1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Poczytaj mi, mamo: dlaczego powinniśmy czytać dzieciom?

Poczytaj mi, mamo: dlaczego powinniśmy czytać dzieciom?

54018592 - happy loving family. pretty young mother reading a book to her daughters
54018592 - happy loving family. pretty young mother reading a book to her daughters
Wielu rodziców uważa, że czytanie dziecku to rozrywka. Jednak to przede wszystkim wzajemna bliskość, wprowadzanie w świat języka, wiedzy i wartości, inspirowanie do rozmów o książkach i życiu – przekonuje Irena Koźmińska, prezes Fundacji „ABCXXI – Cała Polska Czyta Dzieciom”.

Cała Polska już wie, że trzeba czytać dzieciom?

Wiedzą o tym rodzice dziesięciolatków, którzy dzięki naszej kampanii przyjęli przesłanie: „Czytaj dziecku 20 minut dziennie, codziennie”. Młodszym rodzicom trzeba to wciąż przypominać. Są coraz bardziej zajęci robieniem kariery, spłacaniem kredytów, a do dzieci szukają podwykonawców. To, że nie są skłonni do poświęcania im czasu, wynika po części z tego, że sami byli tak wychowywani – że doświadczyli żłobka, niań, samotności z kluczem na szyi. Tymczasem efekty takiego wychowania widać gołym okiem, nie tylko w Polsce. Ogromne problemy emocjonalne dzieci i nastolatków na Zachodzie wyraźnie pokazują, że pewne praktyki są dla nich szkodliwe, a my je bezkrytycznie przyjmujemy.

Jakie na przykład?

Choćby oddawanie maleństw do żłobka, posyłanie dzieci w wieku sześciu lat do szkoły, ciągłe testy, przeciążenie dzieci stresem i zajęciami. Nie chodzi o to,  że maluchy nie nadają się do szkoły, ale że nasza szkoła nie nadaje się do opieki nad nimi, głównie z uwagi na brak wiedzy psychologicznej i dotyczącej rozwoju mózgu, hamowanie myślenia  i kreatywności dzieci, mentorskie nastawienie wielu nauczycieli, złe programy nauczania. Młody mózg najlepiej uczy się poprzez ruch i własne doświadczenie, a szkoła wymaga siedzenia w ławce i słuchania. To jest dobre dla emerytów, nie dla sześciolatków, dla których bezruch to istna tortura. A stres blokuje możliwość uczenia się. I jak dzieci mają się nauczyć mowy, skoro nawet gdy rozmawiają na temat, natychmiast są uciszane? Sensy i bezsensy edukacji wczesnoszkolnej świetnie opisała prof. Dorota Klus-Stańska w książce o takim tytule.

Mówienia, wychowywania powinni uczyć rodzice.

Jeszcze niedawno, cytując psychologów, mówiłam, że rodziców nikt nigdy nie uczył, jak wychowywać dzieci. Po lekturach takich, jak „Wychowywanie chłopców” Steve’a Biddulpha czy „W głębi kontinuum” Jean Liedloff, uświadomiłam sobie, że to współczesnych rodziców nikt nie uczy! W dawnych wielodzietnych i wielopokoleniowych wspólnotach, zanim młodzi ludzie zostali rodzicami, przechodzili naturalny trening rodzicielskich umiejętności i byli nieźle zorientowani, w jaki sposób obchodzić się z dzieckiem. I mieli ciągłe wsparcie. Wtedy nie byłaby możliwa sytuacja, że matka nie rozmawia ze swoim dwuletnim synkiem lub sześciomiesięczną córeczką, bo czeka, aż on czy ona zaczną mówić! Na niedawnej konferencji w Lipsku eksperci z 36 krajów uznali, że dzisiaj wczesna edukacja językowa jest zagrożona.

Dlaczego zagrożona?

Bo dziecko ma za mało doświadczeń językowych. Rodzice mało z nim rozmawiają, wożą odwrócone w wózku, sadzają przed ekranem, z którego nie da się nauczyć języka. Niepotrzebna jest sztuczna stymulacja – dziecko znakomicie się uczy, gdy bliscy po prostu z nim rozmawiają, bawią się, gdy mu czytają. Kiedy zaczynaliśmy kampanię „Cała Polska czyta dzieciom”, dla rodziców było niepojęte, dlaczego mają czytać dzieciom, które jeszcze nie mówią. A przecież zanim człowiek zacznie mówić, musi się dobrze osłuchać z językiem. Mózg niemowlęcia jest niezwykle plastyczny. Każde zdrowe dziecko może nauczyć się dowolnego języka, już czteromiesięczny maluch potrafi odróżnić język rodziców od obcego. Jeżeli damy dzieciom wiele okazji do słuchania i mówienia, będą dużo lepiej przygotowane do przedszkola i szkoły.

Teraz dzieci są nieprzygotowane?

Niektóre dzieci mają tak ubogie słownictwo, że nie rozumieją najprostszych tekstów i poleceń. Jaki sens ma przerabianie programu z dziećmi, które nie rozumieją języka? Stąd nasza kolejna akcja „Mądra szkoła czyta dzieciom”. Z naszych i zagranicznych badań wynika, że w przedszkolach i szkołach, gdzie nauczyciele codziennie czytają dzieciom, zdecydowanie podnosi się poziom rozumienia i wiedzy, poprawia się też ich zachowanie! Jednak – ma pani rację – najważniejszymi nauczycielami języka pozostają rodzice. Dlatego dajemy im do ręki „Pierwszą Książkę Mojego Dziecka”, która ma ich przekonać, że czytanie dziecku od urodzenia ma sens. Malcolm Gladwell w książce „Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu” przytacza za naukowcami, że dziesięć tysięcy godzin praktyki czyni mistrza w każdej dziedzinie. Czytając dziecku, dajemy mu szansę osiągnięcia biegłości językowej.

Dlaczego to takie ważne?

Ponieważ język to podstawowe narzędzie myślenia, komunikacji z ludźmi i zdobywania wiedzy. Człowiek nieporadny językowo od razu lokuje się na marginesie, bo nie rozumie, nie czyta, nie ma wiedzy, nie może wykonywać wielu zawodów. Rodzice, którzy nie czytają dziecku, w pewnym sensie odbierają mu szansę na pełny rozwój. Dlatego z naszą „Pierwszą Książką…” chcemy trafić do młodych rodziców. Pomysł jest prosty. Mama po urodzeniu dziecka dostaje tę książkę przy wypisie ze szpitala położniczego. Projekt jest objęty patronatem i finansowany ze środków ministra kultury i dziedzictwa narodowego.  

A może w nowych czasach do rozwoju dzieci bardziej niż książki potrzebne są nowe media?

Moja córka, która mieszka w Kalifornii, mówi, że jej znajomi kupują iPady już kilkumiesięcznym dzieciom. O czym to świadczy? Że zupełnie nie rozumieją, jak ważny jest kontakt dziecka z żywą osobą, a nie ze sprzętem. Tablety, komputery – doskonałe narzędzia dla dorosłych – nie ukształtują człowieka empatycznego i myślącego, tylko technika sprawnie obsługującego sprzęt elektroniczny. A czy taki technik, który jako małe dziecko nie otrzymał od nas współczucia i przewodnictwa, będzie miał empatię dla nas, starzejących się rodziców? Jako społeczeństwo gotujemy sobie wielki problem na przyszłość i nie pomoże przyrost demograficzny, jeśli młode pokolenie będzie pozbawione ludzkich odruchów, umiejętności myślenia i mocnego systemu wartości. Zresztą o tym, jak duże zagrożenie płynie ze strony nowych mediów, świadczy fakt, że coraz więcej neurobiologów, psychiatrów, socjologów zajmuje się tym problemem. Autorzy alarmują, że zatraciliśmy instynkt samozachowawczy, zachłystując się nowymi technologiami. Skazują one dzieci na zaburzenia emocjonalne, brak wiedzy i umiejętności myślenia, zanik wrażliwości, demoralizację. Dzieci nie staną się dzięki nim mądre. Mądrość to wiedza oraz zdolność patrzenia szerzej, dalej i głębiej – i podejmowanie służących dobru decyzji. Człowiek nie jest w stanie zdobyć mądrości, ślizgając się po Internecie, spędzając tysiące godzin na grach komputerowych, oglądaniu wulgarnych treści i pisaniu głupot do rówieśników – a na tym trawią czas miliony dzieci. Niedawno w Pradze na konferencji poświęconej czytaniu usłyszałam z ust znanego czeskiego psychologa Jeronýma Klimesa, że przy obecnej ekspansji mediów wystarczą dwie generacje, żeby społeczeństwa straciły umiejętność czytania. To ponura perspektywa.

Powiedzmy to zatem po raz kolejny: jaki pożytek, poza treningiem językowym, płynie z czytania dzieciom?

