1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Jej książka o macierzyństwie wywołała skandal

Jej książka o macierzyństwie wywołała skandal

fot.123rf
fot.123rf
Mówi nie tyle o radości z pojawienia się na świecie dziecka, co o żałobie po utracie siebie sprzed porodu. Jeden z amerykańskich publicystów nawoływał, by autorce odebrać prawa rodzicielskie, a media rozpisywały się, że Rachel Cusk nienawidzi dzieci. „Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa” ukazała się też w Polsce.

W jednym z wywiadów przyznała pani, że „Praca na całe życie...” kosztowała panią wiele cierpienia. I że mniej niż kiedyś lubi pani kobiety.

To prawda, szczerze opisałam własne trudne przeżycia, w dodatku to właśnie ta książka była moją pierwszą prozą niefabularną. Krytyka okazała się dla mnie traumatycznym doświadczeniem. Ludzie zareagowali w większości negatywnie, zwłaszcza kobiety. Mówiły, że książka jest przytłaczająca. Bo jaka miała być, skoro doświadczenia, które w niej opisuję – ciąży, porodu i pierwszych miesięcy z maleńkim dzieckiem w domu – są dla kobiety przytłaczające. Trudno je porównać do jakiegokolwiek innego życiowego doświadczenia. Na szczęście minęło kilka lat i atmosfera wokół „Pracy...” zmieniła się o 180 stopni. Ludzie zaczęli akceptować jej treść, ze strony matek pojawiło się też więcej głosów takich jak mój. Dziś już otwarcie mówi się o trudach i ciemnej stronie macierzyństwa. I chociaż wiele było wokół tej książki emocji, stresu i krytyki, mimo wszystko cieszę się, że ją napisałam.

Sporo osób uważa, że nie ma nic piękniejszego i bardziej uwznioślającego niż zostanie matką.

Pamiętam, że mnie w macierzyństwie uderzyło przede wszystkim to, że jest do tego stopnia ograniczające. Kiedy w 1999 roku urodziłam pierwszą córkę, byłam już po trzydziestce, ale zupełnie nie byłam przygotowana na to, co mnie czeka. Na to, że moje życie zostanie podporządkowane małej istocie, a ja sama zniknę zamknięta w czterech ścianach mojego domu. Zanim zostałam matką, wiodłam takie życie jak moi koledzy rówieśnicy. Byłam typem niezależnej chłopczycy, uprawiałam wolny zawód, wszystko analizowałam, przekładałam na intelekt, a nie na emocje. Pewnie dlatego pojawienie się dziecka okazało się dla mnie tak trudne. Miałam poczucie utraty kontroli nad swoim solidnie dotąd budowanym życiem – zawodowym i prywatnym. To było wydarzenie fizyczne, emocjonalne, którego nie potrafiłam rozpracować intelektualnie. Nigdy już nie wróciłam do stanu sprzed narodzin pierwszej córeczki. Minęło tyle czasu, a ja nadal tak uważam i tak czuję.

Kiedy pani pierwsza córka miała pół roku, zorientowała się pani, że jest w drugiej ciąży...

To był szok! Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy się o tym dowiedziałam. Najpierw nie wierzyłam, że to się dzieje po raz drugi. A potem, że naprawdę wymaga dwa razy tyle zaangażowania. W końcu pierwsze dziecko było bardzo małe, kiedy pojawiło się drugie. Jeszcze chwilę łudziłam się, że różnica nie będzie aż tak znaczna, że tak bardzo tego nie odczuję.

Co było dla pani najtrudniejsze?

Niektórzy ze znajomych, kiedy urodziły się im dzieci, zarzucili swój styl życia. Moje koleżanki postanowiły nie wracać do pracy, zrezygnowały ze swoich zainteresowań. Inne z kolei próbowały wdrożyć dziecko w swój rytm życia, tak jakby nic się nie zmieniło. Ja nie wybrałam żadnej z tych dróg. Zamiast tego miałam plan, żeby po prostu pracować na dwa etaty. Żeby te dwie strony mnie – pisarka i matka – pozostały oddzielne. Z jednej strony próbowałam sprostać obowiązkom, jakie niosło macierzyństwo, z drugiej – nie tracić kontaktu z przyjaciółmi, pracować tyle samo, nie porzucać własnych zainteresowań, co okazało się ogromnym wysiłkiem i wyzwaniem. I wiązało się z ogromnym poczuciem winy, że nie dość dobrze wypełniam swoje obowiązki jako matka, że wprowadzam chaos w życie moich dzieci.

