęci do nauki, za co były bardzo wdzięczne. Nie inspiruje się tutaj kobiet do tego, żeby się uczyły. Nie budują one wiary w siebie. Mężczyźni zwykle podchodzą do nich „z góry”, jak do niższych rangą.

Kolekcja spodni uszytych z kikoy, jednego z ostatnich materiałów, który jest ręcznie tkany w Kenii (Fot. archiwum prywatne)Kolekcja spodni uszytych z kikoy, jednego z ostatnich materiałów, który jest ręcznie tkany w Kenii (Fot. archiwum prywatne)

Dla większości dziewczyn w Kenii (ale też w innych afrykańskich państwach) poranek zaczyna się od prac związanych z domem (gotowanie, sprzątanie). Starsi z rodzeństwa odpowiedzialni są za młodszych, więc tutaj też trzeba wywiązać się z przydzielonych obowiązków. Pozycja kobiet w Kenii jest wciąż dosyć trudna. Pomocne jest jednak to, że niemal wszystkie młode kobiety mówią po angielsku, który jest podstawowym językiem w szkole (dzieci uczą się w języku angielskim już od szkoły podstawowej). Znają też suahili oraz swoje języki plemienne.

Dziewczynom w szkole Sewing Together ta nauka daje możliwość odcięcia się od silnego stereotypu, według którego kobieta ma przede wszystkim siedzieć w domu i zajmować się z dziećmi. – Jedna z moich uczennic pochodzi z rodziny muzułmańskiej i nie wolno jej iść na studia. W szkole radzi sobie najlepiej. Jest bardzo zdolna. Inna z kolei jest młodą matką, która walczy o swoją niezależność. Mam też uczennicę, która z przymusu studiuje coś w rodzaju hotelarstwa, ale jej pasją jest moda – wymienia Maja.

Sewing Together, wraz z marką Nago, angażuje się w walkę z ubóstwem menstruacyjnym (Fot. archiwum prywatne)Sewing Together, wraz z marką Nago, angażuje się w walkę z ubóstwem menstruacyjnym (Fot. archiwum prywatne)

Program Sewing Together współdziała z lokalnymi organizacjami, które również niosą pomoc (m.in. z polską Fundacją Mogę Się Uczyć, także działającą na miejscu). Dziewczyny, które zaczynają naukę szyją torebki i podpaski wielorazowego użytku. Razem z Fundacją wspomagają akcję związaną z ubóstwem menstruacyjnym. – Miałam możliwość podróżować po Kenii, więc tutaj problem ubóstwa menstruacyjnego jest bardzo widoczny. Niektóre dziewczynki, nie mając żadnych środków na czas menstruacji, ze wstydu nie przychodzą do szkoły. W niektórych odległych wioskach dzieciom brakuje ubrań. Brakuje więc materiałów, które można by użyć jako popaski – podkreśla Maja Kotala. – Uszyłyśmy właśnie 100 podpasek wielorazowego użytku, które zostaną za chwilę dostarczone do wioski Masajów. U Masajów nie mówi się o takich rzeczach jak menstruacja czy seksualność. Nawet bieliznę suszy się pod innymi ubraniami. Uszyłyśmy więc dodatkowo woreczki, w których dziewczęta będą mogły suszyć swoje podpaski.

Oprócz charytatywnie działającej szkoły, założeniem programu Sewing Together jest też ekologiczne i zrównoważone podejście do mody. Większość kolekcji bazuje na upcyklingu. Ubrania szyte są najczęściej z bawełnianych prześcieradeł i pościeli. Szkoła zakupiła też dobrej jakości żagle od miejscowych żeglarzy, z których dziewczyny uszyły kurtki.