Czytanie uczy myślenia i refleksji, przynosi wiedzę, rozwija emocjonalnie i duchowo. Nasze badania w szkołach i przedszkolach biorących udział w programie czytania pokazały też, że dzieci, którym się systematycznie czyta, mają zupełnie inne nastawienie do świata – są otwarte, mają większe możliwości intelektualne, są bardziej życzliwe, potrafią ciekawiej się wypowiadać, również poprzez rysunek. Gdy porównamy rysunki malców z „czytającego” przedszkola i przedszkolaków, którym nikt regularnie nie czyta, na tych pierwszych widać koncepcję i szczegóły, a na drugich – bazgroły. I te, i tamte dzieci mają po sześć lat.

To kolejny pożytek z czytania – rozwija wyobraźnię.

Stymuluje też ogólny rozwój umysłowy. W „Pierwszej Książce Mojego Dziecka” podajemy przykłady dzieci urodzonych z różnymi zaburzeniami, mocno złagodzonymi dzięki czytaniu. Nie twierdzę, że każde dziecko z upośledzeniem wyjdzie całkowicie na prostą dzięki czytaniu, ale jakość jego życia będzie z pewnością lepsza. A ile możemy osiągnąć, czytając zdrowym dzieciom! Czytanie to także budowanie więzi. Wspólna lektura wzmacnia więź z dzieckiem, która jest fundamentem jego zdrowia i siły emocjonalnej na całe życie. Na to potrzeba czasu. „Czas” to słowo złożone z magicznych liter: C jak cierpliwość, Z jak zachwyt, A jak akceptacja, S jak szacunek. Tego dziecko potrzebuje. Tymczasem rodzice dozują swą obecność w aptekarskich dawkach. Rodzi to głód emocjonalny dziecka prowadzący do anemii emocjonalnej i zaburzeń. Wielu rodziców nie traktuje czytania poważnie, uważając, że to rozrywka. A skoro tak, to niech malec zajmie się oglądaniem czegoś na ekranie. Czytanie jednak to przede wszystkim wzajemny kontakt żywych osób, przekaz emocji i wiedzy, inspirowanie do rozmów o książkach i życiu. Gdy dzieci siedzą przed ekranem, rodzice nie muszą się wysilać, odpowiadać na pytania, snuć refleksji.

Tą książką chce pani wychować rodziców?

Chcemy rodzicom uświadomić, jak ważny jest dla dziecka czas z nimi, ich uwaga, czułość, rozmowa, czytanie. Zewsząd słyszą zupełnie co innego: wróć do pracy, zarabiaj, kupuj, dbaj o siebie. To błąd – kiedy ludzie decydują się na dziecko, muszą poświęcić mu czas. Dlatego w książce wypełnionej wierszykami i ilustracjami są też wskazówki dla rodziców i dołączony jest do niej film na temat sposobów zaspokajania potrzeb emocjonalnych dziecka. Mamy nadzieję, że uświadomi on rodzicom, jak bardzo krzywdzą dziecko, dezerterując ze swojej roli, a zarazem – ile radości  można czerpać, towarzysząc dziecku w jego rozwoju.

 

Irena Koźmińska – współautorka (z Elżbietą Olszewską) książek „Z dzieckiem w świat wartości” i „Wychowanie przez czytanie”. Pomysłodawczyni akcji „Pierwsza Książka Mojego Dziecka”. Współautorka kursów online, m.in. „Jak wychować zdrowe emocjonalnie i radosne dziecko”, „Nauczanie wartości” na Internetowym Uniwersytecie Mądrego Wychowania ().

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki pod choinkę dla dzieci. Poleca Joanna Olech – pisarka, graficzka, krytyczka literacka

Lista książek pod choinkę 2020. Joanna Olech - pisarka, graficzka i krytyczka literacka. (Fot. materiały prasowe)
Lista książek pod choinkę 2020. Joanna Olech - pisarka, graficzka i krytyczka literacka. (Fot. materiały prasowe)
Ofiarowując dziecku książkę, mamy szansę zarazić go miłością do czytania. Aby jednak tak się stało, książka musi być trafiona, czyli taka, która małego czytelnika wciągnie, zassie i nie puści. Sprawi, aby miało ochotę na jeszcze więcej liter, zdań i ilustracji, które przenoszą go do świata wyobraźni.

W księgarniach, tych rzeczywistych i tych internetowych, jest mnóstwo książek dla dzieci i młodzieży. Trafić jednak na dobrą pozycję wcale nie jest jednak tak łatwo. Dlatego warto szukać rekomendacji. Ja od lat w wyborze lektur dla moich dzieci podążam za wskazówkami Joanny Olech - pisarki, graficzki i krytyczki literackiej. Joanna jest autorką kilku wspaniałych książek dla dzieci, z których najbardziej znane to "Dynastia Miziołków" i "Pompon w rodzinie Fisiów". Nie tylko pisze, ale również sama je ilustruje. Od pewnego czasu rekomendacjami dzieli się również na swoim profilu na fejsbuku. Dla nas przygotowała listę 10 książek dla dzieci w różnym wieku, które - jak sama mówi - czyta się duszkiem.

Joanna Olech poleca książki dla dzieci pod choinkę

Stina Wirsen, cykl: Kto decyduje?/ Kto się złości? / Czyje spodnie? / Komu leci krew?, wyd. Zakamarki

wiek: 2+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Arcyproste, bezpretensjonalne historyjki z życia malca. Bohaterowie z reguły mają kształt ameby z uszami, ale trafiają w samo sedno dziecięcych uczuć - radości, zazdrości, przepychanki z opiekunami o to „kto tu rządzi”. Cokolwiek napisze (i narysuje) Stina Wirsen - czyta się duszkiem. Obok tych czterech rozrywkowych książeczek, w sam raz pod choinkę, warto sięgnąć także po znakomitą (!), ale poważniejszą, miniaturową opowieść obrazkową „MAŁE”.

Bjorn F.Rorvik, il. Per Dybvig, cykl: Leśna Gazeta/ Bieg z zagadkami/ Kropkoza, wyd. druganoga

wiek: 4+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Jeśli wasze dzieci lubią humor abstrakcyjny - to książki dla nich! Mały Prosiak i cwany Lis mają się za bystrzaków i spryciarzy, ale ich wspólne przedsięwzięcia z reguły kończą się efektowną klapą. Dwaj przyjaciele to ekscentrycy i naiwniacy po trosze, pełni rozczulającego entuzjazmu. Komiczna trylogia mnoży nonsensy, żongluje absurdem. Wspaniałe (pazurem drapane) ilustracje!

Oyvind Torseter, Dziura, wyd. format

wiek: 5+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Dzieci pokochają was za tę książkę, a cała rodzina, niezależnie od wieku, będzie ją sobie wyrywać z rąk. Blok książki - dużej, w twardej oprawie - jest „przedziurawiony” na wskroś. I to ten okrągły OTWOREK jest w istocie bohaterem książki. Pojawia się nieoczekiwanie w pustym mieszkaniu, podczas przeprowadzki i burzy spokój nowego lokatora. Dziura stale zmienia położenie. Z trudem daje się uwięzić w tekturowym pudle, po czym podróżuje przez całe miasto do laboratorium, gdzie poddana zostanie naukowym testom. Dalej będzie tylko dziwniej…

Marta Kisiel, cykl: Małe licho i tajemnica Niebożątka/ Małe Licho i anioł z kamienia/ Małe Licho i lato z diabłem, wyd. Wilga

wiek: 8+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Świetna „trylogia” dla wczesnej podstawówki - zabawna, nasycona fantazją. Oto w starym domu na uboczu mieszka zwyczajna (na pozór) rodzina: nieduży chłopiec, mama, wujek… Ale dom ma także innych lokatorów. Lista jest długa: dobroduszny anioł w bamboszach, potwór o wielu mackach, widma gadające po niemiecku, podziomek i dżin (ten z butelki). A to nie koniec. Domowników niebawem przybędzie. Przybędzie też zwariowanych przygód…Kto raz pozna „Niebożątko”, z pewnością upomni się o tomy kolejne. Uwaga! Książki i ich autorka zdobyli liczne nagrody.

Maria Strzelecka, Beskid bez kitu, wyd. Libra

wiek: 8+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Rewelacyjny debiut, natychmiast dostrzeżony i nagrodzony w konkursach wydawniczych. Sklejona z dwóch części opowieść o dziecku, które z pomocą „przyszywanej” babci -Łemkini poznaje tajemnice Beskidu i jego polsko-łemkowskiej przeszłości. Część pierwsza rozgrywa się w latach 50-tych, w PRL-u, gdzie żywe są jeszcze blizny po Akcji Wisła. Historia wysiedlenia Łemków i zacierania śladów łemkowskiej kultury przedstawiona jest z perspektywy dziewczynki - wrażliwej, naiwnej, ciekawej wszystkiego Terki, uważnie obserwującej otoczenie i przyrodę. Niewiele tu dydaktyki wykładanej łopatą, raczej jest to czuła ballada o lesie, ziołach, zwierzętach i wyludnionych wsiach wokół. Cześć druga to współczesna kontynuacja tych wątków - tym razem bohaterką jest współczesne dziecko uzbrojone w smartfona i nowomodne gadżety, ale równie ciekawe świata. Być może to wnuczka Terki?

