1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Bell Hypoallergenic - Kolekcja By Marcelina

Bell Hypoallergenic - Kolekcja By Marcelina

Pierwsza kolekcja matowych pomadek współtworzonych z ambasadorką marki Bell HYPOAllergenic Marceliną Zawadzką i inspirowanych ważnymi dla niej miejscami na całym świecie.

Intensywnie napigmentowane pomadki pozostawiają trwały, matowy efekt makijażu, a modne kolory podkreślają naturalne piękno ust.

Sprawdź kosmetyki do makijażu pomadki

Subtelna prostota i świeżość - to cechy makijażu w stylu nude. Klasyczna naturalność sprawdzi się o każdej porze roku i w każdej sytuacji. Małgosia Smelcerz i ambasadorka naszej marki Marcelina Zawadzka pokażą Wam, jak w łatwy sposób wykonać taki make up kosmetykami Bell HYPOAllergenic. Makijaż dopełniają matowe, pełne intensywnego koloru usta i manicure w identycznym odcieniu w kolorach z kolekcji BY MARCELINA – która obejmuje matowe pomadki do ust, lakiery do paznokci w identycznych odcieniach oraz precyzyjne konturówki. Stanowi ona połączenie doświadczenia marki Bell w kreowaniu nagradzanych kosmetyków do makijażu, wysokiej jakości składników oraz podróżniczych inspiracji Marceliny.

Zobacz także lakiery akrylowe Zobacz też: pomadki do ust

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Piękna jak Lady Di

Piękna cera i piękny uśmiech to znaki rozpoznawcze Lady Di. (Fot. Getty Images)
Piękna cera i piękny uśmiech to znaki rozpoznawcze Lady Di. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Księżna Diana wierzyła w zasadę „Beauty from within”, piękno rodzi się w środku. Dbała o regularny sen, ćwiczyła, piła warzywne koktajle. Mimo że miała dostęp do najbardziej luksusowych kosmetyków, robiła sobie maseczki DIY. Jej ulubiona składała się z: awokado, białka jajka, soku z cytryny i miodu.

Księżna Diana uwielbiała perfumy z nutami białych kwiatów i przypraw. Jak opowiada jej była makijażystka Mary Greenwell, księżna nigdy nie opuszczała pałacu bez spryskania się perfumami. Jednym z jej ulubionych zapachów był Diorissimo Dior.

Diorissimo dior 100 ml/558 zł (Butik Dior w Galerii Mokotów). Diorissimo dior 100 ml/558 zł (Butik Dior w Galerii Mokotów).

Lady Di skrupulatnie dbała o skórę. Demakijaż, tonizowanie, nawilżanie – to był codzienny rytuał. Podobno lubiła produkty marki Clarins, jak tonik rumiankowy. Obstawiam, że dziś w ramach wspierania brytyjskich marek sięgnęłaby po Miracle Tonic Amanda Lacy.

Miracle Tonic AmandA Lacy 60 ml/490 zł. Miracle Tonic AmandA Lacy 60 ml/490 zł.

Diana miała piękną cerę, ale skłonną do zaczerwienień i trądziku różowatego. Gdy problem się nasilał, stosowała naturalne olejki, między innymi z dzikiej róży, by ukoić skórę. W sympatii do naturalnych rozwiązań wyprzedziła swoją epokę. Teraz pewnie polubiłaby olejek oczyszczający do twarzy: róża, geranium, morela, Votary 100 ml/239 zł (zalando.pl).

Olejek oczyszczający do twarzy: róża, geranium, morela, Votary 100 ml/239 zł (zalando.pl). Olejek oczyszczający do twarzy: róża, geranium, morela, Votary 100 ml/239 zł (zalando.pl).

Produkty pielęgnacyjne Guerlain podobno także gościły w łazience księżnej. Dziś na półeczce miałaby nawilżającą, przeciwstarzeniową emulsję Super Aqua-Emulsion Guerlain.

Super Aqua-Emulsion Guerlain 50 ml/579 zł (Sephora). Super Aqua-Emulsion Guerlain 50 ml/579 zł (Sephora).

Manikiur według Lady Di? W młodości był to bardzo naturalnie wyglądający French lub po prostu jasny różowy lakier. Potem Diana przeszła metamorfozę. Poczuła się bardziej pewnie, kobieco, a na jej paznokciach pojawił się słynny czerwony odcień Revlon Red 18 zł (Puderikrem.pl).

Revlon Red 18 zł (Puderikrem.pl). Revlon Red 18 zł (Puderikrem.pl).

Przez lata znakiem rozpoznawczym Diany była błękitna konturówka. Potem jednak księżna poznała Mary Greenwell i błękit poszedł do lamusa. Zastąpiła ją czarna lub brązowa konturówka nałożona tuż przy linii rzęs i zgrabnie roztarta. Kto chce zobaczyć makijaż w stylu Lady Di według Mary Greenwell, może zajrzeć na youtube’owy kanał Lisy Eldridge – Mary gościnnie opowiada tu o tym, jak malowała księżną Dianę, i robi popisowy makijaż na modelce.

Couture Kajal Yves Sain Laurent 99 zł (Notino). Couture Kajal Yves Sain Laurent 99 zł (Notino).