Teraz dziewczynki są o wiele starsze, ale poczucie winy zostało. Nadal nie jestem pewna, czy jestem dobrą matką. Nie sądzę, żeby te wątpliwości kiedykolwiek zniknęły.

Jak znaleźć w takiej sytuacji czas na pisanie? W końcu wiele pisarek mówi o swoich książkach jak o dzieciach, podkreślając, że to właśnie jest praca na całe życie.

Macierzyństwo jako doświadczenie okazało się tak silne, że pochłonęło mnie totalnie. Nie zapomnę tego ogromnego żalu, że tracę moje pisanie, tracę moją kreatywność. Czułam, że to mi gdzieś ucieka. Był moment, że w ogóle nie mogłam pisać. Po jakimś czasie próbowałam z różnym skutkiem wrócić do pracy. W pewnym momencie moja walka o równowagę między znajdowaniem czasu na pisanie a opieką nad dziećmi była już destrukcyjna. A jednak się nie poddawałam, cały czas bardzo zależało mi, żeby być kimś więcej niż tylko matką.

Dziś, kiedy pani córki mają już naście lat, udało się pani odzyskać równowagę?

To, co zyskujesz jako matka, nie przekłada się na to, co tracisz z siebie – tej sprzed porodu. Tu nie ma równowagi, jest po prostu zmiana. Tracisz siebie z przeszłości, ale jednocześnie zyskujesz niepowtarzalne doświadczenie. Stając się matką, stajesz się inną osobą, bezpowrotnie. Myślę, że mężczyźni mogą czuć podobnie, gdy patrzą wstecz i myślą o sobie z czasów college’u. Patrzą na zdjęcia sprzed lat i widzą upływ czasu i zmianę w sobie. Ale u kobiety ta zmiana jest inna, konstruktywna, bo jednak wiąże się z pojawieniem się na świecie nowej istoty. Jest więc w nas nie tylko żal, ale i duma: uczestniczymy w tworzeniu nowego życia. Ta świadomość ma w sobie niezwykłą tajemnicę i daje nam pewną przewagę nad mężczyznami. Oni są poza kręgiem wtajemniczenia. Pyta pani o to, czy coś odzyskałam – gdy zostałam matką, w mój codzienny rytm przede wszystkim wkradł się chaos. Tak to postrzegam. I moje życie nadal jest bardzo chaotyczne, ale cała energia nie poszła przecież na marne, moje córki w międzyczasie wydoroślały.

Matka to rola społeczna, zawód, powołanie, tożsamość czy jeszcze coś innego?

Gdybym miała się przedstawić, raczej zaczęłabym od tego, że jestem pisarką. Pojęcie matki zostało stworzone przez innych, przez społeczeństwo, przez media. To jest tylko wizerunek, a nie tożsamość, wizerunek wymyślony na potrzeby społeczeństwa, obrosły w stereotypy. Podobnie jak przesłodzony mit cukierkowego macierzyństwa, który nie ma nic wspólnego z prawdą. Nikt nie staje się tylko i wyłącznie matką. Sama nigdy nie określiłabym się jako matka w pierwszej kolejności, sądzę więc, że to nie jest część mojej tożsamości.

Myślę, że dziś jest łatwiej być mamą. Cała ta infrastruktura, jak przedszkola, klubiki dla dzieci, to wszystko pozwala nam wyjść z domu, uwolnić się z zamknięcia, o którym pani mówi.