Adam Wajrak & Nuria Selva Fernandez, Kuna za kaloryferem, wyd. Agora

wiek: 9+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wznowienie bestselleru najbardziej znanej w Polsce pary entuzjastów i niezmordowanych obrońców przyrody. Książka nie wymaga reklamy, za całą rekomendację niech posłużą kilometrowe kolejki po autograf na targach. Czyta się „Kunę” jak kryminał (bez trupa). Fenomen książki polega na tym, że frajdę ma z niej cała rodzina: dzieci, podrostki, rodzice i wnuki, a wszyscy jednako zadowoleni. Gęba się śmieje podczas lektury do opisanych w książce zwierząt, którymi Nuria i Adam zajmują się z poświęceniem i odwzajemnioną miłością.

Katherine Rundell, Złodziejaszki, wyd. Poradnia K.

wiek: 10+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Katherine Rundell to znakomita, brytyjska autorka, pięknie władająca językiem. Podobnie jak poprzednie książki pisarki ( wyguglujcie, ukazało się ich w Polsce pięć) „Złodziejaszki” obfitują w mnóstwo przygód, forteli, podstępów, pościgów i dramatycznych okoliczności. Bohaterowie tej książki to szajka utalentowanych nastolatków, którzy dokonują nieprawdopodobnych - i często nielegalnych - wyczynów w dobrej sprawie. A wszystko to w ubiegłowiecznej scenerii Nowego Yorku, w latach prohibicji i gangów. To ten rodzaj literatury, który zasysa czytelnika i nie puszcza przez długie godziny. Dla chłopców i dziewcząt jednako.

Michelle Harrison, Szczypta Magii, Odrobina czarów, wyd. Literackie

wiek: 10+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Dwa tomy przygód okraszonych magią. Bohaterkami są trzy siostry Wspaczne, żyjące na ponurym końcu świata i dotknięte klątwą - żadna z nich nie może przekroczyć granic wyspy, na której mieszkają. Dorastające pod opieką surowej i stanowczej babki, dziewczyny są posiadaczkami magicznych przedmiotów. W krytycznej sytuacji zamierzają ich użyć, aby przełamać czar klątwy. Siła charakteru dziewcząt, wzajemna lojalność i siostrzana pomoc okazują się bronią niezawodną w każdej opresji.

Annet Schaap, Lampka, wyd. Dwie Siostry

wiek: 11+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Piękna, chwilami bardzo przejmująca opowieść, w której - nieprzypadkowo - doszukamy się śladów baśni Andersena i „Tajemniczego Ogrodu” F.H.Burnett. Niderlandzka autorka przefiltrowała klasykę literacką przez własną wyobraźnię i powstała książka o wielkim emocjonalnym ładunku. To kapitalna baśń-nie-baśń o półsierocie, córce piratów, która oddana zostaje na służbę do tajemniczego domu, w którym jakoby mieszka POTWÓR.

Yuval Noah Harari, Sapiens. Opowieść graficzna. cz.1, wyd. Literackie

wiek: 12+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Spełnione marzenie belfrów - ważna książka edukacyjna, nafaszerowana wiedzą jak keks, a przy tym …błyskotliwy thriller komiksowy. Jest to obrazkowa wersja międzynarodowego bestselleru Harariego. Świetnie zilustrowana, klarowna i przejrzysta. Część pierwsza (będą kolejne) mówi o korzeniach dzisiejszej cywilizacji. A także o mechanizmach, jakie doprowadziły do wyginięcia innych, egzystujących współcześnie z homo sapiens gatunków ludzi. Fascynująca historia rozpisana została na dowcipne dialogi i zróżnicowane, kapitalne typy ludzkie. Głównym bohaterem jest sam Harari i jego rezolutna, mała siostrzenica Zoe. W roli obrońcy patriarchalnej rodziny występuje… Jan Kowalski :)

M.T. Anderson & Eugene Yelchin, Zabójstwo Brangwina Kąkola, wyd. Dwie Siostry

wiek: 12+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wspólne dzieło pisarza i rysownika, sporządzone „na cztery ręce”. Historia misji pewnego Elfa, który wysłany został jako emisariusz i „gołąbek pokoju” do plemienia odwiecznych wrogów - Goblinów. Tytułowy Brangwin Kąkol - posłaniec i dostarczyciel cennego klejnotu dla goblińskiego władcy, ląduje szczęśliwie po drugiej stronie gór, gdzie czeka na niego przewodnik i opiekun - historyk Werfel. Panowie Elf i Goblin wydają się sobie nawzajem nieokrzesanymi dzikusami i z zapałem utrwalają stereotypy „wroga", w jakich wyrośli. Dziwnie znajoma fabuła? To mądra opowieść (z happy endem) o dwóch poróżnionych plemionach, oczadziałych od propagandy i nienawiści.

Christelle Dabos, seria „Lustrzanna”: Zimowe zaręczyny/ Zaginieni z Księżycowa/ Pamięć Babel (premiera 10 grudnia), wyd. entliczek

wiek: 13+

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Rewelacyjna tetralogia dla młodzieży i lubiących inteligentną literaturę fantasy dorosłych (na tom czwarty trzeba poczekać). Francuzka autorka wykreowała własny kosmos, rządzony hierarchiczną władzą klanów, wyposażonych w różne ponadludzkie umiejętności. Główna bohaterka - Ofelia - jest „lustrzanną” - potrafi przemieszczać się pomiędzy lustrami. Ma także inną właściwość - „czyta” przedmioty, które bierze do rąk - odtwarza ich losy, historię i okoliczności, jakich obiekty były świadkiem. Któregoś o rękę dziewczyny - szarej myszy tkwiącej w archiwach - upomina się arogancki ważniak z sąsiedniej „arki”(arki to dryfujące w przestrzeni okruchy planety, rozłupanej z złości przez boga). Ofelia podąża za narzeczonym do obcego, nieprzyjaznego świata. A tam czekają na nią dworskie intrygi, pogarda, a nawet…zbrodnie.

  1. Kultura

Kicia Kocia - seria oczami autorki Anity Głowińskiej

Anita Głowińska, autorka serii książeczek
Anita Głowińska, autorka serii książeczek "Kicia Kocia". (Fot. Paweł Klein)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Jej książeczki uwielbiają i dzieci, i ich rodzice. Nie tylko za sympatyczną mordkę głównej bohaterki, ale przede wszystkim za to, że o istotnych sprawach opowiada się tu w genialnie prosty sposób. – Mam marzenie, żeby dzieci wychowane na Kici Koci były lepszymi dorosłymi – mówi autorka i ilustratorka kultowej serii dla najmłodszych Anita Głowińska.

Rozgryzłaś już, na czym polega fenomen Kici Koci? Bo nie będziesz chyba zaprzeczać, że fenomenu nie ma?
Jestem już na tym etapie, że przestaję się krygować [śmiech]. Chociaż ciągle słyszę w tyle głowy, że nieładnie się chwalić, dziewczynki powinny być skromne… Ale rzeczywiście czasem zastanawiam się, jak to się stało, że nawet w jednym z kryminałów przywołana jest „Kicia Kocia”, że do czytania jej swoim dzieciom przyznają się też politycy…

No i?
Pierwsza książeczka była pisana, a właściwie rysowana, dla mojej dwuletniej wówczas córeczki (która teraz ma 18 lat).

Czyli stworzona z serca.
I może właśnie to czują dzieci? Nawet przez myśl mi nie przemknęło, że to zostanie wydane. Córeczka uwielbiała koty. Rysowałam je więc i przywieszałam nad łóżkiem. A ona upodobała sobie kotkę z wielkimi oczami. Domagała się, byśmy opowiadali o niej historie. Czasem nazywała kotkę Kicia, czasem Kocia, potem jej się mieszało – i tak powstała Kicia Kocia. Malowała ze mną tę kotkę, to znaczy popychała moją rękę i tak się bawiłyśmy. Dlatego książki wyglądają tak, a nie inaczej. One są odpowiedzią na potrzeby mojego dziecka.

Jak w takim razie zawędrowały do innych domów?
Natchnął mnie do tego mąż. Przeprowadziliśmy się z Torunia, gdzie oboje studiowaliśmy, do mojego rodzinnego miasta, Gdańska. Kończyłam konserwację zabytków, ale nie pracowałam w zawodzie, pomagałam mężowi w prowadzeniu firmy.