Opalenizna? Podobno gdy Diana pokazała się publicznie z bladą cerą, dziennikarze prześcigali się w domysłach, dlaczego tak źle wygląda. Z tego powodu w pałacu miała prywatne solarium.

Wodoodporny bronzer do twarzy i ciała Amazonian Clay Tarte 145 zł (Sephora). Wodoodporny bronzer do twarzy i ciała Amazonian Clay Tarte 145 zł (Sephora).

  1. Moda i uroda

Cienie do powiek – jak wybrać idealne odcienie?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Chcesz podkreślić swoją urodę makijażem? Zadbaj przede wszystkim o odpowiedni makijaż oczu. Nie bez powodu mówi się, że są zwierciadłem duszy. Odpowiednio dobrane kosmetyki kolorowe pomogą Ci wydobyć głębię spojrzenia. Podstawa to oczywiście cienie do powiek. Po jakie odcienie sięgnąć, aby make-up był naprawdę udany? Podpowiadamy.

Cienie do powiek są niezbędne do wykonania niemal każdego makijażu. Nawet jeśli chcesz stworzyć tzw. makeup no makeup, w bardzo naturalnym stylu, może Ci być potrzebny cielisty cień, przy pomocy którego delikatnie wyrównasz koloryt powiek i rozjaśnisz spojrzenie. To właśnie ten odcień produktu pozwoli Ci uzyskać pożądany efekt. Jak zatem widzisz, kolorystyka cieni do powiek jest kluczowa.

Jak wybrać cienie do powiek w odpowiednich kolorach?

Liczba kolorów, w jakich są dostępne cienie do powiek, jest ogromna – bez względu na to, czy spojrzysz na klasyczne produkty, czy na naturalne cienie mineralne, np. te z oferty Annabelle Minerals. Dlatego nie jest łatwo stworzyć idealną kompozycję dla siebie.

Ale co tak naprawdę znaczy „idealna kompozycja kolorów cieni do powiek”? Współczesny makijaż nie uznaje granic i sztywnych reguł. Dlatego dobierając cienie, kieruj się przede wszystkim własnymi preferencjami. To Ty masz się sobie podobać w makijażu. Istnieje jednak kilka wskazówek, które nakierują Cię na odpowiednie odcienie. Podczas kupowania, zwróć uwagę na:

  • to, jaki styl makijażu preferujesz – czy na co dzień malujesz się mocno i wyraziście, a może stawiasz na bardziej stonowane i delikatne stylizacje oka? W pierwszym przypadku na pewno będziesz potrzebować ciemniejszych barw cieni o dobrej pigmentacji (bez nich nie powstanie np. ładne smokey eye). W drugim – subtelniejszych i bardziej naturalnych odcieni,
  • kolor swoich tęczówek – ważne, aby nie wybierać cieni do powiek w odcieniu dokładnie takim samym, jaki mają Twoje oczy. Warto jednak zadbać o to, aby ich barwy wzajemnie się dopełniały,
  • typ urody – jeśli masz ciepły typ urody, pomyśl o cieniach, które również mają takie tony, podobna zasada dotyczy osób „chłodnych”,
  • porę roku – wiosna i lato sprzyjają tworzeniu bardziej kolorowych i radosnych makijaży, a jesień i zima, tych neutralnych.
Przyjrzyjmy się zasadom doboru kolorystyki cieni stosowanym przez wizażystów.

Cienie do powiek a kolor tęczówek – jak wybrać najlepszą opcję?

O ile jeszcze kilka lat temu dopasowywanie koloru cieni do barwy oczu było kardynalną zasadą wizażu, o tyle dziś można sobie pozwolić na znacznie wyższy poziom eksperymentowania. Musisz być po prostu świadoma tego, jaki ostateczny efekt chcesz osiągnąć – np. „podbić” naturalną barwę tęczówek albo ją stonować.

Jeśli zależy Ci na tym, aby wydobyć kolor oczu i zaakcentować go, stosuj się do klasycznych zasad.

  • Niebieskie i szare oczy
Masz niebieskie lub szare oczy? Jeśli chcesz uzyskać efekt perfekcyjnej harmonii, wybierz cienie do powiek w neutralnych i chłodnych odcieniach – szarości, błękitu, zieleni, fioletu, a także różu. Pastelowe odcienie będą wyglądały bardzo subtelnie i dziewczęco.

Wolisz kontrastowy efekt? Jeśli tak, skieruj się w stronę cieni w tonach bordo, ciepłego różu, łososiowym czy brązowym. Możesz też sięgnąć po czerń, a nawet po złoto.

  • Zielone oczy
Dla uzyskania stonowanego efektu sięgnij po cienie do powiek, które dobrze harmonizują z odcieniem tęczówek – np. w barwach zieleni, błękitu czy żółci.

Dla wydobycia ciekawego kontrastu sięgnij po rudości, tony miedziane, czerwienie, purpurę oraz wyraziste fiolety. Całość możesz przydymić intensywną czernią.