Nie wydaje mi się, że teraz jest łatwiej mieć dziecko niż kiedyś. Zgodzę się, że mamy lepsze warunki do rodzenia, łatwiej jest nam się poruszać z dzieckiem, opiekować się nim i je pielęgnować. Ale i tak mechanizm jest ten sam. Rodzisz dziecko i nagle zostajesz z tym doświadczeniem jako kobieta sama. To się nie zmieniło. Nawet jeśli masz partnerski związek, nawet jeśli ojciec twojego dziecka angażuje się w wychowanie, to jednak najczęściej ty, a nie on, musisz z czegoś zrezygnować. To ty zmieniasz diametralnie swój styl życia. To ty już nie możesz zrobić wielu rzeczy albo musisz odłożyć je na później. Twój partner tymczasem nadal jest wolny, nadal może dokonywać wyborów, które już nie są dla ciebie. Dziś młode kobiety potrafią i mogą pracować bardzo dużo, żeby osiągnąć wymarzony cel, wymarzoną pozycję zawodową, społeczną, finansową, żeby zająć taką pozycję w społeczeństwie, na jakiej im zależy. Chcą osiągnąć satysfakcję czy finansową, czy towarzyską, poczuć wolność i niezależność. W związku z tym coraz później rodzimy dzieci. Jesteśmy starsze, lepiej wykształcone i świadome. Gdy stajemy się matkami, więcej mamy za sobą, więcej przeżyłyśmy. Co z tego, skoro mamy też większą świadomość tego, co tracimy? Kiedyś kobiety rodziły na początku dorosłości – moja babka urodziła moją mamę w wieku 21 lat, moja mama mnie tak samo. Myślę, że miały łatwiej. Nie miały jeszcze poczucia straty, świadomości tego, że coś je omija.

Rachel Cusk urodzona w 1967 roku pisarka, autorka wielu książek, m.in. wydanych w Polsce „Arlington Park”, „Wariacje na temat rodziny Bradshaw” oraz „Po. O małżeństwie i rozstaniu”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jak mieć więcej czasu dla siebie?

Żyjemy w społeczeństwie przyspieszenia. Odnalezienie chwili na odpoczynek i relaks okazuje się być ogromnym wyzwaniem. (fot. iStock)
Żyjemy w społeczeństwie przyspieszenia. Odnalezienie chwili na odpoczynek i relaks okazuje się być ogromnym wyzwaniem. (fot. iStock)
Żyjemy w społeczeństwie przyspieszenia. Im szybciej i więcej, tym lepiej! Czas to pieniądz! Liczy się każda nanosekunda! Ale chwileczkę, właściwie dla kogo się liczy? Dobrze, by była również cennym czasem dla nas samych. Zatem jeśli właśnie gdzieś biegniesz, zatrzymaj się na chwilę, by przeczytać ten tekst

Żyjemy w społeczeństwie przyspieszenia. Im szybciej i więcej, tym lepiej! Czas to pieniądz! Liczy się każda nanosekunda! Ale chwileczkę, właściwie dla kogo się liczy? Dobrze, by była również cennym czasem dla nas samych. Zatem jeśli właśnie gdzieś biegniesz, zatrzymaj się na chwilę, by przeczytać ten tekst.

Uczeń zapytał swojego mistrza: Jak długo będę musiał czekać, by osiągnąć przebudzenie? Mistrz odpowiedział: 30 lat. Uczeń spytał: A jeśli bardzo mi się spieszy? Mistrz na to: W takim wypadku 50 lat. Dlaczego? Bo, spiesząc się, stajemy się nieuważni, niestaranni, bezmyślni, popełniamy błędy, wpadamy w rutynę, więc połowę czasu, który jest nam dany – marnotrawimy.

Jak to jest, że cierpimy na „wieczny niedoczas” i jednocześnie nie szanujemy swojego czasu? Gdy strasznie pędzę: jednocześnie wystukuję w komórce e-mail, kupuję warzywa na straganie, a w głowie planuję kolejny dzień – to w końcu potykam się, warzywa mi się rozsypują, komórka wylatuje z ręki, nie daj Boże, ekran pęka, a wiadomość wysyła się przedwcześnie. I przychodzi wściekłość na wszystko: na pana, który sprzedaje warzywa, na własną niedoskonałość, na głupi telefon i jeszcze przypadkowemu przechodniowi za coś się oberwie. „Takie właśnie są konsekwencje naszej obsesji szybkości i oszczędzania czasu – wściekłość na drodze, wściekłość w samolocie, wściekłość na zakupach, wściekłość na wakacjach, wściekłość na siłowni. Szybkość sprawia, że żyjemy we wściekłych czasach” – pisze Carl Honoré w książce „Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”.