I książki dla dzieci nie były w ogóle w orbicie twoich zainteresowań?
Nie tylko książki, lecz nawet dziecięcy świat. Odkryłam go dopiero w momencie urodzenia córki. Zaczęłam chodzić do księgarń, kupować, co wpadło mi do ręki, ale wówczas nie za bardzo było w czym wybierać. A ponieważ tęskniłam za aktywnością, która nawiązywałaby do tego, co robiłam przed urodzeniem – pogodziłam potrzeby wynikające z nowej roli z potrzebą tworzenia. Spisałam i zilustrowałam dwie historyjki, a mąż zrobił skład i w formie książeczek wydrukował na domowej drukarce. Córka była zachwycona! Potem jedną z nich podarowaliśmy jej koleżance na urodziny. I to był ważny zwrot, bo okazało się, że inne maluchy podobnie na nią reagują.

Pomyślałaś: „Może warto wydać?”.
Tak. A ściślej to mąż powiedział: „Ja zajmę się Lenką, domem, a ty usiądź, namaluj, napisz i wyślij swoje portfolio do wydawnictwa”. Tak też zrobiłam.

I?
Nikt się nie odezwał.

To cię zniechęciło?
Więcej, to mnie dotknęło, poczułam się odrzucona, przepłakałam parę godzin. Próbowałam to sobie przepracować, mówiąc: „Nie znają się” [śmiech]. Ale i tak dominowała myśl, że moje książki są beznadziejne. Wrzuciłam je więc do szuflady. A potem urodził się nasz syn. Wyjęłam je z powrotem i co widzę? Synek też je uwielbia! Mąż znowu zaczął namawiać: „Spróbuj jeszcze raz, może tam się ludzie wymienili, może mieli wtedy zły humor”. Więc wysłałam, i tym razem trafiłam na wspaniałą redaktorkę Marysię Bosacką z Media Rodziny, która natychmiast odpowiedziała: „Ruszamy z dwiema książkami”. To był 2010 rok.

„Kicia Kocia w mieście, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia w mieście, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Od razu sukces?
Poszło przyzwoicie jak na zupełny brak reklamy. To znaczy reklama była oddolna: rodzice polecali sobie książki, jakaś mama napisała o nich na blogu.

A teraz? Pisanie to twój zawód?
Jestem wśród tych szczęśliwych autorów, którzy mogą powiedzieć, że żyją z pisania. Każda książka jest dokładnie przeze mnie przemyślana. Krótka forma nie pozwala na literackie szaleństwa, dlatego każde zdanie ma znaczenie. A ponieważ nie chciałabym przynudzać, tworząc instruktaże zachowania, mam niezłą intelektualną gimnastykę. To mnie uczy dyscypliny. Zależy mi na tym, żeby książki bawiły, ale jednocześnie przekazywały wartości, w które wierzę.

Czyli?
To wszystko, czego pragnę dla moich dzieci: świata pięknego, otwartego, tolerancyjnego, przyjaznego, który traktuje każdego człowieka z szacunkiem, niezależnie od tego, czy ten człowiek ma lat pięć, 50, czy 90, czy ma inny kolor skóry, inną orientację seksualną. Angażuję w pisanie swój intelekt, szukam inspiracji, szperam w poradnikach psychologicznych, ale także odwołuję się do mojej intuicji. Chciałabym, byśmy potrafili zadawać pytania i byli ciekawymi świata oraz drugiego człowieka. Dla mnie słowo „ciekawość” jest kluczowe.

„Kicia Kocia gra w piłkę”, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia gra w piłkę”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Autorzy traktują po macoszemu literaturę dla tak małych dzieci, a to fundamentalny czas w rozwoju. Czy kierowałaś się takim imperatywem, żeby tę lukę wypełnić?
Ja tego wszystkiego dowiedziałam się dopiero po tym, jak zostałam mamą. I pomyślałam, że mogę coś zrobić nie tylko dla syna i córki, lecz także dla pozostałych maluchów. Także dla rodziców, bo przecież moje książki czytane są również przez nich. Oczywiście większość mam i ojców to świetni rodzice, ale czasem „Kicia Kocia” otwiera jakieś drzwi.

Jakie na przykład?
„Kicia Kocia na basenie” powstała dlatego, że moje dzieci potwornie bały się wody. Kicia Kocia na początku też boi się do niej wejść, ale nikt jej nie zmusza. Przyjaciele spokojnie czekają, aż w końcu sama do tego dojrzeje. W przypadku moich dzieci trwało to kilka lat, teraz mój syn jest świetnym pływakiem. Może ta historyjka oswoi dzieci z wodą, a rodziców zainspiruje do cierpliwości?

Pomysły zawsze czerpiesz od swoich dzieci?
Bardzo często, ale też od dzieci naszych znajomych. Śledzę również Internet i historie, które opowiadają sobie rodzice. I jestem zdecydowanie bardziej świadoma tego, co chcę powiedzieć. I tym większą czuję odpowiedzialność, bo zdaję sobie sprawę, że wpływ moich słów już dawno przekroczył próg domu. Marzy mi się, by dzieci wychowane na „Kici Koci” były lepszymi dorosłymi.

U ciebie nie ma złego świata, tylko dobry i piękny. Świadomie idealizujesz?
Tak. Jako dziecko dosyć często się bałam. Moi rodzice mnie kochali, ale mieli taką pracę, że często zostawałam sama, więc żyłam w permanentnym strachu. A bajki to też był strach. I jako dorosła osoba chcę powiedzieć, że świat jest nie tylko okrutny, lecz także piękny, to tylko kwestia tego, na co mamy fokus. Są autorzy, którzy lubią pisać dramatyczne historie, i to jest w porządku. Ja wolę na czym innym skupiać uwagę. Ale też na przykład w książce „Kicia Kocia. To moje!” kotka jest samolubna, nie chce dzielić się zabawkami. Albo w „Nie chcę się tak bawić” opowiadam o koledze Kici Koci, Marcysiu, który tak polubił dziewczynki, że zaczął je przytulać na siłę. Nie wytykam, że tak nie wolno, tylko pokazuję, że nie zawsze to, co sprawia przyjemność nam, jest tak samo atrakcyjne dla innych. W pozytywny sposób chciałam pokazać proste reguły, którymi należy się kierować. Nie bierz niczego siłą, nie zmuszaj, nie ignoruj uczuć drugiego człowieka, pytaj. I to dotyczy nie tylko relacji męsko-damskich.

Kicia Kocia ma braciszka Nunusia”, tekst i ilustracje Anita Głowińska Kicia Kocia ma braciszka Nunusia”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Pobrzmiewają w tych słowach nuty feministyczne.
Nadal tkwimy w patriarchalnych okowach. Sama łapałam się na tym, że czego innego wymagam od syna, a czego innego od córki. Często dyskutujemy z mężem na ten temat i oboje zauważyliśmy, że on jest nieświadomym strażnikiem przywilejów własnych, a ja jestem nieświadomą strażniczką przywilejów męskich. Zresztą trudno, żebym nie była, skoro tak zostałam wychowana. Walczę z tym. Dlatego kiedy moja Kicia Kocia sprząta, to pomaga jej w tym tata. Zależy mi, aby dzieciom od najmłodszych lat pokazywać pozytywne wzorce i żeby widok zmywającego naczynia mężczyzny nie budził w nich zdziwienia. Równouprawnienie powinno polegać nie na tym, że kobiecie dokłada się obowiązków, tylko na tym, że to mężczyzna rezygnuje z przywilejów, które były mu dane wyłącznie z racji jego płci, a nie jakichś szczególnych cech. Jeśli panowie potrafią wbijać gwoździe, poradzą sobie również z odkurzaniem. Inaczej mówiąc, jest sprawiedliwe, gdy mężczyzna zajmuje się domem.

Mówimy: pomaga kobiecie.
No właśnie, nie o to chodzi, żeby pomagał, ale żeby razem z nią wziął odpowiedzialność za wychowanie, dom, za wszystko.

Zawsze byłaś feministką?
Zawsze, ale przez kilka ostatnich lat uświadomiłam sobie, jak byłam ograniczona w swoim myśleniu. Moja optyka była męskim punktem widzenia. Ze wszystkiego się tłumaczyłam, próbowałam dopasować, by zasłużyć na pochwałę, lub przeciwnie – starałam się udowodnić, że jestem silna i skuteczna tak samo jak mężczyźni. I nawet teraz, rozmawiając z tobą, czuję się dziwnie, gdy chwalę się sukcesem. Ale pracuję nad tym i widzę rezultaty. Moja córka całkiem niedawno powiedziała: „Ja takiego problemu nie mam, ty mnie nauczyłaś szanować się jako kobieta”. Mam takie marzenie, żeby dożyć czasów, kiedy chłopiec w spódnicy nie budzi niczyjego lęku czy zdziwienia. Chciałabym, żeby to było tak samo naturalne jak fakt, że dziewczyny noszą spodnie. Bo równouprawnienie cały czas polega na przyzwoleniu, by kobieta goniła męskie wzorce, ale już to, co „kobiece”, mężczyźnie nie przystoi.