– Mam takie podejście, że nie chcę prosić o pieniądze. Wolę, żeby ktoś coś kupił i w ten właśnie sposób wsparł nasz projekt. Dlatego też założyłam internetowy Charity Shop z naszymi produktami (T-shirtami, biżuterią), wszystko po to, aby utrzymać szkołę i móc szkolić kolejne osoby. Coraz szerzej współpracujemy też z polskimi markami, które dedykują nam swoje produkty (Moja Butelka, Feba, Many Mornings), a część dochodu ze sprzedaży wspiera działania Sewing Together – podkreśla założycielka. – Moim celem jest, żeby ten projekt coraz bardziej się rozwijał. Zależy mi, żeby niebawem stworzyć dla tych uczennic miejsca pracy…

www.mkotala.com

  1. Moda i uroda

Wiosenne nowości modowe, które nas zachwyciły

 W nowej kolekcji Pinko znajdziecie przewiewne maxi sukienki i spódnice idealne na letnie dni. (Fot. Federico De Angelis)
W nowej kolekcji Pinko znajdziecie przewiewne maxi sukienki i spódnice idealne na letnie dni. (Fot. Federico De Angelis)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Idzie wiosna! Pora zatem na sezonową zmianę zawartości garderoby. Potrzeba łączenia trendów i funkcjonalności jest dziś silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, dlatego szukamy projektów wygodnych i praktycznych, ale też stylowych i estetycznie wykonanych. Oto wiosenne nowości modowe, które szczególnie nas zachwyciły. 

Solar

Wiosenna linia Solar Weekend powstała z myślą o odpoczynku, zwolnieniu tempa, odprężeniu i wygodzie. Zaprojektowane w duchu less is more modele są nie tylko wygodne, ale też łączą w sobie prostotę, jakość i nowoczesność. Dzianinowe komplety, miękkie bluzy i dopasowane joggersy z kantem idealnie sprawdzą się również na home office. Wszystkie modele zostały uszyte w Polsce z otulającej ciało certyfikowanej bawełny organicznej.

Wiosenna linia Solar Weekend powstała z myślą o odpoczynku, zwolnieniu tempa, odprężeniu i wygodzie. (Fot. materiały prasowe Solar) Wiosenna linia Solar Weekend powstała z myślą o odpoczynku, zwolnieniu tempa, odprężeniu i wygodzie. (Fot. materiały prasowe Solar)

Gino Rossi

Nowa kolekcja Gino Rossi Simple Chic to czysta elegancja i szyk. Składa się się z dwóch modeli – klasycznych czółenek z noskiem w szpic na niższym i na wyższym obcasie oraz wygodnej, praktycznej torebki z bocznym uchwytem. Wszystkie projekty wykonane są ze skóry naturalnej z połyskiem i dostępne są w różnych odcieniach. Kolekcja, choć czerpie z wybiegowych trendów, jest niezwykle ponadczasowa. Z pewnością spodoba się fankom minimalizmu i paryskiego stylu.

Nowa kolekcja Gino Rossi Simple Chic to czysta elegancja i szyk. (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel) Nowa kolekcja Gino Rossi Simple Chic to czysta elegancja i szyk. (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)

Lilou

Kolczyki Cocktail powstały z myślą o celebracji radosnych chwil, takich jak chociażby spotkanie z najbliższymi. Projekt składa się z czterech złączonych kul i tworzą spektakularny efekt. Występują w trzech wersjach: stal szlachetna pozłacana 18 karatowym zlotem, srebro 925 oraz z perłami. Idealnie sprawdzą się jako oryginalny akcent zarówno do casualowej, jak i wieczorowej stylizacji.

Kolczyki Cocktail powstały z myślą o celebracji radosnych chwil, takich jak chociażby spotkanie z najbliższymi. (Fot. materiały prasowe Lilou) Kolczyki Cocktail powstały z myślą o celebracji radosnych chwil, takich jak chociażby spotkanie z najbliższymi. (Fot. materiały prasowe Lilou)

Pinko

Po roku wypełnionym wirtualnymi spotkaniami w ulubionym dresie najwyższy czas na zmianę. W nowej kolekcji Pinko znajdziecie przewiewne maxi sukienki i spódnice idealne na letnie dni. Frędzle i naturalna paleta kolorów z połączeniu z morskimi odcieniami tworzą energetyczną harmonię. Na uwagę zasługują też torebki - kultowa Love Bag z papużkami tworzącymi przepiękną klamrę oraz Big Puff i Top Handle udekorowane wstawkami z rafii, haftami i ćwiekami.