  • Ciemnobrązowe oczy
Taki kolor tęczówki daje Ci bardzo szerokie możliwości wyboru kolorów cieni do powiek. Możesz wybrać harmonijne barwy – tony brązu, beżu, a także brzoskwiniowe czy lekko ceglane. Inna opcja to działanie na zasadzie kontrastu. Aby pomóc tęczówkom się „wybić”, sięgnij np. po butelkową zieleń, purpurę, śliwkowy fiolet, złoto czy turkus. Unikaj za to zimnych odcieni, wpadających w srebrzyste tony.
  • Piwne oczy
To również bardzo uniwersalny odcień tęczówek, który dobrze współgra z większością kolorów cieni do powiek. Te najlepiej harmonizujące z nim to „barwy ziemi” – neutralne beże, brązy, khaki, ale także szarości, odcień koralowy czy brzoskwiniowy. W kontrze możesz sięgnąć po zielenie, niebieskości oraz fiolety.

Dobierając cienie do powiek, zwróć też uwagę na oprawę oczu, a więc na kolor brwi i rzęs. Im włoski są jaśniejsze, tym bardziej powinnaś unikać ciemnego grafitu czy intensywnej czerni. W zamian sięgnij np. po ciemny brąz, który lepiej wpisze się w typowo słowiańską urodę.

Jeżeli nadal masz wątpliwości, jakie kolory cieni do powiek wybrać… przełóż teorię na praktykę i poeksperymentuj z różnymi barwami. Wykonaj makijaże w rozmaitych tonacjach, zrób sobie selfie i oceń obiektywnie, w której wersji siebie wyglądasz najkorzystniej. To może być świetna zabawa!

Pamiętaj także, że cienie nie służą wyłącznie do malowania oczu. Są również dostępne paletki przeznaczone do stylizacji brwi. Nie można o niej zapomnieć, ponieważ nawet najlepiej wycieniowane powieki nie będą wyglądały atrakcyjnie, jeśli nie zyskają dobrej „ramy”, czyli wyrazistych brwi.

  1. Psychologia

Przestańmy walczyć z przemijaniem! - apeluje Wojciech Eichelberger

Już niedługo będziemy wiecznie młodzi, piękni i szczupli. Dzięki tabletkom nie osiwiejemy. Manipulacja genami zlikwiduje nam zmarszczki. A żywność nowej generacji sama nas odchudzi. Raj. Czy jest więc powód, by stawać w obronie starości? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Wyobraźmy sobie lustro. A w nim przeglądają się razem wnuczka i babcia. Obie wyglądają tak samo dzięki manipulacji genami odpowiedzialnymi za starzenie się, chirurgii plastycznej i neofarmakologii. Ciekawe, jak to wpływa na ich relacje? Wiecznie młoda babcia i jej naturalnie młoda wnuczka – obie na tym tracą. Babcia traci możliwość bycia starą, mądrą, bogatą w życiowe doświadczenie kobietą. Doświadczającą przemijającego życia jako źródła miłości, radości i zachwytu. Wnuczka traci szansę na relację ze świadomą popełnionych przez siebie błędów i tego, co jest w życiu najważniejsze, matką swojej matki. Rzecz nie w powierzchowności, lecz w tym, że „wyliftowana” babcia poświęca większość czasu zabieganiu o wygląd i atrakcyjność, zamiast odkrywać swoją przyrodzoną mądrość.

A więc babcia na tym traci? Paradoksalnie, walcząc o wieczną młodość, tracimy życie. Umysł zajęty obsesyjną, beznadziejną walką z przemijaniem nie zazna ani zachwytu, ani radości, ani miłości, a tym bardziej spokoju. W dodatku rozdygotana, rozkapryszona i rozgoryczona nieuchronną porażką w walce z siłami natury babcia dzidzia jest często ciężarem dla otoczenia.

Wnuczka może być dla niej rywalką? Oczywiście. Tak jak w bajce o złej macosze, dla której odpowiedź lusterka na pytanie, kto jest najpiękniejszy na świecie, była najważniejszą sprawą w jej życiu. Więc gdy w końcu dowiaduje się, że najpiękniejsza na świecie jest jednak jej dorastająca pasierbica, postanawia ją zabić. Baśnie i mity wskazują na to, że wojna starości z młodością ma długą historię. Ostatnio się nasiliła na skutek agresywnego marketingu usług upiększająco - odmładzających. I tylko babcia prawdziwie pogodzona z życiem może swoim przykładem pokazać wnuczce, o co w tym wszystkim chodzi. Nie może tego zrobić babcia, która wygląda oraz myśli jak wnuczka. Taka budzi w dziewczynie politowanie.