Zabrałaś publicznie głos po słowach prezydenta, że „LGBT to ideologia, a nie ludzie”. Napisałaś list otwarty. To był impuls?
Nie, sprzeciw wobec dzielenia ludzi rósł we mnie od dawna. Ale się powstrzymywałam, bo bałam się, że moja reakcja będzie odczytana jak polityczny manifest.  Do tej pory całym sercem wspierałam walkę o równość, chodziłam na marsze, często w tej sprawie dyskutowałam, ale prywatnie. Wydawało mi się, że to wystarczy, że moje książki są odpowiednim świadectwem przyzwoitości i że nie muszę dodatkowo zabierać głosu jako autorka. Jednak przyszedł moment, kiedy nie mogłam dłużej milczeć. To kwestia życia. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co muszą czuć te wszystkie wykluczane dzieciaki, co czują ich rodzice. Nie mamy prawa zostawiać ich samych i godzić się na ludzką krzywdę. Poza tym rzecz dotyczy przecież wszystkich dzieci. Nawet jeśli staramy się je wychować tak, by szanowały każdego człowieka – co z tego, jeśli będą żyć w atmosferze nienawiści? Mój list to było upomnienie się o podstawowe ludzkie prawa.

Nie żałujesz?
Nie! Jeśli czegoś żałuję, to tego, że zrobiłam to tak późno. I jestem pozytywnie zaskoczona reakcją ludzi w komentarzach – 90 proc. solidaryzowało się z tym, co napisałam. Książki tworzę z myślą o każdym dziecku i staram się, aby wartości, jakie w nich przekazuję, były uniwersalne, niezależne od światopoglądu rodziców. I cieszy mnie, że większość rodziców właśnie to zauważyła. To pokazuje, że polityka idzie swoim torem, a my jesteśmy jednak fajnym, wrażliwym społeczeństwem.

„Kicia Kocia w Afryce”, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia w Afryce”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Co cię zajmuje oprócz pisania?
Ostatnio zaczęłam się uczyć grać na pianinie. Niewykluczone, że w muzyce także bym się spełniła. Nasze dzieci grają na skrzypcach, chodzą do szkoły muzycznej. Mąż też jest muzykalny.

Twój mąż przewija się przez całą naszą rozmowę.
Bo to supergość. To on zauważył moc i siłę, które tkwią w moich książkach, i bardzo mi we wszystkim pomagał. Miałam szczęście, że trafiłam na niego, że się wspólnie odnaleźliśmy. Przeszliśmy razem naprawdę bardzo wiele. Po przeprowadzce do Gdańska stracił klientów, a ja byłam na bezrobociu. To był czas, gdy nasi ojcowie ciężko chorowali, a potem, w półrocznym odstępie, zmarli. Po kolejnym pół roku spaliło się nam mieszkanie. Uciekaliśmy w kapciach, w środku nocy, z malutką córeczką na rękach. Przygarnęła nas mama. Przez kilka lat siedzieliśmy jej na głowie. I tak sobie myślę, że przetrwaliśmy, bo mieliśmy siebie, bo okazało się, że możemy w stu procentach na sobie polegać. Jak myślę o moim mężu, to czuję wzruszenie. Chyba na tym polega miłość.

A powiesz w końcu, na czym polega fenomen Kici Koci?
Może na tym, że dzieci się z nią identyfikują niezależnie od płci – chłopcy traktują ją jako swoją przyjaciółkę, ale czasami też chcą być jak ona, i to jest super. Bo dla dzieci Kicia Kocia to jedno z nich, nie ona czy on. Dzieci nie przyklejają etykietek. I tego my, dorośli, powinniśmy się od nich uczyć.

  1. Psychologia

Kultura zaczyna się od dziecka. Jakie książki czyta twoje dziecko?

Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję.(Fot. Getty Images)
Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję.(Fot. Getty Images)
- W konsumpcyjnym świecie rzeczy dla dzieci tworzy się często nie z myślą o nich, lecz o wielkich zyskach. Wykorzystuje się to, że dziecko jest niezwykle podatne na manipulację. Tymczasem dając mu kicz i szmirę, nie wychowamy wrażliwego i twórczego człowieka – mówi pedagog Katarzyna Szantyr-Królikowska.

Coraz więcej rodziców gubi się w wyborze książek, filmów i zabawek dla swoich pociech.
To prawda. Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu, która z dziecka uczyniła klienta, przy czym – w odróżnieniu od dorosłych – jest to klient doskonały. Z racji wieku niewiele posiada, więc dużo chce mieć, a do tego jest łatwowierny i kompletnie bezkrytyczny. Stąd taka mnogość wszelkiej maści produktów dla najmłodszych, wyjątkowo tandetnych, często wręcz szkodliwych dla psychiki małego człowieka, ale obliczonych na duży zysk producentów. Ten zysk powstaje w momencie sprzedaży, dlatego tak wielką wagę przykłada się do atrakcyjności opakowania i reklamy. Rodzice, mający coraz mniej czasu na spokojny namysł, kupują to, co wybiera za nich dziecko.

Dlatego coraz więcej reklam kieruje się do dzieci.
Lub wręcz zatrudnia się w nich dzieci, nawet jeśli produkt nie jest przeznaczony bezpośrednio dla nich. W przeciwieństwie do rodziców dziecko ma na ogół sporo wolnego czasu, który spędza przed telewizorem i stąd czerpie wiedzę o świecie. W sferze wszelkich nowości jest zazwyczaj najlepiej poinformowaną osobą w rodzinie.

Ambasadorem marki…?
W konsumpcjonizmie chodzi o coś więcej: dziecko ma być ewangelistą marki! I pozyskiwać dla niej nowych wyznawców. Trzeba pamiętać, że dla małego człowieka najważniejszym punktem odniesienia jest grupa rówieśnicza. Jeśli wśród dzieci panuje kult jakiejś marki, rodzice przeważnie są bezbronni. Nawet ci, którzy sami zostali wychowani inaczej. Z jednej strony mają świadomość, że nie powinni hołdować snobizmom i spełniać kolejnych zachcianek dziecka, ale z drugiej – kochają swoje dziecko, więc nie pozwolą, aby czuło się inne, gorsze. Kupują mu więc to, co akurat jest modne, a tak naprawdę to, co dyktują reklamodawcy.

Nie kupując, naraziliby swoje dziecko na odrzucenie?
Bardzo się tego boją i na tym właśnie polega siła reklamy, która w kleszczach przymusu kupowania trzyma i dzieci, i dorosłych. Tymczasem mądrzy rodzice powinni umieć odmawiać dziecku. Pamiętam, jak w podstawówce marzyłam o prawdziwych dżinsach z Peweksu, bo koleżanki takie miały. Ale nie dostałam ich, ponieważ rodzice uznali, że byłoby to demoralizujące. Takie spodnie kosztowały dwie pensje mojej mamy nauczycielki! Wtedy było mi przykro. Dziś jestem ogromnie wdzięczna za tę stanowczość i konsekwencję, z jaką hartowano mój charakter. Będąc dorosłą osobą, nie boję się podejmować decyzji, nie muszę mieć tego co inni, robić jak inni i myśleć jak inni, by czuć się dobrze. Taka postawa jest rezultatem wychowania, którego częścią było właśnie racjonalne odmawianie.

To ważny przykład: rodzice powinni mówić „nie”, ale muszą wiedzieć, co jest wartościowe. Jednak trudno poruszać się w takim gąszczu propozycji, np. książkowych.
Króluje publishing business. Weźmy choćby obrazkowe książki dla najmłodszych dzieci – są bez treści, za to z brokatem na okładce i pozytywką do kompletu. Produkuje się je przeważnie w Azji w milionowych nakładach i sprzedaje głównie w supermarketach. Nazwałabym je produktami książkopodobnymi, bo na pewno nie są to wartościowe książki, choć bardzo podobają się dzieciom. Często są tańsze niż paczka papierosów, aby rodzice nie mieli przy kupnie żadnych rozterek.

Jak rozpoznać dobrą książkę dla dziecka?
Nie bójmy się sięgać po książki autorów, których nie znamy z własnego dzieciństwa. Literatura dla najmłodszych nie skończyła się na Tuwimie, Brzechwie czy Chotomskiej. Swoich godnych następców wśród ilustratorów ma też Szancer. Wybierajmy książki stworzone z pasją i humorem. Książki z treścią, mądre, które traktują o sprawach istotnych dla dziecka, pomagają oswajać otaczający świat, uczą krytycznie myśleć i wyciągać wnioski. Takie, które budują system wartości małego człowieka oparty na szacunku do innych, kształtują kulturę uczuć i obyczaje. Piękne, żeby wzbogacały słownictwo i poczucie estetyki dziecka. I wreszcie – intrygujące, by mogły konkurować z telewizją i PlayStation.

Takie właśnie są bajki z Bajki, czyli książki, które pani wydaje?
Tak, bo tworzymy je z myślą o dzieciach. Bajka to wydawnictwo pasjonatów, skupia twórców od lat związanych ze „Świerszczykiem” i „Misiem”, zostało założone przez byłych redaktorów naczelnych tych czasopism. Nasze książki są i mądre, i pięknie zilustrowane, i frapujące, ale też dopracowane redakcyjnie i wydrukowane z wykorzystaniem najlepszych materiałów. Uważam, że to, co dajemy dzieciom: książki, filmy czy zabawki, zawsze powinno być najwyższej próby.