W nowej kolekcji Pinko znajdziecie przewiewne maxi sukienki i spódnice idealne na letnie dni. (Fot. Federico De Angelis) W nowej kolekcji Pinko znajdziecie przewiewne maxi sukienki i spódnice idealne na letnie dni. (Fot. Federico De Angelis)

Certina

Wodoszczelność, niezwykle wytrzymała konstrukcja i jednokierunkowo obrotowy pierścień lunety sprawiają, że zegarek DS Action Lady ma wiele zastosowań - idealnie sprawdzi się zarówno w biznesowym wydaniu, jak i podczas podwodnych wypraw. Nowe wersje zegarka, opatrzonego certyfikatem chronometru, łączy fascynacja podwodnym światem, a ich tarcze ozdobione zostały mieniącymi się, ozdobnymi falami.

Zegarek DS Action Lady sprawdzi się zarówno w biznesowym wydaniu, jak i podczas podwodnych wypraw. (Fot. materiały prasowe Certina) Zegarek DS Action Lady sprawdzi się zarówno w biznesowym wydaniu, jak i podczas podwodnych wypraw. (Fot. materiały prasowe Certina)

  1. Zdrowie

Ile w nas małpy, ile człowieka? – tłumaczy genetyk, prof. Ewa Bartnik

Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To niby-śmieciowe DNA wcale nie było końcem zaskoczeń. Jeszcze ciekawsze fakty wyszły na jaw, kiedy porównaliśmy nasz świeżo odczytany genom z genami naszych najbliższych ewolucyjnych krewniaków, czyli innych naczelnych. Stało się jasne, że różni nas mniej, niż kiedykolwiek nam się wydawało – z szympansami i gorylami dzielimy 98–99 procent genów.

Tylko 1, góra 2 procent genów sprawiły, że staliśmy się Homo sapiens. Jakie to geny? To pytanie, które narzuciło się samo, a poszukiwaniem tak zwanych genów człowieczeństwa przez lata zajmowało się wiele zespołów badawczych na całym świecie.

Geny człowieczeństwa

O ile na początku wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy jeden, przełomowy gen, który uczynił nas tym, czym jesteśmy, to dzisiaj wiemy już, że takiego genu po prostu nie ma. Za różnice między nami a szympansami odpowiada co najmniej kilka bardzo ważnych genów, ale żaden z nich w pojedynkę nie da nam wyraźnego „człowieczeństwa”. Prawda jest też taka, że te porównania są niezwykle trudne technicznie, bo o ile bez problemu znajdziemy ten czy inny gen w DNA człowieka, szympansa, goryla lub bonobo, to już nawet drobne zmiany w genach – na przykład dotyczące jednej litery – mogą nam łatwo umknąć. Dlatego zamiast porównywać budowę poszczególnych genów, w poszukiwaniach różnic między człowiekiem a małpami naukowcy skoncentrowali się na identyfikowaniu tych genów, które my mamy, a inne naczelne nie, albo odwrotnie – tych, które istnieją u małp, a u nas są one nieobecne, zagubione w toku ewolucji. Dzięki temu wiemy, że ogromna większość genów szympansa występuje u człowieka i na odwrót. Jednak człowiek utracił pewne geny – nie mamy owłosienia na ciele, utraciliśmy szereg receptorów węchowych. Przeciętne białko ludzkie różni się dwoma aminokwasami od swojego szympansiego odpowiednika, a aż 29 procent białek jest identycznych.

Pytanie tylko, które geny mogły okazać się kluczowe dla rozwoju naszego gatunku. Pewnie nie była to mutacja pozbawiająca nas owłosienia na ciele, a raczej geny związane z rozwojem mózgu, mowy, wyprostowanej postawy.