Autor sam przyłapał się na wściekłym tempie życia, a apogeum tego stanu osiągnął, gdy ucieszył się na wiadomość, że specjalnie z myślą o zapracowanych i zaganianych rodzicach spreparowano zestaw 60-sekundowych streszczeń bajek, żeby oszczędzić czas na czytaniu dzieciom na dobranoc. „Cóż lepszego niż odbębnić sześć lub siedem bajek i zmieścić się w dziesięciu minutach? Później, kiedy zaczynam rozmyślać, jak szybko Amazon może mi przesłać pełen zestaw, nadchodzi otrzeźwienie, które przybiera formę pytania: czy już do reszty oszalałem?” – czytamy we wstępie Honoré. O otrzeźwienie jednak niełatwo, bo wszyscy dookoła robią to samo, próbują w jedną godzinę wepchnąć jak najwięcej zadań i dają się wciągnąć w wir, który trudno zatrzymać.

Twarde dane

Socjologowie mówią, że żyjemy w społeczeństwie przyspieszenia, w którym poczucie zagonienia stało się czymś permanentnym. Osiągnięcia stawiane są ponad wszystko – dotyczy to też narzucania niezliczonych zajęć dodatkowych własnym dzieciom, a odpoczynek – patrz: nicnierobienie czy pozbawione jakiegokolwiek celu leniuchowanie – uważane są za nieproduktywne marnowanie czasu. Niestety, nawet jeśli uświadamiamy sobie konsekwencje tego pędu bez opamiętania, to zazwyczaj w sytuacji podbramkowej, gdy nagle orientujemy się, że nie mamy już przyjaciół, gdy nie chce nam się rano wstać, bo popadliśmy w depresję, gdy lekarz zdiagnozuje u nas groźną chorobę  albo tracimy pracę.

No właśnie, praca. Z badania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) z 2016 roku wynika, że Polacy pracują coraz więcej, pod względem liczby godzin spędzonych w pracy zajmujemy 7. miejsce spośród 38 państw. Jednak czas w pracy nie równa się wydajności – są tacy, co w pracy się nudzą, szybciej wykonują swoje obowiązki, a są tacy, których kompetencje są niewystarczające, by sprostać zadaniom, i wtedy efektywność spada, bo zestresowany pracownik musi poświęcić więcej czasu na ich realizację i zostaje po godzinach. Zdaniem specjalistów, na których powołuje się portal Money.pl, szefowie nie znają mocnych stron pracowników, ich kompetencji czy kwalifikacji. Jeśli człowiek jest dopasowany do stanowiska, pracuje efektywniej i nie ucieka od obowiązków – w przeciwnym razie cała para idzie w gwizdek.

Ale nadgodziny wynikają też ze spędzania czasu w pracy na czymś innym niż obowiązki służbowe. Z badania firmy Sedlak & Sedlak z 2013 roku wynika, że w ten sposób 20 proc. zatrudnionych marnuje w pracy dziesięć godzin tygodniowo, czyli dwie godziny dziennie. Przez to wychodzimy później z biura i tak dalej… Z niczym się nie wyrabiamy.

Do tego dochodzi wielozadaniowość, popularnie zwana z angielska multitaskingiem. Firmy oszczędzają, zatrudniają mniej pracowników i wymagają, żeby byli wszechstronni i elastyczni czasowo – najlepiej by załatwiali kilka spraw naraz. Efekt? Rozpraszamy się i stresujemy, bo przeskakiwanie z zadania na zadanie pochłania więcej energii i czasu niż wykonywanie kolejnych obowiązków z listy. A przecież nasi dziadkowie i rodzice pracowali więcej: sześć  dni w tygodniu, a nie pięć jak my dzisiaj, a byli mniej wyczerpani i mieli więcej tzw. wolnego czasu. Ktoś powie, że obecnie dłużej zajmuje nam dojazd do pracy – bo dojeżdżamy dalej albo w korkach, a wspaniała technika często każe nam być dyspozycyjnym również po godzinach. Kto więc ma gorzej?