Dzieciństwo to fundamentalny okres w rozwoju człowieka, także dla kształtowania jego poczucia estetyki. Nie wolno zapychać dziecku głowy śmieciami.
Dając dziecku kicz i szmirę, nie wychowamy szlachetnego, wrażliwego i – co najważniejsze – twórczego człowieka. Niestety, bagatelizuje się w naszym kraju znaczenie wychowania estetycznego, a przecież światowej sławy twórca teorii takiego wychowania Stefan Szuman był Polakiem. W wychowaniu estetycznym bardzo ważna, niezastąpiona rola przypada książce. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele zależy od jakości książek i w ogóle kultury dla dzieci. Dokonując pewnego skrótu myślowego, można powiedzieć, że ta jakość przekłada się na przyszły obraz naszych miast, ulic, domów, a nawet na stan przyrody. Dobrze wiedzą o tym Szwedzi. W Szwecji szanuje się w dziecku człowieka. U nas upatruje się w nim prawie wyłącznie małego klienta.

Na wydawcach książek dla dzieci spoczywa więc duża odpowiedzialność.
Prawda jest smutna: niewielu wydawców książek dla dzieci to ludzie z misją i odpowiednimi kompetencjami. Są wydawcy i producenci książek. Warto mieć tego świadomość. Ci ostatni często zaczynają pracę nad książką od… kalkulacji technicznej, to znaczy wyboru formatu, papieru etc. Dopiero potem kombinują, jak i czym te puste strony zapełnić. Jeszcze jako naczelna „Świerszczyka” odbyłam podyplomowe studia edytorskie. Pewien prezes dużego wydawnictwa dokładnie tak przedstawiał produkcję książki. Na koniec dowiedzieliśmy się, kim jest dla niego autor – „dostarczycielem wypełniacza tekstowego”. Powiedział to publicznie, bez cienia żenady. W taki sposób na pewno nie tworzy się wartościowych książek dla dzieci!

Napisała pani w katalogu, że chce przywrócić rangę beletrystycznej książce dla dzieci.
Oprócz wielkiego biznesu na rynku książki dziecięcej jest jeszcze inne, skrajnie różne zjawisko – lilipucie wydawnictwa, które publikują książki bardzo wysublimowane artystycznie. Takich książek dzieci nie chcą, i słusznie, bo dlaczego ośmiolatka ma bawić coś, co śmieszy dwóch panów, którzy mają po 50 lat i abstrakcyjne poczucie humoru? U dziecka myślenie abstrakcyjne wykształca się w pełni w wieku 12 lat. Wydawcy książek dla dzieci powinni posiadać elementarną znajomość psychologii rozwojowej. Ten kompletny brak myślenia o małym czytelniku, lekceważenie jego potrzeb i możliwości poznawczych lub traktowanie przedmiotowo, zarówno z chęci zysku, jak i osobistych ambicji wydawcy, spowodowały w ciągu ostatnich kilkunastu lat utratę znaczenia książki dziecięcej, zwłaszcza beletrystycznej. Czyż literatura dla dzieci nie jest traktowana w naszym kraju jako gorsza w stosunku do literatury dla dorosłych? Czy minister kultury zdołałby wymienić choć pięciu współczesnych twórców dla dzieci? A przecież kultura zaczyna się od dziecka. To myśl przewodnia naszej działalności wydawniczej. Postanowiliśmy wydawać książki według najlepszych wzorców, jakie sami pamiętamy z dzieciństwa, ale oczywiście rzeczy całkiem nowe. Zmienił się przecież świat i inne problemy nurtują dziś dzieci.

Jakimi kryteriami kieruje się pani, wybierając tekst do publikacji?
Po pierwsze, musi być znakomity pod względem literackim. Po drugie, musi mieć walory wychowawcze, uczyć wartości, tłumaczyć świat. Odrzucam banał i stereotypy. Z dziećmi można rozmawiać o bardzo poważnych i trudnych sprawach, nie tylko o radosnych misiach i kolorowych biedronkach. Książka jest po to, żeby wesprzeć małego człowieka we wspinaczce na coraz wyższe szczeble rozwoju. Powinna więc traktować o sprawach istotnych, koniecznie w sposób akceptowalny przez dziecko, czyli przystępnie. Oczywiście bardzo ważny jest humor, żeby dzieci czytały książki z przyjemnością.

Ostatnio panuje moda na bajki pisane przez gwiazdy i tzw. bajki terapeutyczne.
Oba te zjawiska odnoszą się do marketingu książki dziecięcej i potwierdzają tezę o degrengoladzie kultury dla dzieci. Bo nie jest tak, że dla dzieci „pisać każdy może”, że nie potrzeba do tego literackiego kunsztu. Natomiast tzw. bajki terapeutyczne, niestety równie często nieudolnie napisane, są podsuwane rodzicom jako antidotum na wszelkie problemy wychowawcze. Tymczasem każda wartościowa bajka ma charakter terapeutyczny.

Czy książki mogą wygrać z telewizją?
Myślę, że nie muszą z nią przegrywać. Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, zabawę, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję. Ale nie wyłączajmy go dziecku przed nosem. Szanujmy w nim człowieka i dajmy możliwość dokonania samodzielnego wyboru. Do nas należy zadbanie o to, aby dziecko miało z czego wybierać.

  1. Psychologia

Prezenty pod choinkę dla dziecka - co powinniśmy kupić i w jakiej ilości?

O prezentach dla dziecka warto pomyśleć z dużym wyprzedzeniem. Prezenty powinny sprawić radość, ale też nie przytłaczajmy dziecka nadmierną ilością. (fot. iStock)
O prezentach dla dziecka warto pomyśleć z dużym wyprzedzeniem. Prezenty powinny sprawić radość, ale też nie przytłaczajmy dziecka nadmierną ilością. (fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Co roku zadajemy sobie dziesiątki pytań co do tego, jakie konkretnie powinny być prezenty na gwiazdkę. Może tym razem warto zadać sobie inne pytanie: ile sztuk prezentów nasze dzieci powinny znaleźć pod choinką?

Pozwolić się bawić czy edukować? Dwie czy osiem sztuk? Dziecko ma się spodziewać, co otrzyma, czy wręcz przeciwnie - podarować mu coś, czego się nie spodziewa? Prezent powinien być oryginalny, zrobiony samemu czy właśnie taki, jaki otrzymają jego koledzy? Prezent ma służyć dobrej zabawie czy rozwijać dziecko? Przed gwiazdką każdy rodzic zadaje sobie tego typu pytania i - w wyniku niemożności podjęcia decyzji - na wszelki wypadek realizuje wszystkie pomysły; nasze dzieci znajdują pod choinką tony przedmiotów. Zaśmiecamy dom zbędnymi przedmiotami i na własne życzenie wychowujemy pokolenie konsumpcyjnie nastawione do życia. Sami uczymy lęku przed pustym miejscem pod choinką. A wystarczy zadać sobie proste pytanie: Ile optymalnie prezentów powinno dostać dziecko? Jest na to pytanie konkretna odpowiedź: dwa.

Prezent na gwiazdkę musi być przemyślany

Kupując dziecku prezent zazwyczaj jesteśmy rozdarci między dwa pomysły: coś, co sprawi mu przyjemność lub coś, co je rozwinie. Dzieci najczęściej dostają za dużo przedmiotów, bo chcemy zaspokoić te dwie strategie wyboru jednocześnie. Zupełnie niepotrzebnie! Prezent ma bowiem sprawiać przyjemność. Żadne małe dziecko nie ucieszy się z kozaków czy nowego fotelika do samochodu. Kupowanie przedmiotów użytkowych, które i tak dziecko by dostało, nie ma żadnego sensu.

Unikaj tak zwanych zabawek edukacyjnych

Kup dziecku coś, czym lubi się bawić, co sprawi mu przyjemność. Prezenty edukacyjne często wcale takie nie są, to tylko haczyk na rodziców. Dzieci intuicyjnie podchwytują, że chcesz je „rozwijać” czy edukować i jak ognia unikają takich zabawek. Kupując zabawki edukacyjne tylko pozornie robimy to dla dzieci. Najczęściej w ten sposób zasypujemy poczucie winy, że nie spędzamy z nim za dużo czasu, że krzyczymy, że się nie bawimy, nie czytamy. Jeśli kupujesz zabawkę, niech służy ona do zabawy - wesołej, takiej, która ucieszy dziecko, angażującej jego uwagę. Błędem jest mieszanie celów. Powiedzmy to jeszcze raz: prezenty edukacyjne rodzice kupują dla siebie, a raczej dla swojego sumienia. Dzieciom kupujmy to, czym mogą się z zaangażowaniem własnej inwencji bawić. Zadajmy sobie dość fundamentalne pytanie: „Do czego służy prezent? Jaka jest jego elementarna rola? Przecież na pewno nie użytkowa! Zatem nie daj się złapać na lep zabawek edukacyjnych.