Jednym z tych, którym przypisuje się duży udział w tworzeniu naszego „człowieczeństwa”, jest gen FOXP2, który prawdopodobnie miał związek z wykształceniem się zdolności Homo sapiens do sprawnego posługiwania się mową. Genetycy stwierdzili, że w genie tym zaszły duże zmiany po oddzieleniu się linii ewolucyjnych przodków człowieka i szympansa – oznacza to, że w tym czasie gen zmienił swoją funkcję, ewoluował. Co więcej, udało się też zaobserwować, czym jego brak może skutkować u ludzi. Mutację w tym genie wykryto bowiem u pewnej rodziny w Anglii. Okazało się, że mutacja spowodowała zanik mowy i niezdolność do tworzenia struktur gramatycznych i składniowych. Ale żeby sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana, gen ten – choć nie odgrywa żadnej roli u małp – jest bardzo aktywny u ptaków śpiewających, a laboratoryjne próby z jego aktywacją u myszy spowodowały, że gryzonie zyskiwały szeroką gamę wokalizacji. Wygląda więc na to, że gen dziedziczony jest przez zwierzęta na naszej planecie od bardzo dawna, tylko u różnych gatunków ujawnia się z różną siłą.

Genetycy porównujący geny ludzkie i szympansie zwrócili uwagę również na gen MYH16, kodujący jedną z form łańcucha ciężkiego białka miozyny u człowieka. Kiedyś, około 2,5 miliona lat temu, u naszych przodków zaszła w nim zmiana, która wpłynęła na osłabienie mięśni szczęki, zmniejszenie twarzoczaszki i wzrost mózgoczaszki – czyli sprawiła, że mamy delikatniejsze twarze niż małpy, mniej wydatne szczęki oraz dużo miejsca w czaszce na rosnący mózg. Ale znowu – czy ta właśnie zmiana była kluczowa w naszej ewolucji? Tego nie możemy powiedzieć.

Ludzkie DNA

Dzisiaj istnieją już całe listy genów, które miały swój prawdopodobny udział w kształtowaniu naszych ludzkich cech. W jednej z ostatnich prac na ten temat autorzy dzielą zidentyfikowane dotychczas „geny człowieczeństwa” na trzy grupy. Pierwsza z nich, która na pewno miała udział w powstaniu Homo sapiens, obejmuje tylko dwa geny – FOXP2 oraz gen CMAH, mający swój udział w budowaniu naszej odporności. Kolejna, większa nieco grupa to 18 genów, których wpływ określany jest jako „prawdopodobny, mający pozory słuszności”. Jest jeszcze trzecia grupa 15 genów, których oddziaływanie określa się słowem „możliwe”. I znowu podkreślmy niezwykle ważną rzecz – nie same sekwencje genów odpowiadają za to, jak wygląda i zachowuje się człowiek. Ważna jest też ekspresja genów – wyglądający tak samo gen może u różnych gatunków zachowywać się zupełnie inaczej, może produkować swoje białko w innym miejscu w organizmie, na innym etapie rozwoju zarodka. To są zmienności, które mogą zaważyć i na wyglądzie, i na zdolnościach intelektualnych każdego gatunku.

Nie tylko wygląd czy budowa ciała są zresztą tutaj ważne. Udział w budowaniu sukcesu Homo sapiens miały też z pewnością geny dające nam długowieczność. Warto bowiem podkreślić, że żyjemy niemal dwukrotnie dłużej niż nasi najbliżsi krewni w zwierzęcym świecie. Oznacza to także, że mamy więcej czasu na przekazywanie swojego kulturalnego dorobku kolejnym pokoleniom. Bo przecież nie tylko geny, ale i kultura odgrywa olbrzymią rolę w ukształtowaniu się naszego gatunku. Gdybyśmy nie wychowywali się w otoczeniu ludzi, którzy od naszego urodzenia do nas mówią, przekazują nam swoją wiedzę i zwyczaje, sami też nie bylibyśmy ludźmi. Gdyby, jak głosi słynna legenda, Romulus i Remus zostali wychowani przez wilczycę w lesie, z pewnością nie zbudowaliby Rzymu, ale biegali po polanach, polując na zające.

Geny neandertalczyków – ile ich mamy?