Starość ma być wartością? Dziś widzi się w niej tylko obciążenie, np. młodzi muszą pracować na emerytury starych. Może dlatego chcemy za wszelką cenę ukryć upływ czasu, by nie poczuć się tym ciężarem? Starość ma głęboki sens i bardzo ważną rolę do odegrania. Wytyka wcześniej popełnione błędy, każe płacić niezapłacone rachunki, uczy pokory wobec życia, porządkuje system wartości, skłania do głębszej refleksji i poszukiwania prawdziwej tożsamości. Dlatego to tak ważne, by starzy przekazywali młodym swoją życiową mądrość. Pytanie tylko: skąd ją mają brać, skoro chcą żyć jak młodzi, myśleć jak młodzi, kupować to samo i tak wiele jak młodzi? Nie ma nic złego w uczeniu się od młodych tego, co przydatne. Ale nie należy dewaluować życiowej wiedzy i doświadczenia. Jeśli starzy nie zaczną cenić lekcji przemijania, to zagrozi nam wszystkim pandemia niedojrzałości, nieodpowiedzialności i niepohamowanej chciwości. Trzeba jednak przyznać, że docenienie własnej starości to dziś zadanie trudne. Starość jest bowiem kontrkulturowa i dlatego dewaluowana, spychana na społeczny i ekonomiczny margines. W państwowych rachubach znajduje się w rubryce czynników spowalniających rozwój gospodarczy. Starzy są bowiem marnymi konsumentami. Przy obecnych emeryturach nie da się na nich zarobić. W dodatku potrzebują mniej, a nie więcej, podążają raczej w stronę świątyni niż hipermarketu, wolą się wyzbywać, niż nabywać, nie dążą do odległych ambitnych celów – raczej zwalniają, odkrywając na nowo wartość tego, co bliskie, małe, znane i zwyczajne.

Może jednak podążanie ku świątyni da się pogodzić z korzystaniem z tego, co oferuje najnowsza antystarzeniowa technologia? Na przykład dzięki kosmetykom trójwymiarowym będzie można zmieniać kształt nosa czy ust… Może wracamy do raju? A co tam – idźmy na całość! Po co w ogóle żyć w tym kruchym, zużywającym się ciele? Film science fiction „Surogaci” przedstawia wizję rozwiązania naszych cielesnych problemów. Każdy może kupić sobie zdalnie sterowanego mózgiem, idealnie prezentującego się i supersprawnego surogata. Wyobraźmy sobie – sami leżymy wygodnie na skomputeryzowanym fotelu, który przekazuje surogatowi nasze mózgowe impulsy i zwrotnie transmituje nam do mózgu to, co odbierają jego elektroniczne zmysły. A surogat żyje za nas: pracuje, uczy się, gotuje, wychowuje dzieci, flirtuje i kocha się z innymi surogatami. Kiedy dzieje się coś, co użytkownikowi nie odpowiada, to w każdej chwili można go wyłączyć. Nie choruje. Nie starzeje się. Jest niezniszczalny i nieśmiertelny.

W przeciwieństwie do nas. Nam za drzwiami domu zagrażają choroby, terroryści, pijani kierowcy, trąby powietrzne, a nawet kiełki z bakteriami zabójcami... Może więc dobrze mieć surogata? Propaganda zagrożenia jest tak silna, że znaczna część z nas już dziś z ulgą zdecydowałaby się na zakup surogata, a jeszcze chętniej zainwestowała w surogaty dla dzieci. Ale film ma morał, który mówi, że lekarstwo bywa gorsze od choroby. Użytkownik surogata, chcąc chronić i przedłużyć swoje życie, w rezultacie je marnuje. Leżąc całymi dniami na fotelu sterowniczym, śni swoje życie, zamiast je autentycznie przeżywać. A czyż nie po to się rodzimy, aby doświadczać? By – czerpiąc lekcje z naszych radości i cierpień, wzlotów i upadków – szukać szczęścia i satysfakcji, a nade wszystko uwolnić się od lęku przed stratą, rozstaniem, przemijaniem i śmiercią? Jeśli tak, to unikajmy pokusy posiadania surogata. Bo gdy on będzie żyć za nas, gdy zaczniemy unikać ryzyka, bólu, przemijania, uczynimy nasze życie podróbką. „Lekarstwo” nieuchronnie przyniesie więcej cierpienia niż życie, od którego za jego pomocą próbujemy uciec.

Czyli zamiast na lifting lepiej postawić na duchowość? Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość. Jeśli będziemy szukać odpowiedzi, to prędzej czy później zrozumiemy, że nasze ciało było i jest tylko doskonałym surogatem/awatarem. Nie ma więc sensu obsesyjnie chronić go przed życiem i zużyciem za pomocą elektronicznych wynalazków i przedłużek.

Tym bardziej że zatrzymanie urody i młodości wymaga pieniędzy, czasu, starań. Ale też napędza gospodarkę. Duchowość jest kontrkulturowa i dlatego, podobnie jak starość, się ją dewaluuje. Odkrywanie duchowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, a więc od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie i młodość. Duchowość nie służy konsumpcji. Powszechny wgląd w to, co naprawdę ważne, spowodowałby więc niewyobrażalny kryzys ekonomiczny. Ale przecież nie bez powodu prorocy, święci i oświeceni wszystkich wyznań i tradycji ostrzegają, że życia, które ma sens, nie da się kupić.

Ale wiele kobiet, ja chyba trochę też, wierzy w to, że będą szczęśliwe, jeśli pozbędą się zmarszczek i cellulitu. Będziesz szczęśliwa, gdy przyjmiesz zmarszczki, a nawet cellulit za rzecz naturalną. I nie będą cię one w żaden sposób upokarzać, boleć ani dziwić. Spędzając zbyt wiele czasu w gabinecie kosmetycznym, trudno odnaleźć w życiu poczucie sensu. Jeśli będziemy dbać wyłącznie o utrzymywanie ciała w doskonałej formie, skażemy się na przegraną. To nie znaczy, że nie powinniśmy tego robić. Ale dbać, to nie kontrolować, poprawiać, traktować jak przedmiot. Ciało wie, co mu jest potrzebne. Wystarczy się w nie wsłuchać.