Rozmowy o prezentach na gwiazdkę…

…wcale nie są łatwe. Jeśli dziecko powie ci, co chce, będzie oczekiwać, że to dostanie.

Jeśli dziecko umie pisać, zachęć je, żeby napisało list do Mikołaja, jednak powiedz, że nie wypada prosić o dużo rzeczy. Niech poprosi o jedną. W ten sposób uczysz je dokonywania wyborów. Niech się spokojnie zastanowi, co jest dla niego najważniejsze. Oczywiście takie życzenie trzeba spełnić. Dlatego optymalna liczba prezentów to dwa: jeden, którego dziecko się spodziewa i drugi - niespodzianka.

Uwaga z dziećmi starszymi: jeśli odkryją zasadę, że zawsze dostają to, o co prosiły w liście do Mikołaja, poproszą cię o tarantulę lub zestaw do budowania bomby.

Kolega dostał więcej prezentów na święta

Jeśli twoje dziecko powie, że kolega dostał więcej prezentów, zmartw się, kiwaj współczująco głową i całkiem serio zapytaj, jak teraz będzie się bawił nimi wszystkimi jednocześnie. Zadaj dziecku pytanie: „I jak on poradzi sobie z tym kłopotem?” Tego konkretnie sformułowania użyj.

To, że dziecko mówi ci z wyrzutem, że inne dzieci dostały więcej, absolutnie nie świadczy o gwałtownym obniżeniu samooceny dziecka czy o tym, że czuje się gorsze. To tylko zwykła chęć dowiedzenia się, dlaczego tak się stało. Powiedz dziecku otwarcie, że dużo zabawek to tylko duży kłopot i obciążenie - bo tak w istocie jest.

Prezenty od Mikołaja: ile sztuk?

Większość rodziców ma dylemat jak sprawić dziecku radość, ale jednocześnie nie zepsuć go prezentem. Tu także obowiązuje złota zasada dwóch przedmiotów. Dwa nie popsują żadnego dziecka.

Nie wiem, co kupić dziecku

Kochamy swoje dzieci, są dla nas najważniejsze na świecie, a jednocześnie dość często nie mamy żadnego pomysłu, co mogą chcieć na gwiazdkę. Zasada jest taka: im więcej czasu spędzasz z dzieckiem, tym mniejszy masz problem z wyborem prezentu dla niego, bo je znasz. Jeśli nie wiesz kompletnie, co ono może chcieć, co je ucieszy, potraktuj to jako mocny sygnał ostrzegawczy: jesteś zbyt daleko od swojego dziecka. Spędź z nim kilka godzin, pobaw się, porozmawiaj, a natychmiast będziesz wiedzieć, o czym marzy, co jest mu potrzebne, czym lubi się bawić najlepiej. Oczywiście nie zabieraj dziecka do sklepu, żeby ci pokazało, co mu się marzy, bo to jest już akt ostatecznej rodzicielskiej desperacji.

Zatem, jakie prezenty od Mikołaja podarować:

  • Takie, które uaktywnią twoje dziecko - instrumenty muzyczne (ale nie elektroniczne przyciskacze).
  • Takie, które zmuszą do swobodnej kreatywności - tory kolejowe, wiadukt do samodzielnego zbudowania, akcesoria do zabawy w lekarza.
  • Te, które dadzą ogromne pole do popisu - klocki, ciastolina, czy limateria, z której można zrobić wszystko.
  • Te, które są dobrej jakości - nie obciążaj dziecka tym, co się szybko uszkodzi, bo to dla niego ogromna przykrość.

Zanim kupisz prezent na gwiazdkę…

… zadaj sobie pytanie:„Dlaczego ja mu to kupuję?”
  • Bo boję się, co ono zrobi, gdy nie znajdzie tego, co chce
  • Bo chcę mu wynagrodzić brak mojego czasu
  • Bo ja sama chciałabym to mieć
  • Bo inne dzieci na pewno to dostaną
  • Bo tym się zajmie, a ja potrzebuję chwili spokoju
Każda z tych odpowiedzi eliminuje przedmiot jako dobry prezent.

Kilka dobrych rad na świąteczne prezenty

  • Jeśli kupujesz czteroletniej dziewczynce lalkę, to nie od razu ze wszystkimi akcesoriami. Dokupuj stopniowo, powoli.
  • Dziecko uczy się podczas każdej zabawy. Nie kieruj się walorami edukacyjnymi. Aktywnie spędź z dzieckiem dwie godziny - to zastąpi kilka zabawek edukacyjnych.
  • Niech wasze dziecko dostanie tyle prezentów, ile każdy dorosły człowiek z rodziny. Inne postępowanie jest niewychowawcze i „psuje” dzieci.
  • Jedynym wyjątkiem od zasady dwóch prezentów jest klasyka literatury z pięknym wpisem. Dziecko bardzo się ucieszy z takiego prezentu… co prawda za piętnaście lat, ale to dobrze! W końcu dzieci wychowujemy dla przyszłości.

  1. Psychologia

Ratujmy chłopców! Różnią się od dziewczynek na każdym etapie rozwoju, wymagają odpowiedniej troski

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Syn ma być grzeczny i miły jak dziewczynka. A chłopcy nie będą jak dziewczynki, choć przez lata utrzymywano, że są tacy sami. Najwyższa pora, żeby ich zrozumieć i im pomóc. Bo w ten sposób pomagamy także ich przyszłym żonom, dzieciom i – nie bójmy się patosu - światu, który będą tworzyć

Obrazek z pierwszego lepszego przedszkola: Dziewczynki bawią się razem, słuchają poleceń pani, chłopcy natomiast krzyczą, biegają, biją się, dokuczają koleżankom. W szkole podstawowej podobnie - chłopcy rozrabiają, trudno im wysiedzieć na lekcji, gorzej czytają, niestarannie piszą, porozumiewają się jednowyrazowymi „co, no, nie”. W szkole średniej mniej niż ich koleżanki są zaangażowani w dyskusje, życie szkolne, poza oczywiście sportem. Udają, że na niczym im nie zależy, że bycie błaznem jest cool. Nie mają pojęcia, co zrobić, żeby polubiły ich dziewczyny. Jedni stają się nieśmiali, wycofani, inni – agresywni, niekulturalni, a nawet wulgarni. Statystyki pokazują, że nastoletni chłopcy są trzykrotnie bardziej narażeni na śmierć w wyniku wypadków, bójek i samobójstw niż ich rówieśniczki.

Wgrać męskie oprogramowanie

To oczywiście obrazki mocno upraszczające. Bywają bowiem mali chłopcy grzecznie bawiący się w przedszkolu, bywają zdyscyplinowani, świetnie się wysławiający, zaangażowani w życie szkoły i dobrze radzący sobie w kontaktach z dziewczynami nastolatkowie. O zdecydowanej większości dzieciach płci męskiej mówi się jednak, że sprawiają różne kłopoty: wychowawcze, z nauką, z dyscypliną, z bezpieczeństwem.

Sama mam dwóch synów i doskonale pamiętam ten strach na wywiadówkach w szkole starszego syna (młodszy chodził do bardzo dobrej, niepublicznej), co też tym razem usłyszę od nauczycieli. Siadałam w ostatniej ławce, razem z innymi rodzicami chłopców. Rodzice córek siadali w pierwszych rzędach. Scenariusz tych zebrań zawsze był podobny – zaczynało się od wyliczania przewin chłopców i wzywania na rozmowy ich rodziców. Główny zarzut? Że chłopcy nie zachowują się jak dziewczynki. I w sumie nic dziwnego, bo przez wiele lat wmawiano nam, że chłopcy i dziewczynki niczym, poza płcią, się nie różnią. Stąd egzekwowanie od wszystkich dzieci takiego samego zachowania. Ale gdy chłopiec, nie daj boże, zapłakał, przyznał, że się boi albo wstydzi, to dopiero były kpiny i śmiechy. Żądania wobec chłopców były więc sprzeczne - mieli zachowywać się jak dziewczynki, a jednocześnie nie wolno było im ujawniać „dziewczyńskich” emocji.   

Nowe badania naukowe pokazują to, co zresztą od lat zauważało wielu rodziców, że chłopcy są inni, i to na każdym etapie rozwoju. Nie gorsi, ani lepsi, tylko inni. Różnice widać już w pierwszym etapie – od narodzin do szóstego roku życia. Niemowlęta płci męskiej (w większości) słabiej reagują na twarze, mają mniej rozwinięty zmysł dotyku, później raczkują. Kiedy zaczynają chodzić (też na ogół później niż dziewczynki) są bardziej ruchliwi, chętniej biorą do rąk nowe przedmioty, budują z klocków wysokie wieże (dziewczynki na ogół niższe). W wieku przedszkolnym trudniej niż ich rówieśniczki nawiązują nowe kontakty, mają słabszą motorykę.