Odczytanie genomu człowieka nie dostarczyło więc zbyt wielu informacji na temat naszej wyjątkowości, ale dokonało czegoś innego – uświadomiło nam, jak bliskie pokrewieństwo łączy nas z innymi istotami zamieszkującymi naszą planetę. Nie możemy już wyprzeć się tego pokrewieństwa. Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach. Dzięki zsekwencjonowaniu genomu neandertalczyka w 2012 roku przez zespół prof. Svantego Pääbo z Instytutu Maksa Plancka w Lipsku wiemy już z całą pewnością, że przedstawiciele tego gatunku, czy jak dzisiaj mówi się częściej podgatunku Homo sapiens, byli pod względem genetycznym prawie identyczni jak my. Na przykład mieli identyczną jak Homo sapiens wersję genu FOXP2, umożliwiającą sprawne porozumiewanie się, a przecież w konfrontacji z nami wyginęli. Czy to coś w genach sprawiło, że my wygraliśmy w ewolucyjnym wyścigu, a nie Homo neanderthalensis? Bardzo wątpliwe. To raczej nasza kultura – w tym przypadku kultura wojowniczości i zdobywania świata – wzięła górę nad nieco być może mniej pod tym względem zapalczywymi neandertalczykami.

Odczytanie DNA Homo neanderthalensis pokazało nam coś jeszcze bardziej szokującego – podczas naszych pierwszych spotkań z nimi, które nastąpiły około 50 tysięcy lat temu, tuż po tym, jak człowiek rozpoczął wędrówkę z Afryki na inne lądy, mogło być naprawdę gorąco! Porównanie naszych genów z genami neandertalczyka jasno bowiem wykazało, że te dwa podgatunki człowieka uprawiały ze sobą seks. Było to częste do tego stopnia, że do dziś w naszych genach nosimy nawet 4 procent genów neandertalskich, w tym geny, które dały nam odporność na nowe choroby, nieobecne w Afryce. To jednak musiał być seks pełen przemocy – wydaje się, że dochodziło głównie do gwałtów, których dopuszczali się neandertalscy mężczyźni na ludzkich kobietach. Gdyby w procederze tym brały udział neandertalskie kobiety, przekazałyby nam one zapewne choć odrobinę mitochondrialnego DNA. A badania wykazały, że w naszych genach nie ma śladów po mtDNA neandertalek. Czyżby były aż tak nieatrakcyjne, że żaden mężczyzna Homo sapiens nie zdecydował się na gatunkowy skok w bok? Kto wie, choć bardziej prawdopodobne, że zadziałał tu przypadek. Po prostu żadna z kobiet, które urodziły się ze związku neandertalki i człowieka, nie miała nieprzerwanej do obecnego czasu linii córek – a to przecież jest niezbędne do zachowania neandertalskich mitochondriów, przekazywanych wyłącznie z matki na córkę.

Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock) Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock)

Rdzenni mieszkańcy Afryki to jedyna czysta rasa Homo sapiens

Swoją drogą, kiedy patrzę na te badania, przypomina mi się mój nieżyjący już tata – prawnik, specjalista od apartheidu. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że była to totalitarna ideologia rządów Republiki Południowej Afryki, która zakazywała między innymi łączenia się w pary ludzi rasy białej i czarnej, aby zachować „czystość” białych na Czarnym Lądzie. Mój ojciec walczył z tą ideologią z humanitarnego, prawniczego punktu widzenia. Gdyby zobaczył wyniki sekwencjonowania genomu ludzkiego, zapewne miałby wielką satysfakcję. Dowodzą one bowiem, że jedyną naprawdę czystą rasą Homo sapiens są rdzenni mieszkańcy Afryki. My wszyscy, którzy z Afryki wyszliśmy, aby zdobywać inne lądy, jesteśmy zwykłymi mieszańcami, noszącymi w swoich genach – co już wiemy z całą pewnością – nie tylko DNA neandertalczyków, ale też i denisowian, jeszcze bardziej prymitywnego gatunku człowieka, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się z analiz genetycznych kopalnych fragmentów dwóch kosteczek palca oraz zęba, znalezionych w 2010 roku w Denisowej Jaskini na Syberii. Tak, z nimi też uprawialiśmy seks. I to pewnie nie koniec erotycznych interakcji Homo sapiens z wymarłymi krewniakami. Tata byłby bardzo zadowolony.