Mniej znaczy więcej

Ulrich Schnabel, fizyk i dziennikarz, ceniony za szereg artykułów na temat badań nad mózgiem i świadomością, w swojej książce „Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia” pisze: „Jeszcze 100 lat temu czyste ubrania, wysprzątany dom oraz posiłek z kilku dań uchodziły za luksus; obecnie taki jest standard. (…) Komunikacja przez e-mail, faks czy telefon stała się bez porównania szybsza niż listy przekazywane pocztą w 1900 roku, ale to sprawiło, że teraz porozumiewamy się dużo częściej niż w przeszłości, a poczta elektroniczna (zamiast ułatwić nam życie) stała się pożerającym czas narzędziem tortur. Szybsze samochody, pociągi i samoloty obiecują nam ogromne zyski czasowe w podróżowaniu. Prowadzi to jednak do tego, że częściej i dalej podróżujemy i w ten sposób nasz czas jazdy i transportu jest w sumie taki sam jak przed 100 laty”. Autor wysuwa słuszny wniosek, że gdybyśmy potrafili zadowolić się standardem życia sprzed wieku, dziś byśmy pławili się w czasie. Ale paradoksalnie choć uzyskujemy go w nadmiarze, to przez nasze pragnienie „więcej i więcej” cierpimy na jego brak. I co wtedy robimy? Zapisujemy się na warsztat z zarządzania czasem. Szybko okazuje się jednak, że jego celem wcale nie jest danie nam więcej czasu, ale bycie wydajniejszym w pracy i domu. W nagrodę szef wręcza nam kolejną listę obowiązków, a w domu mamy więcej sprzątania i zmywania, bo tak ekonomicznie planujemy czas, że zaczęliśmy regularnie zapraszać znajomych na kolację. I poziom stresu rośnie, zamiast spadać.

Nawet jeśli mamy świadomość  pośpiechu i staramy się żyć uważnie, pamiętać o odpoczynku i relaksie – jest to wielkie wyzwanie. „Jestem zagoniony”, „Jestem w niedoczasie” –  powtarzamy jak mantrę, często bez zastanowienia. Czasem także usprawiedliwiając się w ten sposób.

Z badań CBOS z 2010 roku wynika, że 25 proc. z nas nie ma w ogóle wolnego czasu. Aż 69 proc. pracujących kobiet stwierdza, że ma go bardzo mało (mniej niż 20 godzin tygodniowo), podczas gdy podobnego zdania jest tylko 53 proc. pracujących mężczyzn. Co interesujące, podobną zależność można zaobserwować również w grupie osób niepracujących: mężczyźni znacznie częściej deklarują, że mają dużo czasu wolnego. Jak spędzamy wolne godziny, jeśli już nam się trafią? 52 proc. ogląda telewizję, 27 proc. siedzi, leży i odpoczywa, 22 proc. odsypia, a 36 proc. zajmuje się życiem rodzinnym. Ale to tylko deklaracje.

Ulrich Schnabel twierdzi, że ludzie często marnują niezliczone godziny wolnego czasu na działania, które nie dają relaksu ani szczęścia. Jadą 6 godzin, by dotrzeć nad morze, spędzić tam 12 godzin i wracać kolejnych 6, a gdy idą na masaż, to zamiast się odprężyć, myślą o niezałatwionych sprawach. Schnabel uważa, że możemy odzyskać władzę nad czasem, jeśli przejmiemy kontrolę nad własnymi działaniami i decyzjami. Zgodnie z zasadą: mniej znaczy więcej. Ponieważ ciągle dążymy do zaspokajania nowych potrzeb, musimy uważać, by nie dać się zdominować przez te ambicje. „W tym kontekście próżnowanie można zdefiniować jako sztukę niepoddawania się nieustannej gonitwie za naszymi pragnieniami, zdolność do zatrzymania się w swym zabieganiu po to, by się rozkoszować szczęściem chwili” ­–  zaleca autor „Sztuki leniuchowania”.

Każda rzecz w swoim czasie

  • codziennie wybierz się na półgodzinny spacer;
  • kiedy tylko możesz, urządzaj sjestę, nawet w biurze, chociaż przez pięć minut;
  • raz na jakiś czas przejrzyj album z ulubionymi zdjęciami. Jest w nim zatrzymane Twoje życie. Oglądanie zdjęć jest stawaniem się sobą na nowo;
  • poświęć 15 minut w ciągu dnia na zajęcie, które jest ci miłe;
  • rób tylko jedną rzecz naraz;
  • naucz się mówić „nie” z wdziękiem i stanowczością;
  • odbieraj telefon powoli;
  • żyj w wolniejszym tempie, mniej pracuj;
  • nie zgadzaj się na godziny nadliczbowe;
  • unikaj rutyny;
  • miej mało (im więcej rzeczy mamy, tym więcej czasu poświęcamy każdej z nich);
  • ułóż harmonogram prac domowych, posługując się kalendarzem;
  • na biurku trzymaj papiery związane tylko z bieżącymi sprawami do załatwienia;
  • szybko odpowiadaj na korespondencję i nie pozostawiaj spraw niedokończonych.
Źródło: Dominique Loreau, „Sztuka prostoty”, wyd. Czarna Owca