A jak traktują ich rodzice? Z badań wynika, że o wiele rzadziej przytulają, częściej natomiast ich karcą. Te same badania pokazują, że mali chłopcy są bardziej niż dziewczynki podatni na lęki związane z rozstaniem z rodzicami, czują się wtedy porzuceni, zamykają się w sobie. Psychologowie badający naturę chłopców apelują, aby – jeśli to możliwe – nie posyłać ich do żłobków przed ukończeniem trzeciego roku życia. Może to bowiem źle wpłynąć na ich rozwój: rodzić nerwowość, agresję lub emocjonalne wycofanie.

Następny etap – od szóstego do trzynastego roku życia – zaczyna się od radykalnej wolty syna. O ile wcześniej matka była tą najważniejszą osobą w jego życiu, o tyle teraz syn chce przebywać z tatą (ojczymem, dziadkiem, wujkiem), naśladować go, uczyć się od niego. Tak jakby chciał „wgrać” sobie męskie oprogramowanie. Dziewczynki na tym etapie aż takiej zmiany nie dokonują. Jeśli tata nie interesuje się synem, chłopiec zrobi wszystko, żeby zwrócić na siebie jego uwagę – może stać się agresywny, a nawet moczyć się i chorować.

Uwaga: testosteron!

W niektórych kulturach (plemię Lakota) wzmacnia się kontakt synów z ojcami separując ich na jakiś czas od matki, w innych wysyła chłopców do szkół z internatem. A wszystko po to, aby „zmężnieli”. Według wielu psychologów takie postępowanie nie jest mądre. Chłopcy powinni wiedzieć, że mogą liczyć na oboje rodziców. Optymalna sytuacja to być nadal blisko mamy i mieć do tego bliskość taty. Niektórzy ojcowie zarzucają matkom kurczowe trzymanie synów przy sobie. Psychologowie ripostują: zamiast cierpkich słów pod adresem matek, powinniście bardziej się zaangażować. Bo powodem chowania się syna pod skrzydła mamy może być to, że go nadmiernie krytykujecie i stawiacie mu zbyt duże wymagania.

Etap od czternastu lat do dorosłości to prawdziwa jazda bez trzymanki. Zarówno dla dziewcząt, jak i chłopców. Zasadnicza różnica polega na rodzaju hormonów, które rządzą młodymi ludźmi: dziewczynkami władają estrogeny, a chłopcami testosteron (choć obie płcie są wyposażone w obydwa hormony, tylko w innych proporcjach). Bywa, że niektóre dziewczynki przejawiają więcej  „testosteronowych” zachowań (i te są przebojowymi przywódczyniami), a część chłopców – więcej „estrogenowych” (ci sprawdzają się w budowaniu relacji, mediacjach). Ale ogólny schemat sprawdza się w przypadku większości młodych ludzi. To etap gwałtownych zmian, za które odpowiedzialny jest właśnie testosteron. U czternastolatka wzrasta prawie o 800 procent! Testosteron powoduje szybki wzrost, przyrost tkanki mięśniowej, a ograniczenie tłuszczowej, rozwój jednej części mózgu, a spowolnienie innej,  hałaśliwe zachowanie, brawurowość, skłonność do ryzyka.

Chłopcy po 14. roku życia hormonalnie i fizycznie są gotowi do dorosłego życia, natomiast psychicznie – wcale. W dodatku rodzice i nauczyciele traktują ich nadal jak dzieci. A im potrzebne są nowe bodźce, coś, co ich zafascynuje, nakłoni do twórczego życia, pozwoli się sprawdzić. Większość problemów, które zdarzają się młodym ludziom (ryzykanctwo, nałogi, przestępstwa) bierze się stąd, że młodych ludzi, dopingowanych testosteronem, rozsadza energia, a my dorośli nie robimy nic, aby skierować ją na bezpieczne tory.

Chłopcy lubią porządek i jasne reguły

Co zatem możemy zrobić jako rodzice nastolatka? Po pierwsze – stworzyć wokół syna coś w rodzaju  społecznej sieci bezpieczeństwa. Bo młody chłopiec nie jest gotowy, aby tak po prostu, bez przewodnika, wejść w życie. My rodzice mamy małe szanse pełnić taką rolę, bo to czas kontestowania przez syna naszego autorytetu. Nie możemy też zdać się na mądrość jego rówieśników. Pozostają inni dorośli – trenerzy, mentorzy, wujowie, nasi przyjaciele. Ich rolą jest dopilnowanie, aby błędy, których popełnianie w tym wieku jest nieuniknione, nie okazały się tragiczne w skutkach. My z kolei możemy stać się przewodnikami dla synów naszych przyjaciół.

Po drugie – powinniśmy umiejętnie wprowadzić w życie chłopców jasne zasady i porządek. W grupie przypominają oni czasem hordę z piekła rodem - przepychają się, biją, ale tak naprawdę w każdej chaotycznej sytuacji czują się niepewnie. Zachowują się tak dlatego, żeby ukryć strach. Jeśli więc znajdzie się mądry przywódca, ktoś, kto w sposób życzliwy i sprawiedliwy rozsądzi spory, wprowadzi zasady – chłopcy się odprężają i uspokajają. Psychologowie zauważają, że reakcje na niepewne, chaotyczne sytuacje to jedna z podstawowych różnic między płciami. Dziewczynki raczej zamykają się wtedy w sobie i siedzą cicho. Chłopcy natomiast przepychają się, hałasują.

Nie załamujmy rąk nad zachowaniem synów, nie krytykujmy ich, nie łammy. Postarajmy się zrozumieć ich zachowania wynikające przecież nie ze złej woli, tylko z ich natury. No i pomóżmy im zrozumieć siebie samych.

„Obsługa” syna wcale nie jest jakoś szczególnie trudna. Wystarczy nasza wiedza na temat jego rozwoju i kilka prostych instrukcji: Okazujmy mu jak najwięcej miłości, podobnie, jak robimy to wobec córek. Pamiętajmy, że  chłopcy źle znoszą rozłąkę z rodzicami. Może więc zastanówmy się zanim oddamy syna do żłobka przed trzecim rokiem życia.

Nie reagujmy krzykiem na jego krzyki, bo to tylko utrwala takie zachowanie. Starajmy się spokojnie, ale stanowczo wszystko tłumaczyć. Nigdy nie straszmy, nie groźmy, nie stosujmy przemocy. Dobry przykład, spokój i konsekwencja to jest to, czego potrzebuje syn (córka zresztą także).

Uczmy go porządku, systematyczności, czyli na przykład, że należy planować, dzielić większe zadania na mniejsze. Chłopcy dobrze czują się w uporządkowanym, przewidywalnym świecie, dlatego trzymajmy się ustalonych reguł, porządku dnia, stałych pór posiłków i zajęć (zmiany oczywiście trzeba wprowadzać, ale regułą ma być przewidywalność).

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. Ponieważ chłopcy w wieku przedszkolnym rozwijają się na ogół wolniej niż dziewczynki, warto zastanowić się nad opóźnieniem posłania syna do pierwszej klasy. Wiadomo także, że chłopcy mają większe niż dziewczynki problemy z mówieniem, wysławianiem się. Dlatego powinniśmy im dużo czytać, opowiadać, dużo z nimi rozmawiać, szczególnie między pierwszym, a ósmym rokiem życia. Dobrze jest też jak najwcześniej rozmawiać z nimi o możliwościach wyboru, sposobach rozwiązywania problemów, o tym, jak postępować w trudnych sytuacjach, jak mówić „nie”. A także o uczuciach, emocjach. Uczmy ich nazywania stanów, jakie przeżywają, mówmy na przykład: O, widzę, że teraz jesteś zły, a teraz radosny. Określajmy także swoje stany: uwaga, jestem wściekła.

Pomagając synowi w rozeznaniu  swoich uczuć i emocji, pomagając mu zrozumieć siebie i sobą kierować, tak naprawdę pomagamy jego koleżankom, przyszłej kobiecie, jego dzieciom, światu.

Korzystałam z książek Steve’a Biddulpha: „Wychowanie chłopców”, „Sekrety szczęśliwego dzieciństwa”, „Jeszcze więcej sekretów szczęśliwego dzieciństwa” (wszystkie wydane przez REBIS)

Co trzeba wiedzieć o synach?
  • Jako niemowlęta i małe dzieci przeżywają lęki z powodu rozstania z rodzicami.
  • Kłótliwość, agresywność (zwłaszcza około 14. roku życia) to sprawka skoków poziomu testosteronu, a nie tylko charakteru.
  • Ich mózg rozwija się wolniej niż dziewczynek, co może wpływać na opóźnioną dojrzałość szkolną.
  • Mają mniej połączeń między półkulą mózgu odpowiedzialną za język a tą, która odpowiada za uczucia.
  • Potrzebują wyraźnych zasad i świadomości, kto nimi kieruje.
  • Mają skłonność do działania, zanim pomyślą.