Ciało staje się produktem, gdy musi służyć temu, by nienasycone, zagrożone ego lepiej się czuło. Gdy musi sprostać wzorcom popkultury. Ego nieustannie wymaga promocji i potwierdzenia, więc ulepsza ciało tak, jakby było witryną sklepową. Witryna może być piękna, ale jak wejdziesz do takiego sklepu, to okaże się, że jest tam pusto, zimno i ciemno. Więc nie w tym rzecz. Ważnym drogowskazem duchowego rozwoju i dojrzewania jest przekraczanie zarówno ciała, jak i ego. Ani jedno, ani drugie nie stanowi naszej prawdziwej tożsamości. Gdy ciało wyzwolone od ocen i nadmiaru kontroli uwolni cały swój potencjał, starość stanie się tak samo cudowna jak młodość albo i bardziej.

Ale to trudne, bo nasz duch wciąż jest zwodzony obietnicami składanymi ciału. Np. taką, że będziemy szczupli, choć będziemy jeść do woli, bo pojawi się żywność, po której nie będziemy tyć. I taka, której sam zapach sprawi, że poczujemy się syci. Czy to cud w czasach epidemii rozmiaru XXL? Raczej nie. Kultura konsumpcyjna zmierza do tego, byśmy przestali decydować o sobie i stali się całkowicie zewnątrz-sterowni. Obiecuje się nam, że wszystkim zajmie się inżynieria spożywcza, inżynieria genetyczna, koncerny farmaceutyczne i kosmetolodzy. Nie widzimy więc powodu, by ćwiczyć cnoty charakteru, uczyć się panować choćby nad łakomstwem, a co dopiero nad umysłem i emocjami. Tak się nam wszystko ułatwia, byśmy nie chcieli już korzystać z tego, co nazywamy wolną wolą, byśmy nie rozwijali zdolności do samodzielnego, krytycznego myślenia. Moim zdaniem warto jednak zadbać nie o zapas odchudzającego jedzenia, ale o to, by nasze dzieci miały okazję ćwiczyć swój charakter, wolę i umysł. Wpływać na ich postawy i przekonania własnym przykładem.

Do walki z technologią staje też ewolucja. Są badania, które mówią, że kobiety będą niskie, krępe i do tego neurotyczne. Bo takie mają najwięcej dzieci i są faworyzowane przez mężczyzn, gdyż nie robią kariery i siedzą w domu. Nie można wykluczyć, że ten typ kobiet osiągnie tzw. przewagę ewolucyjną. Wiadomo, że aby kobieta była płodna, nie może żyć w bezustannym napięciu, bo wtedy jej organizm wydziela za dużo testosteronu, a to nie sprzyja zajściu w ciążę i jej utrzymaniu. Nie może też być zbyt chuda, bo tkanka tłuszczowa jest magazynem estrogenu związanego z płodnością. Na razie jest coraz więcej kobiet, o których Maria Awaria śpiewała: „są kobiety jak rakiety”. Wygląda na to, że ten typ korporacyjnej wojowniczki ma mniejsze szanse na płodność. W tych badaniach jest jednak wyraźny ślad męskiego szowinizmu – założenie, że kobieta, żeby być płodna, musi być gruba, niezbyt mądra i mieć problemy emocjonalne. Nie sądzę, żeby na tym polegała przyszłość tej połowy ludzkości.

Zobaczymy, kto silniejszy: ewolucja czy technologia. Z ewolucyjnego punktu widzenia wskaźnik dzietności można interpretować jako wskaźnik tego, czy cywilizacja podąża w dobrym kierunku. Jeśli on spada, to znaczy: nie tędy droga. Natura nie wspiera tego kierunku rozwoju. Skoro w krajach cywilizacyjnie zaawansowanych poziom dzietności spada, to być może warto potraktować to jako sygnał ostrzegawczy, że wbrew dobrym intencjom zeszliśmy na manowce.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Moda i uroda

Stylowe buntowniczki

Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Kiedyś nie miały programów telewizyjnych, linii kosmetyków, a mimo to miały siłę przyciągania, która sprawiała, że ich styl naśladowała ulica, a projektanci nazywali je swoimi muzami. Czy to niewytłumaczalne „coś”, które potrafiło zmienić zwykłą dziewczynę w międzynarodowy fenomen, zostało dzisiaj wymazane przez instagramowe filtry? Czy media społecznościowe zakończyły erę it-girls?

To. Nienamacalne, wyjątkowe, często niedoścignione. „Coś, co przyspiesza puls każdej osoby w kraju” – pisał Francis Scott Fitzgerald. Świat pierwszy raz o it-girls dowiedział się na początku XX wieku i od tamtej pory nie przestał się nimi fascynować.

Dziś to hasło zdaje się otaczać nas zewsząd. Widzimy je na okładkach magazynów, w artykułach i Internecie. Co ciekawe, nadal nie do końca wiadomo, czy z tym „czymś” trzeba się urodzić, czy można to też wypracować lub (w dobie cyfryzacji) po prostu wykreować. A może dziś prawdziwych it-girls już nie ma, a zastąpiły je influencerki?