Szanuj czas - nie zwlekaj

  • „Ciągłe odkładanie spraw na potem powoduje ogromne zmęczenie” – pisał w książce „Pokochaj siebie” (wyd. Czarna Owca) nieżyjący już psychoterapeuta Wayne W. Dyer. Jego zdaniem zwlekanie jest nie tylko marnotrawstwem czasu, ale też ucieczką od optymalnego przeżywania życia. Dlatego:
  • Postanów, że żyjesz okresami pięciominutowymi. Zamiast myśleć o zadaniach w kategoriach długofalowych, pomyśl o chwili obecnej i spróbuj wykorzystać pięć minut, robiąc to, co chcesz, nie zwlekając z niczym, co mogłoby przynieść ci zadowolenie.
  • Usiądź i rozpocznij coś, co dotychczas odkładałeś. Zacznij pisać e-mail lub raport. Zobaczysz, że zajęcia te najprawdopodobniej okażą się przyjemne, kiedy przestaniesz je odkładać.
  • Wyznacz sobie ściśle określony odcinek czasu (np. wtorek, od 21.30 do 21.45), który poświęcisz wyłącznie na coś, co odkładasz. 15 minut aktywnego wysiłku często wystarczy, aby załatwić wiele spraw, z którymi zwlekałeś.
  • Przyjrzyj się uważnie, jak spędzasz czas. Zauważ, czego unikasz w danych chwilach, i zacznij skutecznie zwalczać obawy powstrzymujące cię przed efektywnym stylem życia. Odwlekanie jest zastępowaniem chwili bieżącej obawą przed zdarzeniem, które może nastąpić w przyszłości. Jeśli zdarzenie staje się chwilą obecną, obawa musi zniknąć.
  • Rzuć palenie teraz! Przejdź na dietę w tej chwili! Odłóż gazetę i zrób pompkę jako początek codziennej serii ćwiczeń. To najlepszy sposób na rozwiązywanie problemów i wprowadzanie planów w czyn.
  • Przyjrzyj się swojemu życiu. Czy robisz to, co byś robił, wiedząc, że zostało ci tylko sześć miesięcy?
 

Tekst pochodzi z miesięcznika "Sens" numer 9/2017.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas. Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła? Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka? Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność? Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką? Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana? Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi? Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową. Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej? Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie? To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała? Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz? Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu? Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie? Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza. Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi? Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia. Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim? Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu? Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”? Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda. Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne? Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę? Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi? Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata? Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku? Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii? Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie? Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie. Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia? Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją? Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku? Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz? A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest? Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie? Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u? Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna? Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok? Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład. Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna? Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie? Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna. Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też? Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.

  1. Zwierciadło

UA Infinity Bra - biustonosz, który dba o zdrowe piersi

fot. materiały prasowe Under Armour
fot. materiały prasowe Under Armour
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Źle dobrany biustonosz to problem, z którym boryka się większość kobiet. Noszenie nieodpowiedniego stanika może mieć poważne konsekwencje zdrowotne - bóle pleców, uciski na przeponę, a nawet problemy z oddychaniem czy trawieniem. Under Armour zmienia zasady gry świata biustonoszy sportowych – dzięki innowacjom, które rozwiązują powyższe dwa problemy i wspierają ciało kobiety w naturalnym ruchu.

Aby stworzyć najnowszy model biustonosza Infinity Bra, marka Under Armour testowała prototypy wspólnie z ekspertką w dziedzinie zdrowia piersi dr Joanną Scurr oraz brytyjskim Uniwersytetem Portsmouth. Współpraca miała za zadanie stworzyć perfekcyjnie dopasowany stanik treningowy, który harmonizuje z kobiecym ciałem w zupełnie nowy sposób.

Tradycyjne staniki sportowe powstają poprzez wycięcie miseczek z płaskiej pianki, a następnie ich formowanie i oklejenie warstwami materiałów. Zespół projektantów Under Armour zastosował natomiast technologię wtryskowego formowania płynnej pianki, która zapewnia bardziej naturalny kształt, dopasowanie do ruchu piersi i o wiele niższą wagę.

Elastyczne miseczki zaprojektowano tak, aby niwelować wstrząsy o każdej sile oraz naturalnie otulać ciało kobiety w wahadłowym ruchu w górę, dół i na boki. Płynna pianka ukształtowana jest w formie symbolu nieskończoności – poziomej ósemki, którą ruch piersi wyznacza podczas skakania i biegu. Przełomowa konstrukcja zapewnia odpowiednie wsparcie biustu bez kompromisów na oddychalności i wygodzie.

„Większość osób tego nie zauważa, ale piersi podczas ćwiczeń i biegania poruszają się nie tylko w górę i dół. Kołyszą się także na boki, do środka i na zewnątrz. Projektanci Under Armour przy tworzeniu biustonosza Infinity Bra wzięli pod uwagę ten naturalny rytm, aby stworzyć produkt, który współgra z kobiecym ciałem” - mówi dr Joanna Scurr.

Biustonosz Infinity Bra wykorzystuje jedne z najbardziej zaawansowanych innowacji materiałowych Under Armour. Pozwoliły one na stworzenie najlżejszego i najszybciej schnącego stanika sportowego w kolekcji marki. Najnowocześniejsze technologie zostały wzbogacone o regulowane elastyczne ramiączka, które zapewniają niezrównane wsparcie biustu przy łatwym zakładaniu i zdejmowaniu biustonosza.

Biustonosz UA Infinity Sports Bra jest dostępny w cenach od 169,99 do 259,99 zł i w rozmiarach od XS do 3D.

  1. Zwierciadło

Every summer has a story

fot. materiały prasowe Femi Stories
fot. materiały prasowe Femi Stories
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Jesteśmy sobą w pełnej okazałości. Tańczymy, płaczemy ze szczęścia, próbujemy rzeczy, których wcześniej nie śmiałyśmy spróbować. Podróżujemy i odnajdujemy siebie we współczesnej dżungli. Kolekcja Femi Stories na sezon wiosna-lato 2020 to cztery kolekcje kapsułowe zainspirowane wydarzeniami, które zmieniły nas na zawsze.

Kochamy markę Femi Stories. Za projekty, które uwielbiamy najbardziej - takie, w których czujemy się swobodnie, które przypominają nam najpiękniejsze, błogie chwile: wschody słońca, szum oceanu, piaszczyste i bezkresne plaże.

Femi Stories na sezon wiosna-lato 2020 to cztery kolekcje kapsułowe zaprojektowane z myślą o #FemiGirls i ich aktywnym stylu życia. Stworzone dla dziewczyn, które zaczynają swój dzień od jogi, a kończą go surfując przy zachodzie słońca; podróżują i stale szukają nowych wyzwań, odkrywają swoje potrzeby i poprzez swój styl śmiało je wyrażają. Czerpią energię z kosmopolitycznego miasta, ale nie wyobrażają sobie życia z dala od natury. Cztery historie, w której każda odnajdzie siebie.

1. LOVE IN MARRAKESH Historia inspirowana marokańskimi zachodami słońca nad tętniącym życiem, pełnym ekscytujących bodźców miastem. Niebanalnie połączenie ognistego odcienia pomarańczy, głębokiego granatu i delikatnego błękitu z motywem przewodnim LOVE, zaprojektowanym po wizycie w muzeum Yves Saint Laurent w Marrakeszu.

2. WILD AT HEART Kapsuła oddająca dzikość serca #FemiGirl i naszą wieczną miłość do natury. Tu nie obowiązują żadne zasady – nowy, autorski florystyczny print zestawiliśmy z kultową panterką i połączyliśmy z odcieniem morskiej zieleni, a kurtkę Franta i szorty Start znajdziecie w odcieniu metalicznego złota. Tutaj regułą jest brak reguł.

3. PALM TREE RESORT Lato w pełni, zabawa barwami dodającymi energii, siła wzorów i kolorów. Florystyczny wzór, paski, gorąca czerwień i głęboka zieleń. To wszystko znajdziecie w nowych modelach mini, midi i maxi sukienek, kultowej bluzie Kenta, parce Paloma czy idealnie skrojonych strojach kąpielowych.

4. PINK OCEAN Historia inspirowana podróżą po piaszczystych brzegach oceanu i andaluzyjskimi zachodami słońca. Modele w odcieniu pudrowego różu i niebieskiego przełamane zostały delikatnym printem nawiązującym do tego, co kochamy najbardziej – słońca plam i fal.

Jest pięknie. I już nie możemy doczekać się lata.