Ten dziwny magnetyzm

Rudyard Kipling jako pierwszy wykorzystał przedrostek it, czyli „to”, by określić kobiecy urok. „Tu nie chodzi o urodę czy chwilę miłej rozmowy. To po prostu TO COŚ. Niektóre kobiety pozostaną w pamięci mężczyzn na zawsze, wystarczy, że tylko przejdą ulicą” – pisał w 1904 roku w opowiadaniu „Mrs Bathurst” (Pani Bathurst), tym samym przyczyniając się do stworzenia sformułowania it-girl. Pierwszą it-girl była zatem tytułowa bohaterka, z zawodu barmanka. Dla Kiplinga „to” odnosiło się do seksapilu, czyli określonego sposobu poruszania się i bycia, który silnie wpływał na mężczyzn. Potem, dzięki pisarce Elinor Glyn, it nabrało znacznie szerszego znaczenia. W jednej ze swoich krótkich powieści, nieprzypadkowo zatytułowanej „It”, Glyn pisze, że aby mieć „to coś”, trzeba mieć dziwny magnetyzm, przyciągający obie płcie. „Do tego niezbędna jest atrakcyjność fizyczna, ale piękno – już niekoniecznie”. Na podstawie jej powieści w 1927 roku powstał głośny film pod tym samym tytułem, w którym główną rolę zagrała ikona kina niemego Clara Bow. Jako zuchwała i bezwstydna pracownica domu towarowego wzbudzała zachwyt klientów do tego stopnia, że sama stała się pierwszą it-girl, istniejącą już nie tylko na kartach powieści. Aktorka była uosobieniem zwariowanej epoki jazzu. Rozpoznawana i pożądana w każdym towarzystwie, kompletnie nie zważała na etykietę. Mówiła z silnym brooklyńskim akcentem i klęła jak szewc, a postaci, które grała, czyli głównie kelnerki, sprzedawczynie czy manikiurzystki, obdarzała sporą dawką ciepła i humoru, co sprawiało, że ludzie czuli, iż jest jedną z nich. Nocami, zamiast z hollywoodzką śmietanką, wolała grać w pokera ze swoim szoferem, kucharką i pokojówką. Często można ją było zobaczyć, jak sunęła po Sunset Boulevard jaskrawoczerwonym packardem z towarzyszącym jej na siedzeniu pasażera psem rasy chow-chow, ufarbowanym pod kolor auta. Była inna, wyjątkowa, przyciągająca uwagę. I takie też były jej stroje.

Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW) Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW)

Kult niedoskonałości

Początkowo i prasa, i krytycy byli ostrożni z tytułowaniem znanych kobiet tym mianem. It-girl miało się łączyć z wyjątkowymi cechami i szczególnym zainteresowaniem. Clara Bow nosiła je z dumą latami, co nie znaczyło jednak, że był to termin zarezerwowany jedynie dla niej.

It-girl z założenia nigdy nie miała być perfekcyjna. Z tym określeniem zawsze wiązał się pewien chaos. Bardziej niż idealny wygląd liczyły się styl życia, obecność w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. I, naturalnie, oryginalny sposób ubierania się. Prawdziwe it-girls wzbudzały fascynację przez to, że ich życie było dalekie od fałszywej doskonałości. Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra, ale też wzbudzała duże zainteresowanie swoim prawdziwie rockandrollowym stylem życia i zawiłą relacją z członkami zespołu The Rolling Stones, których w zasadzie nie opuszczała na krok.

Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images) Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images)

To samo tyczy się Brytyjki Jane Birkin, która wyprowadziła się z rodzinnego, swingującego Londynu, by spróbować sił we francuskim kinie. Nie znała języka, ale była absolutnie czarująca. I tym urokiem zdobywała kolejne role. Nawet Francuzi z czasem wybaczyli jej błędy i silny akcent. Koszula, dżinsy, prosty T-shirt i słynny pleciony koszyk, z którym nie rozstawała się nawet na wieczorowych galach, tworzyły styl, który dzisiaj tak mocno kojarzony jest z Paryżem. Miasto świateł wchłonęło estetykę Jane tak bardzo, że wydaje się, jakby zawsze była po prostu stylem paryskim.

Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News) Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News)

To, co sprawiało, że osoby takie jak Jane Birkin czy Anita Pallenberg były tak czarujące, to także ich pozorna obojętność wobec sławy. Nie prosiły się o nią, to ona znalazła je sama. A gdy to zrobiła, nie chciała opuścić. It-girls otaczały zawsze tłumy paparazzich, bo każda nowa fotografia była na wagę złota. Szczególnie uciążliwe było to dla Brigitte Bardot, której nadmorska willa La Madrague w Saint-Tropez była regularnie nawiedzana przez fotografów, fanów i turystów. Podglądali ją lornetkami z lądu, morza (nierzadko podpływali do brzegu nurkowie) i z powietrza (helikoptery). Wszystko po to, by czytelnicy gazet na całym świecie mogli zobaczyć, jak tego dnia wygląda ikona stylu, kopiowana w latach 60. już przez większość Francuzek, które fryzowały się jak Bardot, mocno podkreślały oczy czarną kredką, próbując jednocześnie naśladować jej specyficzny sposób chodzenia i charakterystycznie wydęte usta. Dlatego kiedy była w ciąży, wynajęła mieszkanie obok szpitala, by ukradkiem chodzić na wizyty. Nic z tego. Jej nowy adres szybko wyciekł do mediów. Ostatnie tygodnie ciąży spędziła zamknięta w apartamencie z zasłoniętymi firankami.

Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images) Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images)

Dzisiejsze infuencerki nie uciekają od kamer, ale same je na siebie kierują. Łaknąc coraz większej publiki, nawet wyręczają paparazzich i same robią sobie zdjęcia telefonem.

Ze świata analogowego w wirtualny

Wystarczy sporządzić listę nazwisk kobiet uznawanych za it-girls w danej dekadzie, by zobaczyć, jak bardzo na przestrzeni lat ich liczba zaczyna rosnąć. Te najbardziej znane, jeszcze z czasów analogowych, były raczej uosobieniem słowa „cool”. To aktorka Chloë Sevigny i sprawnie bawiąca się trendami prezenterka telewizyjna i modelka Alexa Chung. O pierwszej „New York Times” w 1994 roku pisał, że w wyjątkowy sposób wpływa na ludzi, choć nie jest ani wyjątkowo piękna, ani seksowna. Jest po prostu inna i ma w sobie elektryzującą nonszalancję. „Ta pozorna obojętność na promowanie siebie jest jej najbardziej atrakcyjną cechą. Choć może to też świadczyć o jej sprycie” – komplementował ją dziennikarz Jay McInerney. Nazwał ją wtedy „najbardziej wyluzowaną dziewczyną na świecie”. Do dziś pozostała ikoną kina niezależnego, a każdy jej nowy film jest uznawany za kontrowersyjny.

Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images) Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images)

Alexa Chung to z kolei pełna humoru Brytyjka, dziewczyna z sąsiedztwa, która po pokazie Chanel zamiast na elegancki bankiet chętniej poszłaby do klimatycznego pubu, zatopiona w rockandrollowym stylu życia. Kiedy tworzyła zgraną parę z liderem zespołu Arctic Monkeys, Alexem Turnerem, w prasie pojawiały się ich zdjęcia z ulic Londynu, po których spacerowali w trampkach, wyciągniętych podkoszulkach i ramoneskach. W przeciwieństwie do Sevigny Chung z czasem zaczęła jednak sprawnie prowadzić swoją karierę, płynnie przechodząc ze świata analogowego w wirtualny i w pełni korzystając z możliwości, jakie dają media społecznościowe. Wydała nawet książkę, znów zatytułowaną „It”, w której zdradza tajniki pielęgnacji swojej urody, swoje modowe wybory i upodobania. Książka miała premierę w 2013 roku, dokładnie w tym samym czasie rozpoczęła się era Instagrama.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Siła filtrów

Clara Bow czy Edie Sedgwick, gwiazda filmów Andy’ego Warhola i it-girl lat 60., nie miały kolekcji ubrań, programu telewizyjnego ani nie wydały książki o sobie. Dzisiejsze it-girls jak Alexa Chung, ale też blogerka Leandra Medine czy rosyjska ikona stylu Miroslava Duma, to prawdziwe marki, a ich blogi, linie ubrań czy kosmetyków – sprawnie działające biznesy. Nie trzeba już ich łapać na ulicach Nowego Jorku czy Paryża, same codziennie dostarczają nam swoje zdjęcia i filmiki ukazujące je w prywatnych i bardziej oficjalnych sytuacjach.

Ale coś jeszcze się zmieniło. Instagram, dzięki filtrom, pozwala nakładać maski, sztucznie zbliżające nasze twarze do narzuconej przez estetykę sieci perfekcji. Coraz popularniejsze stają się nierealne w rzeczywistości cybertwarze – szczupłe, z zadartymi nosami, dużymi ustami i rozciągniętymi w kształt migdała oczami. Takie, jakie za sprawą operacji plastycznych mają siostry Kardashian-Jenner, które i tak korzystają z filtrów, by jeszcze mocniej to podkreślić. Obsesja na punkcie rodziny Kardashian czy sióstr i modelek Hadid nie wynika z ich osobowości, zachowania czy wyjątkowego stylu, ale z powodu ich pozornej doskonałości. Mają perfekcyjnie skrojone twarze, ładne ciała i (pozornie) idealne, pełne luksusu życie. Tymczasem prawdziwa it-girl musi mieć pewne niedoskonałości, a nawet wady. Czerpie z życia pełnymi garściami. Robi wszystko, na co każdy z nas miałby ochotę, a nie ma na to wystarczającej odwagi. Nieznane są jej zwykłe troski, więc jej życie jest często autodestrukcyjne, a tym samym fascynujące. Dziś influencerki, by nie stracić obserwatorów, starają się być nieskazitelne i jak najbardziej neutralne. W tej walce o perfekcję często zatracają człowieczeństwo. „Typowy influencer jest całkiem przeciętny – to przeciwieństwo awangardy” – pisze Natasha Stagg w książce „Sleeveless: Fashion, Image, Media, New York 2011–2019”.

Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images) Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images)

It-girls wyznaczały trendy. Dzisiaj, by być popularnym, często powiela się utarte schematy. Podczas gdy one nie walczyły o swój tytuł, influencerki mają ambicję, by się nimi stać i czerpać z tego ekonomiczne i społeczne korzyści. Często więc kopiują to, co u innych okazało się skuteczne. I tak jak kiedyś it-girls tworzyły swój styl, obecnie coraz częściej widzimy influencerki przebrane w pełne looki od projektantów, które wysyłają im marki czy domy mody.

Podobnie widzi to teoretyk popkultury Mark Fisher, który twierdzi, że it-girls uosabiały styl życia, który przez paraliżujący wpływ mediów społecznościowych wymiera. W książce „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?” pisze, że „oderwana od rzeczywistości chęć bycia widzianym zastąpiła prawdziwe zaangażowanie”. Realne, nieprzewidywalne życie zastąpiliśmy jego namiastką. Przez paranoję, w jaką wpędzają nas media społecznościowe, które wręcz zachęcają do tworzenia jednowymiarowej osobowości, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przejmujemy się opinią innych. A prawdziwe it-girls miały ją za nic. Robiły to, co uważano za nieakceptowalne, dopóki same nie sprawiły, że w końcu zostało zaakceptowane.

  1. Moda i uroda

Wyjątkowy zestaw do makijażu jako prezent

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
Prezenty często sprawiają nam wiele problemów. Wydawać może się w pewnej chwili, iż wszystkie pomysły zostały już wykorzystane i nie pozostało nam nic, jak tylko wymyślenie czegoś niezwykłego, a jednocześnie praktycznego. Jednak czy może być lepszy prezent dla kobiety, niż wyjątkowy zestaw do makijażu? Zainspiruj się naszymi pomysłami.

Dla miłośniczki wyrazistych kolorów

Wiele kobiet uwielbia wyraziste kolory i wieczorowe, wyjątkowe makijaże, które pozwalają im zmienić się w królowe wieczoru i prawdziwe wampy. Właśnie dla nich przygotowany został zestaw The Rock Star od Makeup Revolution. Znalazły się w nim pędzle do makijażu, kredka do oczu, pomadka do ust, rozświetlacz, a przede wszystkim bogata paleta cieni do powiek. Jej kolory obejmują najbardziej charakterystyczne i zachwycające odcienie, z którymi każda kobieta poczuje się jak gwiazda estrady. Są wśród nich między innymi odcieniem szarości, niebieskiego czy fioletu, ale brąz. Dopełnieniem zestawu jest utrwalacz makijażu w sprayu, który zapewni jego długą trwałość.

Delikatność i zmysłowość

Dla romantycznych kobiet, które cenią sobie delikatny, zmysłowy wygląd i czerpią radość z wykonywania subtelnego makijażu, drogeria internetowa - eKobieca przygotowała zestaw Evening Rose. W nim z kolei króluje paleta cieni do powiek, które charakteryzują się delikatnymi, bardziej pastelowymi odcieniami. Nie zabrakło wśród nich różu, beżu czy koloru perłowego. Ich pięknym dopełnieniem mogą stać się wyrazisty brąz lub czerń.

Ten zestaw sprawi, że wygląd każdej damy będzie elegancki i zmysłowy. Dzięki temu sprawdzi się zarówno podczas wyjątkowych uroczystości, jak również codziennych zajęć i pracy.

Nowoczesna ekspresja

Żywiołowe kobiety często lubią pełne żywiołowych, ekstrawaganckich kolorów kosmetyki do makijażu. Specjalnie dla nich przygotowany został intrygujący zestaw Cherry Revolution, pełen wyrazistych czerwieni, fioletów i różu. Jego niebywałą zaletą są dwie palety cieni do powiek: większa i mniejsza. Druga z nich idealnie sprawdzi się podczas wyjazdów, można ja także wygodnie schować w każdej torebce, aby w wolnej chwili w ciągu dnia poprawić makijaż.

Gotowy zestaw ci nie odpowiada? Stwórz go sam!

Jeśli pragniesz uszczęśliwić kobietę za pomocą naprawdę wyjątkowego prezentu, możesz samodzielnie wybrać dla niej luksusowe kosmetyki. Bez wątpienia do dni twoje staraniami zainteresowanie jej wyglądem, a także z chęcią skorzysta z nowych możliwości, jakie przed nią odkryjesz.

W twoim własnym zestawie mogą znaleźć się między innymi wysokiej jakości mineralne pigmenty do powiek, które mogą być nakładane zarówno na sucho, jak i na mokro. Ich niewątpliwą zaletą są wyjątkowe kolory i możliwość uzyskania dokładnie takiej intensywności makijażu, jaką kobieta lubi najbardziej.

Piękne brwi to kolejny atut każdej kobiety, dlatego w zestawie prezentowym, który samodzielnie stworzysz, może znaleźć się także zaprojektowana specjalnie dla nich pomada o delikatnej, kremowej konsystencji. Jest wodoodporna i ma piękny kolor, który utrzymuje się przez cały dzień. Jej największa zaleta to nie tylko wyrównanie kolorytu, ale także optyczne wypełnienie i zagęszczenie brwi. Doskonała do wykończenia każdego makijażu, więc uraduj za jej pomocą swoją wybrankę.